Przepraszam za błędy, jeśli są - jestem chora i nieprzytomna.
Enjoy - i pamiętajcie, że komentarze karmią Wena! ;)
Rozdział 12. Rada szaleńca
Zarówno Albus, jak i Scorpius nie wspomnieli nawet słówkiem o wizycie Rookwooda następnego dnia przy śniadaniu. Po pierwsze, nie wiedzieli, czy rodzice Scorpiusa w ogóle o tym wiedzieli, a po drugie, Lucjusz Malfoy potrafił być dość przerażający.
Kiedy usiedli wygodnie przy pożegnalnym śniadaniu, natknęli się na niego twarzą w twarz. Nie miał w dłoni swojej zwyczajowej gazety, zamiast tego po prostu się w nich wpatrywał, jakby ostrzegając, żeby nie ważyli się niczego powiedzieć.
- I jak tam chłopcy? Gotowi na następny semestr? – zapytała ich pani Malfoy, stawiając na kuchennym stole ogromny talerz z naleśnikami.
Albus aż podskoczył z zaskoczenia.
- Hę? A, tak... tak, mam wszystko, co trzeba – nałożył sobie kilka naleśników, nie spuszczając wzroku ze starego mężczyzny siedzącego naprzeciwko.
- Scorpiusie, wyglądasz na zmęczonego – kontynuowała pani Malfoy, nalewając synowi szklankę soku pomarańczowego. – Czy ty w ogóle spałeś dziś w nocy?
- Spałem – odpowiedział natychmiast Scorpius, blady jak ściana. – Cały czas spałem. Nic nie widziałem.
Pani Malfoy zmierzyła ich podejrzliwie wzrokiem, po czym wzruszyła ramionami.
- Naprawdę, jakoś dziwnie się dziś zachowujecie, chłopcy...
Reszta porannych czynności minęła bardziej gładko, niż gdyby Albus wybierał się z własnego domu. Ponieważ spakowali swoje rzeczy już poprzedniego wieczoru, nie było potrzeby, żeby gdziekolwiek się spieszyć. Albus spędził więc pozostałą część poranka snując się po rezydencji i rozmyślając. W końcu, za piętnaście dziewiąta, pani Malfoy zawołała ich do samochodu.
Pan Malfoy musiał tego dnia wyjść wcześniej – gdzie, Albus nie miał pojęcia. Dlatego tylko on, Scorpius i pani Malfoy mieli jechać samochodem na King's Cross. Na stację mieli półtorej godziny drogi, i Albusowi strasznie się dłużyło. Bardzo podobały mu się jego ferie, ale nie mógł się doczekać powrotu do Hogwartu.
Wyciągnęli kufer Scorpiusa z bagażnika, kiedy mieli jeszcze pół godziny w zapasie, i weszli na hałaśliwy peron. Opierając się niby przypadkowo o barierkę, Albus i Scorpius jednocześnie się przez nią prześlizgnęli i napotkali znajomy widok pociągu do Hogwartu. W tym samym momencie, kiedy Albus zobaczył pociąg, usłyszał, jak ktoś woła go po imieniu.
- Al!
Albus odwrócił się i zobaczył Morrisona biegnącego w ich kierunku. Kiedy do nich dołączył, walnął go z całej siły w plecy (to samo uczynił ze Scorpiusem), po czym wyszczerzył zęby.
- I jak tam wasze ferie?
- Dobrze – powiedzieli jednocześnie Albus i Scorpius. – A twoje? – dodał Scorpius.
- Porażka. Nic nie zrobiłem. Cały czas siedziałem z moją pokręconą rodziną. Moja siostra wychodzi za mąż.
Albus rzucił mu zaskoczone spojrzenie. Morrison rzadko w ogóle wspominał o tym, że ma siostrę.
- No nie gadaj! Kiedy?
Nie przerwali rozmowy, ale zaczęli spacerować po peronie.
- W lecie. Chyba w lipcu, o ile się nie mylę. Ten jej chłopak nie jest wcale taki zły, tyle, że jest idiotą. Ten kretyn oświadczył się jej, a nawet nie ma własnego mieszkania. Wprowadzi się do nas.
- Ałć – skrzywił się Scorpius. – To będzie chyba krępujące. Ale ty przynajmniej rzadko bywasz w domu.
- Hej, widziałeś może przypadkiem moją rodzinę? – zapytał Albus Morrisona, mijając kilka znajomych twarzy, w tym Eckleya i Donovana Hornsbrooka, którzy wytknęli ich palcami, kiedy przechodzili.
- Nie, ale dotarłem tu zaledwie pięć minut przed wami – odpowiedział Morrison, ignorując Gryfonów.
Czekali jeszcze kilka minut, machając do znajomych wsiadających już do pociągu. Za piętnaście jedenasta w końcu pojawiła się jego rodzina. Albus zauważył wujka Rona ciągnącego w ich kierunku jego kufer.
- Znajdziemy się w pociągu – oznajmił Scorpius, po czym odeszli razem z Morrisonem.
- W porządku, Al? Myślałeś, że już się nie pojawimy, prawda? – zapytał go wujek, kiedy znalazł się w pobliżu.
- Nie straciłem wiary – wyszczerzył zęby Albus. – Co zajęło wam tyle czasu?
- Byliśmy już w połowie drogi, kiedy uświadomiłem sobie, że zapomniałem twojego kufra – uśmiechnął się przepraszająco wujek Ron. – Ale daliśmy radę.
- A gdzie mój tata? – zapytał Albus, kiedy zabrzmiał gwizdek zapowiadający odjazd pociągu. Miał jeszcze pięć minut, aby znaleźć się w środku razem ze swoimi rzeczami.
- Pracuje. Jest naprawdę zajęty, Al – zmarszczył brwi wujek Ron. – Ale przypomniało mi się, że kazał zapytać, jak tam minął ci twój pobyt u Malfoyów. Z tego co widzę, jesteś w jednym kawałku.
- Ale ledwo co... chcieli nakarmić mną smoka – odpowiedział z grymasem Albus.
- Ha, ha – wujek rzucił mu ironiczne spojrzenie. – Tu nie ma co żartować, naprawdę się o ciebie martwiłem...
- Och, daruj sobie – powiedział Albus, chwytając swój kufer. – Nie było nawet w połowie tak źle, jak zapowiadaliście razem z tatą. Tak w zasadzie nieźle się bawiłem. Ale muszę już lecieć, zaraz ruszamy.
Postawił kufer na kółkach i zaczął ciągnąć go w kierunku pociągu.
- Do zobaczenia! – zawołał jeszcze do wujka Rona.
Wujek leniwie pomachał mu na do widzenia i odwrzasnął:
- Powodzenia w szkole! – po czym odszedł w kierunku barierki prowadzącej na King's Cross.
Albus wkroczył do pociągu zaledwie parę sekund przed odjazdem. Jakiś muskularny siedmioklasista pomógł mu wnieść kufer. Albus rozejrzał się dookoła i zauważył, że na korytarzu jest już dość pusto. Zaczął ciągnąć kufer wzdłuż korytarza i zerkał do kolejnych przedziałów, znajdując swoich przyjaciół dopiero pod koniec pociągu.
- Przesuńcie się – powiedział wchodząc do środka. Mirra i Rose już tam były.
- Rozmawialiśmy właśnie o naszych świętach. Ja i Al zmierzyliśmy się z dorosłą sklątką tylnowybuchową, no nie, Al? – wyszczerzył zęby Scorpius.
- Och, tak – przytaknął Albus, zajmując miejsce między Scorpiusem a Morrisonem. – Prawie zeżarła ci różdżkę. Musieliśmy z nią walczyć gołymi rękami, pamiętasz?
Mirra i Morrison roześmieli się, ale Rose jedynie wydała z siebie ciche prychnięcie zza książki, którą czytała.
- Przecież to oczywiste, że kłamiecie – oznajmiła. – Sklątki tylnowybuchowe są nielegalne w Wielkiej Brytanii od końca lat dziewięćdziesiątych. Osoba, która je wyhodowała, o mało co nie wylądowała w Azkabanie. Słyszałam, że upiekło się jej jedynie dzięki znajomościom w Ministerstwie. Dlatego też nigdy nie ujawniono jej imienia.
Scorpius zmrużył oczy.
- No to nas przyłapała, no nie, Al? A myślałem, że nikt się nie pozna na naszym małym kłamstwie...
Każdy za wyjątkiem Rose roześmiał się. Scorpius, który najwidoczniej był w bardzo rozgadanym nastroju podczas przejażdżki pociągiem, zwrócił się w stronę Mirry.
- A co tam u ciebie, Mirra? Walczyłaś z jakimiś sklątkami?
Mirra zachichotała.
- Nie, nie miałam takiej przyjemności. Po prostu wypoczywałam razem z dziadkami. Wyszliśmy nawet kilka razy na obiad. Nic specjalnego, po prostu ciche, spokojne święta.
Nie wydawała się w najmniejszym stopniu rozczarowana. Morrison wykorzystał okazję, żeby również zacząć opowiadać o swoich feriach, ale Albus już słyszał większość tych historii.
- Widziałeś może przypadkiem mojego brata? – zapytał cicho Scorpiusa, kiedy Mirra pytała Morrisona, czy będą zaproszeni na ślub jego siostry.
- Nie, ale wsiedliśmy do pociągu dość szybko, mogliśmy się z nim minąć. Czemu pytasz? Chcesz z nim pogadać?
- Coś w tym stylu. Po prostu coś ode mnie pożyczał.
Albus nie chciał zagłębiać się w szczegóły w towarzystwie Mirry i Rose – o ile było mu wiadomo, dziewczyny nie miały pojęcia o jego pelerynie niewidce. Scorpius lekko kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
Chociaż Albus nie miał żadnego powodu, żeby używać teraz peleryny, strasznie mu jej brakowało. Zrozumiał, że to jedna z takich rzeczy, które docenia się dopiero wtedy, kiedy przez pewien czas obywasz się bez nich. Miał nadzieję, że James, zaspokoiwszy swoją potrzebę bycia niewidzialnym, odda mu pelerynę jak tylko wrócą do Hogwartu.
- A ty co porabiałeś w trakcie ferii? – zapytała nagle Mirra, wytrącając go z myśli. – Poza walczeniem z krwiożerczymi bestiami, oczywiście.
Albus głęboko się namyślił.
- Hm... nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy. No, poza tym, że miałem rację. We wszystkim! – dodał, szczerząc zęby.
- A konkretnie w czym miałeś rację? – zapytał Morrison.
- Odnośnie Aresa – powiedział po prostu Albus.
Teraz Rose odłożyła książkę, ukazując wszystkim swoje niebezpiecznie zmrużone oczy.
- Przestań! Ty ciągle nie odpuściłeś? Scorpius powiedział mi, że podejrzewasz go o to, że miał coś wspólnego z zamordowaniem tego wytwórcy różdżek. Ale zgadnij co? Złapali winowajcę już jakiś czas temu!
- Ha! Właśnie że mamy solidne dowody, które temu przeczą! – wykrzyknął triumfalnie Albus.
Scorpius niechętnie kiwnął głową.
- On ma rację, wczoraj coś się wydarzyło...
- Nie chcę tego słyszeć! – warknęła Rose, łapiąc z powrotem za swoją książkę. – Poważnie, wy wszędzie widzicie jakieś teorie spiskowe, chłopaki...
- Opowiesz mi później, dobrze? – szepnęła Mirra do Albusa, kiedy Rose zaczęła się kłocić ze Scorpiusem o jakąś głupotę.
- Jasne – odszepnął jej z uśmiechem. Mirra również się uśmiechnęła i Albus jeszcze bardziej wyszczerzył zęby. Prawie zapomniał o ich przedświątecznej rozmowie. Był pewien, że następna część roku szkolnego upłynie o wiele bardziej gładko, kiedy nie będzie się martwił, że będzie się czuł niezręcznie przy koleżance.
Reszta podróży pociągiem upłynęła bez większych wydarzeń, poza tym, że Rose oskarżyła Scorpiusa o kradzież jednej z jej kart z czekoladowych żab. Do czasu, kiedy wdrapali się do powozów zabierających ich w stronę zamku, Albus już nie mógł doczekać się pójścia do łóżka. Po wspaniałej uczcie, kilka godzin później, w końcu zasłaniał już kotary od swojego łóżka, życząc przyjaciołom dobrej nocy. Kiedy leżał w łóżku gapiąc się w sufit, rozgrzany wspaniałym ogniem buchającym z kominka i pozwalając, aby szmaragdowy kolor ścian kołysał go do snu, pomyślał, że dobrze jest być z powrotem w Hogwarcie.
Myśli o tym, jak wspaniały jest zamek, zdawały się jednak powoli wyparowywać w ciągu następnych kilku tygodni. Tęsknił za zamkiem, ale wraz z powrotem on i jego koledzy znowu uginali się pod ciężarem, jaki nosili na barkach przed feriami – wróciły prace domowe. Większość nauczycieli nie traciła czasu i zadawali mnóstwo rozwlekłych wypracowań oraz zadań. Mówiąc szczerze, Albus radził sobie na zajęciach o wiele lepiej, niż w zeszłym roku, ponieważ Scorpius przez większość prac domowych praktycznie prowadził go za rączkę, ale nie miał już tyle wolnego czasu co kiedyś. Tak naprawdę miał go tak niewiele, że swoją pelerynę niewidkę odzyskał dopiero w kolejny czwartek.
- Co zajęło ci tyle czasu? – zapytał brata Albus, kiedy spotkali się w jakimś ciemnym korytarzu po północy.
James wyjął pelerynę ze swojej torby i wyszczerzył zęby.
- Chciałem jeszcze trochę pobuszować. Mapa jest świetna, ale nie umywa się do peleryny. Poustawiałem łajnobomby po całym Dziale Zakazanym w bibliotece, pod samym nosem pani Pince! Co prawda założę się, że ona i tak jest ślepa... ale ta rzecz jest niesamowita!
- Tak, jest – powiedział Albus, łapiąc od brata pelerynę. – I dlatego właśnie jej potrzebuję. O mało co nie przydybał mnie Irytek jak tutaj szedłem. Pogadamy kiedy indziej, James.
Po czym ostatecznie wyciągnął pelerynę z jego rąk i powrócił do swojego dormitorium.
Jako że zarówno prace domowe, jak i zajęcia piętrzyły się, Albus czuł się z każdym upływającym dniem coraz bardziej zmęczony. Zdarzało mu się opuszczać posiłki, żeby w ostatniej chwili skończyć jakąś pilną pracę domową, i kładł się dopiero po północy przynajmniej trzy razy w tygodniu. Ale nawet to było dość przyjemne, biorąc pod uwagę wycisk, jaki dostawał przynajmniej co drugi dzień.
Atticus rezerwował boisko na treningi quidditcha tak często, że Albus wątpił, czy inne drużyny w ogóle mają okazję potrenować. Niemal w sekundzie, w której wrócił do Hogwartu, Albus miał już pęcherze na palcach od trzymania miotły w mroźnym wietrze. Mimo że śnieg już nie padał, styczeń wcale nie był cieplejszy niż grudzień.
- Czy możemy zrobić przerwę? – wrzasnął do Atticusa, starając się przekrzyczeć ryk wiatru.
Atticus zerknął na niego z odległości trzydziestu stóp.
- Czy coś się przerwało? – odwrzasnął.
- Nie, PRZERWĘ! – ryknął Albus.
Po pięciu minutach stali więc w szatni, pocierając ręce schowane pod szatami, a niektórzy, w tym Albus, leczyli swoje pęcherze. Osmund Hall, ich pałkarz z siódmej klasy, wyczarował nawet małe płomyki i umieścił je w słoiku, żeby ogrzali sobie przy nim ręce.
- Cóż, tak jak mówiłem wcześniej, będziemy grać z Puchonami właśnie w taką pogodę – powiedział Atticus, maszerując w tył i w przód przed nimi, starając się ukryć, że on również grzał dłonie głęboko pod peleryną. – Najlepszym rozwiązaniem jest więc pospieszyć się i przystosować do tych warunków. O ile mi wiadomo, Puchoni nie trenowali od listopada. Przyłapiemy ich kompletnie nieprzygotowanych.
W natłoku zajęć pomiędzy trenowaniem quidditcha i odrabianiem prac domowych, Albus nie miał okazji porozmawiać z kuzynką albo z Mirrą. Tak naprawdę zapomniał, że miał opowiedzieć Mirze o tym, co wydarzyło się w trakcie ferii świątecznych, czyli o potwierdzeniu jego przypuszczeń dotyczących Aresa. Dopiero kiedy przypomniała mu o tym na lekcji eliksirów wszystko jej wyjaśnił.
- To o czym miałeś mi opowiedzieć? – zapytała Mirra, wrzucając obcięte kawałki paznokci do ich eliksirów. Darvy, zregenerowany i wypoczęty po świętach i tak samo dziwny, jak przed nimi, powrócił do swoich budzących burze mózgów lekcji. Dzisiejsza lekcja polegała na tym, że w parach przygotowywali eliksir, który miał zawierać przynajmniej cztery fragmenty ich ciał jako dodatkowe składniki.
Jako że ślina w ogóle nie podziałała, uczniowie zmuszeni byli wysilić mózgownice. Całe szczęście dla Albusa, przeczytał on już wystarczającą ilość podręczników do eliksirów, żeby wiedzieć, że składniki zawarte np. w obranej ze skórki fidze, były również obecne w jego własnych włosach czy paznokciach. Mirra, co było do przewidzenia, dobrała się w parę z Albusem, pozostawiając Scorpiusa, Morrisona oraz Rose i Eckleya, żeby również podzielili się na dwójki. Tym razem siedzieli z tyłu klasy, więc nikt nie był w stanie ich podsłuchać.
- Opowiedzieć?
- W pociągu – powiedziała Mirra, pochylając się ku niemu. – O dyrektorze – szepnęła.
- Och, tak! – przypomniał sobie Albus. – Pamiętasz, jak mówiłem ci o różdżce, którą znalazłem w Zakazanym Lesie? I jak mówiłem o tym mężczyźnie, który był w gabinecie Aresa... że on jej szukał? Ten facet przyszedł do domu Scorpiusa w trakcie przerwy świątecznej.
Mirra wydawała się bardzo zaciekawiona.
- A więc grzecznie oddałeś mu jego różdżkę? – zapytała głosem ociekającym ironią.
Albus wyszczerzył zęby.
- Nie, tak naprawdę nie było na to czasu. Zaledwie wpadł i wypadł. Ale udało nam się ze Scorpiusem podsłuchać jego rozmowę... – Albus zniżył głos do szeptu, więc Mirra musiała się jeszcze mocniej pochylić, żeby go usłyszeć – ...i wygląda na to, że się spotyka od czasu do czasu z Aresem.
- W Zakazanym Lesie? – zapytała Mirra, również najcichszym z szeptów.
- No chyba tam, bo gdzie indziej mieliby się spotykać – wzruszył ramionami Albus. – Niestety ciągle nie mam pojęcia, co oni tak naprawdę robią. Ale jest coś, co sprawia, że wcale nie chcę nad tym dłużej rozmyślać... otóż, ten facet wspominał o różdżce.
- A zamordowano wytwórcę różdżek – zakończyła za niego Mirra. Nagle wyglądała na zdenerwowaną. – Myślisz, że to Ares to zrobił? Ale przecież chyba złapali sprawcę?
- MÓWIĄ, że złapali, ale tata zawsze podkreślał, żebym czytał dokładnie każdą linijkę Proroka. Tak naprawdę nie mają zbyt wielu dowodów świadczących przeciwko temu facetowi, po prostu upierają się, że koleś nie ma alibi no i już siedział kiedyś w Azkabanie. Ale... na pewno nie zrobił też tego Ares – dodał, widząc zszokowany wyraz jej twarzy.
- Skąd wiesz?
- Wujek mi powiedział, że już dawno temu wykluczyli go z grona podejrzanych. Spędził w zamku całe lato, był tu także wtedy, kiedy miało miejsce to morderstwo. Zgaduję, że to musiał być ktoś z Ministerstwa.
Mirra rzuciła mu bardzo niepewne spojrzenie, a Albus poczuł, jak coś opada mu w żołądku.
- Al – zaczęła – to zaczyna być poważna sprawa. To już nie jest jakaś tam zabawa w teorie spiskowe. Powinieneś pójść z tymi informacji do swojego taty.
Albus zmarszczył brwi.
- Chciałem, ale tata i tak jest przepracowany. Gdybyś tylko go widziała... wygląda, jakby nie spał od pary tygodni. No i poza tym wiem, że ma więcej zmartwień na głowie niż ta jedna sprawa. Nie chcę, żeby martwił się też o mnie.
- Tak, ale to pewnie głównie tym morderstwem martwi się twój tata! Na pewno chciałby o tym wiedzieć...
- Wujek powiedział mi, żebym się nie wtrącał – powiedział jej zgodnie z prawdą Albus. – Nie powinienem był się dowiedzieć żadnej z tych rzeczy, a poza tym mój tata pewnie sam już wpadł na właściwy trop. Jest w końcu aurorem, no nie?
- No tak... – zawahała się Mirra. – Pewnie masz rację. Ale jeśli Ares mimo wszystko ma z tą sprawą coś wspólnego... przecież sam tak zasugerowałeś? Ten mężczyzna wspominał, że Ares ma nową różdżkę. Zamordowano wytwórcę. Czy może była to jakaś szczególna różdżka?
Albus zastanowił się głęboko. Wiedział, że nazywali jakąś tę różdżkę...
- Nie pamiętam, jak na nią mówili – oznajmił szczerze. – Ale z pewnością ta różdżka miała swoją nazwę. Tyle że nie znaczy to przecież, że znajdujemy się w niebezpieczeństwie – powiedział. Zaczynał żałować, że w ogóle wdał się w tę rozmowę; nie sądził, że Mirra aż tak się nią przejmie.
Mirra zagryzła wargę i pospiesznie spojrzała w dół na ich eliksir.
- Cóż... no dobrze. W końcu do tej pory nic złego się nie wydarzyło.
- No właśnie – uśmiechnął się Albus. – Wciąż jesteśmy w jednym kawałku, co nie?
Mirra otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale nie udało się jej. W tym momencie zadzwonił dzwonek i pospiesznie zamknęła buzię.
- Przygotujcie próbkę swojego eliksiru w małej fiolce i podpiszcie ją swoimi nazwiskami! – oznajmił leniwie Darvy, przekrzykując hałas, który wybuchnął, kiedy wszyscy uczniowie zaczęli pakować swoje rzeczy. – I połóżcie listę użytych składników na moim biurku przy wychodzeniu, pamiętajcie, że powinny się na niej znajdować przynajmniej cztery fragmenty waszych ciał albo płynów!
Klasa wydała z siebie zniesmaczony jęk, ale na pożegnanie wszyscy pomachali wychodząc profesorowi.
- Zobaczymy się później, Al – pożegnała się Mirra, po czym wysunęła się na czoło grupki uczniów, żeby porozmawiać z Rose i Eckleyem.
- Paznokcie od stóp i włosy! – powiedział z niedowierzaniem Morrison, z groteskowym wyrazem twarzy idąc razem z przyjaciółmi do pokoju wspólnego. – On każe nam robić eliksiry używając do tego paznokci i włosów!
- Słyszałem, że Dante Haug użył kawałka swojego martwego naskórka – wzdrygnął się Scorpius. – Obrzydliwe. A czego wy użyliście z Mirrą, Al? Al?
Ale Albus w ogóle ich nie słuchał, po prostu pozwalał się nieść nogom za kolegami z domu. Mirra naprawdę wydawała się zmartwiona...
- Co cię gryzie? – zapytał Morrison, klepiąc go po ramieniu, żeby wytrącić przyjaciela z głębokich myśli.
- Hę?
- Wyglądasz jak jakiś inferius – zmartwił się Scorpius. – Wszystko w porządku?
Albus powiedział im, o czym rozmawiali z Mirrą, dopiero kiedy znaleźli się w dormitorium, z dala od ciekawskich uszu. Pozostali dwaj mieszkańcy ich sypialni, Bartleby i Dante, gdzieś razem wyszli, dzięki czemu Albus mógł swobodnie opowiadać. Zwięźle wytłumaczył, co się wydarzyło. Morrison jako pierwszy się wypowiedział.
- Och, daj spokój, chyba sobie jaja robisz! Mirra się martwi, że grozi nam niebezpieczeństwo? Poważnie? Czy ta przypadkiem nie ta dziewczyna próbowała nas wszystkich pozabijać w zeszłym roku?
- Nie bądź niesprawiedliwy – powiedział Albus. – To była wina jej rodziców. Ale tak, naprawdę wydawała się zmartwiona. Znaczy się, teraz, jak o tym pomyślę, to chyba ma ku temu powody. Morderstwo, ukradziona różdżka. To chyba poważniejsza sprawa, niż myślałem...
Scorpius i Morrison wymienili swoje spojrzenia mówiące „skąd ja to znam", po czym znowu odezwał się Morrison.
- Ale mamy już styczeń. A morderstwo miało miejsce w ubiegłe wakacje. Więc nawet jeśli Ares spotyka się z kumplami w Zakazanym Lesie, co z tego? Nic się złego nie wydarzyło. Poza tym wątpię, żeby spotykali się codziennie. Hagrid na pewno by to zauważył.
- Wiem – powiedział Albus. – Również nie sądzę, żeby spotykali się codziennie. Pewnie zdarza się to raczej rzadko. Po prostu... w jakim celu to robią? No i z kim? Ten facet, Rookwood... mówił to tak, jakby była ich tam niezła gromadka...
- Może po prostu blefował, żeby uzyskać bardziej dramatyczne efekty – prychnął Morrison; chyba przyjął za zadanie lekceważenie wagi wszystkich argumentów, jakie podsuwał mu Albus.
- Ciebie tam nie było – oznajmił Albus. – Nie słyszałeś go. On był śmiertelnie poważny, kiedy mówił o tych spotkaniach. Nawet próbował zwerbować do nich dziadka Scorpiusa!
- Albus ma rację – powiedział Scorpius, odzywając się po raz pierwszy. W trakcie rozmowy leniwie lewitował różne przedmioty z ich sypialni. – Próbował. I wcale nie blefował.
Morrison się nachmurzył.
- Cóż, jeśli to tak ciebie martwi – i Mirrę – możesz zawsze napisać do swojego taty – zasugerował, wzruszając ramionami.
Albus również zmarszczył brwi i usiadł na łóżku. W tej kwestii już podjął decyzję.
- Nie mogę – powiedział. – Nie zamierzam przysparzać mu zmartwień. On i tak ma dużo na głowie, nie musi jeszcze dodatkowo przejmować się mną.
- Ale mógłbyś powiedzieć chociaż swojemu wujkowi Ronowi – zaproponował Scorpius. – Przecież on też jest aurorem.
- Nie, przecież i tak wujek powiedziałby wszystko tacie, dobrze o tym wiesz – Albus ukrył twarz w dłoniach i położył się na łóżku. – Później nad tym pomyślę. Na razie zachowajmy to dla siebie.
Jak Albus mógł to przewidzieć, niecałego tygodnia potrzeba było, żeby ten plan spalił na panewce. Nie miał żadnego kontaktu z Mirrą przez cały weekend, i dlatego też nie miał możliwości ostrzeżenia jej, żeby zachowała sprawę w tajemnicy. Miał nadzieję, że fakt, iż dostrzegła powagę sytuacji wystarczy, żeby zatrzymała informacje dla siebie, ale mylił się całkowicie.
Jedyną lekcją, jaką mieli razem z Gryfonami w poniedziałki, były ostatnie zajęcia, obrona przed czarną magią. Profesor Handit kończył właśnie zajęcia przemową, którą ostatnio upodobało sobie wielu nauczycieli (za wyjątkiem profesora Darvy'ego), mianowicie tą o egzaminach.
- ...i ponieważ jesteśmy już za półmetkiem roku szkolnego, powinniśmy pracować ciężej – powiedział im wszystkim. – Egzaminy po drugiej klasie są o wiele trudniejsze, niż te po pierwszej. Będziemy od was oczekiwali nie tylko tego, czego nauczyliście się w tym roku, lecz również umiejętności z roku poprzedniego, dlatego też jest sprawą najwyższej wagi, żebyśmy przywiązali większą wagę do powtórek.
- Ale proszę pana, w zeszłym roku wypadliśmy nieźle! – wypalił chłopiec z Gryffindoru z włosami w kolorze słomy.
- Taak, dostałem jakieś dziewięćdziesiąt pięć procent na egzaminie z tego przedmiotu – odezwał się zadowolony z siebie Donovan Hornsbrook.
- Bardzo się to panu chwali, panie Hornsbrook, ale nie każdy w tej grupie miał tyle szczęścia, żeby popisać się tak znakomitymi wynikami na pisemnym egzaminie. Parę osób zaledwie się prześlizgnęło - Albus zauważył, że Morrison uśmiechnął się nieśmiało i trochę niżej zapadł się na swoim krześle. - W tym roku obędzie się bez takiego pobłażania. Nie będzie żadnej litości, ponieważ jesteście już w drugiej klasie – kontynuował profesor Handit. – Oczekuję więc, że będziecie pracować nad materiałem każdego wieczoru, a już niedługo czeka na nas kilka zagadek...
Dzwonek zadzwonił i Albus jako jeden z pierwszych znalazł się przy drzwiach. Nie martwił się swoimi egzaminami. Miał jeszcze parę miesięcy, a poza tym w zeszłym roku poszło mu nieźle, a wtedy martwił się nimi o wiele bardziej. Wyszedł razem ze Scorpiusem i Morrisonem, którzy właśnie dyskutowali nad absurdalną ilością pracy domowej, jaką przydzieliła im profesor Bellinger, ale zatrzymał się, kiedy usłyszał trzy słowa, od których zawsze jeżyły mu się włoski na karku, kiedy były wypowiedziane razem.
- Albusie Severusie Potterze!
Odwrócił się na pięcie i popatrzył dziko na tłum uczniów, oczekując, że za chwilę zobaczy matkę. Był pewien, że to jej głos. Poza tym, kto poza nią znał jego drugie imię? Ale widok Rose powiedział mu wszystko, co powinien był wiedzieć. Właśnie przedzierała się przez tłum, z nerwowo wyglądającą Mirrą czającą jej się za plecami. Mirra obgryzała paznokcie. Albus do tej pory nie zauważał, jak często to robiła.
- Albusie Potterze, po prostu nie wierzę! – oznajmiła Rose, kiedy znalazła się przed nim.
Krzyczała tak głośno, że kilkoro uczniów przechodzących obok aż się obejrzało.
- Jak dobrze, że wcale nie urządza przedstawienia... – wymamrotał Morrison do Scorpiusa, który zachichotał nerwowo.
- Wszyscy możemy być W NIEBEZPIECZEŃSTWIE, a ty nie zamierzasz nikomu powiedzieć? – kontynuowała Rose, równie głośno.
- Mogłabyś trochę ciszej? – syknął przez zaciśnięte zęby Albus, odciągając ją do końca korytarza. Ich przyjaciele poszli za nimi. – Myślałem, że wcale nie wierzysz w tą całą gadaninę, hę? Ares po prostu umawia się na herbatkę i ciasteczko ze swoimi kumplami, pamiętasz? – zapytał triumfalnym tonem. Był wściekły na Rose, że była tak głośno, ale przynajmniej poczuł satysfakcję, że musiała przyznać się do błędu.
- Nie wierzę w ani jedno słowo – powiedziała Rose, a Albus poczuł wdzięczność, że mówiła już normalnym tonem. – Tak naprawdę, to jestem prawie w stu procentach pewna, że się mylisz...
- W takim razie nie rozumiem, po co ta cała afe...
- ...ale JEŚLI masz rację – przerwała mu Rose – to w szkole mamy MORDERCĘ!
- Wcale tak nie powiedziałem! – rzekł Albus, zerkając na Mirrę, która właśnie chowała się między szatami Rose.
- To fakt, nie powiedział tak – przyznała Mirra. – Powiedział, że myśli, że to ktoś inny zamordował tego wytwórcę. Rose, przecież mówiłaś, że nikomu nie powiesz, że ci o tym powiedziałam!
Rose ją zignorowała.
- Ale jeśli to, co powiedziała mi Mirra, jest prawdą, to znaczy, że masz dowody, że ktoś, kto mieszka w zamku... nasz DYREKTOR... jest odpowiedzialny za zlecenie morderstwa bardzo popularnego wytwórcy różdżek! I z tego powodu w Azkabanie umieścili niewinnego człowieka!
Albus się nachmurzył. Zupełnie zapomniał o Arvinie Macklehasterze. Mimo że go nie znał, był przekonany, że mężczyzna jest niewinny, co więcej – miał dowody, żeby wyciągnąć go z więzienia.
- Zrozum, przecież nie mamy żadnej pewności – powiedział do Rose. – Pomóżcie mi chłopaki – mruknął do swoich przyjaciół, ale Scorpius gapił się w sufit szepcząc coś do siebie, a Morrison ze wzrokiem utkwionym w podłodze obgryzał paznokcie.
- Ale wiemy, że ten facet, którego podsłuchałeś, ma świadomość, że Ares coś knuje. Nie jestem pewna, co oprócz tego mówił, ale jeśli wspominał też o różdżce... o różdżce, która mogła zostać ukradziona bardzo sławnemu wytwórcy po jego ŚMIERCI... to znaczy, że powinniśmy komuś o tym powiedzieć. Tym bardziej, że osoba powiązana z jego śmiercią może znajdować się cztery piętra nad nami! – powiedziała Rose, wskazując palcem na sufit. Twarz miała niemal tak czerwoną, jak jej włosy.
Albus otarł pot z czoła. Mirra rzuciła mu przepraszające spojrzenie. Wiedział, że to nie jej wina; to on sypnął. Powinien się w ogóle nie mieszać do tej sprawy, tak, jak zasugerował mu wujek... Teraz jednak, kiedy zaszedł już tak daleko, mógł się spodziewać, że to właśnie Rose jako pierwsza będzie robiła z tego powodu awanturę.
- To nie jest jakaś kolejna tajemnica, która tylko czeka, żebyś ją rozwiązał... – nadawała dalej Rose, wykorzystując jego milczenie – ...to poważna sprawa. Napiszę do twojego taty i powiem mu, co podsłucha...
- NIE! – krzyknął Albus, wyciągając ręce, jakby chciał fizycznie ją powstrzymać. Korytarz już dawno temu opustoszał; na korytarzu znajdowała się tylko ich piątka. – Nie wolno ci! Nie mogę pozwolić na to, żeby mój tata się o to martwił, on i tak jest już zajęty.
- Cóż, w takim razie napiszę do mojego taty – odpowiedziała przekornie Rose.
- Nie, tego również nie możesz zrobić. Przecież wiesz, że wujek wszystko powie mojemu tacie. Nie martw się, coś wymyślę...
- No to przynajmniej powiem Neville'owi.
- NIE! – wykrzyknął ponownie Albus. Neville przyjaźnił się z jego tatą; nie było to wiele lepsze od zwierzenia się wujkowi Ronowi.
- KTOŚ musi się dowiedzieć, Albusie! – zawołała histerycznie Rose, kładąc dłonie na biodrach i odgarniając swoje rude włosy z twarzy. Wyglądała teraz jeszcze bardziej podobnie do mamy Albusa. – Neville jest opiekunem Gryffindoru, na pewno będzie wiedział, co zrobić!
- Słuchaj, ja... powiem Darvy'emu! – wypalił Albus.
- Darvy'emu? – zdziwiła się Rose, a Albusowi wydało się, że Morrison w tym samym czasie również wypowiedział te słowa.
- Darvy będzie wiedział, co robić – kontynuował Albus. – On i tak już wie, o co chodzi z Aresem... śledzi go, kiedy chodzi na spotkania do Zakazanego Lasu!
Rose zmrużyła oczy, najwidoczniej mocno się nad tym zastanawiając. Albus spojrzał jej prosto w twarz, po czym kontynuował.
- A Neville również go śledzi, więc tak naprawdę to bez różnicy, któremu powiemy. A Darvy na pewno zachowa sprawę w tajemnicy. Słuchaj, pójdę za nim po obiedzie i powiem mu, czego się dowiedziałem. Na pewno będzie miał mnóstwo hipotez, i, jeśli pomyśli, że coś faktycznie jest nie tak, będzie wiedział, co robić.
Rose gapiła się na niego jeszcze przez parę sekund, po czym stwierdziła:
- W porządku. Ale lepiej powiedz mu dzisiaj.
- Powiem! – zapewnił Albus. – Zaraz po obiedzie.
Obiad, który zaraz potem nastąpił, był jednym z najgorszych posiłków, jakie Albus kiedykolwiek miał w Hogwarcie. Jedzenie jak zawsze było wyśmienite, ale był tak zdenerwowany, że nie mógł przełknąć ani kęsa.
- Zamierzasz pójść powiedzieć o tym Darvy'emu? – zapytał Morrison, z buzią pełną gorącej wołowiny.
Albus kiwnął głową.
- Chyba muszę. Inaczej Rose powie o wszystkim Neville'owi, co jest równoznaczne z tym, że dowie się o wszystkim mój tata.
- Ale... nie możesz powiedzieć Darvy'emu. To szaleniec! Facet jest naprawdę zdrowo kopnięty! – powiedział Morrison, przełykając kolejną porcję wołowiny.
- On wcale nie jest „szaleńcem" – obruszył się Albus. – Jest wystarczająco inteligentny, żeby śledzić Aresa, zapomniałeś? No i zna sprawę już od jakiegoś czasu. Podejrzewam, że pewnie prędzej czy później i tak bym poszedł z nim pogadać. Naprawdę potrzebuję odpowiedzi na niektóre pytania...
- Niepotrzebnie wygadałeś wszystko Mirze – oznajmił Scorpius. – Przecież wiedziałeś, że wszystko wypapla Rose... i mogłeś przewidzieć, że Rose od razu zrobi z tego aferę.
Albus się zasępił.
- Myślałem, że Rose nawet nie do końca uwierzyła w moją teorię. A teraz, kiedy łaskawie przyznaje, że miałem rację, jest na mnie za to WŚCIEKŁA. O co jej w ogóle chodzi?
Scorpius tylko wzruszył ramionami.
- Ach, te kobiety – powiedział.
Skończyli jeść obiad (Albusowi udało się przełknąć jedynie kromkę chleba z masłem), po czym skierowali się w stronę podziemi.
- Idziecie ze mną? – zapytał kolegów Scorpius.
- Dlaczego by nie? – zapytał retorycznie Morrison, a Scorpius z aprobatą kiwnął głową.
Obeszli kawałek lochów i udali się do klasy eliksirów.
- Myślicie, że Darvy już wrócił z obiadu? – zapytał Morrison, kiedy podeszli do drzwi.
- Nawet go nie widziałem przy stole – powiedział Albus. Mocno zapukał do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Zmarszczył czoło i zapukał ponownie. – Ale tutaj chyba również go nie ma...
- Czuję po kościach, że Rose nie będzie zadowolona, jeśli wrócimy z niczym – oznajmił Morrison.
Albus westchnął ciężko.
- Masz rację – powiedział. – Darvy jest pewnie w gabinecie i po prostu nie słyszy pukania.
Otworzył więc drzwi i wszedł do ciemnej klasy eliksirów.
- Czy to nie jest przypadkiem włamanie? – zapytał Scorpius, chociaż nie wydawał się zmartwiony taką perspektywą.
- Nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek się włamywał, było otwarte – odpowiedział Albus, kiedy cicho szli przez klasę. Sala wydawała się równie pusta jak tego dnia, w którym sam wkroczył tutaj bez zezwolenia; wtedy, kiedy znalazł różdżkę w Zakazanym Lesie. Bez rozstawionych wszędzie kociołków wyglądała okropnie nudno. Albus, Scorpius i Morrison podeszli do drzwi gabinetu Darvy'ego i zapukali. W przeciągu kilku sekund drzwi otworzyły się.
Profesor Darvy otworzył drzwi tak gwałtownie, że Albus stracił równowagę. Darvy wyciągnął rękę i podtrzymał go, zanim upadł na podłogę.
- Wszystko w porządku? – zapytał profesor.
- Tak, wszystko gra – powiedział Albus. Darvy wyszedł i zamknął drzwi od swojego gabinetu.
- Co tutaj robicie, chłopcy? – zapytał. – Chyba nie nabroiliście, co?
Potrząsnęli głowami.
- Hm, na pewno nie potrzebujecie korepetycji... no, może jeden z was – kontynuował Darvy, a Morrison nieśmiało wyszczerzył zęby. – W jakim celu chcieliście się ze mną zobaczyć?
- Hm... no chcieliśmy, bo... – powiedział Albus, cofając się w stronę ławek, przy których zazwyczaj pracowali, robiąc miejsce Darvy'emu, żeby wyszedł zza biurka, ale nauczyciel tego nie zrobił. Zamiast tego, rozsiadł się na fotelu, przyjmując bardzo profesorski wyraz twarzy. – Nie przeszkodziliśmy panu, prawda? – zapytał go Albus, czując nagłe wyrzuty sumienia.
- Nie, nie, skądże – powiedział profesor. Jego blond włosy były jak zawsze zmierzwione i poplątane, a szaleńczy błysk w oku jeszcze bardziej wyraźny. Mimo tego obłąkanego wyglądu, wydawał się zaniepokojony. – Wszystko w porządku?
Albus usiadł przy pierwszym stoliku. Morrison i Scorpius nadal stali, ale przysunęli się bliżej.
- Ja... eee... chciałem pana o coś zapytać. A w zasadzie też coś powiedzieć – zaczął Albus. Zdecydował, że zacznie powoli i stopniowo będzie rozwijał myśl. – Ja... my... martwimy się trochę o pana dyrektora – zakończył.
Profesor Darvy obrzucił ich zdumionym spojrzeniem.
- O dyrektora? Do diaska, czemu mielibyście się o niego martwić?
- Hm... w zasadzie to nie martwimy się o niego, tylko o to, że... – przerwał. Wiedział, że musi lepiej to sformułować.
- Dyrektor wymyka się do Zakazanego Lasu i uważamy, że knuje coś niedobrego – wypalił Morrison.
- Wielkie dzięki – powiedział ironicznie Albus. – Ale wie pan, w zasadzie o to chodzi.
Profesor Darvy obrzucił ich zainteresowanym spojrzeniem.
- Co według was knuje nasz dyrektor? – zapytał po chwili.
Albus wzruszył ramionami; nie spodziewał się, że po takim wyznaniu dostaną pytanie.
- Nie wiemy... sądzimy, że umawia się z jakąś grupą ludzi...
Darvy nadal uważnie się im przyglądał. Po chwili zamknął oczy, pogrążając się w głębokich myślach. Albus przez chwilę miał dziwne wrażenie, że ich profesor zasnął, ale kilka sekund później otworzył z powrotem oczy.
- Cóż mogę rzec – jestem pod wrażeniem. Sami na to wpadliście, we trójkę?
Albus kiwnął głową, starając się nie okazywać, jak miło mu się zrobiło z powodu tego komplementu. Morrison i Scorpius również przytaknęli.
- Jesteście na dobrym tropie, tyle wiem. Dyrektor rzeczywiście spotyka się z pewnymi ludźmi w Zakazanym Lesie, ale nie jestem pewien, dlaczego. Z tego względu staram się go śledzić.
- Śledzić? – zapytał Albus, starając się brzmieć na zdziwionego. – I udało się panu coś ustalić?
- Tylko tyle, że spotyka się z jakimiś podejrzanymi typami spod ciemnej gwiazdy. Nigdy jednak nie opuszczają granicy Lasu. Mogę jedynie przypuszczać, że dyrektor ma jakieś osobiste sprawy, a skoro opiekuje się zamkiem, jest zmuszony zajmować się nimi tutaj, na miejscu. Chociaż go szpiegowałem, za dużo nie udało mi się odkryć, uniemożliwiły mi to zaklęcia i uroki. Mogę was jednak zapewnić, że nie znajdujecie się w niebezpieczeństwie.
Albus uśmiechnął się. Tyle wystarczy, żeby uspokoić Rose. Teraz, kiedy miał już w zanadrzu zadowalającą odpowiedź dla niej, mógł jeszcze przycisnąć profesora, żeby dowiedzieć się szczegółów... Ciekawość, jaką odkrył w sobie parę miesięcy wcześniej, znów powróciła.
- Czy sądzi pan, że dyrektor spotyka się z czarnoksiężnikami? – zapytał.
Scorpius zdziwiony uniósł wzrok. Albus wiedział, co myśli przyjaciel – mieli już swoją odpowiedź, nie znajdowali się w niebezpieczeństwie. Powinni podziękować i wyjść. Ale Albus nie zamierzał marnować takiej okazji... nie wtedy, kiedy Darvy był tak chętny do udzielania odpowiedzi.
- Czarnoksiężnikami? – zapytał zaintrygowany Darvy. – Cóż, chyba nikt tego do końca nie wie. Niby w jaki sposób mielibyśmy to sprawdzić? Z pewnością zebrani nie wykonywali żadnych pokazów czarnej magii, to bym zauważył. Sądzę jednak, że nigdy nie można być do końca pewnym, czy dana osoba jest zwolennikiem czarnej magii, czy też nie, bez względu na to, ile o niej wiemy. Można zaprzyjaźnić się z daną osobą, zaufać jej, lecz tak naprawdę nigdy się nie dowiedzieć, że ta osoba jest zainteresowana ciemną stroną mocy... W każdym razie, aktywność zgromadzonych nie wskazuje na nielegalną działalność. I, jak powiedziałem wcześniej, nie znajdujecie się w niebezpieczeństwie.
Albus zagapił się na podłogę. Miał jeszcze wiele pytań, ale nie wiedział, jak powinien je zadać... Zauważył jednak, że bycie szczerym jak na razie przyniosło mu same korzyści, więc może powinien kontynuować tę taktykę?
- Mój tata wspominał mi, że dyrektor Ares miał odsiadkę w Azkabanie... Nie sądzi pan, że może dlatego kryje się z tymi spotkaniami? Bo nie chce wrócić do więzienia? Może, nawet jeśli to nie są czarnoksiężnicy, mają jakieś złe zamiary?
Urwał w tym momencie, żeby zaczerpnąć oddech. Profesor Darvy nadal z zainteresowaniem mu się przyglądał.
- Tak – odezwał się po chwili. – Dyrektor rzeczywiście był w Azkabanie, i faktycznie może dlatego chce zachować te spotkania w tajemnicy – ich profesor wyglądał teraz na trochę zdenerwowanego i dobierał ostrożnie słowa.
Albus popatrzył na Scorpiusa i Morrisona, którzy przysunęli się bliżej.
- Nie widzę sensu w okłamywaniu cię, Albusie – rzekł Darvy. – Jesteś niezwykle bystry. Kojarzysz fakty z dużą szybkością. Sądzę jednak, że mogłeś nie zrozumieć sedna sprawy. Nie śledziłem dyrektora za każdym razem, kiedy wybierał się do Zakazanego Lasu, ale kiedy to robiłem, zauważyłem, że obraca się w dość osobliwym towarzystwie. Kilkoro z tych osób... przynajmniej troje, jak podejrzewam... zostało oskarżonych o używanie w przeszłości czarnej magii.
- Więc jeśli Ares się umawia z TAKIMI oso... – ale Darvy uniósł dłoń, żeby mu przerwać.
- Pozwól mi skończyć – powiedział. - Dyrektor Ares był kiedyś aurorem, jak ci dobrze wiadomo. I nie, nie tęskni za powrotem do Azkabanu. Czasem jednak mam dziwne wrażenie, że tęskni za posadą aurora. Nie zaskoczyłoby mnie to ani trochę, gdyby nadal próbował śledzić czarnoksiężników.
Albus zmarszczył czoło.
- Nie rozumiem.
- Chcę ci powiedzieć – zaczął Darvy, pochylając się lekko do przodu – że dyrektor być może organizuje te spotkania, żeby robić to samo, co ja... szpiegować.
Albus nad tym pomyślał.
- Jesteś bystry, jak już to dziś udowodniłeś – powiedział Darvy. – Z pewnością skojarzysz fakty...
Ale to Scorpius odezwał się jako pierwszy.
- Myśli pan, że dyrektor działa jako tajny agent? Spotykając się z tymi czarnoksiężnikami, żeby wyciągnąć od nich informacje?
- Dokładnie – wyszczerzył zęby profesor Darvy. – Olśniło mnie już jakiś czas temu, że gdyby planowali jakieś przestępstwo, już dawno by to zrobili. Dyrektor, tak jak zauważyłeś, Albusie – był w Azkabanie. Znajduje się w doskonałej sytuacji, żeby pozyskać zaufanie tych czarodziejów. Czy są czarnoksiężnikami, tego nie wiem, ale wkraczając na błonia Hogwartu po zmroku udowodnili już, że niewiele mają poszanowania dla prawa czarodziejów.
- Czy myśli pan, że to Ministerstwo zleciło dyrektorowi to zadanie? – zapytał szybko Albus.
Profesor Darvy tylko wzruszył ramionami.
- Może... a może nie. W każdym razie, jego zamiary wydają się przyzwoite. Oczywiście mogę się całkowicie mylić i dyrektor tak naprawdę chce nas wszystkich pozabijać...
Wydał z siebie krótki, głośny rechot, który zabrzmiał jak śmiech szaleńca. Morrison cofnął się o parę cali.
Darvy kontynuował.
- ...ale wydaje mi się, że mam rację. To bardziej prawdopodobne, dyrektor nie ryzykowałby kolejnej odsiadki w Azkabanie.
- A dlaczego w ogóle siedział w więzieniu? – zapytał Albus.
Darvy po raz kolejny wzruszył ramionami.
- Nie mogę powiedzieć. Ale chłopcy, muszę wam coś wyjaśnić... jeśli mam rację odnośnie tego, że dyrektor ma dobre zamiary... a ufam, że mam... jest sprawą najwyższej wagi, żebyście nikomu o tym nie mówili, a już zwłaszcza twojemu tacie, Albusie, i reszcie pracowników Ministerstwa.
Albus rzucił mu zszokowane spojrzenie.
- A dlaczego nie?
- Ministerstwo raczej nie zajmuje się tą sprawą, kiedy dookoła tyle się dzieje. Dyrektor, jeśli gra rolę szpiega, jakimś cudem pozyskał zaufanie tych ludzi. Nie spotykają się zbyt często, ale kiedy to robią, wydają się dobrze czuć w swoim towarzystwie, to widać. Zaangażowanie Ministerstwa mogłoby doprowadzić do zburzenia tak misternie zbudowanej przykrywki. Po prostu zaufajcie mi.
Albus kiwnął głową – zrozumiał.
- W porządku – zapewnił. – Nic nie powiemy.
- Dobrze – powiedział profesor Darvy. – Ale dziękuję, że przyszliście do mnie z tym problemem; nie spodziewałem się tego, ale jestem zadowolony, że to zrobiliście.
- Profesorze, a czy sądzi pan, że ma to coś wspólnego z tym wytwórcą różdżek, który został zamordowany zeszłego lata? – zapytał Albus. Nie zapomniał, że Rookwood, mężczyzna, który odwiedził dwór Malfoyów, wspominał coś o jakiejś szczególnej różdżce...
W tym momencie profesor Darvy obrzucił go bardzo poważnym spojrzeniem. Znowu wydawał się głęboko pogrążony w myślach.
- Rozumiem, czemu wysnułeś takie przypuszczenie; ale nie, nie sądzę. Mówiąc szczerze jednak, wątpię, czy Ministerstwo rzeczywiście schwytało winnego. Ktoś, kto zamordował tego biedaka uciekł... i kimkolwiek jest, jeśli jest na tyle sprytny, żeby wywieść w pole pracowników Ministerstwa, jest też z pewnością wystarczająco inteligentny, żeby unikać tajemniczych spotkań w słynnej szkole magii. Nie, sądzę, że Ministerstwo straciło trop... Chyba że znacie jakieś fakty, które by temu przeczyły. Co wy na to, chłopcy?
- Słyszeliśmy, jak ktoś wspomina o... – zaczął Scorpius, ale Albus mu przerwał.
- Nie, po prostu byliśmy ciekawi – powiedział stanowczo. Profesor Darvy nadal uważnie się w nich wpatrywał, jakby bez słowa naciskając, żeby udzielili mu informacji. Albus jednak milczał. Darvy wydał się nagle tak zmęczony, jak jego tata. Był taki dumny z siebie, że odkrył, co planuje dyrektor, że Albus nie zamierzał z powrotem wpędzać go w zmartwienie - nie teraz, kiedy był praktycznie pewien, że różdżka, jaką zdobył Ares, nie ma nic wspólnego z zamordowaniem Czekowa.
- Chciałbym jednak o coś jeszcze zapytać, panie profesorze – odezwał się Albus.
- Śmiało – zachęcił Darvy.
- Powiedział pan, że dyrektorowi nie uśmiecha się powrót do Azkabanu... ale jednak SPOTYKA SIĘ z czarnoksiężnikami. Albo, przynajmniej, czarodziejami, którzy mogą nimi być. Skąd może pan wiedzieć, że dyrektor nie jest zainteresowany czarną magią? Dlaczego jest pan pewien, że dyrektor nie robi tego w tajemnicy tylko dlatego, żeby nie wrócić do Azkabanu?
Albus wiedział, że już raz zadał podobne pytanie, ale nie otrzymał odpowiedzi wprost, a jego niechęć do Aresa domagała się upewnienia, co sądzi o tym Darvy.
Profesor Darvy przez moment rozważał pytanie.
- Nie znam zbyt dobrze profesora Aresa – zaczął. – Ale wiem, że nienawidzi czarnej magii.
- Ale to, że jej nienawidzi, jeszcze niczego nie oznacza... – powiedział Albus.
Profesor pochylił się w jego kierunku i szepnął (Morrison przysunął się z powrotem do biurka, żeby nie uronić ani słowa).
- Nie oznacza? – zapytał tak cicho, że prawie nie było go słychać. Szaleńczy błysk w jego oku był wyraźniejszy niż kiedykolwiek. – To właśnie to, czego nienawidzimy, pokazuje, jacy naprawdę jesteśmy...
Albus miał zaledwie parę sekund na rozważenie tych słów, ponieważ profesor uniósł się zza biurka.
- Ale teraz naprawdę musicie już lecieć – powiedział, mierzwiąc dłonią swoje i tak rozczochrane włosy.
- To prawda, jest już późno... – powiedział Albus. – Dziękuję, że pan nam to wszystko powiedział.
- Już się nie martwicie, prawda? – zapytał profesor.
Cała trójka potrząsnęła głowami.
- To dobrze – klasnął w dłonie Darvy. – A teraz lećcie już. Tylko pamiętajcie... nie mówcie nikomu o naszej rozmowie, nawet twojemu tacie, Albusie.
- Nie powiem – zapewnił Albus. – Żaden z nas nie piśnie ani słówka.
Opuścili salę eliksirów w ciszy i wznowili rozmowę dopiero w połowie drogi do dormitorium.
- Hm, to była ciekawa rozmowa – odezwał się Scorpius. – On faktycznie jest trochę szalony. Ale cieszę się, że mamy jakieś konkrety, które możemy przedstawić Rose. No i nic nam nie grozi.
- Racja, i pomysł, że Ares nie ma jednak związku z zamordowaniem różdżkarza również wydaje się sensowny. Twój wujek mówił, że to nie mógł być on – rzekł Morrison.
- Taak, macie rację. Trochę mnie poniosło z teoriami. A przecież morderstwo to nie byle co, a Ares, nawet jeśli coś knuje, to pewnie jakaś mniejsza sprawa... myślicie, że on naprawdę działa jako tajniak, żeby wrobić tych czarnoksiężników? – zapytał Albus.
Obydwaj wzruszyli ramionami.
- To prawdopodobne. Jest to sensowniejsze niż twoja teoria o tym, że im pomaga... A przecież ze sposobu, w jaki mówił to Rookwood, wcale tak nie wynikało – powiedział Scorpius. – Chyba Ares jest po prostu niezłym aktorem. A Darvy musi być cholernie sprytnym szpiegiem, jeśli go do tej pory nie złapali... chociaż naprawdę ma trochę nierówno pod sufitem.
- A dlaczego w ogóle tak myślicie? – zapytał Albus, kiedy zbliżali się do kamiennej ściany dzielącej ich od pokoju wspólnego. – Wiem, że wygląda na wariata, ale wydaje się być przy zdrowych zmysłach.
Morrison zmrużył oczy.
- Przestań, nie słyszałeś, o czym on gadał? O tym, że to nienawiść pokazuje, kim naprawdę jesteś? Co to w ogóle za bzdety?
- Ale ja się po części z tym zgadzam – powiedział Albus. Myślał o tym po drodze, zanim zaczęli rozmawiać. Nienawidził Eckleya, a Eckley był Gryfonem. A on sam był Ślizgonem, więc wszystko się zgadzało. – Wydaje mi się, że Darvy ma po prostu dziwne poglądy na niektóre sprawy, ale kiedy się nad tym zastanowimy, chodzi mu tak naprawdę o coś zwyczajnego.
- I naprawdę nie zamierzasz opowiedzieć o tym tacie? – zapytał Scorpius, kiedy znaleźli się przed ścianą.
- Nie pisnę nawet słówka – powiedział Albus. Zawsze szanował Darvy'ego; a to uczucie wzmogło się od chwili, kiedy odkrył, że z narażeniem siebie szpieguje Aresa. Informacje, jakimi na prośbę Albusa się z nim podzielił, tylko zwiększyły jego szacunek do profesora. Darvy potraktował go jak dorosłego, jak kogoś, z kim można na poważnie podzielić się przemyśleniami. – Zamierzam siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Jesteśmy mu to winni.
Morrison wzruszył ramionami.
- To twoja decyzja – popatrzył na ścianę i powiedział: - Język wężów – a drzwi ukazały się, odsłaniając ich wygodny pokój wspólny.
Albus nie odzywał się do momentu, w którym znaleźli się przed sypialnią.
- Ale i tak zamierzam się dowiedzieć, o co chodzi z tą niesamowitą różdżką Aresa – wyszczerzył zęby.
Scorpius ukrył twarz w dłoniach i rzucił się na łóżko. Morrison tylko westchnął.
- Oczywiście – powiedział.
