Opady śniegu utrzymywały się już dłuższy czas, na dodatek mróz trzymał, więc panująca wokół biel nie zamierzała tak szybko zniknąć. Śnieg był jednak całkiem w porządku, gdy siedziało się w ciepłym miejscu, gdzie można było otulić się kocem i schować się przed całym światem z kubkiem gorącej herbaty czy kakao w dłoni. Niestety nawet tak wyjątkowe miejsce jak bunkier nie było samowystarczalne. Jedzenie w końcu się skończyło i trzeba było opuścić ciepłą kryjówkę. To było dość trudne zadanie biorąc pod uwagę ilość białego puchu. Naprawdę ciężko było przekopać się przez ten cały śnieg by chociaż móc wydostać się na zewnątrz.

-Cas, nie możesz użyć tych swoich czarów i sprzątnąć ten śnieg z drogi? –zapytał Dean opierając się o łopatę do śniegu i spoglądając z nadzieją na anioła.

-Jestem wojownikiem a nie pługiem –mruknął Castiel jakby urażony, że prosi się go o coś takiego. Dean prychnął tylko cicho, jednak wrócił do pracy.

Tego dnia cała czwórka zabrała się za odśnieżanie, jedna osoba z pewnością by się z tym nie uporała, szczególnie, że do odśnieżenia były aż dwa wyjścia, w końcu musieli też jakoś wyjechać Impalą z garażu. Podzielili się więc na pary i zajęli się oddzielnymi wejściami. Winchester miał nadzieję, że z aniołem szybciej upora się z tym wszystkim i będzie mógł wrócić do ciepła. Niestety jego nadzieje szybko się ulotniły. Castiel westchnął cicho i zlustrował wzrokiem otaczającą ich mroźną biel, czekało ich naprawdę sporo pracy. Wtedy właśnie oberwał czymś zimnym w policzek. Zdezorientowany otarł twarz i rozejrzał się dookoła. Od razu dostrzegł śmiejącego się Deana, który trzymał w dłoni gotową już drugą śnieżkę. Castiel nie zamierzał tego zignorować, skoro Winchester chciał wojny to ją dostanie.

Chwilę potem odśnieżanie poszło w zapomnienie, a nadszedł czas śnieżnej wojny. Dean nie spodziewał się, że anioł będzie tak dobry w bitwie na śnieżki, choć dzięki temu zdecydowanie było ciekawiej. Szybko skrył się za drzewem, gdy kolejna śnieżka poleciała w jego kierunku. Trzeba było działać naprawdę szybko, szczególnie podczas przygotowywania „amunicji". Castiel jednak na pewno nie zamierzał łatwo dać za wygraną, w końcu tak jak wcześniej powiedział był wojownikiem. Co prawda może nie była to typowa wojna, do której był szkolony, ale ta zdecydowanie była przyjemniejsza. Wiadomym więc było, że żadna ze stron nie planowała się poddać. Łopaty do śniegu leżały zapomniane, w końcu było ważniejsze zajęcie…

-Serio chłopaki, serio?

Sam westchnął cicho widząc co się dzieje. Naprawdę nie mógł zostawić tej dwójki bez nadzoru.

-Witaj Sam –powiedział spokojnie Castiel, zupełnie jakby przed chwilą wcale nie toczył śnieżnej bitwy niczym dziecko, które tęskniło za śniegiem cały rok.

-Nie można was zostawić samych.

-Nie narzekaj Sammy, to tylko chwilowa przerwa –stwierdził Dean wzruszając niewinnie ramionami –Odśnieżanie nie zając, nie ucieknie. A ty z Kevinem już skończyliście?

W tym momencie Sam drgnął lekko i opuścił wzrok jakby właśnie przyłapano go na jakimś niecnym uczynku.

-Jeszcze nie skończyliśmy, tak jakby… -powiedział po chwili nie podnosząc jednak spojrzenia.

Dean uniósł brwi doskonale wiedząc, że jego braciszek coś kręci. Poza tym gani jego i Castiela a sam jeszcze nie skończył swojej pracy.

-O co chodzi? –zapytał w końcu Dean

-Nie masz nic przeciwko żebym wziął twój stary szalik? –zapytał po chwili Sam w końcu spoglądając na brata.

-A po co ci to?

-Do bałwana.

-Że co?

-Ulepiliśmy z Kevinem bałwana, ma czapkę z garnka i oczy z kamyków… Przydałby mu się szalik.

W tym momencie Dean wybuchł śmiechem. Jak widać nie tylko on z Casem postanowili zrobić sobie przerwę. Kevin oraz Sam w tym czasie lepili bałwana. Chyba jednak szybko się z tym odśnieżaniem nie uporają. Lepiej będzie stoczyć czteroosobową bitwę na śnieżki.