Rozdział 11
Po opuszczeniu pokładu i odebraniu walizki usiadłam na ławce w hali przylotów, czekając aż ktoś po mnie przyjdzie. Nienawidziłam publicznych lotnisk, nigdy nie wiedziałam w którym kierunku pójść, zawsze się gubiłam, a nowojorskie było wyjątkowo duże. W pewnym momencie usłyszałam przebijający się przez gwar krzyk.
– Bree! – po głosie od razu poznałam, że to Katherine. Po chwili także ją zobaczyłam. Bardzo ładna brunetka, z oliwkową skórą i brązowymi oczami. Szybkim krokiem podeszła do mnie, po czym przytuliłyśmy się do siebie. Ogromnie się cieszyłam, mogąc znów się z nią spotkać. Wcześniej obawiałam się, że z chwilą przemiany w wampira stracę wszystkie swoje przyjaciółki, lecz to na szczęście okazało się nie być prawdą. W końcu odkleiłyśmy się od siebie.
– Boże, tak dawno cię nie widziałam. Wyglądasz zajebiście – oświadczyła elokwentnie, spoglądając na mój strój. – Zresztą, jak zawsze. Francuskie księżniczki podbijają Nowy Jork, pamiętasz? – spytała, uśmiechając się do mnie znacząco.
– Jak mogłabym zapomnieć – odpowiedziałam jej tym samym. Po tym, wzięłam swoją walizkę i poprowadzona przez brunetkę szłam w stronę parkingu, na którym stało auto, a raczej limuzyna, należąca do moich rodziców. Wnętrze było oczywiście było tak luksusowe, jak mogło być wnętrze auta wartego kilka zer. Inni wypożyczali takie na wesela lub inne tego rodzaju wielkie uroczystości, my jeździłyśmy kiedyś taką na co dzień.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że wybrałaś mieszkanie w jakiejś dziurze w Montanie, zamiast Nowego Jorku. Przez ciebie musiałam wrócić sama do Paryża. Kocham Nicole, naprawdę, ale potrafi być męcząca – oznajmiła z wyrzutem Katherine.
– Po pierwsze, to nie jest Montana, tylko Waszyngton. Nie mieszaj w to Montany, bardzo tam ładnie. Po drugie, mówiłam ci, potrzebowałam zmiany, a na dodatek moi rodzice się uparli. Po trzecie, zgodzę się, Nicole bywa męcząca, ale HALO, dziewczyno, mieszkasz w Paryżu! – powiedziałam. Jechałyśmy już od kilkunastu minut i raczej nie miało się to zbyt szybko zmienić. Mimo, że było już sporo po północy, korki jak zwykle dawały się we znaki.
– Niech ci będzie. Kiedy w końcu dojedziemy?! Zaraz tu zasnę – jęknęła.
W końcu jednak dojechaliśmy na Piątą Aleję. Moim oczom ukazało się to, czego się spodziewałam. Ogromny, wielopiętrowy dom, a raczej rezydencja, cała z kosztownego, ekskluzywnego, białego kamienia. Przed nią znajdował się basen, wielkości całego ogródka przeciętnego Amerykanina. Przed żelazną bramą oczywiście ochroniarz, wpuszczający nasz samochód na nieskazitelnie biały podjazd. Wszystko było tu idealne i nieskazitelne, widać to było szczególnie późną wiosną i latem. Drzewa otaczające dom idealnie przycięte, kwiatki rosnące w uporządkowanych, starannie dobieranych kompozycjach. Byle tylko zaimponować sąsiadom, klientom firmy, czy dziennikarzom ,,Forbesa" czy ,,New York Timesa".
Wyszłyśmy z samochodu. Nie zwróciłam uwagi nawet na moją walizkę, wiedząc, że weźmie ją kierowca. Skierowałyśmy się w stronę drzwi. Mroki nocy skutecznie odstraszały zapalone latarnie, stojące wzdłuż podjazdu. W środku nie paliło się ani jedno światło, przynajmniej nie od przedniej strony. Przed wejściem Katherine mnie zatrzymała.
– Muszę ci o czymś powiedzieć – w tym momencie zawiesiła się. Spojrzałam na nią pytającym spojrzeniem. – Twoi rodzice… W styczniu, po tym jak wyjechałaś do Idaho, postanowili wrócić do wrócić do Nowego Jorku. I są aktualnie w domu, nie mając pojęcia, że tu przyjeżdżasz… Błagam, nie zabij mnie – prosiła, z miną winowajczyni.
– Katherine, zabiję cię! Czemu mi nie powiedziałaś?! I mieszkam w WASZYNGTONIE! – wysyczałam wściekła, choć dobrze wiedziałam, że złość na przyjaciółkę szybko mi przejdzie. Nie umniejszało to faktu, że teraz trudniej będzie mi ukryć fakt, że mieszkam u kuzynów, którzy właściwie nie istnieją. Oraz to, że jestem wampirem. Trudno, coś się wymyśli. Jeśli Katherine nie zauważyła we mnie żadnej zmiany, oni też się nie zorientują. To przecież moi rodzice, powiedziałabym im, że wyprowadziłam się na Księżyc, a to i tak by ich nie obeszło.
– Bo gdybym ci powiedziała, nie przyjechałabyś. Jakoś przeżyjesz, ta chata jest ogromna. Chodźmy już, tu naprawdę nie jest zbyt ciepło.
Weszłyśmy więc do budynku. Przy drzwiach, o dziwo, nie było lokaja, co wytłumaczyłam sobie późną porą. Na pierwszym planie był salon. Ogromne pomieszczenie, pełne skórzanych sof i marmuru. Mimo początkowego chłodu, był bardzo gustownie urządzony, oczywiście przez najlepszych projektantów wnętrz w kraju. Zapalone przez nas światło, dawało jako taką namiastkę przytulności. Przynajmniej nie wyglądał jak tandetna podróba Wersalu, jak domy wielu bogatych znajomych rodziców. Dalej weszłyśmy po (marmurowych) schodach na drugie piętro, gdzie mieściły się sypialnie. Na parterze był oczywiście salon oraz kuchnia, na pierwszym piętrze zaś sala balowa oraz kilka innych zupełnie według mnie niepotrzebnych pomieszczeń, ale oczywiście, tradycja musi być. Na końcu korytarza były drzwi prowadzące do mojego pokoju, a raczej pokoi. Mój ,,apartament" w przeciwieństwie do reszty domu wyglądał bardziej ludzko. Najpierw mały salonik, z kremowymi ścianami, białymi, skórzanymi sofami, kawowym stoliczkiem i dużym regałem na książki. Wychodziły z niego drzwi podwójne drzwi, prowadzące do garderoby, oraz łukowate do sypialni. Weszłyśmy oczywiście tymi drugimi. Sypialnia wyglądała skromniej niż reprezentacyjny salon, podobnie jak mój pokój u Cullenów. Białe ściany, ogromne łóżko, delikatne biurko, stolik nocny, puchaty dywan, wiszący na ścianie telewizor. Oczywiście nie mogło też zabraknąć toaletki i miejsca do siedzenia przy oknie, wyłożonego miękkimi poduszkami. Do tego jeszcze jedne drzwi, tym razem do łazienki. Przy łóżku leżała duża walizka Katherine. No bo przecież nie mieliśmy kilku, jak nie kilkunastu wolno stojących pokoi gościnnych, trzeba zająć mój. Westchnęłam i podzieliłam się tym spostrzeżeniem z dziewczyną.
– Masz duże łóżko – odparła jedynie, przewracając oczami.
– No dobra, rób jak chcesz, ale ja idę do łazienki się ogarnąć i idziemy spać. I idź do któregoś z wolnych pokoi, zamierzam skorzystać ze swojej własnej łazienki! – krzyknęłam jeszcze, wchodząc do pomieszczenia obok sypialni. W myślach już wyobrażałam sobie zirytowane spojrzenie dziewczyny. Przebrałam się w piżamę, po powrocie zastając Katherine siedzącą już na moim łóżku.
– Co tak długo? Bridget zrobiłaby to szybciej – zaśmiała się, a ja odpowiedziałam jej tym samym. Bridget była dziewczyna, która razem z nami chodziła wcześniej do szkoły. Znana byłą z tego, że flirtowała ze wszystkim co się rusza, i nawet do spania nakładała grubą porcję tapety. Była żałosna.
– Żadnych porównań do Bridget! – zaoponowałam, po czym położyłam się do łóżka koło brunetki. Po chwili obie zgodnie stwierdziłyśmy, że czas iść spać i zgasiłyśmy lampkę. Przez chwilę leżałam bez ruchu na materacu wpatrując się w ciemności. Dzisiejsze, a raczej wczorajsze zdarzenie znów zaczęło mnie w myślach nawiedzać. Spędziłam tak kilkanaście minut, myśląc nad konsekwencjami tego czynu, oraz nad tym, jak bardzo to niepoprawne było. Może nie byłam świętoszką, ale jeszcze nigdy nie całowałam chłopaka swojej przyjaciółki. To było wredne, chamskie niedopuszczalne. W końcu jednak uznałam, że nie powinnam się tym sama zadręczać. Katherine mnie tu ściągnęła, niech radzi sobie z moimi problemami.
– Kath? – szepnęłam
– Co? – mruknęła chyba zirytowana. Miała problem.
– Śpisz?
– Nie, to moje alter ego, które przejęło moje ciało i mózg odpowiada na twoje pytanie.
– Och, cicho bądź. No bo mam problem. A raczej popieprzoną sytuację. Bardzo popieprzoną sytuację.
– Mów, a ja postaram się nie zasnąć.
– No dobra, ale cokolwiek powiem, masz mi nie przerywać. Więc, jak wiesz jestem u dalekiego kuzyna moich rodziców, wujka Carlisle'a i jego żony, Esme. No i oni nie mogą mieć swoich dzieci, więc adoptowali kilka nastolatków w naszym wieku. Wiem, popieprzone, ale cała moja rodzina, jak już zauważyłaś, jest popieprzona. No i tam jest Edward, Emmett, Rosalie, Alice i Jasper. Żadne z nich nie jest ze sobą w żaden sposób ze sobą ani ze mną spokrewnione, jedynie Jasper i Rosalie są bliźniakami. I jest tak, że Rosalie jest z Emmettem a Jasper z Alice i to właśnie o Jaspera chodzi. No bo on od samego początku ma ze mną jakiś problem, mówi że jestem rozpieszczoną suką i tego typu rzeczy. No ale ostatnio przeszedł jakąś zmianę i zaczął być miły, poszliśmy razem biegać i później gadaliśmy no i on mnie pocałował, a ja nie byłam w zajebistej sukience od Prady tylko w stroju do biegania, no i czuję się fatalnie, bo odwzajemniłam ten pocałunek, a Alice jest super i nie wiem co zrobić. I chyba się nim zakochałam ale sama już nie wiem. I nie mów, że on chce tylko się ze mną przespać! – powiedziałam błyskawicznie i bardzo chaotycznie. Wolałam nie wspominać, że nie biegaliśmy, tylko walczyliśmy z wilkołakami, nie mam żadnego wujka Carlisle'a, oni tylko uratowali mi życie przed świrniętą wampirzą rodziną królewską, wampir który mnie pocałował ma ponad 200 lat, aha i ja sama jestem wampirem.
Nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo chciałabym powiedzieć o tym Katherine. O tym wszystkim, co działo się przez 3 miesiące. O tym, jak beznadziejnie czułam się odbierając niewinnym osobom życia. O tym, jak znienawidziłam samą siebie. O tym, jak bardzo chciałam zginąć. O tym, jak po każdym polowaniu płakałam przez kilka godzin w jakimś ciemnym kącie starego hotelu. O tym, jak przyległa do mnie łatka puszczalskiej suki, bo wyładowywałam swoją frustrację przysypiając się z każdym wampirem rodzaju męskiego, którego stworzyła ta ruda wywłoka. Ale nie mogłam, Cullenowie ostrzegli mnie, że grozi za to śmierć. Nie można się ujawniać, nikomu.
Po moim przymówieniu, Katherine przez długi czas myślała w ciszy.
– W co ty się wpakowałaś… Nie mam pojęcia, jak możesz się z tego wyplątać, ale obiecuję, że coś wymyślę, daj mi teraz trochę czasu. Chodźmy już spać, mamy jutro dużo zajęć, a musisz jakoś pokazać się swoim rodzicom.
Po tym zdecydowałam się już nie odzywać, dziewczyna miała rację, nie powinnam teraz się tym zadręczać. Są ważniejsze sprawy. Po kilku minutach, wykończona całym dniem, już spałam.
Kilka godzin później obudziłam się, i stwierdzając, że brunetka koło mnie jeszcze śpi, poszłam do garderoby i do łazienki, w której ubrałam się i pomalowałam . Na szczęście pogoda była jak dla mnie idealna, chmury oblężyły niebo, lecz nie zanosiło się na deszcz. Gdy wyszłam z łazienki Katherine już nie było w sypialni, więc pewnie ogarniała się w łazience któregoś z gościnnych pokoi. W końcu jednak przyszła, więc mogłyśmy iść na dół, by przeżyć konfrontacje z moimi rodzicami i Nowym Jorkiem. To pierwsze zdecydowanie było gorsze. Cały dzień miałyśmy już zaplanowany. Od razu po zjedzeniu śniadania wychodziłyśmy na prawie cały dzień na zakupy. Później miałyśmy spotkać się z Ashley DiLaurentis, naszą przyjaciółką, a wieczorem całą trójką szłyśmy na imprezę do jednego z najbardziej znanych i najdroższych klubów w NYC. Oczywiście żadna z nas nie była pełnoletnia, lecz czy jest coś, czego nie można, gdy się zapłaci? Żadnej z nas nawet nie obchodziło to, że jest czwartek, środek tygodnia, i że teoretycznie obie powinnyśmy być w szkole. Katherine usprawiedliwiła się odwiedzinami chorej cioci w Norwegii, Rose miała powiedzieć, że pojechałam do rodziców, a Ashley swoją jutrzejszą nieobecność wyjaśniła zawodami jeździeckimi w Alabamie.
– Idziemy już? Naprawdę potrzebuję kawy – oznajmiła zniecierpliwiona brunetka. Jedynie się uśmiechnęłam i pokiwałam głową. Na dole przy stole siedzieli moi rodzice, Veronica i John Tanner. Na mój widok odwrócili głowy i spojrzeli zdziwieni.
– A ty nie miałaś przypadkiem być w Wirginii? – zapytała obojętnym tonem. Była to piękna, elegancka, dystyngowana kobieta, zawsze w ubraniach od najlepszych projektantów, z biżuterią powalającą inne przedstawicielki płci pięknej. Mój ojciec za to był typowym biznesmenem. Zawsze idealnie czysty garnitur, zazwyczaj od Armaniego. Typowi ludzie sukcesu.
– W Waszyngtonie – w tym momencie wywróciłam oczami – Przyjechałam na tydzień, żeby spotkać się Katherine.
Po tych słowach razem z dziewczyną weszłyśmy do kuchni, gdzie była już Olga, wraz ze swoimi pysznymi croissantami i najlepszą kawą. Oczywiście od razu mnie uściskała i zadała miliard pytań. Gdy w końcu grzecznie udało mi się odpędzić od jej czułości, zaczęłyśmy konsumować nasze śniadania. Po kilku minutach, które spędziłyśmy nas debatowaniem, do których sklepów najlepiej wcześnie pójść, by uniknąć kolejek, do kuchni weszła moja matka, prawdopodobnie bo dolewkę kawy. Był to napój bardzo w mojej rodzinie popularny.
– U kogo w końcu jesteś? – zapytała, jakby z czystego obowiązku.
– Och, wiesz, u tego waszego kuzyna, od strony ciotecznej babki, tej która kiedyś na Wigilie…
– Dobra, nieważne, spieszę się. Mam tylko nadzieję że chodzisz do szkoły – po tym, nie pozwalając mi udzielić żadnej odpowiedzi, bez słowa wyszła z pomieszczenia. Wymieniłam znaczące spojrzenia z przyjaciółką. Nagle, nieoczekiwanie wybuchłyśmy śmiechem, nie wiedziałam nawet, z czego się śmiałyśmy. Szybko dokończyłyśmy nasze jedzenie, po czym wyszłyśmy z domu.
Nasze zakupy trwały cały ranek oraz sporą część popołudnia. Kupiłam nową sukienkę, którą zamierzałam założyć dziś do klubu, kilka par spodni, sporo t-shirtów, butów i spódnic. Oczywiście nie mogło zabraknąć kosmetyków i perfum. Po zakupowym szaleństwie poszłyśmy do jednej z niewielkich restauracji na przedmieściach. Właśnie tam zmierzałyśmy obie spotkać się z Ashley, z którą miałyśmy także wrócić to mojego domu.
Jadłam właśnie swoje lasagne, gdy spostrzegłam, że do budynku weszła piękna, drobna blondynka, z niebieskimi oczami i włosami układającymi się w fale.
– Hej, dziewczyny. Boże, jak dawno się nie wiedziałyśmy – oznajmiła głosem pełnym entuzjazmu, gdy już wszystkie się uściskałyśmy.
– Ale w tym tygodniu to wszystko nadrobimy – zapewniłam ją.
– To jak, impreza dzisiaj? – zapytała blondynka – Dzwoniłam jeszcze do Chloe, spotkamy się z nią przed klubem o 20.
– Myślałyśmy, że może Chloe przyjdzie razem z tobą – zdziwiła się Katherine.
– Wiecie, po tym jak Bree wyjechała do Wisconsin, a ty, Kath to Francji, szczerze mówiąc przestałyśmy się aż tak przyjaźnić. Ja spędzam teraz więcej czasu z nową dziewczyną, Becky, pewnie będzie dziś w klubie, więc ją poznacie. Chloe trzyma się teraz głównie z Bethany.
– Z BETHANY?! – wręcz wykrzyczałyśmy, zdziwione i zdezorientowane. Każda z nas w przeszłości nie znosiła Bethany, po tym, jak odebrała chłopaka naszej koleżance, Emily.
– Tak, sama nie wiem czemu, ale zaczęła się zachowywać nawet gorzej niż ona. Nie lubię plotkować, ale ponoć po każdej imprezie ląduje w łóżku z innym facetem.
Jak na zawołanie zgodnie się skrzywiłyśmy.
– Ale słyszałam też, Bree, że na dzisiaj w klubie ma być Tyler – blondynka rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. No tak, Tyler Lockwood. Kapitan szkolnej drużyny futbolowej, w którym kiedyś byłam po uszy zadurzona. On oczywiście był z tego powodu zachwycony, każdy chciał umawiać się z najpopularniejszą laską w szkole.
– Nawet tak na mnie nie patrzcie, mówiłam wam. Z Tylerem sprawa zakończona, raz się przespaliśmy, szału nie było, koniec – podsumowałam, wybuchając śmiechem. Przyjaciółki od razu mi zawtórowały.
Rozmawiałyśmy jeszcze przez jakiś czas, po czym całą trójką zdecydowałyśmy, że czas już jechać do mnie, byśmy mogły wystroić się przed wyjściem. Oczywiście limuzyna posłusznie stała już na chodniku przed restauracją, więc nie musiałyśmy czekać nawet minuty. Do mojego domu dotarłyśmy zaskakująco szybko, biorąc pod uwagę ruch w Nowym Jorku. Moich rodziców oczywiście już nie było, Olga poinformowała nas, że wrócą dopiero za trzy dni, po czym kazała na poczekać na dole, aż upieką się babeczki, ponieważ wzięła sobie za punkt honoru, by odpowiednio nas wykarmić, bo byłyśmy ,,stanowczo zbyt chude". Poświęciłam te kilka minut, by uświadomić dziewczyny, że nie mieszkam w Montanie, Wirginii, Wisconsin ani w Idaho, tylko do cholery w Waszyngtonie. Niewiele późnej wchodziłyśmy już po schodach do mojego pokoju, ja z talerzem parujących muffinek, a Kath i Ash ze świeżo nabytą wiedzą geograficzną.
