Kolejny rozdział, który miałam podzielić na dwa mniejsze, ale w końcu postanowiłam inaczej. Dlatego też jest i romantycznie, i erotycznie (porn porn porn porny gay porn). Pod koniec żegnamy się już niestety z sielankowym Great Baddow. Będę tęsknić :(

Rozdział 12

Było coś cudownego w silnym wietrze we włosach, niepowstrzymanym pędzie i rozmywającym się leśnym krajobrazie, który mijał z zawrotną jak na stary, nieco zardzewiały rower prędkością. Spojrzał na jadącego przed nim Bradleya. Blondynowi dostał się gorszy z dwóch rowerów, które znaleźli w składziku.

- Przejedźmy się. Pokażę ci coś fajnego – zaproponował, gdy wypoczęci i zrelaksowani wreszcie opuścili łazienkę i zjedli obfite śniadanie.

Colin ziewnął przeciągle.

- Kąpiel w wannie z samego rana nie była najlepszym pomysłem – stwierdził. – Czuję się taki rozespany…

- Nie marudź, Cols. Szkoda dnia! – Bradley klepnął go w tyłek i niemal przemocą wepchnął na rower. – To tylko niecałe trzy kilometry w jedną stronę. Dasz radę?

Colin rozmasował obolałe po wczorajszych erotycznych przygodach siedzenie. Nie za bardzo uśmiechało mu się dalsze maltretowanie swoich pośladków, ale nie chciał sprawić Bradleyowi zawodu. Czego by dla niego nie zrobił? Chyba nie było takiej rzeczy.

Początkowo jechali piaszczystą, żwirową ścieżką, a po kilkuset metrach wyjechali na wąską asfaltową drogę pełną kocich łbów, na które Bradley wjeżdżał z upodobaniem. Podskakiwał wówczas zabawnie na siodełku i śmiał się głośno, zachęcająco oglądając się przez ramię na Colina i dając mu znak, by zrobił to samo. Colin zaciskał więc zęby i robił to, starając się ignorować tępy ból w swoich czterech literach. Wszystko po to, by widzieć Bradleya uśmiechniętym.

Droga, którą można się było dostać do najbliższej, oddalonej o trzy kilometry wsi była rzadko uczęszczana. Tylko od czasu do czasu mijały ich pędzące z nieco zbyt wielką jak na tak wąską ulicę prędkością samochody. Zjeżdżali wówczas na pobocze, a gdy samochód już przejechał, wyjeżdżali z powrotem na środek drogi, aby ponownie nabrać prędkości. Asfaltowa ulica przecinała las. Jechali w cieniu drzew, a Bradley co i raz wykrzykiwał do Colina różne historie.

- Latem jeżdżą tędy traktory i kombajny – opowiadał, przekrzykując szum wiatru, który potargał jego połyskujące złotem w promieniach wiosennego słońca włosy. – Kiedy byłem mały, zawsze podbiegałem do płotu i bacznie obserwowałem każdy przejeżdżający kombajn. Fascynowały mnie. Były takie duże i… z czego się śmiejesz, Cols?

- Masz widoczną słabość do dużych obiektów – zachichotał.

- Czy ty wszędzie musisz doszukiwać się podtekstów, zboczeńcu? – prychnął Bradley. – Poza tym wcale nie masz takiego dużego, jak ci się wydaje!

- Och, czyżby? – Colin odpowiedział na prowokację, przyspieszając i wyprzedzając Bradleya. – Wczoraj mówiłeś inaczej!

- Byłem zmęczony, jasne? Jasne?! – krzyknął, ale Colin pojechał już dalej.

Wyjechali z lasu i znaleźli się między polami. Ulica przemieniła się w aleję, wzdłuż której wyrastały wysokie, pochylające się nad drogą drzewa.

- O cholera, ale pod górkę! – zaklął Colin, pedałując z wyraźnie większym wysiłkiem.

- Właśnie to chciałem ci pokazać.

- Morderczy wjazd pod górę?! – Colin z wysiłku już niemal nie był w stanie mówić.

- Nie wjazd, ale zjazd – sprostował Bradley.

Colin przekonał się, co jego przyjaciel i kochanek miał na myśli dopiero wtedy, gdy wjechali na samą górę. Spojrzał w dół na szaroczarną, asfaltową ulicę, nagle zdając sobie sprawę z tego, jak była stroma i długa.

- Zawsze sprawiało mi to ogromną frajdę. Chyba nigdy z tego nie wyrosnę – Bradley usadowił się wygodniej na siodełku i pochylił się nad kierownicą. Uśmiech na jego twarzy był zdecydowanie zbyt podejrzany.

Colin chciał zapytać, co, ale wtedy Bradley zaczął zjeżdżać w dół i odpowiedź stała się zbędna.

Głośny, radosny krzyk Bradleya zakłócił ciszę okolicznych pól i szumiącego lasu. Zaczął zjeżdżać w dół z zawrotną prędkością, drąc się jak oszalały, unosząc ręce w górę i zdejmując nogi z pedałów. Colin szybko dołączył do niego. Kiedy jego trzeszczący rower się rozpędził, zrozumiał, co tak bawiło Bradleya. Przez dobrych pięć minut w ogóle nie musiał pedałować, żeby mknąć w dół. Koła roweru niosły go coraz dalej i dalej w stronę lasu, a on puścił kierownicę i oddał się w zupełności podmuchom wiatru, woni ściółki leśnej i głośnemu śmiechowi. Jak Bradley to robił? Potrafił odnaleźć radość nawet w najbardziej banalnych rzeczach, takich jak zjazd ze stromej górki. Przy nim nie mógł się nudzić. Przy nim nie mógł się smucić.

Dopiero po około kilometrze rower wytracił swoją prędkość. Colin wrócił do pedałowania, kiedy dostrzegł, że Bradley wyprzedza go coraz bardziej, pedałując jak szalony.

- Ścigajmy się do domu! – zawołał i ruszył jeszcze szybciej.

Colin podjął wyzwanie. Przyspieszył, żeby wykrzesać ze starego roweru co tylko się da, i pochylił się nad kierownicą, żeby nadać swojej sylwetce bardziej opływowy kształt, dzięki czemu mógł zmniejszyć opór powietrza i poruszać się szybciej. Jego taktyka się sprawdziła. Szybko dogonił Bradleya i zaczął go wyprzedzać.

Bradley nie dawał za wygraną. Szarpnął za kierownicę i zaczął pedałować jeszcze szybciej. Colin czuł narastający ból w siedzeniu. Zwolnił. To Bradley zawsze wygrywał. Niech się cieszy. Niech…

A właściwie to czemu miałby dać mu wygrać?

Przebudził się w nim jakiś dziki duch rywalizacji. Tym razem nie da za wygraną. Wyprzedzi go.

Jechał, mijając pola i lasy oraz starając się omijać kocie łby. Pędził na łeb, na szyję, nie zważając na coraz bardziej rozpaczliwe trzeszczenie roweru. Pędzili obaj niczym para szaleńców, aż wyjechali z lasu i znaleźli się na ostatniej prostej. Dom Bradleya już pojawił się na horyzoncie.

Colin oszalał. Dawał z siebie wszystko. Słyszał, jak Bradley śmieje się z niedowierzaniem, ale nie dał się zdekoncentrować i wybić z rytmu. Wyprzedzał go już o ładnych kilkaset metrów. Wygra! Naprawdę wygra!

Kiedy jego zwycięstwo stało się już jasne, postanowił wyhamować.

I wtedy z przerażeniem odkrył, że hamulce się zepsuły.

- Hamuj, Cols! Hamuj! – krzyczał Bradley.

- Hamulce nie działają! Nie mogę się zatrzymać!

Przestraszył się. Rower wciąż nie wytracał prędkości, a drzewa zbliżały się coraz bardziej. Nie miał jak się zatrzymać. Nie miał dokąd skręcić.

Wpadł na drzewo, przekoziołkował i wraz z rowerem wylądował w rowie.

- Colin! – Bradley zatrzymał się, rzucił swój rower na pobocze i podbiegł do niego. Colin leżał w rowie przygnieciony zardzewiałą ramą. – Stary, nic ci nie jest?!

- Kurwa – jęknął Colin, próbując wydostać się spod roweru. Bradley podał mu rękę i pomógł mu wstać. Dżinsy Colina były podarte w kolanach i przy nogawkach, łokcie miał otarte, a przede wszystkim tak bolał go potłuczony i wymęczony zeszłej nocy przez Bradleya tyłek, iż myślał, że zaraz nie wytrzyma.

- Dasz radę iść? – Bradley był zatroskany, ale mimo to podśmiewał się cicho. – To było epickie! Kurwa, ale żeś wyjebał w to drzewo… Co ci odwaliło? – zapytał, kiedy obydwaj wprowadzili już rowery na podwórko, oparli je o chwiejący się płot i usiedli na drewnianej ławeczce pod jabłonią.

- Nie wiem. Ja… chciałem wygrać. Choć raz okazać się w czymś od ciebie lepszy – wyznał, po czym syknął, kiedy Bradley zaczął obmywać jego rany umoczoną w wodzie z miski szmatką.

- Zwariowałeś? – Bradley oderwał na chwilę wzrok od paskudnie otartego kolana Colina. – Przecież jesteś ode mnie lepszy w wielu rzeczach!

- W czym na przykład? Jesteś taki wysportowany. Świetnie grasz w piłkę nożną, walczysz mieczem, jeździsz konno i w ogóle… Auu! – jęknął. Rana szczypała niemiłosiernie.

- Obaj całkiem nieźle jeździmy konno, idioto. Poza tym doskonale pływasz – Bradley pokręcił głową z niedowierzaniem. – Dobrze, że nic ci się nie stało.

- Nie byłbym tego taki pewien – Colin skrzywił się z bólu. – Przyniesiesz mi mój telefon?

Bradley wrócił po chwili z ich telefonami, czymś do picia i kanapkami.

- O! Ktoś nagrał mi się na pocztę głosową! – zauważył Colin. – Lepiej odsłucham. To może być coś ważnego.

Szybko odsłuchał wiadomość.

- I kto to był? – zapytał Bradley.

- Moja menadżerka. Mam umówiony wywiad w BBC Radio.

- Kiedy?

- W środę rano.

- Ach. Super. Gratuluję – Bradley spuścił głowę i zajął się jedzeniem kanapek. – Wciąż jesteś rozchwytywany. Nie to, co ja.

Colin aż zakrztusił się kanapką.

- Słucham?

- Nie mów, że nie mam racji. To ty byłeś największą gwiazdą Merlina. To ty wygrałeś National Television Award dla najlepszego aktora. To ty nie narzekasz teraz na brak propozycji. A ja? Nic. Jedno wielkie zero.

Colin chciał zaprzeczyć, ale w tym, co mówił Bradley, było ziarenko prawdy. Odkąd skończyli Merlina, miał masę rzeczy do roboty. Rola w nowym serialu, wywiady, gra w teatrze, nawet dubbingowanie w grze komputerowej. Jego kariera nabierała rozpędu, podczas gdy kariera Bradleya wyraźnie zwolniła tempa.

- To dlatego, że wyjechałeś do LA – powiedział. – Byłeś nieosiągalny. Czy w ogóle poinformowałeś swoją menadżerkę, że wróciłeś?

Bradley zmarszczył brwi.

- Nie?

- Sam widzisz. Zadzwoń do niej i daj znać, że jesteś gotowy przyjąć na klatę parę wywiadów i ról filmowych.

- Ról filmowych! – prychnął Bradley. – A kto mi da jakąś porządną rolę? Wszyscy widzą we mnie tylko ładną buźkę, nic więcej. Nie mam co liczyć na występ w czymś ambitnym.

- Przecież grałeś już w filmie – Colin nie dawał za wygraną. – Jak mu tam było… Fast Girls czy coś takiego…

- Nawet mi tego nie przypominaj! – Bradley pokręcił głową. – Też mi rola. Grałem fizjoterapeutę i jedyne, co miałem do roboty na planie, to macanie lasek po dupie i obowiązkowy pocałunek z główną bohaterką na koniec!

- To chyba nie najgorzej. Pomacałeś sobie parę pośladków i jeszcze ci za to zapłacili. Marudzisz, Bradders.

- Wolałbym pomacać twoje pośladki.

Colin zarumienił się.

- Nie narobiłeś się, fakt – przyznał, przypominając sobie ten film. Nawet próbował go obejrzeć, ale szybko się znudził. Bradleya było w nim jak na lekarstwo. Poza tym zagrał wyjątkowo sztywno. – Ale przynajmniej zarobiłeś.

- Nieswojo czułem się na planie – wyznał. – Byłem trochę zagubiony. Za bardzo przyzwyczaiłem się, że jesteś ze mną. A gdy cię zabrakło… Sam widziałeś. Zagrałem tak słabo, że aż nie dziwię się, że nie dostaję żadnych nowych propozycji. Nie to, co ty – westchnął. – Ty potrafisz zagrać wszystko.

- Przesadzasz.

- Oglądałem Parked. Byłeś genialny. Jak udało ci się tak przekonywująco zagrać ćpuna?

- Po prostu wczułem się w rolę – Colin wzruszył ramionami. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Granie przychodziło mu naturalnie, zupełnie jak oddychanie. Chyba miał to we krwi.

- Nawet nie masz pojęcia, jak ryczałem na koniec. Miałem ochotę wywalić telewizor przez okno, gdy zobaczyłem cię w trumnie. A kiedy tamci dilerzy zaczęli cię bić, chciałem jakimś cudem wedrzeć się do filmu i tak im dokopać, by już nie wstali. Nie mogłem na to patrzeć.

- To tylko film – powiedział, choć zrobiło mu się miło na myśl, że Bradley miał takie opiekuńcze odruchy wobec niego. Świadomość , że jest ktoś, kto pragnie chronić cię za wszelką cenę, podnosiła na duchu.

- To tylko fikcja, ale swoją grą wzbudzasz prawdziwe emocje. – Colin chciał mu powiedzieć, by przestał go zawstydzać, ale Bradley nie chciał przerwać. – Albo Island. Cholera. Zagrałeś zdziwaczałego świra zbierającego butelki i inne śmieci, a ja i tak nie mogłem oderwać od ciebie oczu. Podobało mi się, jak agresywnie całowałeś tamtą laskę. To było mocne.

Colin zamyślił się. Wszędzie potrafił się odnaleźć, na każdym planie, z każdym człowiekiem.

- Chciałbyś, żebym ciebie tak pocałował?

Bradley skrzywił się.

- Chyba jednak nie. To było mocno psychiczne.

Colin uśmiechnął się i pokręcił głową.

- Tak, jak cały film – dodał. – Może po prostu powinieneś zmienić menadżerkę, Bradders? Przecież obaj wiemy, że potrafisz grać.

- Może – odparł Bradley. Siedzieli przez chwilę w ciszy, obserwując jak wiatr porusza pierwszymi liśćmi. – Czy wiesz, że tę jabłoń, pod którą siedzimy, zasadził mój dziadek? Kiedy zmarł, przestała rodzić jabłka.

Siedzieli tak aż do wieczora, wymieniając się różnymi historiami i tajemniczymi opowieściami ze swojego życia. W międzyczasie zjedli obiad, a dzień nieco zbyt szybko zamienił się w noc. Bradley przyniósł ze składziku dwa stare, ale wciąż wygodne leżaki. Ułożyli się na nich i przykryli kocami, gdyż wraz z nocą nadszedł chłód. Gapili się w gwiazdy i milczeli. Nie było w tym nic niezręcznego. Uwielbiali ze sobą rozmawiać, ale kochali również milczeć w swoim towarzystwie.

Wygodnie rozłożony na leżaku Colin splótł dłonie na brzuchu i wpatrzył się w ciemnogranatowy firmament. Zadziwiło go, jak inne było niebo na wsi. Było na nim więcej gwiazd, które świeciły oślepiającym, białym blaskiem, układając się w gwiazdozbiory, którym nigdy wcześniej nie miał okazji się przyjrzeć.

- Czy to na pewno jest to samo niebo, co w Londynie? – spytał cicho. – Bo to nad nami jest nieporównywalnie piękniejsze.

- W mieście w ogóle nie widać nieba. Tylko drapacze chmur – wyszeptał Bradley. – Czasami zapominam, jak nocne, wiejskie niebo potrafi być piękne. Zwłaszcza latem, gdy spada deszcz meteorytów. Widziałeś kiedyś spadającą gwiazdę, Colin?

- Raz czy dwa… Ale nie zdążyłem pomyśleć żadnego życzenia.

- Ja oglądałem je wielokrotnie. Właśnie tutaj, na wsi. Kiedyś pomyślałem o tobie, zupełnie przez przypadek. Chciałem pomyśleć o pewnej dziewczynie, która mi się wtedy podobała, ale w myślach stanęła mi twoja twarz. Gwiazda spadła i nie było już drugiej szansy na życzenie.

- I co? Spełniło się?

Uśmiechnął się ciepło.

- Nawet bardziej, niż ośmielałem się marzyć.

W końcu zrobiło się zbyt zimno, by siedzieć na dworze. Przenieśli się do domu, a Bradley wziął nawet parę kawałków drewna i napalił nimi w piecu. Gdy ogień rozniecił się, w murach zapanowało przyjemne ciepło. Ogrzali przy nim zmarznięte dłonie.

- Widzisz te cienie na suficie? – spytał blondyn, wyciągając szyję do góry. Colin poszedł za jego przykładem. Jego oczom ukazał się niesamowity, tajemniczy taniec wątłych, rozciągniętych i pełgających po każdym fragmencie sufitu cieni rzucanych przez płomienie ognia buzującego w piecyku. – Kiedy byłem dzieckiem, lubiłem zasypiać, wpatrując się w nie. Mój tata siadał czasem przy mnie i opowiadał mi różne historie, wskazując palcem na tańczące cienie na suficie. Każdy z nich miał inny, niepowtarzalny kształt, wiesz? Jako dziecko to dostrzegałem. Z wiekiem płomienie stały się tylko płomieniami, a cienie zwykłymi cieniami. Magia odeszła.

- Dzieci dostrzegają rzeczy, o których dorośli już nie pamiętają – zgodził się Colin. Podobała mu się magiczna atmosfera, która zapanowała między nimi. Bradley nie miał racji. Magia wciąż tu była. W każdym zakamarku. Chowała się pod łóżkiem, wychylała spod stołu i zerkała na nich zza okna. – Mnie natomiast mama zawsze powtarzała, żebym nie stał długo przy ogniu, bo będę sikał.

Bradley parsknął śmiechem.

- To nasza ostatnia noc tutaj – powiedział cicho.

Colin wpatrywał się w płomienie. Nie chciał opuszczać Great Baddow. To miejsce wydawało się odcięte od świata. Istnieli tylko on, Bradley i przestrzeń między nimi. Tutaj nie było nawet takiego pojęcia jak czas. Nie miał pojęcia, która jest godzina, i nie potrzebował tego wiedzieć. Na wsi życie wyglądało inaczej. Wstawali ze wschodem słońca i kładli się spać wraz z zachodem. Nikt nie patrzył na zegar. Żyli w zgodzie z naturą, w zgodzie z sobą. Mieli tylko siebie i to im wystarczało.

Przytulił się do Bradleya, bo nagle ciepło ognia zaczęło wydawać mu się niewystarczające. Zaplótł ręce na jego ramionach, a Bradley skrzyżował swoje na jego plecach. Wtulił się w jego bark. Czuł ciepły oddech mężczyzny gdzieś przy swojej szyi. Przymknął oczy, rozkoszując się jego bliskością. Mógłby tak trwać całą wieczność.

- Kocham cię – usłyszał szept.

Nie był pewien, czy aby sobie tego nie wyobraził. Może po prostu usłyszał to, co chciał usłyszeć? Nikt nigdy na poważnie nie wypowiedział do niego tych słów. Może to tylko złudzenie. Może to tylko wyobraźnia płatała mu figle. Może Bradley po prostu westchnął i nic nie powiedział. Czy naprawdę było z nim już tak źle, że nie potrafił odróżnić oddechu od wyrazów? Zacisnął powieki i wtulił się mocniej w niego. Jeśli to złudzenie, to chciał w nim trwać.

Bradley wsunął dłonie do tylnych kieszeni jego spodni, a Colin odchylił się lekko. Prawą rękę zatopił we włosach blondyna, a lewą ułożył z tyłu jego szyi, przytrzymując jego głowę jak najbliżej swojej. Zorientował się, że są równi wzrostem. No, może on był wyższy o parę milimetrów, ale nie więcej.

Ich ciała idealnie do siebie pasowały.

Pojął, że byli dla siebie stworzeni.

Ich usta złączyły się w pocałunku. Bradley pachniał lasem, słońcem, wiatrem i dymem z pieca. Nikt nigdy nie był mu tak drogi. Nikt nigdy nie był mu tak bliski. Nikt nigdy nie całował go w taki sposób, tak czule i pożądliwie zarazem. Nikt nigdy go tak nie kochał. Nikt.

Bicie jego serca przyspieszyło, gdyż Bradley całował go tak długo, jak nigdy przedtem, aż do utraty tchu. Czuł jego ciepłą dłoń na swoim policzku; dłoń, która po chwili przeniosła się niżej, aby błądzić po jego szyi i grdyce.

Przerwali pocałunek, aby nabrać oddechu, ale usta Bradleya nie złączyły się już z wargami Colina. Żar z pieca, czy może raczej żar z wewnątrz uderzył w Colina ze zdwojoną siłą, gdy blondyn uklęknął u jego stóp niespodziewanie. Rozsunął rozporek jego spodni, pozwolił im opaść aż do kolan, a potem ściągnął też jego bokserki, nawet na niego nie spojrzawszy i nie spytawszy o pozwolenie. Obaj wiedzieli, że nie potrzebował go. Mógł to zrobić. Colin tego pragnął.

Wziął jego penisa w dłonie i włożył go do ust, a Colin nie wiedział już, czy to ogień w piecu rozgorzał i go palił, czy to usta Bradleya, jego słodkie usta, które robiły z jego członkiem rzeczy nie do pojęcia. Robić to samemu, a czuć, jak ktoś robi to tobie, to dwie różne sprawy. Bradley ssał z zadziwiającą jak na początkującego geja wprawą. Nadymał policzki, ogrzewał go oddechem, zlizywał jego nasienie mokrym językiem, doprowadzając Colina do ekstazy. Uświadomił sobie, jak wczoraj był nieudolny, gdy sam próbował sprawić mu przyjemność. Bradley był w tym nieporównywalnie lepszy. Na początku zmusił się, by na niego spojrzeć. Chciał powiedzieć, jak mu dobrze, wyartykułować z siebie cokolwiek, ale nie dał rady. Klęczący przed nim Bradley tylko się uśmiechnął. Śmiały się też jego niebieskie oczy, gdy pochylił głowę i zrobił to, co do niego należało. Colin nie potrafił określić, w którym dokładnie momencie zaczął głaskać go po włosach, a potem wręcz szarpać od czasu do czasu, byleby tylko utrzymać jego głowę jak najbliżej swojego krocza. Dyszał z coraz większym wysiłkiem, modląc się, by Bradley nie przerywał, by nigdy nie przestał, bo to było cudowne. Wzdychał głośno przy każdym ruchu jego ust, opierając się ciężko o zadziwiająco chłodną w zetknięciu z jego rozpalonym ciałem ścianę.

- Och, ty – wydyszał, gdy Bradley wreszcie wstał. – Och.

To się nie mogło tak skończyć. Był już podniecony na całego. Pragnął więcej i więcej. Musiał jakoś wynagrodzić Bradleyowi heroiczne wysiłki jego ust. Chciał mu pokazać, jak bardzo go kocha, i odwdzięczyć mu się za wszystkie cudowne chwile, które z nim spędził. I nie chodziło mu tylko o seks, ale przede wszystkim o ich wieloletnią przyjaźń, bez której nic w jego życiu nie byłoby takie, jak teraz.

Pozbyli się reszty ubrań i poszli do łóżka tak zwyczajnie, jakby robili to od lat, a nie zaledwie od wczoraj. Ich ciała szybko się ze sobą zwarły, usta natychmiast odnalazły do siebie drogę. Colin obiecał sobie, że da z siebie wszystko. Że sprawi mu przyjemność, której nie zapomni. To ich ostatnia noc w Great Baddow. Trzeba to uczcić.

Z zadowoleniem spostrzegł dwie malinki na szyi Bradleya po swoich wczorajszych wyczynach. Zostawił je w spokoju, ponieważ zainteresowało go co innego: grdyka. To było coś nowego. Gdy kochał się z kobietą, nie miał okazji całować jabłka Adama. Związek z mężczyzną otwierał przed nim szereg nowych możliwości, w tym także taką.

Przyssał się do grdyki Bradleya, gryząc ją i liżąc. Bradley mruczał rozkosznie, kładąc dłonie na jego pośladkach i gniotąc je.

Colin uzmysłowił sobie nagle, czego pragnie.

Ale czy był gotowy mu to dać? Nie zgłębił jeszcze tajemnic seksu analnego. Nie czuł się na siłach. Na szczęście mógł sprawić mu przyjemność nie tylko swoim członkiem. Miał też język… Odrzucił szybko ten pomysł. Wydał mu się zbyt hardcorowy. Wczoraj, zanim Bradley wprowadził swojego penisa do jego odbytu, zrobił coś jeszcze. Coś, co wydawało się dobrym i bezpiecznym pomysłem nawet dla takiego laika jak Colin.

Oderwał się od obcałowywania szyi Bradleya i uniósł wzrok, wypatrując lubrykantu. Wypatrzył buteleczkę na szafce nocnej. Sięgnął po nią.

- Co takiego planujesz, Cols? – Bradley wyszczerzył się na sam widok cholernego żelu nawilżającego.

Colin oblizał wargi. Rozsmarował żel na swoich palcach.

- Ułóż się wygodnie na brzuchu – szepnął, nachylając się nad kochankiem.

Bradley posłusznie wykonał polecenie. Colin zapatrzył się w jego plecy, mięśnie, linię kręgosłupa i jędrne pośladki. Leżał przy nim młody bóg, najprawdziwszy Adonis. Chyba nigdy nie widział nikogo lepiej zbudowanego. Ale Bradley był nie tylko w posiadaniu pięknego ciała. Jeszcze piękniejsza była jego dusza oraz szczere, dobre serce. Choć zdarzało mu się pozować na macho, to gdzieś głęboko krył się w nim mały chłopiec, który wierzył w magię, cuda i prawdziwą miłość. Chłopiec, który nie bał się marzyć, i który potrafił cieszyć się z najmniejszych drobiazgów, zarażając swoim optymizmem wszystkich wokół.

Chłopiec, który wyrósł na niezwykle atrakcyjnego, przystojnego i rozpalonego pod wpływem jego dotyku mężczyznę.

Colin masował plecy Bradleya tak długo, aż odpłynęło z niego wszelkie napięcie. Gdy blondyn niskim mruczeniem dał znać, że czuje się już dostatecznie zrelaksowany, Colin rozmasował jego pośladki – wciąż czuł się nieco głupio i niezręcznie, ale kiedyś musiał być ten pierwszy raz – i ostrożnie, bardzo powoli wsunął nieco przesadnie wysmarowany żelem palec do jego odbytu.

- Mmm – mruknął niewyraźnie Bradley, unosząc biodra.

- Nie wierć się – skarcił go purpurowy z podenerwowania Colin.

Bradley wcisnął głowę w poduszkę i roześmiał się gromko. Cały aż trząsł się ze śmiechu.

- Jesteś taki przesłodki, Cols – wymamrotał. Jego głos tłumiła poduszka.

Zirytowany Colin wsunął palec głębiej. Zrobił to chyba zbyt szybko, bo Bradley aż jęknął. Nie był to jednak jęk, który wskazywałby na to, że coś go zabolało. Raczej jęk rozkoszy.

Nieco zbyt słaby, jak na gust Colina Morgana, sadystycznego perwersa.

Dodał drugi palec, a potem nawet trzeci. Jego długie, śliskie od lubrykantu palce idealnie nadawały się do tego zadania. Wyczuł prostatę i zaczął masować ją okrężnymi ruchami przy równoczesnym lekkim uciskaniu.

- Och – westchnął Bradley. Nagle Colinowi zachciało się strasznie śmiać. Boże, jak on rozkosznie jęczał! – Och. Och. Głębiej. Mocniej. Och.

Colin Morgan, sadystyczny perwers, parsknął śmiechem.

- Przepraszam – wydusił. – Och! Ach! Głębiej! Mocniej! Kurwa, Bradders! Kurwa.

Bradley zamilkł.

- Czy mógłbyś wyjąć palce z mojego tyłka? – zapytał. W jego głosie czaiła się groźba.

- No nie wiem – Colin próbował się ratować, ale zabrnął za daleko. Czy raczej za głęboko.

- Nalegam – dodał Bradley ostrzej.

Colin chcąc nie chcąc spełnił jego prośbę. Gdy tylko jego palce wysunęły się z odbytu, Bradley podniósł się, chwycił go za ramiona i przewrócił gwałtownie na plecy.

- Och – wydyszał przerażony Colin.

- Śmieszą cię moje jęki? – zapytał, uśmiechając się podejrzanie. – No to przekonajmy się, jak ty będziesz zaraz jęczał.

Colin nie miał pojęcia, jak ukarze go Bradley. Trzymał mocno jego nadgarstki, przytwierdzając je do łóżka, a potem nakrył go swoim ciałem. Gdy Colin bał się już, że udusi się pod jego ciężarem, blondyn uniósł tułów, zgiął kolana i zaczął przesuwać się nad nim do przodu i do tyłu, z premedytacją ocierając się o jego męskość swoim nabrzmiałym członkiem.

Colin zdębiał, obserwując bezradnie, jak Bradley przesuwa się nad nim z demonicznym uśmieszkiem. Nie miał bladego pojęcia, gdzie on się tego nauczył ani skąd do głowy przyszła mu taka pozycja, ale miała ona ogromną zaletę: nareszcie mogli utrzymywać ze sobą kontakt wzrokowy. Było coś niesamowitego w fakcie, że podczas gdy obaj dochodzili, podniecając się coraz bardziej, nie odrywali od siebie spojrzeń. Niebieskie oczy śledziły błękitne, męskości twardniały, a na ich policzkach pojawiły się rumieńce. Było to tak głęboko erotyczne doświadczenie, że Colin aż nie dowierzał, iż dzieje się naprawdę. Instynkt nakazał mu unieść nogi i zapleść je wokół tułowia Bradleya, żeby przycisnąć go bliżej siebie. Nawet nie przypuszczał, że jest taki rozciągnięty! Jeśli będą tak szaleć codziennie, to w parę tygodni wyrobi sobie takie mięśnie jak Bradley!

Cholerny skurwysyn miał rację co do jednego: jęczał tak głośno, że chyba nawet oddalona od nich główna część wsi go słyszała. I nawet nie był z tego powodu zły na Bradleya. Nie pamiętał, który z nich pierwszy zaczął się uśmiechać, ale pod koniec stosunku szczerzyli się już do siebie jak para pijanych ze szczęścia idiotów.

Opadli na posłanie obok siebie, zmęczeni i zarumienieni. Bradley nagle zainteresował się jego obtartym bo dzisiejszej wywrotce na rowerze kolanem.

- Boli cię? – spytał.

Colin zastanawiał się, jakiej odpowiedzi od niego oczekuje.

- Troszeczkę – odparł w końcu.

- Pocałuję, żeby mniej bolało – powiedział, składając pocałunki na wszystkich obtarciach i ranach, których dorobił się dzisiaj Colin. Było to tak słodkie i troskliwe z jego strony, że Colin autentycznie się rozczulił. Serce biło mocno w jego piersi przyspieszonym rytmem, a on sam nie mógł się powstrzymać, żeby nie przyciągnąć do siebie Bradleya i nie ucałować go ponownie. Zaplątali się w białą pościel, ich nogi skrzyżowały się ze sobą. Zetknęli się czołami i potarli się nosami w jakiejś śmiesznej interpretacji eskimoskiego pocałunku. Przymknęli oczy, starając się uspokoić oddech.

- To najlepszy weekend w moim życiu – wyszeptał Colin. – Nigdy nie czułem się taki szczęśliwy.

- Wiem – odparł Bradley, uśmiechając się czule. Przyciągnął go bliżej siebie. – Ja też.

Usnęli w swoich ramionach z marzeniem, żeby ta sielanka mogła trwać wiecznie.