Lubię odpowiadać na komentarze, więc tak sobie postanowiłam, że na początku rozdziałów będę to robiła :)
Rozdziały wstawiam, kiedy mam czas. Są już od dawna napisane (od roku dokładnie XD, a nowe wciąż powstają), dlatego dodaję je dość często. A gdy dojdziemy do takiego stanu, jaki mam na blogu, wtedy będą pojawiały się tak jakoś raz na miesiąc. Ale wtedy wam to napiszę :)
FrejaAleeera1: Też nosiłam mundurek i muszę przyznać, że trochę za nim tęsknię. Ale o wiele bardziej lubię ubrać się do szkoły tak, jak mi się to podoba, niż paradować w tych samych ubraniach co reszta ;) Dawno pisałam te rozdziały, więc jakieś byki mogą się zjawić. Dzięki. Nie posiadam i nie będę posiadała bety. Wolę sama pracować i poprawiać moje błędy. Mogę się chociaż wciąż uczyć :3 Albus faktycznie jest podobny do Harry'ego. Chociaż on nie pakuje się tak często w kłopoty XD Tajemnica urodzenia Nory już się wyjaśniła, więc... ale to nie koniec niespodzianek! Scorpius to dzielny chłopak. Nie da sobie przeszkodzić w dążeniu do miłości. Miłość do niebieskich słodyczy? To wszystko wina Percy'iego Jacksona! Go wiń! :D Te ,,problemu społeczne" także mają swoje wytłumaczenie. A z każdym rozdziałem Nora coraz bardziej się otwiera :) Dzięki za komentarz!
Aidi: Także tego nie wiem. Chyba jednak o kolor skóry Nory... Postanowiłam w to nie wnikać. Typowe hejty po prostu omijam ;) Zgadzam się w 100%. Blaise... to trochę kłopotliwa postać. Cieszę się, że udało mi się ciebie zaskoczyć, kochana! :D Wkrótce się to okaże. Bardzo dziękuję :*
Smocze kłopoty
Piątek
Jane Cast uważała się za komplementarną osobę. Była w pełni oddana swojej pracy. Kochała to, co robi. Zawsze marzyła o nauczaniu. Dlaczego mugoloznastwo? Nie pochodziła z mugolskiej rodziny, więc może dlatego tak to ją fascynowało. Dla magicznych dzieciaków, które w większości nie miały z mugolami styczności, ich sposób życia wydawał się dziwaczny. Dla małej Jane - oznaczał trudną dziedzinę nauki, którą musiała opanować do perfekcji.
Jej życie nie było łatwe. Straciła rodziców w dość młodym wieku. Znaleźli się o nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu... Wychowaniem Jane zajęli się dziadkowie - za co była im bardzo wdzięczna. Ceniła rodzinę. To dzięki swojej ciotce dostała pracę w Hogwarcie. Profesor McGonagall, jak zwracała się do niej nawet jej własna siostrzenica, odchodząc, zdecydowała, że to Jane zostanie nową dyrektorką. Nikt inny zresztą nie chciał tej pozycji... Chociaż z nauczycielem eliksirów, Masterssem, nigdy nie wiadomo... Wszyscy nauczyciele, którym McGonagall ufała albo umarli, albo odeszli na zasłużoną emeryturę. Wybrała swoją siostrzenicę nie ze względu na pokrewieństwo, ale na poukładanie i przywódcze zdolności. A ona doskonale sobie radziła...
Do dzisiaj.
Spojrzała ponownie na osobę, stojącą przed nią.
– Jak to zaginął? – warknęła.
– No... – Neville przestąpił z nogi na nogę. Denerwował się pod czujnym wzrokiem dyrektorki. – Zostawił wiadomość, że odchodzi i wyparował.
– Skąd pewność, że to on ją napisał? Skontaktowałeś się z aurorami? Nie mógł nas opuścić! – Nie mógł jej opuścić... Marzyła, by to był tylko zły sen. Nie chciała mierzyć się z tym problemem.
– Wysłałem już sowę do Harry'ego... – Longbottom chrząknął. – Znaczy do pana Pottera. Przeprowadzą poszukiwania. A wiadomość zostanie zbadana. Chyba nic więcej na razie nie możemy zrobić...
– Możemy. – Jane wzięła się w garść. Osobiste uczucia nie powinny w tym momencie przeszkadzać kobiecie. – Musimy znaleźć nowego nauczyciela.
Poniedziałek
– Fred! Połamiesz mi żebra! – zaśmiała się Roxanne.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Miała, na te kilka miesięcy, przenieść się w zupełnie inny, nowy i niesamowity świat. Nie mogła się doczekać.
Stała teraz, o tej nienormalnie wczesnej porze, na dziedzińcu przed Hogwartem. Słońce nieśmiało wychylało się zza murów zamków, rażąc w oczy pomarańczową łuną. Panował nieprzyjemny chłód, który powoli rozwiewał się wraz ze wschodem słońca.
Wzdrygnęła się z zimna, chowając zmarznięte dłonie w kieszenie kurtki.
Nadszedł czas na pożegnania. Była miło zdziwiona, że tak wiele osób się zjawiło. Ona nie wstałaby dla nikogo o szóstej rano. Bez szans! Ale dobrze, że jej bliscy należeli do grona nienormalnych ludzi, gotowych to dla niej zrobić. Żałowała tylko, że rodzice nie mogli z nią teraz być. Musiała zadowolić się wspomnieniem wczorajszego dnia i ich gorących uścisków.
Fred i Angela byli w najgorszym stanie. Brat wciąż ją przytulał i zapewniał, że będzie codziennie pisał, a przyjaciółka Roxie wciąż płakała.
Oprócz tych dwóch oszołomów przyszli przyjaciele z Ravenclawu. Alex, Daniel, Grace i Monica - jej stali kompani. Dalej... Rodzina. Wszystkie kuzynki wraz z kuzynami. Choć Lucy się nie pofatygowała... Czasami przyjemnie było mieć liczną familię. Pojawił się nawet Albus z Norą i Scorpiusem.
Podeszła do tej ostatniej grupki. Miała wielkie wyrzuty sumienia. Nie powinna gnębić kuzyna poprzedniego dnia.
– Al, przepraszam. – Zrobiła skruszoną minę. Chciała powiedzieć więcej, lecz nigdy nie była za dobra w okazywaniu uczuć. To, że go przepraszała, stanowiło już dla niej wielkie wyzwanie.
Albus uśmiechnął się w swój typowy wyrozumiały sposób i delikatnie ją przytulił. Zamknęła oczy, opierając policzek o jego kościstą pierś i obejmując go mocniej ramionami. Czasami zazdrościła reszcie rodziny wysokiego wzrostu, ale nie w takich momentach. Czuła się bezpieczna i kochana. Al od zawsze był dla wszystkich ostoją spokoju. Tylko on mógł tak łatwo zrozumieć i wybaczyć.
Wypuściła go z ramion. Nie potrzebowali słów. Wiedzieli, że między nimi wszystko już w porządku.
Kątem oka dostrzegła Norę, która patrzyła na nich z rozczuleniem. ,,O, nie. Nie mogę zniszczyć swojej reputacji!" – pomyślała i przywaliła Albusowi w ramię.
– Au! – burknął chłopak, rozmasowując obolałe miejsce. – Za co to?
– Tak tylko dla przypomnienia, że nadal mogę skopać ci tyłek i jestem twardą sztuką. – Wyszczerzyła się do niego i zwróciła do Zabini.
Nie były ze sobą blisko. Roxanne nie znała dziewczyny za dobrze, ale czuła, że Nora ma w sobie to coś. Coś co sprawiało, że ludzie się do niej przywiązywali. Ceniła ją za to, ale zdaniem Roxie ich relacje były zbyt świeże, by mówić o przyjaźni. Nowi znajomi musieli przejść długi okres próbny, zanim ich zaakceptowała. Mile ją zaskoczyła, także przychodząc tego dnia.
Skinęła dziewczynie krótko głową i wskazała na Albusa.
– Opiekuj się nim, słoneczko. – Zrobiła groźną minę. – I resztą mojej zwariowanej rodziny. Chyba jesteś jedyną osobą, której się słuchają.
– Nie byłabym tego taka pewna, chmurko. – To był ostatnio zwyczaj dziewczyn. Nazywały się pieszczotliwymi zdrobnieniami zaczerpniętymi ze świata przyrody. – Ale zobaczę, co da się zrobić. – Uśmiechnęła się po raz kolejny i pociągnęła za ramię Albusa, który zaczął już oponować, że nie potrzebuje opieki.
Została sama ze Scorpiusem, który unikał dziewczyny wzroku. Reszta ich grupy, jak to zwykle bywa przy pożegnaniach, zajęła się sobą - rozmawiali, śmiali się, wygłupiali.
Spojrzała na Malfoy'a. Kiedyś nie przepadali za sobą, ale wydarzenia z zeszłego roku ich do siebie zbliżyły. Przy innych nadal udawali niechęć, ale zawarli pewnego rodzaju przymierze.
Chłopak wpatrywał się teraz rozbitym wzrokiem w jedną z jej kuzynek...
– Nie zepsuj tego z Rose – powiedziała ostrym tonem. – Musisz z nią po prostu porozmawiać.
Była jedyną osobą, która wiedziała o ich związku i ostatniej kłótni.
– Unika mnie. – Tylko gorzki ton chłopaka wskazywał na przygnębienie. Jego twarz była jak marmurowa maska. – Ale spróbuję. – Uśmiechnął się do niej w krzywy sposób. – Raczej nie mogę cię teraz uścisnąć?
– Jeżeli chcesz stracić rękę, to możesz. Śmiało.
Scorpius roześmiał się lekko.
– Uważaj na siebie, Wojowniczko. Nie szalej z tymi smokami. I nie złam za wiele serc...
Razem zaczęli iść w kierunku reszty, która już zaczęła na nich patrzeć w podejrzliwy sposób.
– Znasz mnie. Niczego nie mogę niczego obiecać.
Wsiadając do lśniącego, złotego, metalowego smoka, którego przysłała po nią rumuńska szkoła, Roxie pomyślała, że to ostatnia szansa by spojrzeć na ludzi, których kochała. Nie wiedzieć czemu czuła się, jakby miała ich więcej nie zobaczyć. Od razu zbeształa się za takie myśli. Ale ich widok sprawił jej zarazem przyjemność, lecz także ból.
Fred obejmował ramieniem Angelę, która dalej szlochała (Roxie miała wrażenie, że było to już trochę wymuszone, ale ramiona jej bliźniaka stanowiły raczej dostatecznym powodem, by dalej płakać). James, jak to on, flirtował z Grace i Monicą. Hugo dawał jakiś wykład Danielowi i Alexowi, a Lily zabawiała resztę ich kuzynek, opowiadając żarty. Rose, Nora, Albus i Scorpius stali z dala od reszty uśmiechnięci i machali, choć dało się wyczuć napięcie między dwójką z nich...
Profesor Longbottom, który miał towarzyszyć Roxie w podróży, a później upewnić się, że niczego jej nie brakuje w nowej szkole i wrócić do Hogwartu, zwrócił się do niej:
– Jesteś gotowa?
Ostatni raz spojrzała na bliskich. ,,No to lecimy z tym koksem!" – pomyślała.
– Jak najbardziej! – wykrzyknęła i wbiegała na pokład smoka.
– Dobra, ludziska – powiedziała Nora, odgryzając kawałek grzanki, którą posmarowała grubą warstwą dżemu truskawkowego. Wierzchem dłoni otarła okruszki z brody i kontynuowała. – Kim jest ta kobieta? Ta która wczoraj wparowała do sali? W sumie. Było to wejście godne smoka. – Wskazał na stół nauczycieli.
Po pożegnaniu Roxanne udali się na śniadanie. Krukoni usiedli przy swoim stole, ale udało im się namówić Scorpiusa i Ala, żeby dołączyli do Gryfonów. Właśnie odleciały sowy, pozostawiając po sobie paczkę dla Albusa i kilka listów dla reszty.
– Jakiego smoka? Nie wiem, ale jest dość przerażająca. – Fred teatralnie się wzdrygnął. – Gdybym był mugolem, to właśnie tak bym sobie wyobrażał wiedźmę. Niska, zgarbiona i pomarszczona. Dodajesz do tego obrazu jeszcze potargane białe włosy, stare szaty, długą laskę i BACH! - wiedźma wypisz zaczaruj!
– Bez przesady! – wykrzyknęła Lily, wymachując swoją łyżką od płatek. Nora sprawnie uchyliła się przed mlecznym pociskiem. – Nie ma brodawek! Widzisz? Co to za straszna wiedźma bez brodawek? I niby czego ma nas uczyć? Mamy już wszystkich nauczycieli.
Dominique, która do tej pory zajęta była piłowaniem sobie paznokcie, uniosła nagle głowę i powiedziała z niezwykłym jak na nią ożywieniem:
– Przystojniak zniknął!
Cała ich grupa spojrzała na nią zdziwiona. Panna Weasley coraz rzadziej z nimi jadała - zajęta własnymi znajomymi i problemami. Gdy tak już się działo, siedziała cicho w swojej własnej alienacji, odzywając się tylko do Molly.
Wywróciła teraz idealnie pomalowanymi oczami, potrząsając z irytacji włosami.
– Kto jest, lub był, najbardziej przystojnym nauczycielem? Wy, dzieciaki, jeszcze na to nie zwracacie uwagi, ale od trzech dni nie ma z nami profesora Simona Grucy. A jest on zdecydowanie największym ciachem w całej tej szkole.
Nora z początku nie mogła sobie przypomnieć, czego uczył ten Gruca, ale później ją olśniło. Młody, miły mężczyzna, grono fanek... Obrona przed czarną magią. Dopiero teraz sobie uświadomiła, że Domie ma rację. Był przystojny i nie widziała go od trzech dni. W piątek mieli zastępstwo z Longbottomem. Myślała, że nauczyciel po prostu się pochorował albo pojechał odwiedzić chorą ciotkę lub coś w tym stylu... Jeżeli znaleźli za niego już zastępstwo, to musiała być to poważniejsza sprawa.
– No właśnie! Miałam mu pomóc ze szlabanami w piątek. Wiecie, jako prefekt naczelna i w ogóle... – wtrąciła Molly, wychylając głowę znad podręcznika od historii magii. – Ale Cast to odwołała. A swoją drogą była w dość kiepskim stanie... Ciekawe dlaczego...? – Wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Domie.
Chwilę później najstarsze dziewczyny się ulotniły; musiały podzielić się domysłami ze swoimi przyjaciółkami.
– Nie cierpię, gdy traktują nas jak małe dzieci! – wykrzyknęła Lily, wznawiając dyrygowanie łyżką. Tym razem James oberwał płatkiem kukurydzianym w policzek.
– Wiesz, Lilka... Ty jesteś mała. – Chłopak wyszczerzył się i poczochrał młodszej siostrze włosy.
– A ty, James... jesteś głupkiem i grubasem! – fuknęła, odbiegając od stołu. Z nadąsanych warg można było odczytać, że się śmiertelnie obraziła.
– Co? – zapytał chłopak, gdy wszyscy spojrzeli na niego w oskarżycielski sposób. – Przecież to prawda!
Hugo, który do tej pory tylko się im przysłuchiwał, westchnął.
– Jamesie, niektóre rzeczy lepiej zachować dla siebie. Wiesz, że Lily jest wyczulona na punkcie swojego wieku – powiedział bardzo poważnym tonem i pobiegł za kuzynką.
– Hm... No... Może nie postąpiłem w odpowiedni sposób, ale... – James przeczesał ręką włosy. – Trudno. – Wzruszył ramionami i wstał od stołu. – Zobaczymy się na lekcji. Amy na mnie czeka.
Zostali przy stole w piątkę. Albus zajął się swoją paczką, Fred bawił się łyżką, a Rose piorunowała wzrokiem Scorpiusa. Nora stwierdziła, że ma dość jak na jeden poranek. Zobaczyła Emmę, wychodzącą z sali. Przez chwilę obserwowała jej podskakującą blond kitkę, przewiązaną krawatem w barwach domu Puchonów. Otrząsnęła się, wstała od stołu i pociągając za sobą Freda, dogoniła koleżankę. Uściskała ją serdecznie. Razem poszli na lekcje.
Roxanne rozejrzała się po pomieszczeniu, które było powiększone za pomocą magii. Wnętrze smoka przypominało zwykły przytulny salon w kształcie beczki lub brzucha pewnego dużego gada... Na żółtych, niebieskich i czerwonych kanapach leżały liczne kolorowe poduchy i koce. Na kilku stolikach wokół stały przekąski i dzbanki z herbatą. A dalej... Dzieciaki.
Roxie nie miała pojęcia, że wszyscy razem udadzą się do Rumunii. Uczestnikami wymiany byli uczniowie z całego świata - tak się jej przynajmniej wydawało, gdyż widziała jednego chłopca ubranego w kimono, czy jak to się tam nazywało... Razem było ich dziesięcioro, a w Rumunii mieli dołączyć do pięcioosobowej specjalnie do nich dopasowanej grupy. Do ich szkół udali się uczniowie z rumuńskiej szkoły. Wymiana to wymiana.
Nauczyciele przeszli do sąsiedniego pokoju, aby poplotkować, czy co tam robią w wolnym czasie...
Raxanne nie była przekonana, co do towarzystwa w jakim się znalazła. Największą kanapę zajęły trzy dziewczyny i dwóch chłopaków. Po ich ubiorach i postawie mogła stwierdzić, że to typy bogatych rozpieszczonych dzieciaków. Jedna z dziewczyn - chyba ich przywódczyni - ubrana w różowe kolory miała blond włosy i tyle tapety na twarzy, że aż niedobrze się robiło. Musiała pochodzić z Francji - jej akcent nieprzyjemnie brzęczał w uszach, wypełniając małe pomieszczenie. Pozostałe dziewczyny wyglądały na bliźniaczki - czarnoskóre, umięśnione i dziwnie nieprzyjemne z twarzy. Roxie założyła, że pochodzą z Afrykańskiej Szkoły Magii. Chłopcy byli typowymi, choć różnymi przystojniakami. Jeden opalony z blond włosami i niesamowitymi niebieskimi oczami, które przypominały lazurowe morze, a drugi śniady, z czarnymi włosami i tak mroczny jak się tylko dało. Cała piątka odznaczała się wysokim wzrostem.
Było jasne, że Weasley nie ma ochoty się z nimi zadawać. Była indywidualistką. Gdyby chciała dołączyć do ich grupy, musiałaby stać się taka jak oni i pewnie schudnąć z dziesięć kilo, żeby zmieścić się w rozmiar 34... To nie dla niej!
Pozostała czwórka uczestników bardziej ją zainteresowała. Dwóch chłopców wyglądało jak typowe ofermy. Chłopak w kimono i chyba jego kumpel Hindus. Mogła się założyć, że w wolnym czasie lubią dla zabawy rozwiązywać zadania z numerologii... Oni też odpadali, a szkoda, bo Kimono był nawet słodki...
Ostatnia dwójka przypadła jej do gustu. Dziewczyna w niebieskich włosach, fioletowych oczach - są takie w ogóle? - z chudymi długimi kończynami, ubrana w glany i czarną koszulkę z jakimś zespołem oraz siedzący koło niej rudy chłopczyk - tylko tak mogła go nazwać. Był drobnej budowy ciała, niski, nawet niższy od niej, i śliczny. W pewien sposób przypominał jej Norę. Posiadał pewnego rodzaju delikatność, ale miała wrażenie, że to tylko pozory. Z jakiegoś powodu się tutaj znalazł. Musiał mieć podejście do smoków. Wzrok także przyciągały jego smukłe palce, poplamione farbami - artysta.
Z ochotą, nie zważając na pogardliwie spojrzenia rzucane przez Przeklętą Różową Piątkę, podeszła do ostatniej grupki.
– Albo jesteś metamorfomagiem, albo masz najbardziej odjazdowe włosy na świecie. – Klapnęła koło nich na miękkiej kanapie i wskazała na dziewczynę ręką.
– To pierwsze – odpowiedziała, uśmiechając się promiennie. Miała amerykański akcent. – Skąd wiedziałaś?
– Mój przyszywany kuzyn też nim jest – powiedziała i uśmiechnęła się na wspomnienie Teda Lupina, który tyle razy się nią opiekował w dzieciństwie. – Skąd jesteście?
– Ja z Instytutu Czarownic w Salem, Tobey z Prywatnej Placówki Magicznej w Los Angeles. A ty?
– Hogwart. Wielka Brytania. Tak myślałam, że jesteś z Ameryki. – Wzięła sobie pączka i wgryzła się w niego z apetytem. – Wiesz, co cię zdradziło? Akcent.
– Twój także jest rozpoznawalny, Angolu. – Po raz pierwszy odezwał się rudowłosy. Jego słowa miały być przytykiem, ale powiedział je z tak wielkim uśmiechem na twarzy, że nie mogła się obrazić. – Tobey Angelo. Tak wiem... Ironia. Mieszkam i uczę się w Los Angeles i mam takie anielskie nazwisko...
– Sympatycznie – powiedziała dziewczyna z Salem. – Samantha Riodal. A tych dwóch, którzy niezbyt subtelnie nas podsłuchują... – Wskazała na Kimono i Hindusa. – Hisato Otsu i Haroon Khan.
Chłopcy przesunęli się do nich bliżej z nieśmiałymi uśmiechami na twarzy.
– A ty? – zapytał się swoim pewnym, ale delikatnym głosem Tobey. – Masz jakieś imię?
– Roxanne Weasley. – Posłała im miły, ale jednak twardy uśmiech. Musiała zaznaczyć, że nie ma z nią przelewek.
– Chwila... – powiedział ciężką angielszczyzną Hindus Haroon Khan. – Weasley? Jak Charlie Weasley? Najlepsi spec od smoków?
– Ta... – Poczuła niewielkie zakłopotanie. To nie pierwszy raz, gdy musiała mówić o swojej sławnej rodzinie, ale wciąż było to dla niej nieprzyjemne. – To mój wujek.
Reszta grupy patrzyła na nią jak na prezent pod choinką, jakby wygrali na loterii.
– Jeżeli zaczniecie mi teraz lizać, za przeproszeniem, dupę i traktować inaczej niż minutę temu, to was zamorduję. – Posłała im swoje najgroźniejsze spojrzenie.
– Nawet nie mieliśmy takiego zamiaru – zapewniła ją pospiesznie Sam. – Prawda? – zwróciła się do Hisato i Haroona.
– Tak! Tylko jestem cikawy... – Hindus się lekko nakręcił. Musiał być typem maniaka. – Jeseli jestes spokrewniona z tym Charlie Weasley, to musis też znać Harry Potter! – pisnął głośno.
Roxanne miała ochotę go zignorować, ale jego błagalna mina i podobieństwo do Hugona, tylko że mniej poważnego i bardziej pobudzonego, nie pozwalało jej na to. ,,Za miękkie serce..." – pomyślała.
– Ta... Także mój wujek. I uprzedzając twoje następne pytanie, Rona i Herminę też znam. Uwierz mi, to normalni ludzie. Jak cała moja rodzina. – Wzruszyła lekko ramionami.
Kiedy oswoili się z tą myślą, zaczęli ze sobą rozmawiać. Od razu polubiła Sam i Angelo - byli mili, ale ostrzy, co bardzo się jej podobało. Kimono za to był dość milczący - może nie umiał tak dobrze angielskiego lub miał już tak z natury? Za to Haroon gadał za ich dwójkę. Roxie miała wrażenie, że ten wścibski typ uwielbiał zdobywać nową wiedzę. Bardzo inteligentny, ale także męczący. Z czasem może się do niego przyzwyczai... Do nich wszystkich.
Właśnie próbowała wytłumaczyć Sam, jak wygląda nauka w Hogwarcie, gdy usłyszała nad sobą chrząknięcie.
– Ekhem. – Ponownie. Spojrzeli na Przeklętą Różową Piątkę, jak nazwała ich Roxie, choć tylko Francuska była w ten kolor ubrana. – Pomyślałam sobie, że skoro mamy ze sobą spędzić tych kilka miesięcy, to wypadałoby się przedstawić i wyjaśnić kilka spraw – powiedziała sztucznie słodkim głosem. – Mam na imię Maelys Verges. – Wymówiła to jako Majlis Werżes. Roxie nienawidziła francuskich imion. Niestety jej kochana mamusia musiała bardzo, ale to bardzo zaprzyjaźnić się z Fleur, więc... Nazywała się, jak się nazywała. – Przyjechałam z prestiżowej Akademii Magii Beauxbatons... Te dwie to Zuri i Aziza Gesese, Afrykańska Szkoła Magii. – Dziewczyny rzuciły im tylko wrogie spojrzenia spod łba. Roxie pomyślała, że chyba powinno je obowiązywać jakieś czarnoskóre przymierze... Wiecie: Za obalenie niewolnictwa! I za naszych afrykańskich przodków!, ale to chyba nie w tym przypadku. A zresztą jej skóra miała barwę kawy z mlekiem, ich raczej czarnego espresso.
– Hektor Kasapi – odezwał się po raz pierwszy niebieskooki chłopak. Usiadł koło Sam i posłał dziewczynie promienny i o dziwo szczery uśmiech. Amerykanka chyba wpadła mu w oko. – Grecja. Droga Maelys, moja szkoła jest bardziej sławna. Światowa Szkoła Sztuk Magicznych była pierwszą szkołą dla czarodziejów. Została założona w czasach przed naszą erą.
Maelys nie wyglądała na zadowoloną z ,,buntu" Hektora.
– Oczywiście, Kasapi. – Włożyła w te słowa taką ilość jadu, że wszyscy się wzdrygnęli. – Ostatnim naszym towarzyszem...
– Potrafię mówić – przerwał jej Mroczny Chłopak. – André Torres. Brazylijska Szkoła Magii.
Panna Verges była już nieźle zdenerwowana.
– Ok! Da mi ktoś dokończyć? – warknęła.
– Nie! – odpowiedziała cała grupa oprócz Bezmózgich Bliźniaczek i Kimona, który nadal nic nie mówił.
– Pf! – Uniosła dumnie brodę. – Chyba każdy już słyszał o tym, że ta wymiana może się skończyć inaczej niż powrotem do swojej szkoły... Nie? – spytała z udawanym zdumieniem. – No tak. Nie każdy ma ojca w Międzynarodowej Magicznej Placówce Oświaty... jak ja... Podobno najlepsi z nas wszystkich dostaną możliwość skończenia nauki w Szkole Magii i Jeździectwa Smoczego... I coś mi się wydaje, że to będę JA. Niektórzy już na starcie nie mają do tego predyspozycji... – Zmierzyła ich spojrzeniem. Roxie cała się zjeżyła, czując na sobie jej wzrok. – Rudzielec, Czupiradło i Hindus... – Wskazała po kolei na Tobeya, Roxie i Haroona. – Nie wiem, czy wiecie, ale do tego zawodu potrzebują raczej wysokich ludzi, więc... Współczuję. – Skrzywiła się teatralnie.
W Roxanne zawrzała krew. ,,Czupiradło"? Miała może potargane, kręcone włosy, ale nic na to nie mogła poradzić. Dawno pogodziła się ze swoim wyglądem i wzrostem, ale blondyna nie dokuczała tylko jej. Dopiero poznała tych ludzi, ale już była gotowa ich bronić.
Wstała na równe nogi i skierowała całe swoje wściekłe metr pięćdziesiąt przeciwko dziewczynie.
– Słuchaj, Landryno. Może i masz wpływowego tatusia, może pochodzisz z Beauxbatons i może wydaje ci się, że masz prawo z tego powodu się puszyć, ale jesteś w błędzie. Możesz śmiać się ze mnie, ile chcesz, ale tych ludzi zostaw w spokoju, czaisz? I może jestem niska, ale to mnie nigdy nie powstrzymało przed skopaniem komuś tyłka. Masz wybór. Albo się uspokoisz i sama stąd odejdziesz, albo spiorę cię tak, że własny tatuś ciebie nie rozpozna. Co wybierasz? – Dyszała przed nią z wściekłości, ale nie krzyczała. Każde słowo powiedziała cicho, wyraźnie i spokojnie. Z natury wiedziała, że to bardziej straszy ludzi.
Wszyscy patrzyli na nią ze zdumieniem. Wiedziała, co mówi jej wygląd: ,,Jestem słodką, śliczną, małą dziewczynką! Kto się mną zaopiekuje?". Ale nie było nic bardziej mylnego. Roxie należała do grona twardych silnej kobiety. Nie da się zastraszyć pierwszej lepszej dziewczynie.
– Co? Zaniemówiłaś? – Roxanne obserwowała, jak Maelys mamrocze coś pod nosem i siada na kanapie w pobliżu. Tę potyczkę wygrała Weasley, ale coś jej się wydawało, że to nie ich ostatnia kłótnia.
Dokończyli prezentacji. Okazało się, że Hisato Otsu chodził do Mahoutokoro w Japonii, o czym powiedział im Haroon, który przyjechał z Śakti w Indiach. Bezmózgie Bliźniaczki wróciły do Maelys, ale chłopcy zostali. Czyli Przeklęta Różowa Piątka zmieniła się w Przeklętą Różową Trójkę. Każdy był pod wrażeniem postawy Roxie. Dziewczyna czuła, łechcące ego, zadowolenie. I o to jej chodziło! By pokazać, że trudna z niej osóbka. Już wiedzieli, że jest poważnym graczem.
Oczy zaczęły jej się kleić. Przyjemnie jej się słuchało tych ludzi, ale była strasznie śpiąca. W nocy nie mogła zasnąć - jak zwykle, gdy się denerwowała - więc teraz za to płaciła.
Sam dostrzegła zmęczenie dziewczyny.
– Hej. Możesz się zdrzemnąć. Minie jeszcze wiele godzin zanim dolecimy. Jeżeli sama do tego czasu nie wstaniesz, to ciebie obudzę – powiedziała, przesuwając się, żeby zrobić Roxie więcej miejsca na kanapie.
– Dzięki – mruknęła i szybko zasnęła, ukołysana ciekawymi akcentami swoich nowych znajomych.
Śniła o smokach. Jak zwykle, ale w tym śnie byli nowopoznani ludzie. Tym razem nie był to koszmar.
– Rose! Czekaj!
Scorpiusowi udało się dopaść dziewczynę dopiero po lekcjach. Cały dzień go ignorowała. Nienawidził, gdy stawała się taka uparta.
O co się pokłócili? O drobnostkę. Rose chciała powiedzieć Albusowi i Norze o ich związku, a Scorpius poprosił, żeby jeszcze z tym poczekała. Ufał Albusowi i wiedział, że ten go nie zawiedzie, ale co do Nory nie miał tej samej pewności. Czuł niepokój związany z jej osobą. Dziwne wrażenie, że powinien ją znać... Nie lubił dziwnych wrażeń. Ale jak miał to wytłumaczyć swojej dziewczynie? Z drobnej kłótni wywiązała się wielka awantura... Posypało się o kilka słów za dużo...
– Rosie! Proszę. – Złapał ją za rękę i przytrzymał. Dziewczyna musiała wybierać się do biblioteki, gdyż niosła pod pachą naręcze książek, które Scorpius - oczywiście - wtrącić jej z rąk.
– Co narobiłeś? Oszalałeś?! – warknęła na niego i kucnęła, aby zebrać podręczniki.
– Przepraszam – mruknął cicho i zaczął jej pomagać.
Gdy znów stali, a książki bezpieczne leżały w ramionach dziewczyny, zapytał:
– Porozmawiasz ze mną?
Rose rozejrzała się po korytarzu, który o tej porze był zatłoczony.
– Tutaj? – Rozejrzała się z udawanym zdumieniem. – Przy tylu świadkach? Uważaj, bo ktoś poleci na skargę do twojego tatusia. – Odwróciła się na pięcie, ale ponownie ją zatrzymał.
– Słuchaj, Malfoy! Mam dość twoich gierek. Nie mam zamiaru dalej być w tym popapranym związku, więc... – Nie dokończyła zdania.
Scorpius, nie zważając na tłum gapiów, który się wokół nich zgromadził ani na paplaninę dziewczyny, przyciągnął ją do sobie i pocałował.
Wszyscy zamarli. Ludzi spodziewali się typowej kłótni Malfoy vas Weasley, które były sławne od pokoleń. Nikt nie przypuszczał, że odwieczni wrogowi na środku korytarz – na ŚRODKU KORYTARZA(!) – się pocałują. I to w jaki sposób!
Scorpius włożył w ten pocałunek całego siebie, całe uczucia zgromadzone, które tylko czekały na uwolnienie. Rose, na początku skamieniała, później odrzuciła książki i mocno przywarła do Malfoya.
Dla tej dwójki czas stanął w miejscu...
– Nareszcie – mruknął Albus, stojąc we wnęce razem z Norą i obserwując, całujących się przyjaciół. – Cały tydzień się kłócili. Wyobrażasz sobie, że myśleli, iż o niczym nie wiemy?
– Naiwni... – Nora pokręciła głową z politowaniem. – Ale zabawni byli, gdy próbowali się przed nami ukrywać.
Albus powachlował się zwiniętym kawałkiem pergaminu.
– Uwielbiam Huncwotów... Mam wrażenie, że ta mapa jeszcze wiele razy nam się przyda. – Szturchnął ją ramieniem. – Chodź. Musimy chyba ich od siebie odkleić. Zaraz cała szkoła się tu zgromadzi, a wraz z nią nauczyciele, więc...
Zaczęli iść w ich kierunku.
– Kurcze. Przecież dzieci ich widzą! Mam wrażenie, że on ją pożera... Masz rację. Musimy ich ogarnąć.
Albus i Nora udawali niezadowolonych, ale bardzo cieszyła ich ta sytuacja.
Spadali.
Roxanne nie wiedziała, co się dzieje. Gwałtownie się przebudziła. Czuła, że coś jest nie tak. Ludzie krzyczeli, a oni spadali...
Spadali...
Upadną.
