Rozdział dwunasty: Jedyna słabość


- Boże… co za nudy! – wykrzyknęłam, wyrzucając ręce ku górze. Leżałam na otomanie, nudząc się niesamowicie. Większość książek przeczytana, zwoje przejrzane, kąpiel odhaczona z listy rzeczy do zrobienia, brzuch napełniony… nawet spać mi się nie chciało. A Pana, Felixa czy Devina jak nie było, tak nie ma.

Kiedy w końcu będę mogła się stąd wydostać i gdzieś wyjść? Czy powinnam zacząć działać sama, czy też może lepszym rozwiązaniem byłoby poczekanie, aż rodzina Henry'ego wszystkim się zajmie? Co powinnam zrobić, do kurzej nędzy?!

W końcu, pomyślałam nagle, podnosząc się nieznacznie z kanapy. Chyba kogoś słyszę na zewnątrz. Może w końcu Pan wysłał kogoś do mnie, żebym tu z samotności nie oszalała. Zwykle posyłał tu kogoś przynajmniej raz dziennie, żebym mogła choć przez chwilę z kimś pobyć – nawet jeśli to było tylko marne pięć minut. Tymczasem od ostatnich czterdziestu godzin nikt się nie pojawił. Nikt. Zaczynam już myśleć, że Pan zapomniał o tym, że mnie tu zostawił.

Niechętnie wstałam i skierowałam się do okna, licząc po cichu na to, że może to Felix został tu przysłany. Wtedy być może mogłabym spróbować wyciągnąć od niego, dlaczego zdecydował się nie wydać mnie w sprawie wizji odnośnie Devina. Ten temat wciąż nie dawał mi spokoju. Nie mogłam za żadne skarby zrozumieć, dlaczego Felix postąpił w ten sposób. Ryzykował przecież tak wiele; i po co? Bo byłam księżniczką? Bo miałam potencjał? Bo Pan miał zaplanowane dla mnie coś specjalnego? Musiałam to wiedzieć. Po prostu musiałam.

Wyjrzałam przez okno, ale zaraz potem zamarłam, zaskoczona tym, co zobaczyłam.

To z pewnością nie był żaden z Chłopców Pana.

Doskoczyłam do drzwi w tej samej chwili, w której nieznajomy mężczyzna wbiegł na małą polankę położoną tuż przed mostem wiodącym do mojej chatki.

Nie zamierzałam kwestionować tego, jakim cudem udało mu się ominąć zaklęcia i bariery nałożone przez Pana. To był człowiek z zewnątrz. Czułam to. Był jednym z wrogów Pana. A to oznaczało, że mógł mi w jakiś sposób pomóc.

- Hej! – zawołałam, skutecznie przykuwając jego uwagę. – Hej, tutaj! Szybko!

Mężczyzna na całe szczęście zauważył mnie. Ruszył pospiesznie w moją stronę, z łatwością przechodząc po chybotliwym moście. Kilka chwil później odpoczywał już w bezpiecznym miejscu, z dala od ścigających do Chłopców Pana.

- Dziękuję. – wydusił z siebie nieznajomy, gdy już w końcu zdołał złapać oddech. – Ja… jak tu się znalazłaś? Mieszkasz tu?

- Od niedawna. – przyznałam szczerze, omiatając szybko spojrzeniem małe pomieszczenie. – Pan mnie tu sprowadził niecały miesiąc temu. A przynajmniej w Nibylandii prawie minął już miesiąc. – dodałam po chwili, wzdychając ciężko. – Szlag już tu człowieka może trafić. Ciągle nic, tylko ciemność. Niekończąca się noc. – zerknęłam następnie z uwagą na nieznajomego. – A ty dlaczego przed nim uciekasz? Coś zmalowałeś? – i uśmiechnęłam się szelmowsko. Wróg Pana był moim przyjacielem; takie było moje motto.

- Próbuję uratować mojego syna. – odpowiedział mężczyzna. Krótką chwilę zajęło mi zrozumienie, o kim była mowa.

- A niech mnie… – wymamrotałam, szczerze zaskoczona. – Ty… to ty jesteś ojcem Henry'ego Millsa, prawda?

Mężczyzna momentalnie wrócił do pełni sił. Otworzył szeroko oczy, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem.

- Widziałaś go? – spytał się głośno, siadając prosto jak struna. – Gdzie on jest?

- Tego nie wiem. – odparłam. – A przynajmniej nie wiem, gdzie dokładnie się znajduje. Chyba w obozie Pana, tak sądzę. Udało mi się z nim raz skontaktować dzięki jakiejś swoistej telepatii, jaka nas łączy.

Mężczyzna chyba nic nie zrozumiał. Wpatrywał się tylko we mnie zdezorientowanym spojrzeniem, próbując jednocześnie zrozumieć to, co właśnie powiedziałam.

- Co…? – zaczął, drapiąc się nerwowo po głowie.

- Też jestem Najprawdziwszym Wierzącym. – wyjaśniłam naprędce. Znów zaskoczyłam mężczyznę nieoczekiwaną informacją. – Pan ściągnął mnie tu z mojej ojczyzny, Krainy Tysiąca Życzeń, z powodu moich zdolności jasnowidzenia.

- Kraina Tysiąca Życzeń? Zdolność jasnowidzenia? Chwila moment… – nagle mężczyzna podskoczył jak oparzony, wpatrując się we mnie ze zdumieniem. – Księż… księżniczka Elyon? Następczyni tronu Eledreli? – pokiwałam tylko głową, dając mu szansę na wygadanie się. – Ty też jesteś…? Ale… jak to możliwe…?

- Każdy świat ma swojego Najprawdziwszego Wierzącego. – zaczęłam mu na spokojnie wszystko wyjaśniać. – W Świecie Bez Magii jest nim Henry. W moim jestem nim ja. Zapewne takie krainy jak Oz, Kraina Czarów czy Agrabah również mają swoich Wierzących. Panowi udało się jednak odnaleźć jak na razie tylko naszą dwójkę. I w sumie więcej chyba nie potrzebuje, z tego co widzę. – dodałam po chwili, krzywiąc się nieznacznie. – Wiesz już chyba zapewne, że Pan chce poświęcić Henry'ego, aby przedłużyć własne życie? – mężczyzna przytaknął skinieniem głowy. – No cóż… mnie najwyraźniej potrzebuje do odbudowy Nibylandii po tym, jak zyska serce Najprawdziwszego Wierzącego. Mnie poświęcić nie może, bo jestem bardziej utalentowaną czarodziejką, a także mam większe doświadczenie i wyobraźnię… podobno. – tu pozwoliłam sobie na słaby uśmiech. – Ale zamierzam pomóc Henry'emu. Zgodziłam się co prawda na propozycję Pana, ale to była tylko podpucha. Nigdy nie pozwoliłabym mu skrzywdzić niewinne dziecko. Stąd też mam do ciebie małą prośbę.

- Zamieniam się w słuch. – powiedział mężczyzna, siadając wygodniej na twardej, drewnianej podłodze.

- Na początek… jak masz na imię?

- Neal. Neal Cassidy. – odpowiedział ojciec Henry'ego. Kiwnęłam lekko głową, po czym od razu przeszłam do dalszej części wypowiedzi.

- A zatem, Neal… nie wiem, czy wiesz o tym, ale matka Henry'ego również tu jest.

- Tak, wiem. To Emma. Właśnie dlatego tu przybyłem; żeby im pomóc ocalić Henry'ego. – Bardzo dobrze. Czyli wychodziło na to, że tej części nie musiałam mu tłumaczyć.

- Za chwilę będziesz musiał opuścić tę chatkę. Pan i Felix dość często tu zaglądają, więc chowanie cię tutaj jest bardzo głupim pomysłem. Gdy już jednak stąd wyjdziesz i pobiegniesz dalej, spróbuj odnaleźć Emmę i pozostałych. Przekaż im, że ja również tu jestem, i że także jestem więźniem Pana.

- Dobrze, zrobię to. – Neal już miał się stąd wynosić, ale nagle zatrzymał się w połowie drogi. – Księżniczko… wyjaśnij mi tylko, dlaczego potrzebujesz pomocy? Nie żebym nie chciał ci pomóc. – dodał szybko, widząc moje spojrzenie. – Po prostu… jesteś czarodziejką. I to potężną, z tego co słyszałem. Dlaczego sama nie przeciwstawisz się Panu?

- Bo wtedy jego moc opuściłaby Serce Krainy Tysiąca Życzeń. – wyjaśniłam, spuszczając ze smutkiem wzrok. – Sama nie mogę nic zrobić. Jeśli go zaatakuję, zerwę wówczas sojusz, jaki zawarliśmy przy Sercu, gdy pomógł mi je uzdrowić. A nie jestem na razie wystarczająco silna, aby sama wrócić do swojego świata i je uzdrowić. No i do tego w Nibylandii moje moce nie działają tak, jak powinny. – dodałam po chwili. – Mogę tu korzystać jedynie z mocy Najprawdziwszego Wierzącego. A z racji, że jest to Nibylandia, niektóre marzenia i pragnienia ta pokręcona wyspa mogłaby odczytać nie tak, jak trzeba.

- Fakt… to by było nieciekawe. – przyznał Neal. – Ale wiesz… nie musisz używać wyłącznie swoich mocy. Zawsze przecież możesz unieszkodliwić Pana.

- Ta, tylko jak? – jęknęłam, wzdychając przeciągle. – Nawet nie mogę pewnie ominąć tej jego przeklętej bariery… – nagle uświadomiłam sobie coś bardzo ważnego. – Hej, a ty jakim cudem się tu dostałeś? Jak przeszedłeś przez barierę?

- Jaką barierę? – zdziwił się Neal. Zamrugałam powiekami, zdezorientowana.

A potem wszystko zrozumiałam.

- Aaa! A to kawał sukinkota! – wykrzyknęłam, waląc pięścią w deski podłogi, aż huknęło. Neal podskoczył, przestraszony moją nagłą reakcją. – Wykiwał mnie, cholera jedna! Nie ma żadnej bariery! Nakłamał mi, żebym stąd nie wyłaziła! Jasna ciasna mać!

- Jezu drogi… gdybym nie znał lepiej innych księżniczek, w ogóle bym cię za jedną z nich nie wziął. – wymamrotał Neal, śmiejąc się nerwowo. – Dość porywcza jesteś.

- Cudowne geny mamusi. – odparłam, zaciskając mocno pięść. Wciąż byłam wściekła; i to bardzo. Oj, niech no tylko Pan się tu zjawi. Już ja temu gagatkowi pokażę, gdzie jego miejsce.

Albo Felix. Oj tak… on też pewnie o wszystkim wiedział. To dlatego tak się do mnie miło odnosił ostatnio. Kombinowali we dwóch, jak mnie obłaskawić, żebym stąd nie próbowała spierdzielić. Szczwane bestie, nie powiem. Ale już ja im dokopię… oj, ja im dokopię. Igrali sobie ze mną jak z jakąś pierwszą, lepszą naiwną. Nie ujdzie im to jednak na sucho. Oj, nie ujdzie.

- Wszystko w porządku? – spytał się mężczyzna, widząc moje zdenerwowanie.

- Jakoś ze mną będzie. – odparłam, podnosząc się z podłogi. – Najważniejszy jest teraz Henry. Musisz się szybko dostać od reszty grupy. Ja tu zaczekam na Pana. Jeśli to przed nim uciekasz, to na pewno cię teraz tropi, i na pewno zaraz tu wpadnie. A wtedy ja się nim zajmę.

- Dziękuję. – odpowiedział Neal. – Tyle że… ja… którędy mam uciekać? – tu wskazał na jedyne wyjście prowadzące stąd; czyli, innymi słowy, chybotliwy most. – Tędy się tu dostałem. Chłopcy Pana na pewno już tu węszą.

Westchnęłam ciężko, po czym stuknęłam parę razy w podłogę. Nagle zrobiła się w niej spora dziura. Następnie pstryknęłam palcami, i pojawiła się też lina, dzięki której Neal mógł bez problemu się stąd wydostać.

- Nie dziękuj mi. – powiedziałam, gdy Neal już otwierał usta. – Po prostu uciekaj i uratuj swojego syna.

Neal skinął głową na znak podziękowania, po czym uciekł stworzonym przeze mnie wyjściem. Gdy już znalazł się na twardym gruncie, zasklepiłam dziurę i rozsiadłam się na podłodze, z niecierpliwością czekając na przybycie Pana. Albo Felixa. Nieważne, który pierwszy się tu zjawi. I tak obaj dostaną ode mnie nieźle w ciury.

Po jakichś dwudziestu minutach usłyszałam za drzwiami hałas. Wyprostowałam się, nasłuchując, ale wciąż cierpliwie siedziałam w miejscu. To wciąż mógł być po prostu któryś z Chłopców Pana. A nie chciałam któregoś z nich przez przypadek zdzielić w głowę. To nie na nich byłam taka wściekła, tylko na ich lidera i jego zastępcę.

Gdy drzwi chatki się uchyliły, mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem.

Strzał w dziesiątkę. Zaraz ode mnie dostaniesz, cholero jedna.

- Ty. – wysyczałam, wstając z podłogi, gdy tylko osoba, na którą czekałam, weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. – Ty mały gnojku. Zdradziecki, mały gnojku. Bariera, tak? – postąpiłam krok wprzód, zakasując przy tym rękawy sukni. – Ja ci dam barierę, koleżko. Ja ci, kurna wasza raz, dam cholerną barierę! – I bam!, walnęłam go prosto w sam czubek głowy, aż chłopak się zatoczył. A nie było to łatwe. Fakt, nazwałam go małym gnojkiem, ale to małych ludzi to on nie należał.

- Cholera, za co to?! – wrzasnął Felix, łapiąc się za głowę. Zaraz potem musiał jednak uchylić się szybko przed następnym ciosem.

- Bariera, małpo jedna! Ona nie istnieje! – wykrzyknęłam, zamachując się na niego. Znów spróbował mi uciec, ale wtedy szybko skinęłam dłonią na jedną ze ścian. Wyrosły z niej mocne gałęzie, które w mig oplotły całe jego ciało, unieruchamiając go skutecznie. – Bariera, o której mówił Pan, nie istnieje. To był zwykły pic na wodę, żebym siedziała tu grzecznie i wam nie próbowała zwiewać! – i zamachnęłam się jeszcze raz.

- Elyon, stój! Stój, stój, błagam! – zatrzymałam się. Ale nie dlatego, bo mnie o to poprosił. Nie… to nie dlatego.

Felix po raz pierwszy wypowiedział moje imię.

Przyjrzałam mu się uważnie, mrugając powiekami. Coś tu nie grało. Albo Felix naprawdę dobrze grał, albo…

Nie, mam zwidy. To tylko zwidy wytworzone przez moją niepewność.

- Nic nie wiedziałem o tym, przysięgam! – zarzekał się Felix. Warknęłam cicho, słysząc to. Nie zamierzałam mu w to uwierzyć. – Przyszedłem tu, bo jeden z więźniów Pana uciekł. Tropy prowadziły do… – no i w końcu półgłówek zrozumiał, skąd dowiedziałam się, że bariery nie ma. – Spotkałaś go, prawda?

- Aha. – mruknęłam. – I wiesz co? Chyba jednak wolę stanąć po ich stronie. Ale skoro już ci to powiedziałam… to muszę coś z tym zrobić.

- Na miłość boską, nie zabijaj mnie! – wykrzyknął chłopak. Zamarłam, marszcząc nieznacznie brwi. – Elyon, posłuchaj mnie, proszę. – No i znów to samo. Czemu on mówił do mnie po imieniu?

- Ty nie jesteś Felix. – syknęłam, układając wszystko w logiczną całość. – Ty jesteś Pan. Podszywasz się pod Felixa.

- Nie, nie, to nie on! Jestem Felixem, przysięgam. – Jeny, czemu on tak przeżywał? O co tu chodziło? Nic mi tu nie grało z niczym. Felix, którego znałam, nigdy by się tak nie zachował. To było kompletnie sprzeczne z jego charakterem. – Księżniczko Elyon, proszę… przybiegłem tu nie po to, żeby złapać więźnia Pana. To ja go wypuściłem. – zamarłam, zdumiona.

Że co?!

- Że co? – powtórzyłam, wciąż w szoku. No teraz to już kompletnie nic nie miało sensu. – Dlaczego niby miałbyś to zrobić? Służysz przecież Panowi. Jesteś jego prawą ręką.

- Zrobiłem to, żeby móc się tu dostać niepostrzeżenie, gdy inni będą szukać uciekiniera. – odpowiedział Felix. Słuchałam go uważnie, ale nie chciałam wierzyć w to, co mówi. To wszystko ani trochę się ze sobą nie kleiło. Dlaczego niby miałby to wszystko zrobić? Jaki miał w tym cel? – Chciałem… chciałem…

- Wyduś to z siebie, Felix, albo sama to zrobię. – warknęłam, zaciskając nieco dłoń. W tym samym czasie gałęzie ściskające Felixa oplotły się wokół niego jeszcze bardziej. – Gadaj!

- Zrobiłem go z twojego powodu. – powiedział w końcu. Zamarłam, zszokowana. – Przyszedłem tu, żeby cię stąd wyciągnąć. Chcę ci pomóc uciec od Pana.

No to pięknie. Powód się niby znalazł.

Ale ja z kolei nic z tego nic rozumiałam. Nic a nic.

Oj… czeka mnie chyba długa rozmowa z Felixem.


Niezły plot-twist wymyśliłam na poczekaniu ;) I nie, nie miałam tego zaplanowanego; to była czysta inwencja twórcza podczas pisania końcówki rozdziału.

No i… to chyba oficjalne – uzależniłam się od Naruto :) Ten wybuch Elyon to wszystko zasługa tego cudnego, zarąbistego anime. Jestem już po 250 odcinku Shippudena i wciąż mi mało. Tym, którzy anime lubią, gorąco je polecam. Oglądałam je już wcześniej, już kilka lat temu, ale dopiero w tym roku znalazłam dostatecznie dużo wolnego czasu, aby nadrobić masę zaległości z nieobejrzanymi wcześniej odcinkami. Przeraziła mnie z deczka ich liczebność, ale zacisnęłam zęby i dałam jakoś radę.

A Internetu dalej nie mam. Gdyby nie pomoc kochanej przyjaciółki i sąsiadki, to w ogóle nie miałabym jak wrzucać nowych rozdziałów. No, ale może do końca następnego miesiąca będę wreszcie miała swoje łącze. A tymczasem rodzinnie dajemy kopa w cztery litery firmie, która nas wyciukała i zrobiła w konia. Napisałabym, która to firma, ale nie chcę tu odstawiać czarnego PR-u. Powiem tylko jedno – cholery tak nas wkurzyły, że zmieniamy nie tylko łącze internetowe – zmieniamy kompletnie całą sieć. Tak nas rozjuszyli, że razem z mamuśką zmieniamy również sieć telefoniczną. Można sobie zatem wyobrazić, jak bardzo sobie u nas przeskrobali. No, ale tak się dzieje, jak się robi w bambuko rzekomo „złotego klienta". Ta… złoty klient, moja dupa (że tak dosłownie zinterpretuję idiom angielski). Rada dla wszystkich to czytających – czytajcie przed podpisaniem czegokolwiek umowy, nie dajcie się nabrać na „super-hiper-genialne oferty… i nie bierzcie od nich żadnych tabletów. Ja raz ten błąd popełniłam, i teraz mój „jakże nowoczesny tablet" zbiera kurz na jednej z półek, bo dziad nie potrafił nawet się z siecią połączyć.

No i przy okazji – jesteśmy już w połowie opowiadania. Uparłam się, żeby najpierw skończyć to opowiadanie, ale brak Internetu robi jednak swoje. W ciągu najbliższych dni będę zawzięcie pracować nad pozostałymi rozdziałami, żeby jak najszybciej to skończyć. W międzyczasie spróbuję napisać sześć rozdziałów „Crossing Worlds", które mi jeszcze zostały. No i będzie też miała miejsce publikacja nowego opowiadania, a mianowicie „God Complex". Dla zainteresowanych: będzie to fanfiction o filmie „Kronika", a główny pairing to Andrew Detmer + własna oryginalna postać. Motywem przewodnim będzie grupka nadnaturalnie utalentowanych młodych ludzi, którzy przyjadą do miasta, w którym mieszkają główni bohaterowie filmu, aby sprawdzić ich zdolności i upewnić się, czy nie są zagrożeniem dla świata. Więcej o tym opowiadaniu napiszę przy publikacji pierwszego rozdziału.

I na koniec jeszcze jedno ogłoszenie dotyczące przyszłych opowiadań. W planach mam publikację serii niezależnych od siebie opowiadań z fandomu Naruto. Tradycyjnie, jak to na mnie przystało, będą skupiały się na parach „kanoniczny bohater + własna bohaterka". Na chwilę obecną pracuję powoli nad czterema: Hidan/OC, Sasuke/OC, Sasori/OC oraz Neji/OC, a także planuję w ciągu następnego miesiąca rozpocząć wstępne prace nad pisaniem jeszcze paru innych. Wśród nich na pewno znajdzie się opowiadanie Itachi/OC. Stąd moje pytanie do zainteresowanych – mam co prawda już zaplanowaną listę opowiadań, jakie bym chciała opublikować przed końcem tego roku, ale jeśli wśród czytających to jest ktoś, kto chciałby takie opowiadania przeczytać, to proszę się wypowiedzieć. Z doświadczenia wiem, że opowiadania niekanoniczne z tego fandomu często stają się obiektami niezrozumiałego hejtu tylko dlatego, bo ktoś śmiał w ogóle takie opowiadanie napisać. Jeśli zainteresowani się nie znajdą, to opublikuję je w przez siebie wybranym czasie – albo pod koniec tego roku, albo dopiero w następnym.