Tradycyjnie dziękuję wszystkim Moim Czytelnikom.
Toraach: Wiesz oburzali się na zasadzie, że łatwiej widzieć słomkę w cudzym oku a nie belkę w swoim. Mało to wzniosłe i szlachetne, ale ludzkie. Lucjusz robi Hermionie polityczne szkolenie i ona generalnie go słucha, ale daleko jej do wyrafinowania. Pracuje w Ministerstwie bo była wojenną bohaterką, a oczywiście Lucjusz był jej znajomym co pomogło.
FrejaAleeera1: Dziękuję za ciekawy komentarz. Rufus nie jest ani przytulanką, ani rycerzem w lśniącej zbroi. To polityk, zaś politycy muszą podejmować różne decyzje, nie zawsze wzniosłe. Rzeczą polityka jest być skutecznym i dbać o swój kraj wszelkimi dostępnymi metodami. Ponieważ u mnie Ministerstwo będzie kompletne, Rufus będzie zachowywać się właśnie mnie osobiście King nie pasował na Ministra. To pozytywna postać, świetny Auror i dobry człowiek. Spokojny, oddany sprawie i lojalny wobec Zakonu. Tylko, że dla mnie to typ szlachetnego żołnierza, nawet generała, ale nie polityka. Widzę go jako oddanego generała co jest ze swoimi ludźmi na dobre i na złe, ale nie w politycznych rozgrywkach. McGongall to potężna czarownica i dobra nauczycielka. Jednak podobnie jak King patrzą na świat inaczej, nie rozumiejąc, że polityka rzadko bywa prosta.
Ron, cóż to najmłodszy syn biednej rodziny, z której większość ludzi szydziło. Myślę, że jest on strasznie zagubiony i zakompleksiony i nie radzi sobie ze sławą. Molly miała dużo dzieci i dom na głowie i mogło jej zabraknąć czasu. Ginny, cóż w tym rozdziale zacznie się rozjaśniać czemu tak potraktowała Hermionę. Generalnie jednak podobnie jak Ron musiała cierpieć.
Cormac nie lubił Weasleyów i Zakonu, ale czy był burakiem? Nie wiem.
Co do Elaine, to za jakiś czas sprawa się wyjaśni. Generalnie jej związek z Rufusem jest dość skomplikowany i nie mamy tu do czynienia z prostą sytuacją, gdzie facet szuka rozrywki na wieczór. Miał swoje powody by nie chcieć ujawniać tego co go z nią łączy, ale tutaj nie chodziło o wstyd.
W tym rozdziale zacznie się wyjaśniać dlaczego Ginny tak źle ocenia Hermionę. Poza tym wyjdzie kto i dlaczego rzuca lodami w Ministra Magii.
Hermiona, nieświadoma demonów ściągających przyjaciółkę, tylko jej pomachała i ruszyła z Harrym. Chciała uciec od McLaggena, Higgsa i całej reszty ludzi ukrywających nie niewinne bynajmniej intencje pod słodkimi i pozornie przyjaznymi uśmiechami. O ile ten pierwszy po prostu próbował umówić się na schadzkę, to intencje drugiego zapewne nie miały nic wspólnego z serdecznością. Musiała unikać obu, bowiem formalnie miała już kogoś na poważnie, ale wciąż nie byli pewni czy powiedzieć o swoim związku większej liczbie osób. Weasleyowie, jej wieloletni przyjaciele, zareagowali wrogo. Skoro bliscy ludzie nawet nie chcieli wysłuchać, ani próbować zrozumieć czy nie naraża się na publiczny lincz?
- Higgs powinien startować w konkursie na najbardziej sympatycznego pracownika Ministerstwa – zakpił Harry – chyba nie uważa mnie za odpowiednie towarzystwo.
- Ani on, ani Scrimgeour nie będą mi dyktować z kim mam się spotykać czy rozmawiać. To nic osobistego, ot kwestia polityki jak mawia Lucjusz.
- Zapewne – chłopak przeczesał sterczące włosy – tylko, że Lucjusz stoi po stronie konserwatystów. Nigdy w pełni nie rozumiał idei Zakonu i na pewno nie poprze naszych projektów ustaw. Kingsley mi robi szkolenie polityczne – wyjaśnił.
- Wiem, ale ja.. on jest takim cudownym i opiekuńczym człowiekiem – westchnęła.
- Przecież nie mówię byś go zostawiła bo mamy odmienne poglądy, ja także dorosłem przez Wojnę. Dumbledore okazał się manipulantem a Snape tym dobrym, Malfoyowie finansowali poszukiwanie horkruksów a Bellatrix Lestrange z rozpaczy po śmierci siostry mordowała jej oprawców i sprzymierzeńców z przerażającą dzikością. Nie wiedziałem, że Blackowie i Malfoyowie są tak lojalni wobec rodziny. To wywróciło mój poprzedni system wartości.
- Jestem wspaniały Harry, ale nie chcę ci sprawiać problemów, ale pewnie już za późno, co? Chodź na lunch, ja stawiam.
- Ty? Wiesz to ja powinienem jako mężczyzna.
- A ja zarabiam całkiem sporo i chcę zaprosić.
W końcu uległ i usiedli obok siebie w kafeterii. Przypomnieli sobie czasy kiedy rozmawiali i żartowali podczas posiłków w Hogwarcie. Byli nierozłączni jak trio, pomijając przerwy na wybuchy zawiści Rona. Dlaczego nie dostrzegli wówczas pęknięcia, które doprowadziło do obecnej sytuacji?
Harry streścił życie w Norze. Praktycznie zaręczył się z Ginny, przez co został oficjalnie włączony do grona Wesleyów. Przychodził tam na obiad w każdy weekend, a pani Wesley, tak surowo oceniająca ongi Hermionę, nie miała nic przeciwko przebywaniu swej córki z chłopakiem sam na sam przez wiele godzin. Nie protestowała też kiedy dziewczyna zostawała na noc na Grimmauld Place. Owszem Harry należał od najbardziej godnych zaufania ludzi, ale Hermioną i tak bolały niedawne wyjce i złość.
Wspominał też dużo o Lavender. Państwo Wesley byli zachwyceni, że niedługo zostaną po raz kolejny dziadkami. Rudowłose dzieci zawsze witano z radością, nie za bardzo przejmując się finansami. Dlatego pewnie Molly Wesley poczęła już wyszywać śpioszki i przyjęła kandydatkę na synową bardzo dobrze. O Hermionie niewiele mówiono, co dziewczynie nie przeszkadzało. Po ostatniej kłótni z Ginny miała dość i zrozumiała jak szybko została persona non grata.
Spotkała jakiś czas temu Rona na Pokątnej. Wychodziła akurat ze swego ukochanego sklepu, księgarni z paroma interesującymi pozycjami w zaczarowanej torebce. Tym razem były to historyczne opracowania na temat magicznych stworzeń. Wiedziała, że zapewne znalazłaby podobne w archiwach Ministerstwa, ale nie chciała wzbudzać podejrzeń. Elaine i tak zadawała dziwne pytania, na temat jej zainteresowań prawem magicznych istot. Przy każdej okazji powtarzała raz po raz jak nisko cenieni są pracownicy zaangażowani w ten akurat aspekt prawa.
- Departament Prawa jest bardzo ważny – mówiła z dumą – ale nie biura zajmujące się magicznymi stworzeniami czy też produktami Mugoli.
- Rodzina moich przyjaciół pracuje z produktami Mugoli – wtrąciła bez zastanowienia.
- I nic zarzucam im niczego, Artur Wesley to dobry czarodziej – powiedziała usiłując nadać swemu głosowi naturalne brzmienie – ale zajmuje mało prestiżowe i niezbyt szanowane stanowisko. Twoja lojalność jest godna podziwu, nie zmienia jednak faktów.
- Czyli chodzi o prestiż i pieniądze? – zapytała brunetka – kto tego nie ma jest gorszy?
- Masz niesamowitą zdolność przekręcania słów – blondynka sprawiała wrażenie ubawionej – niczego takiego nie sugeruję i nigdy bym nie odnosiła się okrutnie do na przykład windziarza o ile dobrze wykonuje pracę. Ale dobrowolnie nawet nie próbować wykazać krzty ambicji, skazując liczne dzieci na biedę to nie jest coś zasługującego na pochwałę.
- Nie znasz ich – protestowała.
- I nie czuję potrzeby poznawania – wyjaśniła – ty zaś, dostałaś reprezentacyjne stanowisko w biurze Ministra co może pomóc w karierze, ale uważaj on nie należy do najbardziej cierpliwych ludzi – przekazała najbardziej zawoalowane ostrzeżenie.
- Skąd masz podobną wiedzę?
- To żadna tajemnica Hermiono, twoje stanowisko to niezły początek kariery, nie zmarnuj tego.
W podobnym tonie wypowiadał się Lucjusz. Czasem brunetka miała powoli dość dobrych rad i sugestii jakoby zadawała się z niewłaściwymi osobami. Nie rozumiała tej obsesji na punkcie kontaktów i prestiżu. Znaczy właściwie oczywiście snobizm nie był cechą wyłącznie czarodziejskiego świata. Nie wiedziała tylko czemu wszyscy uważają prace związaną z magicznymi stworzeniami lub produktami Mugoli za coś gorszego. Przecież Wojnę wygrali przeciwnicy supremacji czystej krwi i nikt oficjalnie nie mówił niczego co mogło budzić podejrzenia o sympatię dla śmierciożerców! Piorunujący wzrok Elaine sugerował jednak coś całkiem innego.
Hermiona osiągała wyżyny samoopanowania w podobnej sytuacji. Wiedziała, że blondynka po prostu chciała dać dobre rady, ale jakkolwiek delikatnie nie próbowała przedstawić sprawy, wyraźnie dawała do zrozumienia swej młodszej przyjaciółce by przestała tracić czas na głupoty. Lubiła Elaine, ale nie znosiła jej wykładów na temat powinności, ambicji i właściwych zachowań czarodziejów. Dlatego wolała nie pytać o kolejne pozycje z Archiwum Departamentu Przestrzegania Prawa. Mała wycieczka do księgarni zawsze stanowiła okazję do przyjemnych zakupów.
I właśnie wtedy, którejś soboty wpadła na Rona. Nie, nie wpadli na siebie w sklepie, ale w okolicy sklepu z markowymi miotłami. Dostarczono właśnie nowy model i przed wystawą stał spory tłum. Hermiona wzruszyła ramionami, nigdy w pełni nie rozumiejąc fascynacji sportem i lataniem.
- O Hermiona! – rudzielec pomachał do niej przyjaźnie – idziesz na zakupy?
- Wracam – odparła – a Ty Ronald? Znalazłeś coś ciekawego?
- Pewnie – wskazał na wystawę – najlepszego.
- Oczywiście – uśmiechnęła się – słuchaj tak w ogóle to powinnam zacząć od gratulacji! – powiedziała po chwili.
- Dzięki, ale z jakiej okazji? – zapytał niezbyt przytomnie.
- No zostaniesz ojcem – odparła lekko zdumiona – wiem o Lavender i bardzo się cieszę, że będziecie razem. To miła dziewczyna i bardzo cię kocha!
- Aha – mruknął coś – faktycznie zaciążyła i teraz no cóż muszę się żenić. Jest miła, ładna i niezła w łóżku, ale jako bohater wojenny mam prawo brać co najlepsze.
Zacisnęła pięści. Nie wyobrażała sobie by Ron mógł tak kiedykolwiek mówić w taki sposób o kobiecie noszącej jego dziecko. Miała szczerą ochotę go walnąć i to bardzo mocno. S-spojrzała na niego jakby wiedzieli się po raz pierwszy w życiu i przetarła czoło. Już nawet nie próbowała dojść czy zawsze taki był, czy po prostu sława wyciągnęła na wierzch najgorsze cechy chłopaka.
- I poinformowałeś o tym Lavender?
- Nie i ty też nic nie powiesz. Uzna że jesteś zazdrosna a ja wszystko potwierdzę. Ona je mi z ręki, więc wszystko kupi. Nie jestem głupi, chociaż tak zawsze uważałaś – zaśmiał się okrutnie.
- Ja nigdy..
- Wiecznie mnie strofowałaś i pouczałaś a teraz jesteś sama. Wiesz nikt cię nie weźmie do łóżka jak będziesz taka zarozumiała. Już o tym przekonałem mamę i Ginny!
- Znam lepsze zajęcia niż skakanie po łóżkach i pijaństwo. A co do Lavender mam nadzieję, że przejrzy na oczy!
- Tiaaa i co zrobi?
Ich dyskusja przeszła w kłótnię. Miała szczerą ochotę uszkodzić swego szkolnego przyjaciela i to poważnie. W oczach stanął jej własny, szósty rok nauki w Hogwarcie. Wówczas to Ron, robiąc jej na złość, począł chodzić z Lavender rozbudzając nadzieje dziewczyny. Skąpany w sławie Harrego począł gadać o tym, że może całować kogo zechce. Wtedy ranił Hermionę, teraz miał nową ofiarę.
Spojrzała na jego bladą, piegowatą twarz i paskudne zadowolenie. Dawniej przyjazną mimikę wykrzywiał jakiś okrutny grymas. Oczerniał ją przed resztą swej rodziny. Był szczery w swym absolutnym nie liczeniem się z uczuciami Lavender czy jakiekolwiek innej dziewczyny. Patrzyła na niego jakby stał przed nią obcy człowiek. Przyjaciel z lat szkolnych, lojalny i dobry chociaż nie pozbawiony wad, znikł ustępując złośliwemu i okrutnemu człowiekowi. Paskudny uśmiech z jakim wspominał o Lavender budził najgorsze możliwe skojarzenia. Nie mogła nic zrobić, ale po prostu pragnęła uderzyć go raz a porządnie.
- Zadajesz się z grubymi rybami i masz za lepszą, lecisz na kasę co?
- Mam za lepszą niż prostak i grubianin z obsesją sławy.
Oczywiście ich kłótnia trafiła do gazet. Hermiona spędziła już dość czasu w magicznej Brytanii by wiedzieć, że po Pokątnej krążą dziennikarze plotkarskich działów i szukali sensacje. Każdy kto chciał pokazać się ze swoją sympatią, nowym członkiem rodziny lub przyjacielem po prostu musiał przejść ulicą. Przejście za rękę z dziewczyną po Pokątnej stanowiło publiczną deklarację związku, sprzeczka zaś formalne rozstanie.
Hermiona spłonęła rumieńcem czytając artykuł. Miała ochotę kogoś solidnie i paskudnie przekląć. Ilekroć czuła, że nie może bardziej nienawidzić Rity Skeeter, ta zrobiła coś, co kazało na nowo definiować słowo „ nienawiść".
„Rozpad Złotego Trio?
Uczniowie Hogwartu ostatnich lat, oraz ich rodzice, słyszeli o Złotym Trio od lat. Harry Potter, Ron Weasley oraz Hermiona Granger uchodzili za nierozłącznych. Tymczasem wieczność oznaczała ledwie parę lat, bowiem panna Granger zachowała się niezwykle agresywnie wobec swego przyjaciela. Jak twierdzą świadkowie, piękna Lavender Brown, zajęła jej miejsce w sercu najmłodszego syna bardzo starej rodziny czystej krwi. Musiało to wywołać oburzenie samej panny Granger, która już jakiś czas temu pokazała swoją słabość do znanych czarodziejów, ale zwykle ona łamała serca.
Niezorientowanym czytelnikom pragnę przypomnieć o Turnieju Trójmagicznymn, który miał miejsce przed paru laty w Hogwarcie. Młoda, ambitna czarownica nawiązała wówczas bliską znajomość najpierw z Harrym Potterem, wówczas Chłopcem, Który Przeżył a obecnie Pogromcą Lorda Voldemorta, a potem ze sławnym sportowcem, Wiktorem Krumem. Nie wykazywała wówczas zainteresowania Ronaldem Weasleyem, najmłodszym synem niezamożnej rodziny. Kiedy po Wojnie chłopiec zyskał status weterana wojennego, panna Granger zmieniła zdanie, została jednak porzucona dla swej rówieśniczki, co niewątpliwie musiało wywołać wściekłość.
Czy awantura na Pokątnej była sceną zazdrości? Zapytany przez nas Ronald Weasley, oświadczył lakonicznie, że panna Granger zawsze była dość zarozumiała uważając swoją encyklopedyczną wiedzę za cechę wyróżniającą. Młody chłopak wspomniał też o niechęci ambitnej, dziewczyny z mugolskiej rodziny to ciepłej, acz nie mającej naukowych rywalki, ciepłej i cudownej kobiety jak mawiał"
Nie mogła czytać więcej płonąć ze wstydu. Na całe szczęście siedziała sama w gabinecie. Mogła czerwienić się do woli i nikt nie zadawał pytań. Wiedziała, że nie może uciec przed resztą świata i na pewno będzie musiała udzielić wyjaśnień. Na razie jednak próbowała pozbierać myśli.
Wyjec od Molly Weasley stanowił zapowiedź nadchodzących kłopotów. Ta kobieta święcie wierzyła we wszystko co kiedykolwiek napisano w gazetach, czego boleśnie Hermiona boleśnie doświadczyła na czwartym roku nauki. Tym razem matka Rona obrzuciła niewinną czarownicę stekiem nieprzyjemnych uwag na temat głupoty, zazdrości, pazerności i radziła by trzymała ręce od jej drogiego syna. Jak to możliwe że nieco ponad rok po wygranej Wojnie weszła na wojenną ścieżkę z dawnymi przyjaciółmi?
Ciche pukanie wyrwało ją z zamyśleniu. Na progu stała Elaine z czekoladkami w dłoni. Hermiona podejrzewało co też przywiodło tutaj starszą czarownicę i była jej wdzięczna. Blondynka położyła na biurku bombonierkę mrucząc coś o zbawiennym wpływie cukru.
- Dziękuję, że na mnie nie krzyczysz – szepnęła Hermiona.
- Czemu bym miała krzyczeć?
- Zapewne czytałaś artykuł..
- To ten kretyn Weasley zasługuje na podobne potraktowanie! Nie jesteś awanturnicą Hermiono i jeśli naprawdę go szarpnęłaś to miałaś powód.
- Ja.. Lavender miała rację – szepnęła Hermiona- jesteś bardzo lojalna. To dość długa historia, nie wiem czy masz czas na..
- Mam – odparła gładko Elaine – możemy zjeść czekoladki a ty mi pokrótce wyjaśnisz sprawę. A ty?
- Nie mam za wiele do roboty.
- Mów – zachęciła blondynka.
Hermiona nie lubiła wypłakiwać się innym w ramię. Czuła jednak, że powinna wyjaśnić jakoś wyjce na biurku oraz całe zajście. Ministerialne plotkary na pewno już ją obgadują, a ona chciała przekazać prawdziwą wersję wydarzeń. Przy Harrym musiała uważać aby nie mówić za ostro na temat rodziny Weasleyów. Wobec Elaine mogła pozostać bardziej szczera, a komuś musiała wykrzyczeć żal. Lucjusz reagował zbyt emocjonalnie i wpadał w zazdrość. Nie zapomniał nigdy o tym, że przez bardzo krótki moment Ron był jej chłopakiem. Blondynka rzec jasna nie przepadała za Weasleyami, ale to była niechęć do stylu życia i poglądów pozbawiona osobistych akcentów. Przynajmniej wówczas.
- Hermiono – Percy wszedł w naprawdę paskudnym momencie – eee wszystko w porządku?
- Rita pisze bzdury na mój temat a twoja matka śle mi wyjce – zakpiła – czy stało się coś? – zapytała.
- Tak, słuchaj ten artykuł – zaczął – Ru.. Minister chce cię widzieć w swoim gabinecie i to zaraz – wyjaśnił.
Brunetka poczuła jakby krew odpłynęła z jej twarzy. Wyczuwała, że raczej nie czeka ją przyjemna konwersacja. Oczywiście żaden szef nie lubi czytać o awanturze wywołanej przez swoich podwładnych. Ona zaś urządziła, została wciągnięta, w awanturę na środku Pokątnej. Na pewno wyląduje na dywaniku by na koniec dnia zmierzyć się ze wściekłością Lucjusza.
- Będzie dobrze – zapewniła Elaine – po prostu.. po prostu wyjaśnij sprawę jak wyjaśniłaś mnie.
- Jesteś przyjaciółką – odparła Hermiona – trzymajcie za mnie kciuki. Dzięki za wysłuchanie - szepnęła do blondynki
- Zrób jak mówiłam – odszepnęła tamta.
Hermiona puściła starszą od siebie czarownicę i oczekując najgorszego ruszyła we wskazanym kierunku. Percy próbował przekonywać by nie wpadała w panikę, bo przecież na pewno zostanie zrozumiana. Cóż miał wzorowe relacje ze swoim szefem, które przypominały bardziej te między głową rodu a młodym i ambitnym członkiem rodziny niż surowym przełożonym oraz pracownikiem. Była też zbyt zdenerwowana, by zastanowić się skąd Elaine, poniekąd wyważona w swoich opiniach, z taką stanowczością zapewniała o wyrozumiałości człowieka, którego wedle wszech miar prawdopodobieństwa nie powinna osobiście znać. Zignorowała też porozumiewawcze spojrzenia jakie wymienili Percy oraz Elaine.
- Ma pani niezły temperament panno Granger – podobne powitanie nie wróżyło niczego dobrego, zwłaszcza lodowaty ton.
Rufus Scrimgeour nie zaszczycił wchodzącej nawet jednym spojrzeniem. Przeglądał właśnie „Proroka Codziennego", najwyraźniej wściekły. Usta zaciśnięte w cienką linię przypominały zdenerwowaną McGonagall, co tylko zwiększało panikę u dziewczyny.
- Ja – zaczęła.
- Dałaś się sfotografować dziennikarzom na kłótni, panno Granger. Weasley to skończony idiota, więc zakładam, że poszło o prowokację. Proszę usiąść, herbaty?
Usiadła na wskazanym miejscu, z trudem panując nad strachem. Krzesło było wygodne, ale dla niej, w tamtej chwili czuła jakby siedziała na twardym prześle do przesłuchań w Wizengamocie. Przełknęła głośno ślinę niezdolna nawet pomyśleć o przełknięciu czegokolwiek. Po chwili jednak stała przed nią piękna filiżanka z delikatnej porcelany.
- Proszę wypić – usłyszała rozkazujący głos – to rozmowa, nie przesłuchanie. Czarodzieje nie są małpami wymachującymi bezmyślnie różdżkami, zatem skoro rozsądna, młoda czarownica zaczęła przypominać takową, to musiał istnieć powód.
- Ron – zaczęła – spotkałam go na Pokątnej. Pogratulowałam mu nadchodzącego ślubu zaś on nie przyjął tego dobrze. My.. kiedyś byliśmy parą i urządził mi kolejną scenę zazdrości i zaczął przechwalać się swoim statusem weterana wojennego. Poza tym zaczął wyrażać się dość, dość grubiańsko o mojej koleżance z którą się zaręczył no i nie wytrzymałam.
Ku jej zdumieniu pozwolił jej dokładnie opowiedzieć przebieg kłótni. Nie przerywał, ale wysłuchał z kamiennym spokojem. Jeśli odczuwał zdenerwowanie, doskonale takowe ukrywał. Była mu wdzięczna za okazanie zrozumienia oraz okazję na wyjaśnienie.
- Postępowanie Weasleya jest karygodne a on sam jest uciążliwym elementem naszej społeczności, ale nie rzucamy klątwą w każdego, kto nam się nie podoba. Pewnych problemów nie można rozwiązać machnięciem różdżki, chociaż takowe rozwiązanie bywa kuszące. Wszyscy już skończyliśmy szkołę jakiś czas temu i pewne zachowania nie zostaną rozwiązane prostym szlabanem.
- Nie rozumiem sir – wtrąciła.
- Właśnie widzę, jakbyś zapomniała panno Granger, Weasleyowie są bardzo znaną rodziną powiązaną z Zakonem Feniksa i symbolem sprzeciwu wobec tradycyjnego ładu i porządku naszej społeczności. Ja nie uważam rewolucji za metodę odbudowy kraju po wojennych zniszczeniach. Nie muszę chyba tłumaczyć, że gwałtowna sprzeczka między osobą z mojego biura a członkiem tej organizacji da im argument do ręki.
- Nie pomyślałam – wtrąciła przepraszająco.
- To z pewnością. Na szczęście jako ich dawna znajoma, cóż robi się ciekawie. Zakładam też, że tym gestem postanowiłaś zerwać przyjaźń z Wesleyem, czyż nie panno Granger? A może to już nastąpiło wcześniej? – zakończył rzucając wymowne spojrzenie na podarowaną przez Lucjusza bransoletkę – w każdym razie radzę na przyszłość panować nad temperamentem i nie dać się złapać. A i poproś tutaj Percy'ego – nakazał na koniec.
Z ulgą opuściła gabinet, zadowolona, że wykpiła się zwyczajną mową uświadamiającą w kwestii właściwego zachowania. Najwyraźniej nie miał on nic przeciw zrobieniu krzywdy Ronowi, byle tylko nic nie wyszło na jaw. Z pewnym przerażeniem pomyślała ile osób rudzielec musiał do siebie zrazić.
W Hogwarcie nie miał za wielu przyjaciół poza domem Gryffindora. To Harry i ona przekonywali Krukonów oraz Puchonów by dołączyli do GD. Nikt nigdy nie poświęcał większej uwagi Ronowi, co niepomiernie go drażniło. Czy dlatego teraz rozpaczliwie walczył o choćby namiastkę takowej? Potarła swoje skronie zmęczona i z radością pomyślała o czekoladach Elaine. Czekoladki i kawa postawią ją na nogi.
Kiedy nieco ochłonęła przypomniała sobie wypowiedziane w złości słowa. „Przekonałem mamę i Ginny"- czyżby opowiadał jakieś okropieństwa na jej temat, a uczciwe kobiety mu wierzyły? Jeśli ją oczerniał to słowo było przeciw słowu, zaś krewny to zawsze ktoś bliższy niż rodzina. Czy dlatego Ginny nie szczędziła ostrych słów a pani Weasley wyjców? „Powinnam napisać do Harrego, może on zdoła się czegoś dowiedzieć i to wyjaśnić". Jeśli ktoś mógł pomóc, to właśnie przyjaciel.
Xxxxxx
Wyczekiwała ciężkiego wieczoru po ciężkim dniu. Wiedziała, że na pewno Lucjusz czytał artykuł w „Proroku" o nie będzie zadowolony. Owszem walczyli po jednej stronie i ramię w ramię, jednak Malfoyowie i Weasleyowie co najwyżej okazywali sobie niechętną i trudną tolerancję, ale w żadnym razie sympatię. Podczas licznych spotkań Zakonu atmosfera między nimi bywała tak gęsta, że aż można by ją nożem kroić. Jeśli nawet Lucjusz nie używał już słów jak „zdrajcy krwi" czy „szlamy" z dnia na dzień nie zmienił dawnych poglądów ni nie porzucił przyzwyczajeń. Podobne rzeczy po prostu nie miały miejsce. Styl życia i ideały wyznawane przez Weasleyów budziły wyraźny przeciw i niezadowolenie.
- Arturze, mógłbyś zająć się poważnymi rzeczami – mówił, zaś jego usta wykrzywiał ironiczny uśmieszek – produkty Mugoli, nie myślałeś nigdy o dobrze płatnej pracy?
- Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze Lucjuszu – odpowiedział.
- Taa - wzruszył ramionami jasnowłosy mężczyzna – niemniej jednak ułatwiają życie. Poza tym powiedz mi jaki jest cel, dla ojca dużej rodziny, aby zajmować niewiele znaczące i pozbawione prestiżu stanowisko?
- Mamy całkiem odmienne zdanie na temat tego co winien robić ojciec rodziny.
- Niewątpliwie.
Lucjusz, pomimo straty swej żony, niewiele się zmienił. Pozostał tym samym eleganckim, lubiącym wszystko w najlepszym gatunku mężczyzną. Nosił tylko szaty z wysokiej jakości tkanin, w żądnym razie nie zadowalając się półśrodkami. Długie, platynowe włosy były zawsze nienagannie ułożone, wszak osobiste problemy nie usprawiedliwiają niechlujstwa. Nie mógł cenić państwa Weasley, którzy wiedli spokojne, szczęśliwe życie na uboczu czarodziejskiej społeczności.
Jedyną osobą którą jako tako cenił w rodzinie był Percy. Ten sam, który pozostawał w napiętych relacjach z resztą krewnych. Wszystko zaczęło się od kłótni pomiędzy Dumbledorem a Korneliuszem Knotem, gdzie młody mężczyzna stanął po stronie tego drugiego. Dostał i zachował stanowisko młodszego podsekretarza Ministra Magii, co nie poprawiło relacji z najbliższymi. Fakt, że chodził ze swoim przełożonym na różne bankiety, spotkania oraz spotykał Szefów Departamentów tylko pogarszał relacje. Percy też często rozmawiał z Lucjuszem na temat polityki, wygłaszając całkiem odmienne poglądy niż reszta rodziny. Pewnie dlatego arystokrata, podobnie jak Scrimgeour, mówił o nim „młody i ambitny chłopak" a krewni nazywali go „bufon".
Hermiona nadgryzła ostatnią czekoladkę, myśląc o najbardziej dyplomatycznym sposobie rozmowy z ukochanym. Elaine umiała rozmawiać w sposób opanowany i elegancki, znacznie bardziej niż ona. W takich chwilach nie czuła się już taka mądra jak w szkole.
W Malfoy Manor panowała napięta atmosfera. Draco i Pansy powitali ją dość sztywno, ale nie nieuprzejmie. Nie dało się jednak tego powiedzieć o Lucjuszu. Siedział w salonie z kwaśną miną. Trzymał w dłoniach najnowsze wydanie „Proroka" i obdarzył wchodzącą wściekłym spojrzeniem.
Trzymał kieliszek z whisky w szczupłych, białych dłoniach. Zdjął swoje wyjściowe szaty i nosił nie mniej wytworne domowe. Długi, szmaragdowy strój przypominał nieco szlafrok, ale był znacznie bardziej elegancki. Platynowe włosy związał tasiemką w podobnym odcieniu. Najwyraźniej na nią czekał i raczej nie mogła liczyć na czuły pocałunek na powitanie.
- Co to ma znaczyć? Tam spędzać wolny czas? Razem z Weasleyem?
- Nie szukałam go, naprawdę poszłam po książki – wyjaśniła – po prostu prawie na siebie wpadliśmy i po prostu powiedziałam „dzień dobry" i pogratulowałam, że zostanie ojcem.
- A on w odpowiedzi zaczął awanturę – Lucjusz uniósł brew z niedowierzaniem.
- Zaczął się wyrażać paskudnie o Lavender i zareagował złością jak mu zwróciłam uwagę.
- To nie twój problem, nie powinnaś się angażować w cudze życie prywatne. Masz swoje i swoje powinności – powiedział surowo – aż tak się nudzisz?
- Nie nudzę, po prostu żadna kobieta nie zasługuje na podobne potraktowanie – broniła się.
- Zasługuje jak jest dość nierozważna by marnować swój czas na Weasleya – wzruszył ramionami – skończyłaś już szkołę.
- Ten sam wykład już mi zapewnił Scrimgeour – odparła zgryźliwie.
- I miał rację, naprawdę ile razy mam ci powtarzać byś go nie drażniła? On ci może bardzo ułatwić, albo szalenie utrudnić karierę w Ministerstwie, dlaczego koniecznie chcesz testować jego cierpliwość? I to w imię czego? Dla Weasleya?
Hermiona wzięła głęboki oddech. Nienawidziła kiedy ktoś mówił do niej jak do dziecka, zaś w owej chwili Lucjusz dokładnie tak przemawiał. Nie krzyczał, Malfoy nigdy nie podnosił głosu woląc zabijać ludzi sarkazmem, ale wyglądał na zawiedzionego i złego. Nie wiedziała która z tych emocji bardziej bolała, ale za nic w świecie nie chciała mu sprawić ni zawodu ni przykrości.
Sprawił długi wykład na temat dorosłości i powinności. Coś podobnego, chociaż w skróconej formie, usłyszała do Ministra a potem od Elaine a na koniec do Lucjusza. Trzy osoby całkiem niezależenie postanowiły wyrazić swoje niezadowolenie z jej postawy. Właściwie nawet użyli podobnych argumentów, raz po raz powtarzając by wybrała z kim chce trzymać i po czyjej stronie grać. W daleki od delikatności sposób namawiali aby unikała dawnych kolegów z Zakonu.
- Lucjuszu – westchnęła – ja nie mogę ot tak się do nich odciąć.
- Czyli nie myślisz poważnie o swojej przyszłości. Zamierzasz zmarnować szansę na dobrą pozycję w Ministerstwie dla jakiegoś przygłupa i dla ludzi mających cię za nic. To polityka a ty tkwisz między dwoma obozami. Musisz wybrać stronę czy tego chcesz czy nie. Możesz trzymać z tymi co rządzą, albo z tymi co chcą wywrócić świat do góry nogami. Dobrze to rozważ. Myślę, że sen w gościnnej sypialni pomoże ci się spokojnie zastanowić.
To ostatnie zabolało najbardziej. Nie mógł bardziej dosadniej wyrazić swej dezaprobaty wobec niewłaściwego zachowania, niż równie oschła i surowa reakcja. Próbowała tłumaczyć, przepraszać, wyjaśniać ale on nie słuchał. Nawet nie próbował słuchać zły i zawiedziony. Czyżby przeżywał męki zazdrości? Ale nie zamierzał udzielać jej odpowiedzi. Mogła tylko zgadywać w czym rzecz.
xxxxxx
Elaine długo rozważała co powinna powiedzieć. Wypaplała za dużo Bertiemu i mogła tylko sama siebie przekląć. Oczywiście nie czuła się dobrze w sytuacji sekretnego romansu, ale rozsądek podpowiadał, że to wszystko na co może liczyć. Tamtej nocy, kiedy poszła z nim po raz pierwszy do jego domu, skomplikowała swoją sytuację. Wcześniej spotykali się, przytulali, wymieniali namiętne pocałunki, lecz nie doszło do niczego więcej. Nawet tak niedoświadczona osoba jak ona wyczuwała wielkie pragnienie mężczyzny, ale do niczego jej nie zmuszał. Czekał aż będzie gotowa, a ona nie protestowała. I wtedy doszło do komplikacji. Przywiązała się znacznie bardziej niż powinna, niż należało a przecież nie powinna była. Nie mogła na nic liczyć, nie mogła. Babka ostrzegała jak bardzo miłość potrafi zaboleć.
Dlatego wysyłała wiadomości o byciu zajętą i wróciła do swojego mieszkania. Kupiła w sklepie spożywczym kubełek lodów orzechowych oraz wzięła pizzę na wynos w pizzerii. Rozważając jak powinna z nim rozmawiać potrzebowała wina oraz dużej ilości niezdrowego jedzenia. Tylko tak mogła jako tako trzeźwo myśleć.
Z pomocą kombinacji zaklęć zdołała uruchomić mugolski telewizor. Nie potrafiła sobie przypomnieć czego dokładnie użyła. W mieszkaniu miała w czynszu kablówkę, ale urządzenia kiepsko działały w obecności magii. Wariowały i wszystko groziło jakimś nieszczęściem. Zdołała w końcu złapać sygnał, lecz kanadyjskiej* nie angielskiej telewizji. Potrzebowała czegoś, co by do niej gadało. Ostatecznie zamierzała wywrócić życie do góry nogami, a na razie szukała w sobie odwagi by przed nim stanąć. Jeszcze bardziej rozpaczliwie potrzebowała słów by nie zabrzmieć żałośnie. Sięgnęła po kolejny kawałek pizzy.
Siedziała na kanapie przed telewizorem. Tak czyniła Doris ilekroć przeżywała gorsze dni. Elaine postanowiła spróbować mugolskich metod, sama nie wiedziała dlaczego. Jeszcze niedawno miała bardzo proste i ułożone życie. Romanse zawsze wszystko komplikują a ona i tak postanowiła poddać się szaleństwu. Nadszedł czas zapłaty. Lavender popadła w konflikt z rodziną przez swoje zakochanie w Ronie. Ma dziecko, mężczyznę który obiecał ślub oraz wściekłych krewnych. Czy właśnie wtedy poczęła tak krytycznie myśleć o swoim życiu? Odczuwać strach, że zostanie samotną matką, wyklętą przez rodziną i przyjaciół? Nie chciała nawet rozważać podobnego scenariusza. Nie chciała płakać po nocach i tęsknić za bliskością, kogoś, kto nigdy naprawdę nie będzie jej.
Zapewne dlatego zaczęła wychodzić wcześniej z pracy i iść prosto do swojego mieszkania. Siedzenie w pidżamie przed telewizorem nie mogło rozwiązać sytuacji, ale uspokajało. Pewnie dlatego nie usłyszała pukania do drzwi. Początkowo ciche stawało się coraz bardziej natarczywe, ale zmęczony winem i lodami umysł potrzebował czasu by dodać dwa do dwóch. Siedziała akurat z kubełkiem orzechowego grzechu, kiedy wreszcie dotarło do niej walenie. Podskoczyła, upuszczając różdżkę na wyłożoną panelami podłogę.
Spojrzała w panice po mieszkaniu. Nie oczekiwała gościa i nie sądziła by ktokolwiek winien oglądać ministerialne akta wymieszane z mugolskimi czasopismami. Szaty czarodziejki leżały obok dziewczęcych ubrań z popularnej sieciówki. Ten bałagan naprawdę wyglądał strasznie. Przez chwilę spanikowała że być może to ktoś z sąsiadów, a ona musiała by rzucić niezłe zaklęcie Confundus by nie zauważyli dodatkowego pokoju. Nie, zaklęcia odpędzenia, przymusu i zabezpieczenia odpędzały przypadkowych intruzów. Tylko ktoś władający magią mógł teraz pukać. Podniosła swoją różdżkę błagając wszelkie wyższe moce, by to była Lavender lub Doris. Nikt inny, na przykład Hermiona lub Merlinie ratuj Dawlish, nie może widzieć podobnego bałaganu.
Z duszą na ramieniu ruszyła w kierunku drzwi, nie wiedząc kogo niesie w jej progi o wpół do dziewiątej wieczorem. Nie pomyślała jak idiotycznie musi wyglądać z rozpuszczonymi włosami, ubrana w szarą, bawełnianą pidżamę. W jednej ręce trzymała różdżkę a w drugiej kubełek lodów orzechowych. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniały ślady łez na policzku. Nie mogła zwlekać, jakby sąsiedzi zaczęli sprawdzać co się dzieje..
Uchyliła drzwi, widząc oczami wyobraźni swoją kuzynkę. Czyżby obie miały ciężki wieczór? Ale zamiast czarownicy w ciąży, dostrzegła bardzo dobrze znanego czarodzieja we wspaniałej, czarno-złotej szacie. Poczuła na policzkach jeden ze swoich najgorszych rumieńców i jak jeszcze nigdy zapragnęła zapaść się pod ziemię. Poczuła się jakby grała w jednym z obrazów, wyświetlanych z mugolskim pudle.
- O nie! – mruknęła upuszczając kubełek na wpół zjedzonych lodów – jak?
- Urocze powitanie – odpowiedział najwyraźniej niezrażony jej słowami – domyślam się, że masz dobry powód by rzucać we mnie lodami? To dość nieuprzejmie otwierać drzwi zaklęciem jak właściciel jest w środku, a prawie mnie do tego zmusiłaś.
Nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Cały chaos zobaczyła ostatnia osoba na świecie, która powinna oglądać ją w podobnym stanie. Od paru dni szykowała się na poważną rozmowę z nim, ale nie chciała w niej wypaść równie żałośnie. Pudełko po pizzy leżące na ministerialnych aktach nie wyglądało za dobrze. Przełknęła głośno ślinę, czując się jeszcze gorzej niż parę minut wcześniej.
Pisnęła, ale z jej ust nie wydobył się żaden inny dźwięk. Rzuciła mu błagalne, mówiące „nie wchodź" spojrzenie, on jednak najwyraźniej kompletnie ją zignorował. Zerknął oceniająco na jej strój i wskazujący na wzburzenie stan, ale milczał. Roztrzęsiona czarownica, zaciskająca nerwowo palce na różdżce mogła wywołać niemały chaos. Stanowiła niebezpieczne stworzenie z którym należy postępować ostrożnie. Nie mogła widzieć, ale ręka jej drżała niebezpiecznie zapowiadając potencjalny wybuch, być może magii bezróżdżkowej. Unikała jego spojrzenia najwyraźniej zbyt zmieszana, by cokolwiek zrobić.
- Zakładam, że ten chaos ma swoją przyczynę – kontynuował niezrażony milczeniem – tak samo jak twoje milczenie. Płakałaś? – bardziej stwierdził niż zapytał – co się dzieje?
- Nic – wybąkała najgłupsze kłamstwo.
- Ładne mi nic. Najpierw chodzisz przybita i dziwna przez ostatnie dni. Potem znajduję cię tutaj zapłakaną pośrodku bałaganu i twierdzisz, że to nic. Ślepy nawet by zauważył problem, pomogę, ale wyjaśnij w czym rzecz.
- Nie możesz mi pomóc – powiedziała nalewając sobie resztkę wina – dziękuję, ale nic się nie da zrobić.
- Może jednak dasz mi szansę.
Wypiła kilka łyków wina wiedząc, że inaczej nie ma szans by udzieliła wyjaśnień. Poczuła się naraz strasznie głupio, ale skoro zaczęła coś musi dalej brnąć. A ponieważ nie potrafiła wymyślić nawet minimalnie wiarygodnego kłamstwa, postanowiła wyznać prawdę. I tak wszystko ciążyło od jakiegoś czasu, więc właściwie wykrzyczenie smutków i wątpliwości mogło przynieść ulgę.
Zerknęła raz jeszcze w kierunku telewizora, jakby szukając natchnienia. Kiedy na niego spojrzała, stojącego tutaj pośrodku bałaganu obraz sprawiał jeszcze gorsze wrażenie. Na stoliku leżał karton po pizzy, kubełek lodów wylądował na podłodze a na kanapie walały się okruszki po ciasteczkach oreo. Zamieniła swoje mieszkanie w prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy, a wszystko wyglądało jeszcze gorzej kiedy zerknęła na swego rozmówcę. We wspaniałej czarno-złotej szacie nie pasował do tego chaosu a jego pełna opanowania postawa czyniła chaos gorszym.
-Układałam sobie w głowie co powinnam powiedzieć od kilku dni, odkąd palnęłam jedni zdanie za dużo a Bertie zaczął coś mówić o Fiuu. Ja już tak dłużej nie mogę – mówiła popijając wino – nie jestem w stanie, to mnie kompletnie przerasta. Nie nadaję się do tego i nie chcę skończyć jak Lav, nie chcę byś sama ze wszystkim!
Krążyła nerwowo po pokoju. Niewiele pamiętała ze starannie przygotowanej przemowy, ale może i lepiej? Mogła mówić prosto z serca, zaś alkohol dodawał odwagi. Inaczej by nigdy nie powiedziała tego co właśnie zamierzała przekazać. Głos się łamała a po policzkach ciepły łzy, lecz nie zwracała takiej uwagi co zwykle na podobne szczegóły.
- Ja tak dłużej nie mogę, nie mogę - powtarzała jak w transie.
- Czego nie możesz?
- Tak żyć, nie umiem. Nie mam w piersi kamienia i nie mogę, nie mam na myśli tego bałaganu w pokoju – wskazała dłonią – ja już nie jestem w stanie tak żyć. Nie jestem w stanie tego ciągnąć, nie jeśli mam zachować szacunek do samej siebie.
- O czym ty właściwie mówisz?
- O nas – wyjaśniła – to wszystko się pokomplikowało i sama nie wiem kiedy fascynacja przeszła w coś więcej. Cóż przez babkę od zawsze miałam słabość do starszych od siebie dżentelmenów, rzecz w tym, że to droga donikąd. Nie jestem w stanie tak dłużej żyć. Nie pochodzę ze znamienitego rodu, ale nie chcę być skrywanym w tajemnicy sekretem. Wiem co znaczy społeczna pozycja, opinia publiczna i tym podobne. Nie mam nastu lat i żyję na świecie dość długo by wiedzieć, że żadna ze mnie kandydatka na żonę dla kogoś z twoją pozycją, ale nie umiem być czym jestem. Nigdy wcześniej z nikim nie byłam, wiesz o tym, i jeśli mam zachować moje najlepsze zdanie o tobie i uczucia jakie do ciebie żywię a także móc patrzeć na siebie w lustro to koniec. Pewnie teraz nie da się wrócić do przyjacielskiego picia herbaty, ale nie chcę być sekretem, miłość nie powinna być powodem do wstydu.
Od Autorki: Wiem przerwałam rozmowę Elaine w najciekawszym momencie, ale cóż tak jest najbardziej intrygująco, kiedy nie wszystko zostaje wyjaśnione. Biedaczka zaczęła widzieć jak to wszystko wygląda i poczuła się przytłoczona. Odpowiedź Rufusa będzie w następnym rozdziale. Czy zaskakująca sama nie wiem, zobaczycie. Tak, wiem Elaine zabrzmiała melodramatycznie, ale jest młoda, zakochana i czuje że życie jej się wyślizguje z rąk.
Myślę, że teraz zachowanie Ginny jest nieco bardziej zrozumiałe.
* Nie ma innego uzasadnienia niż to, że mieszkam w Kanadzie.
