-Koncert w święta? Porąbało ich, czy co?!
-Może tak, może nie.
-I czemu zgodziłeś się na ten termin?! Przecież mogłeś to jakoś zmienić, nie?!
-To nie moja wina, więc proszę, nie wrzeszcz na mnie.
-Mógłbyś się nieco bardziej ogarnąć, wiesz? Pomogłoby to uniknąć wielu takich sytuacji. Ciekawe, o czym jeszcze zapomnisz…
-Feliks, zachowuj się - warknąłem.
Jak możecie się domyślać, Feliks po usłyszeniu wieści, że natychmiast muszę się wynosić z powrotem do miasta, był - delikatnie rzecz biorąc - niezbyt szczęśliny. Owszem, pomógł mi się spakować w rekordowym tempie, za co byłem mu naprawdę wdzięczny, ale nie omieszkał też powytykać mi wszystkich moich w po kolei. Był naprawdę wkurzony i nie miałem mu tego za złe - ja też chciałem palnąć sobie w łeb za takie wielkie niedopatrzenie.
Jaki kretyn zapomniałby, że jego pierwszy, prawdziwy koncert w życiu odbywa się w Wigilię? I dodatkowo jaki kretyn nie zapisałby sobie tego gdziekolwiek?
A na dodatek jaki debil siedziałby na zimnie na przystanku autobusowym na jakimś zadupiu, bo wpadł na świetny pomysł ze swoim chłopakiem, żeby całkowicie odizolować się od świata?
Jestem geniuszem, nie ma co.
-O której tak w ogóle jest ten koncert? - zapytał Feliks, nadal święcie oburzony, że jego chłopak okazał się takim kretynem.
-Za cztery godziny… Powinienem zdążyć na czas.
-Powinniśmy - poprawił mnie Feliks. Popatrzyłem na niego zdziwiony.
-E… - zacząłem wielce inteligentnie. - Jedziesz ze mną?
-A co myślałeś, idioto? - warknął blondyn, rzucając mi mordercze spojrzenie. - Mam zamiar być na twoim głupim koncercie, żebyś nie zrobił sobie nic głupiego po drodze - a wiem, że jesteś do tego zdolny - a potem biorę cię za rączkę i wracamy tutaj na prawdziwą, świąteczną kolację.
-Nie sądzę, żebyśmy zdążyli… - mruknąłem, ale wystarczyło mi tylko zerknąć na wyraz twarzy Feliksa, by szybko dodać: - W sensie, koncert może się bardzo późno skończyć i nie wiem dokładnie, kiedy wrócimy…
-No właśnie, ty nie wiesz - przewrócił oczami blondyn - ale na szczęście ja wiem. Ech, i to ty masz niby być tą bardziej męską stroną w tym związku.
-Co to miało niby znaczyć?!
Awantura wisiała w powietrzu i pewnie byśmy się ostro z Feliksem pożarli, gdyby nie to, że zadzwoniła mi komórka. Rzuciłem okiem na wyświetlacz i westchnąłem. Nacisnąłem "odbierz" i odsunąłem od siebie telefon tak daleko, jak było to możliwe. Mimo tego usłyszałem:
-Gdzie jesteś?! Jedziesz już?! Ej, Francis, uważaj na sprzęt, co?!
-Arthur – odpowiedziałem ze stoickim spokojem - czekam z Felą na busa. Przecież nie przylecę tu na miotle.
-Możesz nawet przyjechać tu na jednorożcu, byle żebyś był szybciej! - wrzasnął Anglik przez telefon. - Nie mamy czasu na twoje nieogarnianie! Musimy się sprężać! Sprawdziłem twoje busy, następny masz…
-...za dwadzieścia minut, tak, wiem - odpowiedziałem i przybliżyłem trochę komórkę do ucha; chyba Arthur nie miał zamiaru się już na mnie drzeć… A przynajmniej taką miałem nadzieję.
-No, przynajmniej to sam ogarnąłeś - pochwalił mnie Anglik, ale zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, Feliks zabrał mi telefon.
-Ej, oddawaj! - krzyknąłem, ale blondyn już trzymał komórkę poza moim zasięgiem.
-Nie, nawet tego nie mógł zrobić sam - powiedział głośno i wyraźnie Feliks do Arthura. - Musiałem zrobić to sam, bo ten idiota by coś źle przeczytał i wylądowalibyśmy na drugim końcu kraju. Ale nie martw się waćpan, bo teraz ja mam zamiar się nim zająć i zrobić coś pożytecznego dla świata i środowiska, czyli odwieźć go do was w zadowalającym stanie.
Arthur coś odpowiedział, ale nie usłyszałem - byłem trochę za daleko - ale musiało być to coś śmiesznego, bo blondyn roześmiał się radośnie.
-Nie, mam zamiar się z tym wkrótce ujawnić, więc nie jest to jakaś wielka tajemnica - odpowiedział, nadal lekko się uśmiechając. - Tak, mam nadzieję… Nie, jestem pewien, że wszystko się ułoży. No i powodzenia tam! Musisz być bardzo zmęczony, wszystko na twojej głowie…
Zdołałem mu wyrwać mój telefon z dłoni. Popatrzył na mnie z niezadowoleniem wymalowanym na twarzy.
-Arthur, jesteś tam? - zapytałem, ale odpowiedziała mi tylko cisza. Spojrzałem na Feliksa.
-Rozłączyłeś się?
-Nie, sam to zrobił - blondyn wzruszył ramionami. Miałem nadzieję, że mówi prawdę - Arthur nienawidził, gdy się go ignoruje nawet przez taką drobnostkę, jaką telefon, a teraz był wystarczająco zdenerwowany wszystkim, żeby zrobić mi pogadankę wszech czasów na temat obowiązkowości. Ale nie pytałem.
Zauważyłem, że Feliks pociera swoje dłonie - nie miał rękawiczek, więc musiało mu być naprawdę zimno w palce.
-Daj - powiedziałem krótko i wziąłem go za dłonie. Próbował się wyrwać, ale trzymałem mocno.
-Puść! Nie jest mi zimno!
-Akurat. Przecież widzę - przewróciłem oczami. Nagle wpadło mi coś do głowy i było to tak kretyńskie, że byłem niemal pewny, że spodoba się Feliksowi.
Podniosłem jego dłonie do moich ust i delikatnie je ucałowałem. Twarz Feliksa zrobiła się cała czerwona, tak że nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.
-I jak, mniej zimno?
-Zamiast robić cyrk, mógłbyś po prostu dać mi swoje rękawiczki! - warknął, ale widziałem, że jest zadowolony. O większej aprobacie nie mogłem nawet marzyć.
Może nie było jeszcze tak źle.
Gdy tylko przyjechaliśmy, natychmiast zadzwoniłem do Arthura, by pokierował nas do baru. Nie wiedzieliśmy z Feliksem, gdzie się znajduje ani jak się nazywa; w sumie była to całkiem zabawna sprawa - nie wiedziałem nic o tym miejscu poza tym, że jest tam przyzwoita scena i sprzęt. Anglik szybko i rzeczowo wyjaśniał nam, co i jak; bar mieścił się w bardzo charakterystycznym budynku, z dużymi neonami przed wejściem - słowem, nawet ja nie mogłem go nie zauważyć, zwłaszcza że pilnował mnie Feliks.
Zdołaliśmy więc bez większych problemów dotrzeć do baru. Budynek dzielił się na dwie części; po pierwsze, parter, na którym mieściła się główna część przybytku. Okna były zasłonięte czarnymi zasłonami, tak że pomimo iż było jeszcze jasno na zewnątrz w budynku panował półmrok, rozjaśniany tylko nielicznymi lampami oraz migającymi kolorowymi światełkami neonami. Stoły były wszędzie losowo rozstawione, tak że musiałem się nieźle namęczyć, by jakoś między nimi manewrować. W jednym z kątów znajdował się barek, a w drugim mieściła się scena na tyle duża, by można było spokojnie grać.
Po drugie, było zaplecze, czyli miejsce, do którego powinienem się udać, by spotkać się z resztą zespołu. Nie czekając ani chwili wcisnąłem się do ciasnego, ale przynajmniej jasno oświetlonego pomieszczenia; natychmiast zostałem powitany spojrzeniami, z których wręcz emanowała ulga. Wszystkim ulżyło, najbardziej chyba Arthurowi, który najszybciej ze wszystkich się zebrał i nawrzeszczał na mnie za wszystkie czasy. Ale miałem to gdzieś. Liczyło się tylko to, że zdążyłem na ten głupi koncert i teraz mogłem dać czadu w jakimś porządniejszym miejscu niż szkolna impreza. Jakoś cała trema zniknęła; ni czułem się ani trochę skrępowany perspektywą występu przed największą publicznością w moim życiu. Chyba się przyzwyczaiłem.
Kiedy ja dostawałem opiernicz, Feliks wychylił się zza moich pleców.
-A, cześć, Fela! - wszyscy nagle go zauważyli.
-Co ty tu robisz? - zapytał się Francis, po czym jego spojrzenie przewędrowało z blondyna na mnie. - Ach…
-Co masz na myśli? - zapytałem się, unosząc jedną brew.
-Bo wiesz… Były plotki… - zaczął Francuz, przenosząc wzrok na Kiku, wyraźnie chcąc, by ten pomógł mu w wyduszeniu ze mnie jakichś informacji. Japończyk westchnął ciężko i dokończył:
-Niektórzy mówią, że ze sobą chodzicie. I to doprowadza Gilberta do szału, tak nawiasem mówiąc.
-Uch, wiem - przyznałem z wymuszonym uśmiechem. - W sensie, o jednym i drugim.
-I co? - dopytywał się Francuz. - Jak to z wami w końcu jest?
Spojrzałem na Feliksa. Feliks spojrzał na mnie i niemal jednocześnie się uśmiechnęliśmy. mimo iż nie powiedzieliśmy do siebie żadnego słowa, doskonale się zrozumieliśmy.
-Jesteśmy razem już jakiś czas - wypaliłem. Francis uśmiechnął się.
-Wiedziałem! Czułem, że jest coś między wami od początku! Naprawdę jesteście wspaniałą parą, wiecie? - puścił do nas oko. - Tak doskonale do siebie pasujecie! Dokładnie się uzupełniacie. I w ogóle nie lubiłem, jak potraktował cię Gilbert. To było zupełnie barbarzyńskie!
-Em… - nie wiedziałem, co powinienem odpowiedzieć. - Dzięki?
-Nie ma sprawy, gołąbeczki - jeszcze raz do nas mrugnął.
Ciekawe, co by zrobił, gdyby się dowiedział, że właśnie uznał, że dwóch facetów jest "wspaniałą parą", pomyślałem. To stawało się już powoli moją rutyną - zastanawianie się, jak zareagowaliby nasi znajomi, gdyby się dowiedzieli. W sumie nie było sensu teraz nad tym myśleć; prędzej czy później i tak mieliśmy zamiar z Feliksem postawić wszystko na jedną kartę. Ale nie mogłem jakoś przestać rozmyślać nad tym, ilu moich przyjaciół opuści mnie, gdy się o tym dowie. Nie za przyjemna perspektywa.
-Dobra, koniec opierdalania się - uciął sucho Arthur. - Jasne, cieszymy się, że dotarłeś na czas przyciągnięty na szczęście przez Felik… Felę - poprawił się szybko, zanim dostałem zawału serca - ale musimy jak najszybciej się tutaj rozłożyć. Toris, zrób sobie parę ćwiczeń z głosem, musisz się rozśpiewać.
-Jasne - przytaknąłem.
W sumie to były nie najgorsze święta, nie?
Wszystko poszło zgodnie z planem. Feliks zamówił sobie coś w barze i usiadł w pierwszym stoliku tuż pod sceną; dzięki temu, że był tak blisko, czułem się dziwnie spokojny. Sprzęt działał dobrze, mikrofony też, nagłośnienie było niezłe - słowem, żyć nie umierać.
Sala powoli zapełniała się ludźmi, głównie niewiele od nas starszymi chłopakami, którzy przyleźli tutaj na jakieś piwo i nie mieli najmniejszego zamiaru słuchać, co jakiś podrzędny zespół brzdąka tam w tle. Atrhur już wcześniej przewidział, że ludzie będą nas prawdopodobnie jawnie olewać; zarządził więc, byśmy zaczęli od czegoś spokojnego - żadnego wielkiego wejścia, nic - a potem stopniowo podkręcać atmosferę.
Plan idealny.
Zaczęliśmy coś tam grać, a ja powoli się wkręcałem. Wolno mijały minuty, potem godziny, a Feliks przede mną stawał się coraz bardziej znudzony; jego oczy śledziły leniwie ludzi przewijających się przez bar, głowę wsparł na dłoni i okazjonalnie posyłał mi uśmiech.
Nagle utkwił w czymś wzrok; wpatrywał się uporczywie, jakby chciał kogoś zabic spojrzeniem, i bezwiednie popatrzyłem w ślad za nim, chcąc zobaczyć, kogo tak usilnie wypatruje.
Mój głos załamał się, gdy go zobaczyłem.
Gilbert.
Co on tu do cholery robi?! , wrzeszczał mój umysł. Czym prędzej odwróciłem od niego wzrok, by nie zauważył, że na niego patrzyłem; w sumie mógł mnie w ogóle nie rozpoznać w tym półmroku i migających światłach. Feliksa też mógł nie zauważyć i z całej siły modliłem się, by ten idiota go nie zauważył. Na próżno; Gilbert już kierował się w stronę stolika Feliksa. Metalowiec usiadł ciężko koło blondyna, który, jak zauważyłem ze mściwą satysfakcją, nie wyglądał na zadowolonego.
Gilbert zagadał do Feliksa; nie mogłem usłyszeć, co do niego powiedział, ale zdołałem ujrzeć, jak mój chłopak niechętnie odpowiada na jego pytania. Gilbert zmarszczył brwi i złapał Feliksa za rękę; ten wyrwał ją szybko, podniósł się i ruszył szybko do wyjścia. Gilbert podążył za nim.
zanim zdołałem pomyśleć, co właściwie robię, zbiegłem ze sceny, zostawiając resztę zespołu samym sobie. Zanim wyszedłem z budynku, zdołałem usłyszeć, jak Arthur płynnie śpiewa resztę piosenki, jakby to wszystko było zaplanowane od samego początku. W zwykłych warunkach na pewno zachwyciłbym się, jak szybko zdołał ogarnąć syf, jakiego teraz narobiłem, zostawiając ich tam jak idiota, ale teraz miałem inne sprawy na głowie.
-Zostaw mnie, powiedziałam! - usłyszałem głos Feliksa. Zobaczyłem, że Gilbert trzyma go mocno za przegub. Oświetlona twarz Feliksa wykrzywiona w bólu wyglądała niesamowicie w świetle neonów; było już zupełnie ciemno i można było poczuć chłód zimowej nocy - ani oni, anie ja nie wzięliśmy ze sobą kurtek i mogłem przysiąc, że Feliks się trzęsie z zimna.
-Co jest nie tam, Fela?! - wrzasnął Gilbert, zaciskając jeszcze bardziej palce na ręce Feliksa; ten zaskomlał z bólu. Nie mogłem tego słuchać.
-Ej, zostaw ją! - wrzasnąłem i popchnąłem Gilberta. Ten rzucił na mnie szybkie spojrzenie pełne wściekłości.
-Ach, to ty - warknął. Nie puścił Feliksa; widziałem, jak w wielkich oczach Feliksa zbierają się łzy bólu.
-Puść ją - powtórzyłem. Gilbert udawał, że mnie nie słyszy, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło. Chciałem go uderzyć, chciałem zadać mu ból. Nikt nie powinien w ten sposób traktować osoby, którą podobno kocha, a już zwłaszcza nie wolno było robić tego Feliksowi. Ten idiota nie zdawał sobie sprawy, że Feliks każdego dnia przechodził swój własny, mały dramat. Gilbert nie wiedział o Feliksie nic, a mimo to wydawało mu się, że może go traktować w tak podły sposób.
W tym momencie bardzo go nienawidziłem.
Miałem już go uderzyć, gdy Feliks odezwał się cicho:
-Nie.
Spojrzałem na niego, zdziwiony. Odpowiedział mi twardym wzrokiem; nie zachowywał się dłużej jak Fela.
-Powiem mu - mruknął Feliks. Gilbert spojrzał na niego, zdezorientowany.
-Powiesz co? - zapytał.
-Gilbert… Między nami koniec - uśmiechnął się dzielnie Feliks, mimo że dłoń Gilberta dalej miażdżyła mu rękę. Metalowiec spojrzał na niego pustym wzrokiem, po czym bez żadnego ostrzeżenia dał mu w twarz.
Nie delikatnie, z liścia. Przywalił mu pięścią. Feliks zatoczył się do tyłu i upadł.
-Co… ZOSTAW GO! - wrzasnąłem i rzuciłem się, by zasłonić sobą Feliksa.
-A to dlatego, -krzyknął blondyn - bo nie jestem ani twoją dziewczyną, ani dziewczyną w ogóle!
Gilbert patrzył na niego skamieniały. W końcu wydusił z siebie:
-Co masz na myśli, mówiąc…
-To, co usłyszałeś - warknął Feliks, wstając z ziemi. - Witaj, Gilbert. Jestem Feliks Łukasiewicz, chodziłem z tobą przez rok i nawet nie domyśliłeś się, kim tak naprawdę jesteś, a nawet idiota w końcu nabrałby jakiś podejrzeń. Cóż, było miło, ale teraz mam kogoś, kto jest tysiąc razy lepszy niż ty - ostatnie słowo powiedział z najwyższym obrzydzeniem, jakby nie mógł znaleźć gorszego słowa.
-Toris? - zwrócił się do mnie.
-Co?
Feliks mnie do siebie i pocałował. Tuz przed oczami Gilberta.
Przez chwilę było cicho.
A potem Gilbert wydał z siebie nieludzki ryk i rzucił się na mnie.
Znalazłem się z powrotem w sytuacji, kiedy Gilbert mnie okładał, jednak tym razem nie byłem sam.
-Co się tu dzieje?!
Cała reszta zespołu wybiegła z baru i czym prędzej odciągnęła ode mnie Gilberta. Może i Gilbert był silny, ale nawet on nie mógł pokonać czterech facetów - wliczając w to Feliksa.
-Ty… ty… - warczał Gilbert, patrząc z czystą nienawiścią to na mnie, to na Feliksa.
-Gilbert - zaczął mówić spokojnie Arthur - radzę ci się stąd wynosić, albo dzwonię na policję. Jasne? Więc lepiej pośpiesz się i znikaj stąd.
Gilbert spojrzał na niego, jakby Anglik powiedział coś w obcym języku. Otrząsnął się i bez słowa ruszył chwiejnym krokiem uliczką, oddalając się od nas.
Popatrzyłem na Feliksa i wybuchnąłem śmiechem
To były naprawdę świetne święta.
