Sama dała mi znak.
Jej pojawienie się w Górnym Pierścieniu całkiem wytrąciło mnie z równowagi. Ale była tam, szła pod rękę z jednym z Dai Li jakby nigdy nic. Ciężko było ją poznać w porządnym mieszczańskim ubraniu, tylko to jej szczególne uczesanie rzucało się w oczy.
Moje myśli zaczęły pędzić z zawrotną prędkością. Jak? Jak ją ściągnąć z powrotem do tych koszmarnych, brudnych okolic teraz, kiedy najwyraźniej wreszcie się z nich wyrwała? Przecież nie mogę zostawić jej tutaj, w pięknym, zadbanym centrum! I najważniejsze pytanie: jak ją znajdę? Nie mogę jej śledzić. Towarzystwa, z którym jestem, nie da się tak po prostu spławić.
Ale sama dała mi znak.
Dziś pełnia, powiedziała do swojego chłopca, ale tak naprawdę do mnie. Dziś pełnia. Ognista Fontanna będzie pięknie wyglądać.
Zgadzam się. Woda w fontannie będzie cudna, kiedy już nabierze żywego, czerwonego odcienia.
Księżyc w pełni wisi nade mną, patrzy. Jest prawie tak jasny jak południowe słońce! Czuję się jak eksponat w muzeum. Jak coś, na co wszyscy patrzą. Pełne światło potwornie mnie stresuje. Ale idę dalej. Fontanna majaczy w końcu ulicy, na zrębie siedzi biała sylwetka. Białe plecy są jak drogowskaz. Podchodzę bliżej. Dziewczyna nie założyła mojego prezentu. Ale materiał tuniki, biały jak księżyc w pełni, miękko układa się na jej ramionach. Nie patrzy w moją stronę. Stopy trzyma zanurzone w misie fontanny, dłonie zajęła jakimś bezkształtnym kleksem z wody. Księżyc majaczy w jej czarnych włosach i w wodzie, którą się bawi.
Ależ ona będzie piękna, moja lalka.
Unoszę rękę. Teraz księżyc odbija się też w ostrzu noża. Uśmiecha się do mnie szyderczo ze swojego miejsca na niebie. Wyciągam lewą dłoń, by złapać dziewczynę za włosy. Musiała poczuć, że jestem, bo zamarła w bezruchu na brzegu kamiennej misy.
Jeden szybki ruch. Ręce wiedzą, co mają robić. Robiły to już wiele razy.
Ale zamiast znajomego ruchu jest tylko ból. Nie mogę się ruszyć. Lecę do tyłu, nóż wypada mi z dłoni. Podnoszę głowę i widzę błękit. Moja lalka patrzy na mnie. Patrzy na mnie śmierć.
Woda jest wszędzie, w każdym żywym stworzeniu. Rośliny wysysają ją z gleby, zwierzęta spijają z wodopojów. Nini wiedziała, że z punktu widzenia budowy ciała człowiek jest w zasadzie kolejnym gatunkiem zwierzęcia. Pełnym wody, jak wszyscy jego bracia. Dlatego, jak tłumaczono jej w dzieciństwie, magowie potrafią leczyć choroby. Woda w środku i na zewnątrz człowieka oddziałują na siebie i obie można kontrolować. Jednego kobiety w plemieniu jej nie powiedziały, sama do tego doszła, choć w zasadzie wolałaby nie wiedzieć.
Krew to też woda.
Czuła zbliżającego się do niej człowieka. Wyobrażała sobie jego uśmiech, szyderczy i niebezpieczny. Krew w jego żyłach przepływała miarowo, serce biło niezdrowo szybkim rytmem. Czuła każdą żyłę w dłoniach jak maleńki potok. Niemal widziała ich kształt. Księżyc szeptał jej do ucha wzory, z których potrafiła ułożyć sobie w głowie ludzką postać. Moc kusiła ją od dawna, odkąd tylko ją w sobie odkryła. Teraz wreszcie pojawił się dobry powód, by jej użyć.
Tak bardzo bała się tkać. Że jeżeli nauczy się czuć wodę, moc będzie ją kusić jeszcze bardziej.
Nini sięgnęła po krew. Napastnik zastygł w bezruchu, a potem… zawisł w powietrzu, bezwładny jak marionetka na sznurkach. Właściwe ruchy przyszły do niej same, jak wtedy, kiedy tkała krew pierwszy (jedyny) raz. Przymknęła oczy. Znowu była w domu. Światło księżyca odbijało się w śniegu i lodzie. Twarz jej narzeczonego wykrzywiona przez wszechogarniający ból. Dziewczyna niemal poczuła duszący zapach nalewki z morskich śliwek, którą wtedy cuchnął. Jego gorący, cuchnący alkoholem oddech na twarzy i ręce boleśnie zakleszczające się na jej biodrach. Słyszała swoje własne zduszone protesty i błagania. Wtedy też sięgnęła po krew, w desperackim akcie samoobrony, którego nikt nigdy jej nie wybaczy.
Nie miała już pojęcia, czyje wrzaski słyszy.
Moc uderzyła jej do głowy jak wino. Chciała przestać, ale nie potrafiła. I nie mogła. Łańcuch śmierci trzeba przerwać. To się musi wreszcie skończyć.
Sang Ji wyszedł spod jeziora Laogai, delikatnie mówiąc, wściekły.
Wei do niczego się nie nadawał po ponad trzydziestu godzinach bez snu, więc był zmuszony ciągnąć ze sobą Lianga. Lianga, który był święcie przekonany, że jego ostatnim zadaniem była ochrona uzdrowicielki, a nie obnoszenie jej po mieście w charakterze wabika. Sang Ji liczył, że dzięki temu złapią Artystę, kiedy będzie się desperacko błąkał po ulicach w poszukiwaniu swojego upatrzonego celu. I oczywiście udało się o tyle, że najwyraźniej Liang był z dziewczyną wszędzie, gdzie tylko można było z nią być. Wszędzie, gdzie jest dużo ludzi. Może poza obozem armii Narodu Ognia, ale akurat w ich uczestnictwo w morderstwach Sang Ji szczerze wątpił.
Kiedy Wei układał swój plan z przynętą, pewnie nie przewidział, że dziewczyna sama się wystawi.
– Jesteś pewien, że to najkrótsza droga do fontanny? – Liang prowadził go jakimiś maleńkimi uliczkami, więc Sang Ji zaczął powoli wątpić.
– Jeszcze tylko kilka budynków i będziemy, Sang Ji!
Chłopak był podekscytowany jak rzadko. Nie miał dość doświadczenia, by od razu przejrzeć, co dziewczyna zrobiła.
Zacisnął pięści. Jedyną rozpoznaną przez Nini osobą, o której wiedzieli, był Huang Fu. Agent nie był tego do końca pewien, ale chyba widział kiedyś Hwa Mei, żonę Huanga, w sukience bardzo podobnej do tej, którą miała na sobie ostatnia ofiara. Bardzo chciał się mylić.
Zgodnie z obietnicą Lianga, w kilka minut dotarli do Ognistej Fontanny. Sang Ji z przerażeniem spostrzegł, że miał absolutną rację. Nini potrafiła kontrolować ludzką krew. Dziewczyna zdawała się dyrygować drugą, zawieszoną w powietrzu postacią. Ruchy jej ramion przypominały gwałtowne, urywane szarpnięcia. Osoba, która najpewniej była ich Artystą, dosłownie wyła z bólu, całym jej ciałem wstrząsały konwulsje.
– A niech mi Koh twarz ukradnie... – wyszeptał Liang.
– Uważaj – mruknął Sang Ji. – Jeszcze cię może usłyszeć.
Nóż upadł na bruk z głośnym brzękiem, ale Nini wciąż nie przestawała. Bała się, że jeśli przestanie, pozwoli potworowi uciec, a sama zacznie wymiotować. Dokładnie tak jak wtedy. Przełknęła ślinę, nie zwracając uwagi na słony smak łez, które spłynęły jej po policzkach aż do ust.. Nagle poczuła, że czyjeś silne, ciepłe dłonie obejmują delikatnie jej nadgarstki, unieruchamiają ręce. Z oddali dotarł do niej szelest słów, szept tak cichy, że nie potrafiła rozróżnić znaczeń. Ale coś w tonie głosu kazało jej się uspokoić, rozluźnić. Wszystko będzie dobrze, zdawał się mówić ten głos. Otworzyła oczy. Ba Sing Se otoczyło ją znowu swoim brukiem i drewnem. Kilkanaście kroków od niej ten, który chciał ją zabić, stał uwięziony w skalnej klatce.
Człowiek, który przytrzymywał jej ręce, obrócił ją delikatnie ku sobie. Nini uczepiła się kurczowo jego szaty i wtuliła się w niego, nie bardzo zastanawiając się nad tym, co robi. Mężczyzna ani na chwilę nie przestał szeptać swoich uspokajających bzdur, poczuła jego dłoń na swoich włosach. Wezbrała w niej nowa fala płaczu. Słyszała, że ktoś przeprasza łzawym głosem, wciąż i wciąż bez ustanku. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że to jej własny głos.
Liang odwrócił wzrok. Nigdy wcześniej nie widział Sang Ji w tak prywatnym momencie i, choć poczuł drobne ukłucie żalu na ten widok, w zasadzie cieszył się, że to właśnie jego mentor jest tutaj, żeby pocieszyć Nini. Mogło być gorzej. Mogła trafić na Weia.
Ze swojej utkanej naprędce klatki żona pana Huang Fu patrzyła na niego wzrokiem pełnym jadu i nienawiści. Siedziała spokojnie, nie szarpała się, ale za to mówiła. I w dodatku miała czelność brzmieć, jakby była rozczarowana.
– Nie powinniście byli przychodzić – mamrotała. – Jak ja teraz ozdobię to miejsce, skoro nie dajecie mi materiału? Skąd wezmę nową lalkę?
Liang starał się nie patrzeć bezpośrednio na kobietę. Było w jej wzroku coś szalonego, jakiś maniakalny blask, którego w zasadzie nie dało się zignorować.
– Poskarżę się mężowi! – zawołała nagle. – Mój mąż jest szanowanym urzędnikiem!
Liang nie miał zamiaru słuchać jej głosu ani chwili dłużej. Kamienny knebel może nie był zbyt wygodny, ale przynajmniej spełniał swoją rolę. Z utkanej przez niego maski widać było tylko wściekłe, rozbiegane oczy pani Hwa Mei. Kobieta patrzyła na niego z absolutną pogardą i nienawiścią, ale Liang nie przejął się tym zbytnio. W końcu prawie wszyscy w Ba Sing Se żywili takie uczucia do agentów Dai Li, nawet tych początkujących.
Sang Ji zastał Huanga w pracowni, ślęczącego nad jakimś kolejnym szalonym projektem. Starszy agent był w wyśmienitym nastroju, chociaż wyglądał tak, jakby nie przespał minionej nocy nawet godziny. W rogu jego maleńkiego kantorka siedział Xiaodan, pochrapując regularnie.
– Wyobraź sobie – mówił, gestykulując przy tym zamaszyście – że udało mi się wreszcie zaaplikować Joo Dee nowe wspomnienia bez usuwania starych! Czy to nie świetnie?
Sang Ji wydał z siebie jakiś względnie twierdzący odgłos. Nie widział potrzeby wdawania się w dyskusje. Eksperymenty Reedukatora jakoś coraz mniej mu się podobały.
– Szef chce cię widzieć – poinformował. – Natychmiast.
Nie czekając na żaden komentarz, odwrócił się na pięcie i wyszedł na korytarz. Za sobą wyraźnie słyszał pospieszne kroki kolegi.
Huang Fu stracił cały swój dobry nastrój, kiedy tylko przekroczył próg gabinetu dowódcy polowego. Pan Guotin jak zwykle zajmował swoje prawdopodobnie koszmarnie niewygodne krzesło. Obok niego stał Liang – od jakiegoś kwadransa agent Liang – i starał się wyglądać dorośle i poważnie. Nini nigdzie nie było widać. Pewnie szef wyciągnął z niej wszystkie informacje, wyjaśnił szczegółowo, czemu uważa ją za skończoną idiotkę i odesłał spać. Audiencje u Guotina zwykle tak się właśnie odbywały. No i najwyraźniej im mniej wiedziała, tym lepiej. Znachor Dai Li mimo wszystko nie był agentem.
– Pan mnie wzywał, sir?
Huang Fu wypowiedział to zdanie wybitnie pokornym głosem, w ogóle nie patrząc na dowódcę. Wzrok miał wlepiony w swoją żonę, skutą i zakneblowaną, która stała tuż obok Lianga.
– Twoja żona zabijała w Niższym – szef nawet nie pochylił się do przodu. Siedział rozparty na krześle, jakby go to wszystko w ogóle nie obchodziło. – Twierdzi, że ozdabiała miasto. Wyjaśnij.
Huang wyraźnie zbladł i łamiącym się głosem zaczął wyjaśniać. Historia denerwowała Sang Ji coraz bardziej z każdym wypowiedzianym przez niego zdaniem.
– Hwa Mei przyszła do Ba Sing Se jakąś dekadę temu z uciekinierami z prowincji – opowiadał, nie przejmując się szczególnie właściwą formą raportowania. – Jej sposobem na życie były rozboje i zabójstwa na zlecenie. Podobno miała niesamowity talent do podrzynania gardeł. Poznałem ją przez kolegę z porządkowych, kiedy jeszcze studiowałem na uniwersytecie. Liczył, że będę w stanie wybić jej to z głowy. W końcu zajmowałem się psychologią. Bardzo mi się spodobała. I chciałem jej pomóc, naprawić ją. Była moim pierwszym eksperymentem. Nie do końca jeszcze wiedziałem, co tak naprawdę robię. Może trochę za mało usunąłem…
Guotin machnął niecierpliwie ręką.
– Streść nam to, Huang Fu!
– Próbowałem zrobić z niej kogoś, kto będzie umiał się zachować. Ale za nic nie mogłem wykorzenić jej skłonności do agresji. Hwa Mei kochała walczyć.
– I co z tym zrobiłeś? – Sang Ji nie mógł się powstrzymać od spytania.
– Dałem jej coś innego do kochania. Sztukę! – pochwalił się, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby. Uśmiech zgasł niemal natychmiast. – I nowy sposób walki, przez pokazywanie swojej wyższości. Do tej pory wszystko wydawało się być w porządku. Nie wiem, co się stało!
– Ale my wiemy – odpowiedział mu dowódca. – Magia wody.
– No cóż – Huang znów się uśmiechnął. – Nie mogłem tego przewidzieć. Ale nie ma problemu, popracuję nad nią trochę i Hwa Mei będzie jak nowa!
Sang Ji poczuł, że robi mu się odrobinę niedobrze. Zdecydowanie nie chciał już pracować przy szkoleniu Joo Dee.
– Nie – głos Guotina brzmiał stanowczo.
– Ale...
– Nie! Pięć morderstw. Atak na znachora Dai Li.
Huang Fu wzruszył tylko ramionami. Próbował udawać nonszalancję, ale Sang Ji widział kropelki potu na jego pobladłej twarzy.
– Co się z nią stanie? – zapytał, mimo że doskonale znał już odpowiedź. – Sir.
– Egzekucja. Obecność obowiązkowa – odpowiedział mu Guotin. – W Ba Sing Se nie ma morderców.
Szef najwyraźniej chciał z tego zrobić szopkę. Zademonstrować, jak kończą agenci, którzy mają sekrety przed dowództwem i przed kolegami. Sang Ji pochwalił w duchu ten pomysł, chociaż już czuł, że będzie musiał potem uspokajać i Lianga, i ich świeżo upieczoną znachorkę.
