Epilog
- Szlag by to – zaklął Dean, kiedy zdał sobie sprawę, że od dobrych paru minut wystukuje nogą rytm, uderzając butem o drewniane ogrodzenie na padoku.
- Hmm? – Castiel spojrzał na niego przez ramię, nie przestając poprawiać siodła swojej klaczy, Meg.
- Twój brat – odparł Dean, marszcząc brwi. Cas posłał mu pytające spojrzenie i Dean machnął lekceważąco ręką. – Znowu słuchał dziś rano Taylor Swift i teraz przez niego mam ją w głowie.
- Mhm.
- Tylko tyle masz do powiedzenia na temat paskudnego gustu muzycznego własnego brata?
- Mh-hm – mruknął Cas, patrząc na Deana błyszczącymi oczami.
- Tak, wiem, sam też kompletnie nie wiesz, co dobre, więc nic dziwnego, że to ci nie przeszkadza – powiedział Dean zaczepnie.
- Yhmm.
- Cieszę się, że się zgadzamy.
Cas złapał konia za uzdę i podszedł bliżej. Nie spuszczając wzroku ze stojącego po drugiej stronie ogrodzenia Deana, zanucił:
- Haters gonna hate, hate, hate, hate, hate, Dean.
Dean jęknął i oparł czoło o drewnianą deskę.
- Bądź przeklęty, Novak. Już myślałem, że się od niej uwolniłem.
Poczuł na karku chłodne palce Casa i uśmiechnął się do samego siebie.
- Znowu nie nosisz kapelusza, Dean.
- Mhm, dzięki, mamo – odgryzł się Dean.
Cas przesunął palce wzdłuż jego szczęki, wsunął je pod jego podbródek i uniósł powoli jego głowę. Dean zmrużył oczy przed słońcem padającym na jego twarz i uśmiechnął się głupkowato, zauważając twarz Casa tuż przy swojej. Wyciągnął rękę i zacisnął pięść na ogrodniczkach Casa, przyciągając go bliżej do siebie.
Chciał coś powiedzieć, może coś w stylu „ładnie ci w tym kapeluszu", albo „tak naprawdę to lubię tę piosenkę", a może „Cas, będę tęsknić jak cholera", ale nie zdążył, bo Cas pocałował go, a może to on pocałował Casa, i nagle nie liczyło się nic poza połączeniem ich ust, łagodnym ocieraniu się języków i dotykiem palców Castiela na jego skórze.
Dean poczuł, że Cas położył mu coś na głowie i odsunął się, zezując do góry: kowbojski kapelusz Castiela siedział teraz na samym czubku głowy Deana. Dean ułożył go wygodniej, a potem wyciągnął rękę, wsunął palce pomiędzy potargane włosy Casa i jeszcze raz przyciągnął go do siebie.
Po jakimś czasie Cas odsunął się i podał Deanowi uzdę, a sam wrócił do przygotowywania siodła klaczy. Dean poklepał Meg po pysku.
- To gdzie jedziemy? – zapytał.
Cas wzruszył ramionami.
- Mogę pokazać ci okolicę – stwierdził. – Albo możemy pojechać na tę polanę, na której już kiedyś byliśmy.
Dean uśmiechnął się.
- A będzie piknik?
Cas popatrzył na niego i otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nagle zamknął je i spojrzał gdzieś ponad ramieniem Deana. Zanim ten zdążył się obrócić, rozległ się głośny dźwięk aparatu.
Dean błyskawicznie okręcił się na pięcie.
Kilkanaście metrów od niego stał Sam z telefonem w ręce i głupim wyszczerzem na twarzy.
- Zrobiłeś mi zdjęcie? – oburzył się Dean.
- Mnie też miło cię wreszcie widzieć – odparł Sam ironicznie, wciąż szeroko się uśmiechając. Schował telefon do kieszeni dżinsów i podszedł bliżej, a Dean automatycznie zrobił to samo, czując, jak jego usta również rozciągają się w uśmiechu.
- Hej, Sammy – powiedział, rozkładając ramiona i chwytając brata w kilkosekundowy, mocny uścisk.
- Hej, Dean – powiedział Sam entuzjastycznie, odsunął się i popatrzył na stojącego przy koniu Castiela, który spoglądał na nich z zaciekawieniem. – Ty to pewnie Cas.
Dean pociągnął Sama za ramię bliżej do ogrodzenia.
- Cas, Sam. Sam, Cas – przedstawił pokrótce, wciąż nie przestając się uśmiechać. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo nie mógł się doczekać, by znów ujrzeć brata, jak przez ten krótki miesiąc był w stanie za nim zatęsknić.
- Cześć – przywitał się Sam z miłym uśmiechem, wyciągając w stronę Casa swoją wielką dłoń. – Jestem Sam.
- Castiel. Cas – przedstawił się Cas, ściskając zaoferowaną mu dłoń, i Dean uśmiechnął się jeszcze szerzej, zdając sobie sprawę, że Cas użył przezwiska nadanego mu przez Deana w stosunku do samego siebie chyba po raz pierwszy. – Dużo o tobie słyszałem, Sam.
- Ja o tobie też – wyszczerzył się Sam.
- Okej, wracając do mojego pytania: dlaczego zrobiłeś mi zdjęcie, zdrajco?
Sam popatrzył na niego i parsknął śmiechem.
- Och, zdjęcie? Obiecałem Jo, że przywiozę ze sobą dowody. Na tym wyglądasz jak rodzony kowboj – stwierdził, wskazując na swoją kieszeń.
- Co? Jak to, pokaż – zażądał Dean.
- No wiesz, ten kapelusz, koszula, koń u boku – zarechotał Sam. – Brakuje ci butów z ostrogami, a byłby z ciebie niezły Doktor Sexy.
- Doktor jaki? – zaciekawił się Cas.
Sam uniósł brwi.
- Sexy! Nie mów, że Dean nie opowiedział ci o swojej największej miłości…
- Sam. Zamknij jadaczkę – ostrzegł Dean.
- Nie wierzę w to – dziwił się jego brat zdrajca. – A podobno tak dobrze zdążyliście się poznać.
- Poznaliśmy się dość dobrze, to prawda – przyznał Cas szczerze – ale nic nie słyszałem o żadnym doktorze, który miałby być miłością Deana.
Dean posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, które Castiel kompletnie zignorował, wciąż wpatrując się tylko w Sama.
- Doktor Sexy to… - zaczął z przejęciem Sam, ale Dean położył mu rękę na ramieniu i pchnął lekko.
- Okej, okej. Potem mu opowiesz, dobra? Właśnie mieliśmy jechać na przejażdżkę – powiedział z determinacją.
Sam uniósł brwi.
- Ale ja dopiero przyjechałem.
- Wracaj do domu, rozgość się. Pogadamy jak wrócimy – obiecał Dean, wciąż starając się odepchnąć go od Casa, jednak jego brat był wielkoludem i swoje ważył.
- Dean, nie bądź niegrzeczny – wtrącił się Cas poważnym tonem. – Sam może się do nas przyłączyć.
- Serio? Mogę? Rany, nie jeździłem konno od wieków! – zachwycił się Sam.
Dean posłał Casowi znaczące spojrzenie, ale Cas jedynie zamrugał i wbił w niego niewinny wzrok. Sam natomiast już przeciskał się przez ogrodzenie i głaskał klacz po jej błyszczącej sierści.
- Hej, hej. – Dean również przeskoczył na padok i stanął obok Sama. – Meg należy do Casa. Ty musisz wziąć sobie innego.
- Okej, zazdrośniku – zaśmiał się Sam, szturchając go łokciem, a potem popatrzył na Castiela ponad głową Deana. – To co, użyczysz mi jakiegoś?
- Oczywiście. – Cas uśmiechnął się i wskazał ręką na stajnię. – Możesz wybrać pomiędzy Lilith a Michaelem.
Sam praktycznie w podskokach pobiegł w stronę stajni, a Dean odprowadził go wzrokiem, marszcząc brwi. Nagle jednak Cas znalazł się tuż przy nim, z dłońmi opartymi o jego pierś i delikatnym uśmiechem.
- Czy to znaczy, że ty jedziesz ze mną? – zapytał cicho.
Dean pochylił się i musnął ustami jego wargi.
- A coś ty myślał – wymamrotał, nie odsuwając się nawet o milimetr, a potem dodał, jeszcze ciszej: - To miał być nasz piknik.
Cas uśmiechnął się i pocałował go raz jeszcze.
- Gabriel obiecał, że potem zajmie się twoim bratem – poinformował. – Będziemy mieć cały wieczór dla siebie.
- Nie wiem, komu współczuję bardziej – powiedział Dean, wzdychając. – Twojemu bratu, czy mojemu.
#
Sam wylegiwał się na jego pościelonym łóżku, podczas gdy Dean pakował do torby kolejne rzeczy, które był w stanie znaleźć rozrzucone po całym pokoju.
- To mówisz, że fundujesz mi miesięczny zapas piwa, co, Sammy? – zagadnął Dean.
Sam westchnął głęboko, ale nie odpowiedział.
- No co? Chyba zrobiłeś już wystarczająco obszerny wywiad środowiskowy. Zarówno Gabe, jak i Cas potwierdzili, że trzymałem się zasad. Przepytałeś nawet Annę! Brakuje tylko, żebyś zaczął przepytywać krowy w stodole.
- Nie, nie – odparł Sam. – Wygrałeś, wiem, że wygrałeś. Szkoda tylko, że nie będę miał szansy pokazać ci, jak fajny potrafi być teatr i zdrowe jedzenie…
- Dobra, dobra, dość tych bluźnierstw – stwierdził stanowczo Dean, upychając do torby ostatnią parę skarpetek. – Wygrałem i tylko to się liczy. Ha, jestem niepokonany.
- To nie był aż tak trudny zakład – odparł Sam z przekąsem.
Dean wyprostował się i przygryzł w zamyśleniu wargę.
- Jeśli mam być szczery… masz rację. Był wyjątkowo łatwy. I w sumie nawet nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zostać tu na kolejny miesiąc…
- Więc co cię powstrzymuje?
Dean zagapił się na leżącego na jego (tymczasowym, bo tymczasowym, ale jednak jego) łóżku.
- …praca? – zapytał niepewnie.
Sam prychnął.
- Proszę cię, Dean. Pracujesz dla Bobby'ego, a chętnych do pracy jest wielu – powiedział.
- Być może, ale pieniądze same się nie zarobią, geniuszu – odparł sztywno Dean.
- Ty się nawet nie odzywaj – odgryzł się jego brat – bo to ja fundowałem ci cały ten pobyt. Zaoszczędziłeś kasy na cały miesiąc.
Dean nic nie odpowiedział, a zamiast tego zajął się zapinaniem wypchanej do granic możliwości torby.
- Miesiąc, Dean – powtórzył Sam z naciskiem.
- Spadaj. Czas wracać do miasta, nie sądzisz?
Sam, który wstał wreszcie i stał teraz z dłonią opartą na klamce do drzwi sypialni (albo byłej sypialni) Deana, tylko wzruszył ramionami.
- Cóż, ja sądzę, że czas wracać – powiedział uparcie Dean. – Bobby na pewno mnie potrzebuje.
Sam prychnął cicho, ale nic nie powiedział, zamiast tego otwierając Deanowi drzwi i podążając tuż za nim na korytarz. Dean ostatni raz zerknął w stronę sypialni Casa, do której wymknął się tej nocy, w której przez długi czas leżał na łóżku, zajmując się tylko i wyłącznie całowaniem leżącego tuż przy nim Castiela, w którym obudził się z Casem wtulonym w jego pierś, z którego wyszedł tego ranka, z dłonią Casa w swojej dłoni, ze splecionymi palcami i identycznymi głupimi uśmiechami na twarzach.
Dean, z Samem drepczącym mu po piętach, zszedł po schodach na parter. Kuchnia była pusta, ale na kuchence stał garnek, z którego unosiły się obłoki pachnącej pary. Dean przypomniał sobie zapach kapusty, który poczuł pierwszego dnia, kiedy tylko przestąpił próg domu.
- Chodźmy już – powiedział niemrawo, machając na Sama ręką.
Razem wyszli na zewnątrz, mrużąc oczy przed jaskrawym słońcem. Dean rozejrzał się wokół, ale nigdzie nie zauważył właścicieli farmy, wiec tylko poprawił pasek torby na ramieniu i skierował swoje kroki w stronę podwórka, gdzie w głębi stodoły stał jego samochód.
Jego wzrok automatycznie skierował się w stronę kurnika, wokół którego bezmyślnie krążyły kury. Na samym szczycie schodków, prowadzących do środka kurnika, stał Crowley z dumnie wypiętą piersią i zadartym wysoko kolorowym ogonem. Dean uśmiechnął się pod nosem i zasalutował kogutowi, nie zważając na dziwnie spojrzenie, które posłał mu Sam.
- Żałuję, że nie mam twojego zdjęcia wśród krów – powiedział jego brat zaczepnym tonem.
- Zapomnij – odgryzł się Dean, a potem dodał: - Tak w ogóle kto ci powiedział, że kiedykolwiek choćby zbliżyłem się do krów?
- Cas – odparł z łatwością Sam i uśmiechnął się złośliwie, na co Dean tylko wywrócił oczami. – Tak właściwie to Cas opowiedział mi o wielu rzeczach.
- Och, naprawdę – mruknął Dean z udawanym zainteresowaniem.
- Naprawdę – powiedział Sam. – Słyszałem, że podobno pomyliłeś byka z krową. Byka, Dean. Jak można pomylić byka z krową?!
- I to, i to ma rogi! – oburzył się Dean.
- Serio, Dean? Serio? – Sam wykrzywił twarz w swojej standardowej potępiającej minie.
Dean podsumował rozmowę milczeniem, zamiast tego wchodząc do stodoły i kierując swoje kroki w stronę zaimprowizowanego garażu, gdzie stał jego samochód, a także opierający się o ścianę Gabriel i przechadzający się tam i z powrotem Cas.
- Hej – przywitał się Sam, ale Dean nie był w stanie wykrztusić ani słowa, zamiast tego tylko posyłając Castielowi lekko spanikowane spojrzenie, a potem uciekając wzrokiem w stronę samochodu.
- Maleńka – mruknął pod nosem, przesuwając dłonią po gładkiej powierzchni Impali. – Dawno się nie widzieliśmy, co?
Gabriel i Sam zaczęli rozmawiać o czymś za jego plecami, ale Dean zignorował ich, otworzył drzwiczki samochodu i wrzucił swój bagaż na tylne siedzenie. Potem z wahaniem raz jeszcze popatrzył w stronę Casa. Cas, jak się okazało, nie spuszczał z niego wzroku, więc Dean machnął niezdarnie w jego stronę i czym prędzej otworzył drzwi po stronie kierowcy.
- Sam – zawołał nerwowo – przestań nawijać i wsiadaj.
- Co, już? – zdziwił się Sam. – Nawet się nie pożegnasz?
- Już się żegnałem - wymamrotał Dean, utkwiwszy wzrok w masce samochodu.
- Dean-o, ty draniu – odezwał się Gabriel, podchodząc bliżej. – Chodź no tutaj.
- Nawet o tym nie myśl - ostrzegł Dean, ale nie był w stanie powstrzymać się od uśmiechu. Gabe wywrócił oczami, a potem uścisnął go, krótko lecz mocno, klepiąc go po plecach i mamrocząc coś w stylu „Miło było cię poznać". Potem odsunął się, posłał mu krzywy uśmieszek i wrócił pod swoją ścianę.
- Mam nadzieję, że wiesz, że masz obowiązek czasem do nas zaglądać – dodał i popatrzył na Deana surowo.
- Ta jest – mruknął Dean, a potem popatrzył na Casa.
Czas się zatrzymał.
Cas spoglądał na niego, wciąż nieprzerwanie na niego patrzył, i Dean po raz kolejny zapomniał, gdzie się znajduje i co dzieje się wokół niego, zatapiając się w tym uważnym, niebieskim spojrzeniu, przenikającym go na wskroś. Twarz Castiela nie wyrażała żadnych emocji, ale Dean zdążył już nauczyć się czytać w jego wzroku. Cas patrzył na niego, jak gdyby chciał wyryć sobie w pamięci jego twarz. Dean odwzajemnił spojrzenie w równie intensywny sposób, a nogi same powiodły go w jego stronę.
Dean przełknął, a potem wychrypiał:
- Cas.
- Dean – odparł Cas opanowanym głosem, lecz jego spojrzenie znów go zdradziło. Dean nie był w stanie oderwać wzroku od jego oczu.
- Dzięki za wszystko – powiedział Dean słabym głosem.
Cas milczał przez chwilę, a potem skinął lekko głową i stwierdził:
- Zero dni.
Dean wypuścił ze świstem powietrze i przymknął na chwilę oczy. To był koniec, prawdziwy koniec… a oni nawet nie zdążyli o tym porozmawiać. Dean nie miał pojęcia, czy Cas w ogóle miał ochotę utrzymywać z nim jakikolwiek kontakt. Dean nie wiedział, czy to, co wydarzyło się między nimi przez ostatni miesiąc, miało dla Casa jakiekolwiek znaczenie.
Cholera, Dean nie znał nawet numeru Casa.
A teraz wyglądało na to, że na to wszystko jest już za późno.
- Do zobaczenia – powiedział, choć głos nieco mu się załamał. Cas utrzymał spokojną, stanowczą minę, a kiedy Dean wyciągnął w jego stronę dłoń, uścisnął ją bez wahania.
- Jezus Maria, co za idioci – westchnął Gabriel.
Dean puścił jego uwagę mimo uszu, a Castiel najwyraźniej zrobił to samo, bo również nic nie powiedział, zamiast tego potrząsając mocno dłonią Deana, a potem cofając się o dwa kroki.
- …Dean? Jesteś gotowy? – zapytał niepewnie Sam.
Dean oderwał wzrok od twarzy Casa – po raz ostatni, naprawdę ostatni, a potem obrócił się na pięcie i popatrzył na brata.
- Tak, możemy jechać – powiedział i skierował się w stronę samochodu.
Trzaśnięcie drzwiczek było jak zatrzaśnięcie wieczka trumny, które odcinało dopływ powietrza. Dean marzył o tym, by raz jeszcze popatrzeć na stojącego kilka kroków dalej Casa, ale nie był w stanie się na to zdobyć. Po chwili Sam również wsiadł do samochodu i zamknął drzwi po swojej stronie.
Dean westchnął ciężko, ściskając kluczyki w dłoni.
- Wiesz – zagadnął Sam, nie spuszczając wzroku z przedniej szyby – zanim wyjechałem, Bobby wspominał coś o tym, że planuje zatrudnić parę nowych osób. Twierdzi, że dodatkowa pomoc zawsze się przyda.
- Och – mruknął Dean.
- Znasz Bobby'ego – ciągnął Sam. – Na pewno kogoś już znalazł. Założę się, że nie będziesz potrzebny w warsztacie przez co najmniej miesiąc.
- Sam – jęknął bezradnie Dean i ukrył twarz w dłoniach.
- Dean – powiedział z uporem Sam. – Stary, nie traktuj mnie jak idioty, dobra? Nie jestem głupi, dobrze wiem, że chcesz zostać dłużej.
- Wieś to nie miejsce dla mnie – odparł ponuro Dean. – Jestem z miasta. Lubię miasto. Sam, dobrze żyje mi się w mieście.
- A kto powiedział, że musisz opuszczać miasto na zawsze? – zapytał Sam. – Kilka dni więcej spędzonych na wsi na pewno ci nie zaszkodzi.
- Kilka dni – powtórzył Dean pustym głosem.
- Albo kilkanaście.
- Sam, ja…
- Nie miałem pojęcia, że z głupiego zakładu może wyniknąć tyle dobrego – ciągnął Sam pouczającym, braterskim tonem, a Dean nie był w stanie na niego spojrzeć. – Ale wystarczyło, bym zobaczył cię w towarzystwie Castiela, z kapeluszem na głowie i spaloną od słońca twarzą. Dean, od tylu lat kisisz się w tym mieście, że nie pamiętam, kiedy widziałem cię z opalenizną. To do ciebie pasuje, wiesz? Tak samo jak pasuje do ciebie wylegiwanie się na kocu z Casem u boku.
- Przestań – jęknął Dean i potarł ze zmieszaniem czoło.
- Nie ma „przestań". Zawsze opowiadałeś mi, że w dzieciństwie mieliśmy za domem ogród. Że kiedy byłem jeszcze niemowlakiem, mama lubiła siadać z nami na kocu, a ty podtykałeś mi pod nos trawę i kwiaty, a mama robiła wianki. A potem, u Bobby'ego? Uwielbiałeś jeździć konno, Dean. Uwielbiałeś te wakacje.
- To nie znaczy jeszcze, że chcę zamieszkać na wsi, okej?
Sam westchnął.
- A kto tu mówi o zamieszkaniu na wsi? – zapytał i Dean wreszcie na niego popatrzył. Sam uśmiechnął się łagodnie i machnął ręką w stronę, gdzie najprawdopodobniej wciąż stał Cas i Gabriel. – Ja tylko mówię, że nie ma żadnego, najmniejszego nawet, powodu, dla którego musiałbyś wyjeżdżać już dzisiaj.
Dean patrzył na swojego brata przez dłuższą chwilę, ale zamiast myśleć o jego przydługim wywodzie, przed oczami wciąż miał wyraz twarzy Casa, jego poważne spojrzenie i miękki uśmiech. Pomyślał o uścisku jego dłoni, tak mocnym i pewnym, a potem o ostatnim pocałunku, jaki dane im było wymienić: rano, tuż przed zejściem na śniadanie, w sypialni Casa, z Casem opartym niedbale o drzwi, ze zmierzwionymi od snu włosami i cieniem zarostu na twarzy. Dean pomyślał, że nie byli nawet w stanie porozmawiać o tym, kiedy i czy w ogóle planują spotkać się następnym razem, a myśl o tym, że nie miałby już szansy ujrzeć jego ciepłego spojrzenia czy poczuć jego oddechu na twarzy sprawiła, że coś ścisnęło go w żołądku.
Sam miał rację.
Kto powiedział, że musiał wyjeżdżać już dzisiaj? Zakład dobiegł końca, to prawda. Ale Dean nie miał wątpliwości, że Bobby pozwoli mu przedłużyć sobie wakacje.
Bez dłuższych rozmyślań Dean otworzył gwałtownie drzwi i wysiadł z samochodu. Gabriel właśnie stał w drzwiach, odwrócił się jednak i poparzył na niego z zaciekawieniem. Cas wciąż stał tam, gdzie wcześniej, lecz jego oczy zabłysły radośnie na widok zbliżającego się do niego szybkim krokiem Deana.
Dean planował najpierw wytłumaczyć swoje zachowanie, ale nogi same poniosły go w stronę Castiela, a jego usta same odnalazły jego usta. Cas wplótł palce pomiędzy jego włosy i westchnął z zadowoleniem, odwzajemniając pocałunek.
Gdzieś za plecami Casa Gabriel zaczął bić brawo, a wtedy Dean odsunął się nieco, opuścił dłonie i uśmiechnął się niepewnie.
- Właściwie to nie muszę wyjeżdżać już dzisiaj – powiedział.
Sam, który również zdążył wysiąść już z samochodu, wydał z siebie triumfujący dźwięk, a Gabriel zagwizdał. Cas uśmiechnął się szeroko, nie spuszczając wzroku z Deana, a potem przysunął się bliżej i znów go pocałował.
- To co, czy to znaczy, że Dean wygrał podwójnie? – zapytał Gabriel.
Dean kompletnie go zignorował, zamiast tego rozsuwając językiem usta Casa i otaczając go ramionami w pasie.
- Nie ma mowy! Tego zakład nie obejmował – powiedział Sam.
Cas pociągnął lekko za włosy na karku Deana, a Dean westchnął z zadowoleniem, zbyt zajęty pocałunkami, by koncentrować się na rozmowie toczącej się pomiędzy ich braćmi.
Mimo to następne słowa Gabriela przykuły jego uwagę.
- Założę się, że Castiel nie wytrzymałby w mieście nawet dwóch tygodni!
#
A/N: ...i teraz powinnam napisać The End, pożegnać się z Wami i podziękować za wszystko, ale tak jakoś wyszło, że napisałam coś jeszcze :)
Jeśli jednak ktoś nie będzie miał ochoty czytać dalej, to mimo wszystko to powiem: dziękuję za Waszą obecność, za dodawanie do ulubionych, za cudowne komentarze i Wasze zainteresowanie! Dzięki własnie takim czytelnikom pisanie ma sens - nawet jeśli powyższe opowiadanie było wynikiem chwilowej głupawki i na pewno nie miało osiągnąć aż takich rozmiarów ;) Dziękuję!
A wszystkich zainteresowanych zapraszam na krótką kontynuację, którą znajdziecie w następnym rozdziale :)
