Ron siedział na kanapie, wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń. Obok niego, wtulona w jego ramię, spała Hermiona, najwyraźniej zbyt zmęczona, żeby czekać na jakiekolwiek wieści. Cullenowie rozmawiali ze sobą cicho, nie chcąc obudzić dziewczyny z jej, i tak niespokojnej, drzemki.
— Dlaczego oni się nie odzywają? — mruczała znowu, jak co kilka minut, Rasalie. — Alice, nadal nic nie widzisz?
Drobna wampirzyca kolejny raz potrząsnęła głową i spojrzała prosząco na Jaspera.
— Bo to Malfoy — odezwał się wyjątkowo spokojnie rudzielec, zwracając na siebie uwagę. — Nie odezwie się, dopóki nie będzie pewien tego, co powiedzieć.
— Co masz na myśli? — zapytał niepewnie Carlisle.
— Jeżeli miał pecha, to już nie żyje — powiedział, a kilka par oczu rozszerzyło się w szoku. — Ale znając Harry'ego nie wzywałby pomocy, nie będąc pewnym, że niebezpieczeństwo minęło — dodał uspokajająco. — Prawdopodobnie więc Malfoy próbuje teraz poskładać Harry'ego i da nam znać dopiero wtedy, kiedy będzie pewien, że mu się udało.
— Albo nie — szepnęła Esme, a Ron potwierdził skinieniem.
Po około trzech godzinach w salonie pojawiła się mała, srebrna fretka, a Weasley parsknął śmiechem na jej widok. Gryfonka, pijąca właśnie kolejną kawę, natychmiast dopadła patronusa.
— Potter przeżyje. — Usłyszeli, wyraźnie zmęczony, głos Ślizgona.
Brunetka opadła na kolana i rozpłakała się, czując, rozchodzącą się po jej ciele, ulgę.
— Jestem twoim dłużnikiem, Malfoy — szepnął Ron, podnosząc narzeczoną z podłogi i tuląc ją w swoich ramionach.
Po kilku minutach pojawił się kolejny patronus, a wszyscy w obawie wstrzymali oddechy.
— Edward poszedł zapolować — powiedziało widmo, wyczerpanym głosem. — Granger! Jeżeli pojawi się w domu, nie pozwól Weasleyowi zrobić mu krzywdy! I nie pozwólcie mu wyjechać.
Spojrzeli na siebie, nie do końca rozumiejąc ostatni nakaz blondyna. Rudzielec machnął ręką, dając wyraźny znak, że nie ma zamiaru mścić się na wampirze, ale to Alice przerwała ciszę.
— Edward nie wyjedzie — mruknęła. — Widzę go na lekcjach w przyszłym tygodniu.
-I-I-I-
Draco wpatrywał się w wyraźnie wściekłego chłopaka, który trząsł się niczym w febrze, nie mając jednocześnie najmniejszego zamiaru odejść od łóżka Pottera. Pomijając jego dziwne zachowanie na samym początku, Malfoy musiał przyznać, że nastolatek był całkiem interesujący. Jego umięśnione ramiona i wyraźnie odznaczające się mięśnie brzucha niemal bez przerwy przyciągały wzrok Ślizgona. Aura jakiejś dziwnej siły, która unosiła się dookoła gościa, także zwracała uwagę.
— Dlaczego według ciebie nie mogę zabić tego krwiopijcy? — warknął.
Blondyn spojrzał na niego nieprzyjemnie, prychając przy tym niczym rozjuszony kociak.
— Bo jeżeli to zrobisz, Potter nigdy ci nie wybaczy. A ja pomogę mu na ciebie zapolować — szepnął po chwili.
— Dlaczego? — zapytał, zaciekawiony zmianą tonu rozmówcy. — Dlaczego miałby nie chcieć, żeby ktoś pomścił jego krzywdę?
— Jak dobrze go znasz?
— Wystarczająco — mruknął, ale nie wyglądał na kogoś pewnego siebie.
— Widocznie jednak nie.
Chłopcy przez chwilę mierzyli się wrogimi spojrzeniami, ale nie odezwali się więcej. Ciszę panującą w pomieszczeniu przerwał w końcu atak kaszlu Harry'ego. Draco natychmiast znalazł się obok niego, odpychając na bok Indianina.
— Malfoy — mruknął Gryfon, próbując otworzyć oczy. — Boli — jęknął po chwili.
Blondyn machnął różdżką, przywołując eliksiry przeciwbólowe i pomagając Wybrańcowi unieść się nieco, przytknął mu fiolkę do ust. Chłopak przełknął, krzywiąc się przy tym, ale po chwili odetchnął i spróbował się uśmiechnąć.
— Dzięki — powiedział cicho. Zbyt cicho, jeśli ktoś spytałby o zdanie jego dwóch towarzyszy. — Gdzie Edward? — zapytał.
— Zakazałem robić mu krzywdę, jeśli o to pytasz — odpowiedział z kpiną arystokrata.
— Dobrze. Z kim się kłócisz?
— Nie mam pojęcia — burknął Malfoy, uświadamiając sobie, że nawet nie zapytał gościa o imię.
Harry otworzył w końcu oczy i jego mętne spojrzenie zatrzymało się na Jacobie. Chłopak nie wyglądał za dobrze, choć Potter dostrzegł jakąś dziwną zmianę, która w nim zaszła. Nie pamiętał nawet, kiedy nauczył się wyczuwać te wszystkie subtelności magii. Pierwszy raz zauważył to chyba, kiedy jego przyjaciele spędzili ze sobą noc. Ich aury zmieniły się wtedy tak wyraźnie, że przez kilka dni nie dawał im spokoju, aż ostatecznie wyznali mu, że w końcu są parą.
Może teraz chodzi o to samo?, pomyślał, kiedy zauważył sposób, w jaki młody Black patrzy na Draco.
Aż zaśmiał się cicho, co niestety poskutkowało kolejnym atakiem kaszlu.
— Potter — burknął blondyn. — Musisz spać. Nawet twoje eliksiry nie zadziałają właściwie, jeżeli nie dasz organizmowi odpocząć.
— Harry? — Jake stanął przy kanapie, wpatrując się natarczywie w zielone tęczówki. — Dlaczego nie chcesz, żebym zabił tego pieprzonego krwiopijcę? Teraz bym mógł. Złamał umowę, atakując człowieka!
— A co ty niby mógłbyś zrobić? — zapytał sarkastycznie Draco.
— Nie powiedziałeś mu? — Indianin był wyraźnie zdziwiony, ale chłopak tylko pokręcił głową.
— Jestem dla Edwarda kimś takim, jak Emily dla Sama — odparł cicho. Znowu stawał się senny. — Właściwie, to patrząc teraz na mnie i na nią, mamy ten sam problem.
Jacob rozszerzył w zdziwieniu oczy, zatrząsł się znowu, warknął i wybiegł z domu, trzaskając drzwiami. Draco patrzył na to zachowanie z wyraźnym zaciekawieniem i całkowitym niezrozumieniem.
— Kim są Emily i Sam?
Spojrzał pytająco na Pottera, ale chłopak zdążył już zasnąć. Ułożył go ponownie na kanapie i przeskanował jego ciało. W płucach wciąż było za mało powietrza, a blizny w niektórych miejscach nie zrosły się tak, jakby tego oczekiwał. Nie było jednak nigdzie krwi, a to w tej chwili było najważniejsze. Wiedział, że durny wampir wróci do tego domu, a naprawdę nie chciał składać Gryfona po raz kolejny. Był zły, że nadal nie wie kim był chłopak, który wpadł tu z taką rządzą zemsty, ale akurat temu się nie dziwił. Za Potterem ludzie albo szli w ogień, albo chcieli go w ten ogień wrzucić. Całe szczęście, że ten dzieciak należał do pierwszej grupy. W razie jakiejś konfrontacji z Volturi może okazać się pomocny. O ile fakt, że chciał rzucić się na wampira nie był czysto masochistyczną zachcianką.
Wysłał kolejnego patronusa do Granger, informując ją, że ich przyjaciel na kilkanaście minut odzyskał przytomność. Na pewno się ucieszyli, zauważając, że od wcześniejszej wiadomości minęło kilka ładnych godzin. Był zmęczony. Cholernie zmęczony. Nie chciał jednak opuszczać Wybrańca, kiedy ten wciąż nie był do końca stabilny. Dopiero teraz zorientował się, że podanie mu eliksiru przeciwbólowego nie było chyba najlepszym pomysłem. W jego żyłach wciąż krążyła duża ilość różnych mieszanek, które razem mogły stanowić poważne zagrożenie. Transmutował fotel w jednoosobowe łóżko i ustawił zaklęcie monitorujące. Zapadł w niespokojny sen, ale wiedział, że bez niego może nie mieć sił, by pomóc w razie większych kłopotów.
Kiedy się obudził był środek nocy, a przy głowie Pottera klęczała jakaś postać, muskająca delikatnie jego włosy. Warknął zaalarmowany, zrywając się na nogi.
— To tylko ja — szepnął Edward.
— W tym problem — burknął i podszedł tak, żeby odgrodzić Gryfona od wampira.
Ten, o dziwo, spuścił wzrok i odsunął się na bezpieczną odległość, patrząc na Malfoya niepewnie.
— Nic mu nie zrobię.
— Nie będę ryzykował — warknął.
Cullen oparł się o ścianę, ściskając przy tym nasadę nosa. Nie wiedział, czy jest bardziej zły na siebie, czy przerażony tym, co zrobił. Gdyby doszło do takiej sytuacji jeszcze raz, poradziłby sobie. Nie miał zamiaru nigdy więcej sprawiać chłopakowi jakiegokolwiek bólu. I właśnie dlatego uważał, że ucieczka byłaby najlepsza. Ale uciec nie mógł. Nie, jeżeli Malfoy miał rację, a wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście tak jest.
Draco po raz kolejny przesunął różdżką wzdłuż ciała Harry'ego, przeklinając głośno, kiedy jego dłoń zatrzymała się w okolicach płuc. Tu wciąż coś było nie w porządku, chociaż był pewien, że Gryfon nie ma żadnych obrażeń wewnętrznych. Potter obudził się po chwili, słysząc mamrotanie blondyna.
— Draco? — szepnął. — Co się dzieje?
— Cholera, nie wiem, Potter — burknął. — Ciągle masz problem z oddychaniem.
— W laboratorium jest zmodyfikowany post-cruciatus.
— Podałem ci jedną dawkę. Więcej nie ma, a ja nie potrafię tego uwarzyć.
— Och — mruknął słabo. — Daj laptopa.
Ślizgon przywołał niewielki komputer i podał go chłopakowi. Ten szybko znalazł odpowiednią stronę wraz z dokładną lokalizacją, którą wskazał blondynowi.
— Aportuj się prosto do sklepu — powiedział z wysiłkiem. — Powinieneś dać sobie radę, mimo silnych osłon. Powiedz, że to dla mnie, właściciel powinien mieć jeszcze kilka porcji, które dla niego zrobiłem.
Malfoy spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale chłopak znowu zasnął, a jego urywany, świszczący oddech nie wróżył za dobrze. Na całe szczęście nie dostał jeszcze drgawek, ale wszystko bardzo szybko mogło się zmienić. Nakazał wampirowi utrzymać go przy życiu za wszelką cenę, nie zmieniając przy tym w wampira i zniknął z cichym pyknięciem. Aportując się we wskazanym miejscy, czuł potężną siłę osłon, ale magia szczęśliwie pozwoliła mu się przez nie przedostać. Choć niezbyt chętnie.
Durny Potter, wszystkich mierzy swoją miarą.
W sklepiku był tylko starszy mężczyzna, który wpatrywał się w niego rozszerzonymi oczyma. Prawdopodobnie nie często ludziom udawało się pokonać jego bariery.
— Potrzebuję zmodyfikowanego post-cruciatusa — powiedział bez żadnych uprzejmości.
— Nie prowadzę takich eliksirów — odpowiedział sztywno mężczyzna. Chyba doszedł już do siebie po spektakularnym pojawieniu się intruza.
— Posiada pan — warknął Draco. — Potter powiedział, że dał je panu.
Zielarz przyglądał mu się ciekawie, ale wyraźnie czekał na dalsze wyjaśnienia, bo nie ruszył się ze swojego miejsca. Blondyn jęknął i przymknął na moment oczy. Czas uciekał. Nie mógł sobie teraz pozwolić na długą rozmowę.
— Proszę — mruknął. — On jest w fatalnym stanie. Płuca nie chcą pracować poprawnie, a ja nie potrafię sam tego uwarzyć. Podałem mu dzisiaj jego ostatnią porcję i jeżeli czegoś nie zrobię, to on nie przeżyje najbliższych godzin.
Mężczyzna aż otworzył usta, słysząc słowa Ślizgona i natychmiast zniknął w swoim kantorku. Wrócił po chwili z trzema fiolkami, które wręczył chłopakowi.
— To ostatnie. Jeżeli będziesz potrzebował więcej, skontaktuj się ze mną jak najszybciej. Mam znajomego, który potrafi je przygotować, co prawda nie są tak dobre, jak te, ale powinny być wystarczające.
— Dziękuję — szepnął z wdzięcznością Draco, odbierając mikstury i znikając ze sklepu w następnej sekundzie.
W salonie zastał Edwarda, który najwyraźniej próbował przywrócić do życia swoją wcześniejszą ofiarę.
Za długo mnie nie było!
Odsunął wampira, krzycząc: Anapneo. Kiedy nic się nie wydarzyło, powtórzył zaklęcie jeszcze dwukrotnie.
— Nie umieraj, pieprzony Wybawco, bo mnie zlinczują, kiedy się o tym dowiedzą! — warczał.
Po chwili usłyszał spazmatycznie łapany oddech. Natychmiast uniósł głowę chłopaka, wlewając mu do gardła zawartość pierwszej z buteleczek. Masował przy tym grdykę, prosząc w duchu Merlina, żeby to wystarczyło.
I wystarczyło. Oddech wrócił do normy, a płuca zapełniały się odpowiednią ilością powietrza. Malfoy mruknął z aprobatą, zastanawiając się jednocześnie, czemu jego zaklęcia nie wykryły problemu wcześniej.
— Będzie dobrze — powiedział cicho, kierując wzrok na Cullena.
Wampir wpatrywał się w niego chwilę, po czym przytaknął z ulgą.
— Mój ojciec mógłby pomóc. Jest lekarzem.
— Nie potrafiłby — odparł znużony Draco. Nie miał już sił na żadne kłótnie. — I nie jest w stanie tu wejść.
— My jesteśmy — mruknął wampir. — I wilk — dodał po chwili.
— Jaki znowu wilk?
— Jacob. — Dobiegł do nich cichy głos Harry'ego.
— Potter! Do cholery jasnej, masz mnie słuchać i spać! — warknął arystokrata, zwracając na niego swoje spojrzenie.
— Już dobrze. Nie denerwuj się tak.
— Jak mam się nie denerwować! Jak myślisz, co mi zrobią, kiedy umrzesz?
— Podziękują, że się starałeś? — zapytał z kpiną Gryfon.
— Albo wpadną na pomysł, że jednak jestem pieprzonym śmierciożercą i tylko czekałem na odpowiedni moment, żeby wykończyć Wybrańca a później wskrzesić Czarnego Pana!
— On jest martwy, Draco.
— Tobie też niewiele brakuje!
Harry zaśmiał się cicho, łapiąc Ślizgona za dłoń i ściskając ją krótko. Chłopak burknął coś pod nosem i odsunął się, transmutując łóżko na powrót w fotel.
— Ile porcji dostałeś w Seattle?
— Zostały dwie.
— Wystarczy. Kolejną muszę wziąć za osiem godzin.
— Bierzesz trzy dawki dziennie? — zdziwił się Malfoy.
— Na ogół jedną co trzy dni, ale teraz potrzebuję więcej. Jad walczy ze wszystkimi eliksirami.
-I-I-I-
Jacob, kiedy tylko wybiegł z domu Harry'ego, zmienił się w wilka. Był wściekły porównaniem, którego użył chłopak, ale czuł, że ten może mieć mimo wszystko rację. Przynajmniej, jeśli chodzi o obecny wygląd Emily i Pottera. Ciężko było mu postawić jednak swojego Alfę i krwiopijcę w jednym szeregu. Wampiry były jego naturalnymi wrogami. Jedynymi właściwie. Nigdy nie sądził, że któryś może mieć uczucia, nie mówiąc już o czymś tak wzniosłym, jak dusza. Instynkt nakazywał mu nienawiść. I zemstę.
Przez jego zaćmiony umysł przelatywały słowa blonwłosego chłopaka, którego spotkał. To z całą pewnością była ta sama osoba, którą widział Quil. Kolejny czarodziej. A myślał, że ta część świata nie może być jeszcze bardziej dziwna.
Wiedział, co się stało. Wiedział, co poczuł. Od dawna wypierał się swojej inności. Swojej cielesności i myśli. To nie mogła być prawda. Wpojenie miało pomagać przetrwać najlepszym genom. To on powinien być przywódcą w tym stadzie, choć dobrowolnie z tego zrezygnował, więc jakim cudem miałby sobie wpoić innego mężczyznę? Przecież to miał być perfekcyjny rodzaj selekcji.
Jednak obraz chłopaka wciąż tkwił w jego świadomości. Jego obawa na samym początku. Jego obietnica, że ramię w ramię z Potterem zemści się za śmierć wampira. Szarobłękitne oczy, które go hipnotyzowały, blady uśmiech, kiedy Harry otworzył oczy.
Nie dość, że czarodziej i mężczyzna, to jeszcze miłośnik krwiopijców!
Zawył żałośnie, uświadamiając sobie, w jak trudnej sytuacji się znalazł. Nie chciał tego. Nie tak miało to wyglądać. Był pewien, że kiedy już wpoi sobie kogoś, będzie to filigranowa dziewczynka, której ciało, może i w pewien sposób będzie przypominało te chłopięce, ale to wszystko. Instynkt zrobi swoje, a on będzie szczęśliwy. Przecież był wilkiem. Natura powinna zadbać o wszystko. Na starość gromadka dzieci i wnuków, które będą mogły cieszyć się normalnością, aż do momentu, kiedy na horyzoncie ponownie nie pojawi się jakiś wampir. Albo cała zgraja.
Kim właściwie był ten chłopak?
