Końcem końców
Feliks uśmiechał się przez chwilę, wyobraźnią tkwiąc w radosnej wizji wygranego procesu, lecz po chwili mina mu zrzedła. Jej miejsce zajął wyraz niedowierzania w to, co właśnie usłyszał.
- Że co proszę? - Felek rozejrzał się wokół siebie. - Czy to było do mnie?
- Jak najbardziej. Nie mam w zwyczaju pytać się niepytanych - odparł sędzia nieco urażonym tonem.
- Myślałem, że to jasne. Bronię w imię sprawiedliwości, poszanowania niewinności, zasad sądowych, opinii, tyłka i tak dalej...
- Nie o to chodzi. - Zanim Kran zdążył odpowiedzieć, zirytowana Królowa wreszcie odzyskała mowę po wyjaśnieniach Jedynek. - Dlaczego akurat ty? Dlaczego ktoś, kogo denerwują reguły panujące w Krainie Czarów i kto chce jak najszybciej wrócić do swojego świata postanowił mieszać się w nasze sprawy? Przecież jesteśmy dla ciebie tylko głupimi, dziwnymi stworzeniami z wyobraźni.
Na sali znowu słychać było poruszenie, jednak tym razem szepty zdawały się aprobować zdanie jej królewskiej mości. A najgorsze było to, że w słowach Królowej czaiło się sporo prawdy - ileż to razy nie narzekał na napotkane stworzenia? Ile razy nie skomentował ich odmiennego zachowania? Ich zwyczajów? Ich świata? Feliks zacisnął zęby i rozejrzał się po widowni. Dostrzegł rozczarowany wzrok Marcowego, zdziwionego Księcia Antonia i szepczącego mu do ucha Francisa, smutnego Petera, ogon Susła, układający się z znak zapytania... Bardzo dużo prawdy...
Ale, do kroćset, przecież nie całej.
- Dobra, w porządku. Królowa ma rację. Tak właśnie myślałem - zaczął, a zewsząd zabrzmiały głosy niedowierzania. - Chwila! Przecież powiedziałem, że myślałem!
Stworzenia umilkły i wpatrzyły się w niego z czymś, co znajdowało się pomiędzy kategoriami nadziei i nieufności. Felkowi zrobiło się jeszcze bardziej głupio, a nieśmiałość nagle zaczęła się dobijać do jego głowy.
- Znaczy... ja nie chcę się wypierać, że nigdy sobie źle o waszej Krainie nie pomyślałem i w ogóle, ale... już się przyzwyczaiłem. Nie - odparł już pewniej, spychając jąkanie się za tron Króla. - Nie tyle przyzwyczaiłem się, ale poznałem ten świat. Zrozumiałem jego prawa i nie-zasady. Spotkałem wiele ciekawych stworzeń. Wiecie co? Całkiem szalona z was gromadka - zaśmiał się. Feliks stanął pewniej na nogach i odważył się rozejrzeć po sali sądowej. - Pewien kot, którego uśmiechu nigdy nie zapomnę, powiedział mi, że nie ma przypadków. Pewnie tym nie-przypadkiem nie pokochałem was od pierwszego wejrzenia. To by było naprawdę głupie i sztuczne. Na początku uważałem was za dziwaków i jedynie, o czym myślałem, to jak najszybciej wrócić do domu. Jednak wy, zupełnie jak na dziwaków przystało, nie przejmowaliście się moimi marudzeniami, tylko próbowaliście mnie wciągnąć w rozmowy albo pomóc na swój własny sposób... To dopiero bywało dziwne.
Z drugiej strony pewien królik, który prześcignąłby skarpetki na własnych nogach, zdradził mi ważną rzecz. Wcale nie różnicie się... wcale nie różnię się od was tak bardzo. Też się z czegoś cieszycie, kogoś boicie, macie tysiące różnych uczuć. I głupek ze mnie, że dopiero teraz to zauważyłem, teraz, kiedy stoję w sądzie i tłumaczę się gęściej niż na spowiedzi.
Jej wysokość spytała mnie o to, dlaczego bronię Jedynek. Bronię ich nie tylko z powodu wzniosłych idei, ale też dlatego, że mam wobec was dług do spłacenia: Myszy za wyciągnięcie mnie z wody, Gąsienicy na zacerowane ubrania, Księciu i Kucharzowi za poczęstunek... Wszystkim za okazane dobre chęci, za wskazywanie drogi, za zainteresowanie się małym, upartym podróżnikiem. Wszystkim, którzy nie mają własnych zasad, bo uważam, że macie do nich prawo.
- Dość! - Czerwona od gniewu Królowa zerwała się z miejsca. - To nie ma być lista podziękowań za Oscara, tylko rozprawa! I jak w ogóle śmiesz krytykować moje metody rządzenia?!
Władczyni trzykrotnie uderzyła obcasem o podłogę i w kilka chwil potem sala zaroiła się od strażników, którzy otoczyli Feliksa i na nowo drżące o swoje osobowości Jedynki. Piki groźnie połyskiwały, gotowe zrobić krzywdę nieposłusznym więźniom, choć część karcianych ludzi miała po mowie Felka coraz większe wątpliwości na temat obowiązujących ich zasad.
- Normalnie - odparł chłopak, przechodząc z grzecznościowych formułek na bezpośrednie zwroty. - Tak samo jak skrytykowałem argumenty przeciwko Jedynkom, wyrok, płeć, a w międzyczasie także kompetencje. O, i korzystając z okazji... masz brzydką sukienkę.
- Brać go! - wrzasnęła doprowadzona do ostatecznej furii Królowa.
Walkę między sumieniem a strachem w porażającej liczbie wszystkich żołnierzy wygrała władczyni Krainy Czarów, nie zostawiając Felkowi żadnego wyboru poza byciem podziurawionym jak ser lub zwiewaniem. Odruchem tak naturalnym, że Gilbert zamruczałby z uciechy, wybrał ratowanie tyłka. A konkretniej - trzech tyłków.
- Na ziemię! - krzyknął do Jedynek, sam robiąc efektowny wślizg metodą szczupaka pod nogami jednego z karcianych strażników.
Bardziej ogarnięty z bliźniaków ukrył się pod katedrą obrońcy, natomiast jego płaczliwy brat desperacko uczepił się łydki jednego z żołnierzy i zawodząc na całą skalę swojego głosu, nie pozwalał mu się ruszyć z miejsca. Przez chwilę zdezorientowany strażnik próbował go od siebie odczepić, lecz w końcu zdenerwowany zamachnął się drzewcem broni. Koniec mógłby być niewesoły, gdyby nie dwa czynniki - płaczący Jedynka mocniej przywarł do nogi, podkręcając skalę lamentów, i wytrącił żołnierza z zamachu, a z powietrza zaatakował go lecący widowiskowym łukiem, ciężki hełm. Koniec był zatem bolesny i dźwięczący wysokim C.
- Prosto na główkę - mruknął zadowolony z siebie Dodo, a Mysz niepostrzeżenie podpełzł do płaczącego chłopca-karty, po czym złapał go za rękę i odprowadził bezpiecznie na bok.
Felek w tym samym czasie chwycił porzuconą przez ogłuszonego człowieka broń, stanął na nogi i zetknął się nosem w czubek innej piki. Niestety, ta wciąż była obsługiwana.
- No wiesz co? Przestraszyłem się. - Feliks odskoczył lekko do tyłu i spojrzał na rozeźlonego strażnika. - Tym można kogoś skaleczyć, jak będziesz tak wymachiwać ludziom przed twarzą...
- Stój spokojnie - odparł, ignorując próby pertraktacji. - Królowa chce cię żywego i lepiej, żebyś nie utrudniał nam pracy.
- Oj, to niedobrze, bo ja się nigdzie nie wybieram, a już na pewno nie do starego babsztyla. Chyba nie zostawiasz mi wyboru. - Chłopak zrobił groźną minę, chwycił w obie ręce drzewiec i uniósł pikę niczym szablę, grotem do dołu. - Wolisz na gołe klaty czy będziemy się wymieniać ciosami do pierwszej krwi?
- Dzieci nie powinny się bawić bronią - odparł, rzucając się wraz z wyciągniętą poziomo piką do przodu.
Na szczęście Felek przewidział manewr i niczym kijem bejsbolowym uderzył drzewcem w broń strażnika. Pika wyskoczyła mu z dłoni, a kiedy karciany żołnierz z pustymi rękami minął Feliksa, ten zakręcił piruet i z całej siły trzasnął go w tyłek. Rozpęd plus przyspieszenie nadane mu przez siłę użytą do wprowadzenia siedzenia w wibracje spowodowały, że cała masa strażnika znalazła się na ścianie, a potem legła bezwładnie na podłodze.
- A dorośli powinni dostawać w dupsko za takie słowa! - pokazał język, po czym obrócił się twarzą do reszty żołnierzy. - Następny! Kto chce iść ze mną na solo?
Tymczasem atak Dodo nie był jedynym z całej serii; nieco wcześniej między strażników wtargnęli z głośnymi okrzykami Francis i Antonio, bijąc się po klatach oraz wywołując u przeciwników dezorientację, chaos i ból w uchu środkowym. Maleństwo nie było gorsze i co chwila uczepiało się nowego żołnierza, gryzło w ręce lub skacząc zręczniej niż Tarzan i szybciej niż nitro, uderzało niezwykle twardą główką w karciane plecy i brzuchy. Ci, którzy posmakowali jego zębów na dłoniach, z krzykiem wypuszczali piki. Znikąd pojawił się tajemniczy dym, który zaczął u części żołnierzy wywoływać halucynacje, a część pod jego wpływem zwyczajnie zasnęła. Tych, których nie dosięgły zgubne skutki wdychania oparów niewiadomego pochodzenia, ogłuszał Ludwig lub zajmował się Marcowy, dziabiąc dookoła widelcem wszystkie wystające części ciała.
Feliks zdążył zdjąć już sześciu, kiedy drzwi na korytarz otworzyły się ponownie i do sali sądowej zaczęły nadbiegać posiłki. Wiedział, że raz rozbudzeni do walki mieszkańcy poradzą sobie z większością żołnierzy bez problemów, ale on sam, bo na niego głównie był skupiony atak, długo się nie utrzyma. Gdzie miał uciekać?
- To koniec. - Królowa zaryzykowała najbardziej oklepany tekst złych charakterów. - Teraz spotka cię kara, jaką stosuję wobec wszystkich nieposłusznych mi poddanych. Obiecuję, że będzie bolało.
Akurat w to nie wątpił. W ręce z powrotem dzierżyła swój Kran, który wyglądał teraz na broń zdolną powalić niedźwiedzia, i powoli zbliżała się do Felka. W tle mieszkańcy stawiali coraz bardziej zacięty opór straży. Sam chłopak zaczął cofać się w kierunku jednego z olbrzymich, wąskich okien.
- Już nie jesteś pyskaty... Szkoda. Miałam nadzieję, że wybiję ci wszystkie cięte riposty z głowy.
Przestrzeń za plecami skończyła się i Feliks przywarł do chłodnej ściany. Mocniej zacisnął palce na drzewcu piki, zasłaniając się nią jak prawdziwym mieczem. Naprzeciw niemu stała tylko i aż pewna swego zwycięstwa Królowa.
- Riposta? Proszę bardzo. Jeśli będziesz wybijać jak tego jeża w krokiecie - skwitował chłopak, nie mogąc utrzymać języka na wodzy - to chyba nie grozi mi nic poza śmiercią ze śmiechu.
Ostatni hamulec, powstrzymujący jej wysokość przed wybuchem, pękł z trzaskiem, a Królowa z furią wzniosła Kran nad głową. Felek zebrał siły do odparowania ciosu, jednak siła była zbyt wielka i wybita potężnym ciosem pika odleciała gdzieś w bok. Władczyni zaśmiała się jak opętana i ponownie uniosła broń niczym flamingiem do strzału. Feliks przed drugim zamachem mógł się jedynie zasłaniać rękami. Zacisnął powieki, przygotowując się na śpieszące mu na spotkanie obrażenia. Miał nadzieję, że z połamanymi kośćmi da się żyć...
Nie poczuł bólu, a zamiast tego usłyszał krzyk i szybko otworzył oczy. Królowa miotała się tuż przed nim, wywijając Kranem wokoło siebie. Dostrzegł jakiś niewyraźny, futrzany kształt na jej plecach, ale na chwilę rozmył się i pojawił się wyraźnie, wczepiając się pazurami w rękę z berłem. Gilbert drapał i gryzł z zaciekłością, przerabiając suknię na strzępy, a skórę znacząc czerwonymi pręgami. Feliks przez moment przypatrywał się temu z niedowierzaniem, lecz wreszcie otrząsnął się i doskoczył do jej wysokości. Złapał ją za rękę i zaczął się mocować, chcąc wyrwać wciąż niebezpieczny Kran. Po krótkiej szarpaninie odzyskał nadzieję, że uda im się ją powalić, jednak Królowa w tym samym czasie odzyskała siły i żelaznym uściskiem chwyciła Kota za grzbiet, a chłopaka pchnęła wprost na okno. Tylko cudem nie wyleciał przez nie wprost do rzeki, która przepływała dobrych kilkanaście metrów niżej, tuż obok zamku. Gdy w duchu gorąco podziękował swojej karmie za kolejną dawkę szczęścia, a szybkim rzutem oka ocenił szybkość prądu, Królowej wróciła także władza nad nogami, co nie omieszkała wykorzystać, rzucając się na Felka. Wyciągnięty na wprost jego czaszki Kran nie wróżył niczego dobrego, tak jak nie wyrażała żadnych ciepłych uczuć twarz jej wysokości. Nie miał kompletnie czasu na wymyślanie skomplikowanych planów ratunku, dlatego zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.
Kucnął.
Ta pozycja pozwoliła mu nie tylko uniknąć łamiącego żebra uścisku władczyni, ale też skoku, który po kilku wrzeszczących sekundach skończyłby się zimną kąpielą w duecie z Królową. Feliks wstał i wyjrzał przez okno. Gdzieś w tle bitewnego gwaru można było usłyszeć niecenzuralne złorzeczenia jej wrzuconej-niskości, która uczepiona jakiegoś konaru, płynęła z prądem w nieznanym kierunku swojej Krainy. Najwidoczniej nie umiała pływać...
- Gilbert! - przypomniało mu się i mocniej wychylił się z okna, próbując odnaleźć Kota. No tak, przecież Królowa ciągle go trzymała, kiedy biegła w jego kierunku! To będzie jego wina, jeśli coś mu się stało. - Gilbert! Gilbeeert!
- Jakoś sobie nie przypominam, żebym pozwolił ci się do siebie zwracać po imieniu - usłyszał za sobą spokojny głos. - Poza tym nie drzyj japy. Wojna domowa jest.
- Gilbert? - Feliks odwrócił się i zobaczył siedzącego jak gdyby nigdy nic Kota. Jedynym, co go zdradzało, było jego zmierzwione futro.
- No co? Umiem się przecież teleportować.
- Gil... Ja ci dam "teleportować", ty powalony sierściuchu! Wiesz, jak się bałem? - wybuchnął, dając upust emocjom zaledwie sprzed minuty. - A ty znowu szpanujesz swoimi sztuczkami! Ciekawe gdzie byś się teleportował, jakby cię tak Kranem przez łeb zdzieliła?! Albo nie, czekaj, zaraz sam cię zdzie-
Tuż obok nich przemknęła strzała i wbiła się w jeden z obrazów przedstawiający smakowicie wyglądający kawałek ciasta. Oboje spojrzeli w przeciwnym kierunku i zobaczyli, że wśród posiłków znajdowało się kilku łuczników. A łucznicy zawsze oznaczali większe kłopoty.
- Nie stercz tak, bo stracę szacunek dla twoich nóg! - krzyknął, rzucając się do ucieczki przed kolejnymi pociskami - Zwiewaj! Jeszcze nie wszyscy dowiedzieli się o defenestracji Królowej!
Felkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Biegł tak, jakby mu ktoś przypalał portki, co akurat nie stanowiło dużej różnicy w motywacji. Kot manewrował między walczącymi i uciekającymi z sali sądowej, wystraszonymi stworzeniami, a Feliks za wszelką cenę próbował nie stracić go z oczu. Nagle jednak wyrósł przed nim karciany człowiek, zagradzając dalszą drogę. Tym razem chłopak nie był uzbrojony, co z zadowoleniem dostrzegł żołnierz, a Gilbert wraz ze swoimi pazurami zniknął gdzieś w tłumie.
- Butonierka!
Na sygnał instynktownie zanurkował do przodu. Bardzo słusznie - na skroni karcianego strażnika z hukiem rozbiła się biała filiżanka. Człowiek przewrócił oczami i runął do tyłu jak długi.
- Brytyjska porcelana! Doceń to! - krzyknął do Felka Kapelusznik, chwytając z pudełka spod pachy kolejną filiżankę-granat i celując w kolejnego żołnierza.
Chłopak w podziękowaniu szybko skinął głową, zrywając się do dalszego biegu. Zdawało mu się, że dostrzegł gdzieś znajomy ogon. Istotnie, po chwili dołączył do niego Gilbert, prowadząc ich w kierunku kąta sali.
- Musiałem zrobić kółko, żeby cię znaleźć - wyjaśnił. - Nie gub się, nie mamy na to czasu.
- No trudno, żeby go mieć w takiej napiętej sytuacji - odparł Feliks. - A teraz prowadzisz mnie do...
Dobiegli do sporych rozmiarów skrzyni, na której wymalowano czerwoną farbą napis "Tomato". Kot przelotnie na nią spojrzał i jakby zawahał się przed zdradzeniem szczegółów. To znaczy, zdradzanie szczegółów, planów ani informacji nie było jego mocną stroną, ale tym razem chodziło o coś więcej, jakby powiedzenie jakiegokolwiek słowa mogło rozpętać równoległą wojnę.
- ...do domu - powiedział w końcu. - Odeślę cię do twojego świata.
Twarz Feliksa przez chwilę nie wyrażała żadnych emocji, a potem wyglądał tak, jakby strzelił go nie jeden, a kilka gromów.
- C-cooo?! - wrzasnął na całe gardło. - Jaja sobie ze mnie robisz?! A co ja robiłem przez ten cały czas, narażając wszystkie części ciała na wszystkie możliwe niebezpieczeństwa?! Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Nie no, ja cię chyba zamorduję!
- Nigdy nie pytałeś... - zauważył, starając się zachować kamienną twarz.
- Nigdy nie odpowiadasz!
- Hm. Też prawda. - Gilbert otworzył skrzynię i zajrzał do niej. Za jego przykładem poszedł Feliks i spojrzał w jej niezwykle ciemne, jakby niekończące się wnętrze. - No cóż, wygląda na to, że jestem ci winien coś za... ekhem... przyprowadzenie do mnie Dumy.
- Rychło w czas - rzekł Felek, nie szczędząc małej uszczypliwości. - I to ma mnie przenieść z powrotem do kuzynki? Uwierzyłbym, gdybyś ty sam mnie przeniósł tymi swoimi znikającymi sztuczkami, ale pakować mnie w skrzynki a la kapelusze dla królików... z takimi rzeczami to do Białego.
- Jestem znikającym kotem. Jak się jest znikającym kotem, to zna się i koty, które nie znikają, i znikanie, które nie potrzebuje kotów - odparł z przekąsem.
- Dobra, dobra - ustąpił Feliks. - A jak to właściwie działa?
- Tak.
Niespodziewanie poczuł mocne klepnięcie w plecy, po czym stracił równowagę i poleciał głową do przodu, wprost w otchłań pomidorowej skrzyni. Nie uderzył jednak o żadne dno, ale zaczął spadać i spadać, coraz dalej i głębiej. Obrócił się twarzą w stronę, która najprawdopodobniej była górą, dostrzegając, że światło obrysowujące tułów Kota stawało się z każdą chwilą coraz bardziej rozmazane. Przez myśl przemknęło mu, że wszystko zaczęło się od dziury i na dziurze się kończy.
- Nie martw się o nas - usłyszał jeszcze z oddali. - Za góra oczko wszystko się wyja... śni... powo... nia..
- W życiu bym się nie martwił o takich głupków jak wy - mruknął do siebie, słysząc narastający szum. - Dzięki...
Poczuł jakieś ukłucia na plecach, a potem nagle oślepiła go jasność i poczuł potęgę bólu głowy. Nerwowo potarł pięściami oczy, chcąc zobaczyć, gdzie tym razem wylądował w tej szalonej wędrówce.
- Feliks! Dzięki bogu, nic ci nie jest. - Głos Eli przebił się do jego świadomości, nadając poczucie właściwego czasu i miejsca. - Myślałam, że jesteś nieprzytomny, tak długo się nie odzywałeś, kiedy cię wołałam...
- Ja? Nieprzytomny? Dlaczego? - zdziwił się, a potem przypomniał sobie o ostatnich wydarzeniach. Do domu. Do domu! - Elciu moja kochana!
Rzucił się jej na szyję i przytulił do piersi. Wrócił, seryjnie wrócił! Nie nabił go w bambuko!
- Feluś, uspokój się - skarciła go, ale jednocześnie nie mogła się powstrzymać od śmiechu i potargała go po włosach. - Chyba miałam rację, myśląc, że dostałeś tym konarem w głowę.
Zdziwiony spojrzał w bok. Faktycznie, tuż obok miejsca, w którym leżał i wcinał paluszki leżała dość duża gałąź. Pomacał się po głowie i pod kosmykami wyczuł małego guza, źródło jego dolegliwości. A więc to wszystko to naprawdę był tylko sen?
- No nic, najważniejsze, że nic ci nie jest. - Ela wstała, otrzepała sukienkę i ruszyła do domu. - Właśnie, wołałam cię, ponieważ mamy nowego gościa. Powinieneś się z nim przywitać.
Łeee, ledwie się ocknął, a już powraca nudna rutyna? Feliks westchnął, ale posłusznie poszedł za kuzynką. Już w korytarzu usłyszał jakieś podniesione głosy; jeden należał do jej sąsiada ("tego sztywniaka Roda"), a właścicielem drugiego był pewnie ten nowy. Najwyraźniej się kłócili, a on miał posłużyć jako element rozjemczy. Cudownie.
Otworzył drzwi i stanął oko w oko z dziwnym, niemal białowłosym chłopakiem.
- Mozart? Mozart jest nudny jak flaki z olejem i Delma na patelni. Lepiej posłuchaj Rammsteina, zamiast... o - zdziwił się na widok Feliksa. - A to kto? Czyżby ten osławiony kuzyn?
- Tak, to on - potwierdziła zza ramienia Ela. - No, dalej, jestem pewna, że się dogadacie.
Felek pewnie poczułby się jak na targu koni, ale coś w tym nowym było znajomego, co go ośmielało. Tak jakby go znał, choć nie miał kiedy poznać. Przecież cały czas był w... spał. Tak, spał. Na pewno.
- Super. Jestem Gilbert. - Chłopak wyciągnął rękę i potrząsnął podsuniętą dłoń. - A ty?
Nie spał? To wszystko działo się naprawdę? Musiało. Pewnie podczas spadania w skrzyni rąbnął w drzewo i złamał gałąź, a nie spał i dostał podczas słodkiego pochrapywania...
- Feliks.
- Feliks? - Gość zastanowił się. - Wydaje mi się, jakbym gdzieś przypadkiem słyszał to imię...
- Nic nie dzieje się przez przypadek. - Blondyn nie mógł powstrzymać uśmiechu.
I nagle, przez zaledwie ułamek sekundy Felkowi zdawało się, że gość mrugnął do niego porozumiewawczo. Jeśli do tej pory miał jeszcze jakieś wątpliwości, to to mrugnięcie przegnało je na kraniec pewnej osobliwej krainy.
- Taaak, chyba masz rację - odparł w końcu, odwzajemniając uśmiech w dziwnie znajomy sposób. - Ostatnio zacząłem jednak sądzić, że czasami nawet przypadki istnieją, tylko trzeba mieć na nie oko i być czujnym jak kot... nie uważasz?
KONIEC
