Rozdział 11
Areszt w filmach nie wydawał się być tak przygnębiający. A współwięźniowie nie patrzyli na bohatera, żądni jego krwi. A w głowie nie kotłowały mu się myśli, nie dające spokoju, ani wytchnienia.
Co ja tutaj, do cholery, robię?
Przelatywały jej przed oczami wspomnienia.
Ona i Severus w Stonehenge.
Rozmowa.
Urzędnicy z Ministerstwa.
A potem fragment, którego wciąż nie mogła zrozumieć. Jakie znowu zbrodnie przeciwko ludzkości? I pokojowi? O co tu, do jasnej ciasnej, chodzi?
A potem było już tylko beznamiętne spojrzenie Severusa i film jej się urywa.
I znowu areszt.
Zabrali jej różdżkę i mugolskie dokumenty. I oprócz normalnych ochroniarzy więziennych, obok jej celi przechadzał się jeden z czarodziei, którzy po nią przyszli.
Wcześniej powiedział jej, że czekają na informacje.
No i czekała, mimo że obgryzła już wszystkie paznokcie.
xxx
- Kate, gdzie my idziemy? – zapytał zaniepokojony Harry, kiedy kobieta prowadziła go krętymi uliczkami miasta.
Nic nie powiedziała i dalej szła szybkim krokiem, z zaciętą miną na twarzy. Mężczyźnie powoli suszyły się włosy na głowie.
- Kate…? Powiedz coś – poprosił. Już nic nie rozumiał.
- Coś – wysyczała, ani odrobinę nie spowalniając.
Harry westchnął i uznał, że lepiej się na razie nie odzywać.
Szli przez jakiś czas w milczeniu.
- Już za chwilę będziemy – powiedziała w końcu Kate, odrobinę zwalniając.
- Gdzie jesteśmy? – zapytał Harry, ale nie otrzymał odpowiedzi. Po przejściu kilkunastu metrów zatrzymali się.
- To tu – powiedziała Kate i bez pukania weszła do parterowego domku. Harry już kiedyś tutaj był. Mieszkanie Kate.
W pomieszczeniu, do którego weszli, było dość jasno za sprawą lampy naftowej, ustawionej na stole. Przy nim siedziały trzy osoby – jakiś młody mężczyzna, którego Harry pamiętał z przedszkola oraz dwójka dzieci – Malik i dziewczynka, którą skądś kojarzył .
- Kathy? – zapytał ciemnoskóry mężczyzna, wstając od stołu. Kobieta kiwnęła mu głową. Powiedział coś po somalijsku i nie czekając na odpowiedź kobiety wyszedł z mieszkania.
Kate usiadła na jego miejscu. W czasie ich krótkiej podróży zdążyła się uspokoić.
- Wiesz, jest pewna historia, którą powinnam ci opowiedzieć.
xxx
Albus czekał w ramach swojego portretu na powrót Severusa. On także był ciekaw historii panny Granger. Czekał już jakiś czas. Dość długi. Już raz młodszy czarodziej nie wrócił do domu na noc, ale nie miał obowiązku się mu tłumaczyć. Był dorosły.
A mimo to, były dyrektor Hogwartu się o niego martwił. Kto wie, co mogło mu się przydarzyć?
Z ponurych myśli wyrwał go dopiero kilkanaście minut później trzask drzwi. Wpadł przez nie wściekły Severus.
Albus westchnął w myślach. Ciekawe, co znowu.
xxx
- Ja wiem, kim jesteś. Jesteś inny, magiczny. – Spojrzała na niego uważnie. – Tacy sami są moi rodzice.
Spojrzał na nią w szoku.
- Słucham?
- Moi rodzice to czarodzieje – odparła spokojnie, nie zwracając uwagi na jego zdziwienie. – Tak jak twoi i ty również, prawda?
Przez chwilę naprawdę nie wiedział, co odpowiedzieć. Ale skoro ona odkrywała przed nim swoje karty, to może i on powinien tak uczynić?
- Tak – powiedział ostrożnie, bojąc się jej reakcji. – Ty nie?
Kate odetchnęła z ulgą. Za sobą miała najgorszą część. Chyba.
- Nie. Zastałam adoptowana.
- Mnie też nie wychowywali prawdziwi rodzice – wyznał mężczyzna.
- Wiem. Ale moi są prawdziwi. Nie są tylko biologiczni. To trochę inaczej niż u ciebie.
Przez chwilę się zamyślił.
- Skąd tyle o mnie wiesz? Od nich?
- Nie. – Zamknęła na chwilę oczy. Mówić czy nie? Nie, podpowiedział jej głos w głowie, jeszcze nie czas. Intuicji należało się słuchać. – Można powiedzieć, że znałam kiedyś pewną czarodziejkę. Moi rodzice wycofali się z magicznego świata zanim skończyła się wasza pierwsza wojna. Ale nie o to chodzi. Ty możesz się stąd bez problemu wydostać, a ja nie. I w tym musisz mi pomóc.
- Nie rozumiem… - wypalił Harry.
- Chodzi o to – westchnęła kobieta – że mam do ciebie wielką prośbę.
- Chcesz wyjechać z Somalii? – zapytał zdziwiony, ale z nutką nadziei w głosie.
- Nie, nie. Nie ja. Chcę, żebyś zabrał ze sobą do Anglii kogoś innego – powiedziała spokojnie, z ukrywaną niecierpliwością czekając na jego reakcję.
- Ale… Jak to? – Nie mógł teraz logicznie myśleć i nie potrafił pojąć, o czym Kathy do niego mówi.
- No normalnie. Wiem, że i tak miałeś wracać do Anglii…
- Co? – Nie wiedział, o co jej chodzi.
- Z tego, co pamiętam, niedługo minie dziesiąta rocznica twojego Zwycięstwa. – Zauważyła, że na „twojego" nieznacznie się skrzywił.
- Nie muszę tam jechać – powiedział pewny siebie. – Poradzą sobie beze mnie, a ja wolę zostać tutaj i pomagać.
- Powinieneś pojechać. To nie jest miejsce dla ciebie – wypaliła. – Jesteś czysty, jesteś Wybawcą. W tej wojnie nie wybierzesz, czy stoisz po stronie dobra, czy zła. Będziesz musiał zmierzyć się ze swoimi problemami i pozbyć się zasad. Każde zło jest złe i żadne prawdy etyczne nie pomogą ci wybrać, które jest lepsze, czy gorsze. Ty tu nie pasujesz, Harry. Ty byłeś nadzieją dla brytyjskich magów. Ale tutaj nadzieja nic nie da, jeżeli będziesz patrzył, jak niewinni umierają na twoich rękach, a ludzie mordują się nawzajem, żeby pokazać swoją władzę i siłę. Nigdy nie pozbędziesz się z myśli obrazu matki, patrzącej na umierające dziecko. Nigdy nie zapomnisz, jak brzmi wystrzał z granatnika RPG-7 czy z CKMu. To będzie cię prześladować do końca życia. Tu nie ma magii, nie ma nawet zasad, nikt ci nie pomoże. Powiem ci to szczerze, bo cię lubię i nie zależy mi na twojej śmierci – uciekaj póki jeszcze możesz. Po potem już nie uda ci się wyrwać. I zginiesz, jak miliony ludzi przed tobą i po tobie.
xxx
Leilah miała poważny powód do niepokoju.
Normalnie, nieobecność męża byłaby dla niej pewnie wybawieniem, ale Raszid odpuszczał jej tylko wtedy, kiedy knuł coś niedobrego. A to mogło być jeszcze gorsze od jej zwykłej codzienności. I to musiało być coś dużego, bo synowie zaczęli przychodzić coraz rzadziej, a matka pytała jej się ostatnio, czy nie miała ojcowskich odwiedzin.
Zdecydowanie kroiło się coś niedobrego i Lea musiała się dowiedzieć co. Żeby móc w porę się przed tym obronić.
xxx
- Mam w planach usmażyć, obedrzeć ze skóry, ugotować, poćwiartować, udusić, wyrwać nerwy i utopić w rzece Granger – wyrzucił z siebie Severus, chodząc nerwowo po pokoju.
Portret nawet nie zaszczycił go spojrzeniem.
- A z jakiegoż to powodu? – zapytał rozbawiony Albus.
Młodszy mężczyzna wreszcie usiadł i spojrzał na przyjaciela.
- Okłamała mnie.
- Co? – zapytał zaszokowany Albus. Myślał, że od teraz między nią, a Mistrzem Eliksirów już wszystko będzie dobrze.
- Okłamała mnie – wycedził Severus. – Przed chwilą byłem świadkiem, jak ją aresztowali.
- Co? – krzyknął zdziwiony i zdenerwowany były dyrektor, niczego nie rozumiejąc ze słów przyjaciela.
- No właśnie nie wiem co! – krzyknął Severus, z frustracją uderzając pięścią w stolik na kawę i rozrzucając leżące na nim papiery. – Już nic z tego nie rozumiem.
Albus spróbował się uspokoić i wziął kilka głębokich oddechów.
- Co się dokładnie stało?
- Rozmawialiśmy w Stonehenge. W połowie jej zdania aportowali się niedaleko nas urzędnicy Ministerstwa i aresztowali ją. – Severus znów wstał i zaczął chodzić po pokoju, masując palcami nasadę nosa.
- Jakim prawem, za co? – zapytał Albus. Co oni kombinują?
- Zaczęli mówić coś o rządzie Somalii, o zbrodniach przeciwko ludzkości i pokojowi…
Albus przez chwilę milczał.
- Hermiona…? – wyszeptał w końcu z niedowierzaniem.
- Ja też byłem w szoku – odpowiedział mu głos Severusa, wydobywający się gdzieś z okolic barku, który otwierał tylko w momentach zdenerwowania.
xxx
- Przepraszam…? – zwróciła się do czarodzieja, który jej pilnował. Miała już dosyć tej wszechogarniającej ciszy. Nie wiedziała, która była godzina, zabrali jej nawet zegarek. Chociaż podejrzewała, że pewnie dochodzi już północ.
Mężczyzna nie zwrócił na nią uwagi. Może nie usłyszał, pomyślała.
- Przepraszam. – Nic. – Proszę pana…? – spróbowała jeszcze raz.
- Halo! – krzyknęła zdenerwowana. Mężczyzna nawet nie drgnął.
Powoli podniosła się z ziemi i podeszła do krat. Złapała mocno za pręty i zaczęła potrząsać. Czarodziej natychmiast się odwrócił, a ona puściła nagłe ukucie w dłonie i natychmiast puściła kraty.
- Co to było? – pisnęła, krzywiąc się z bólu.
- Przepraszam – powiedział urzędnik. – To taki odruch. Kraty są chronione magią, żeby żaden z mugoli cię nie usłyszał.
- Dlaczego jestem tutaj? – zapytała z ciekawością, która nie opuszczała jej nawet w takiej sytuacji.
- Bo jesteś oskarżona o „niemagiczne" przestępstwo. Minister uznał, że tak będzie najlepiej – odpowiedział mężczyzna, odwracając się w stronę korytarza.
Hermiona opadła bezsilnie na ścianę. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Czy już coś wiadomo? – zapytała w końcu.
- Jeszcze nie.
Znowu cisza.
- A możesz mi chociaż powiedzieć, która jest godzina? – zapytała znudzona i zmęczona. Już chciało jej się spać.
- Dobija dziewiąta.
xxx
- Adamie, ostrzegam cię… - zaczął Sharif Sheikh Ahmed, patrząc spod byka na dawnego przyjaciela. – To, że kiedyś współpracowaliśmy nie znaczy, że teraz pozwolę ci robić cokolwiek zechcesz.
Adam Zambesi spojrzał na niego z rozbawieniem.
- Mój drogi, ja chcę tylko sprawiedliwości – powiedział spokojnie. Nie miał się czego bać. To nie on musiał ze strachu opuszczać swoją ojczyznę.
- Do wymierzania sprawiedliwości potrzeba dowodów. Ty ich nie masz – odparł chłodno prezydent.
- Mam zaznania syna, zięcia, wnuków. Wystarczą. – Był pewny siebie.
- Nie wystarczą, Ahmedzie. Nie masz prawa sam wyznaczać sprawiedliwości. Twoja rzekoma winowajczyni jest Brytyjką, może żądać procesu w kraju… - zaczął, ale mu przerwano.
- Więc wyprzedźmy ją, zażądajmy procesu tutaj, gdzie krzywda została wyrządzona – odezwał się Ahmed. Ojciec pokiwał głową na jego słowa.
- Jaka krzywda? Tu nie ma żadnej krzywdy! – zdenerwował się Sharif.
- Ależ oczywiście, że jest – wysyczał Adam. – To nie podlega dyskusji.
Odwrócił się w stronę towarzyszy i kiwnął im głową. Wychodząc dał prezydentowi ostatnie ostrzeżenie.
- Wiesz, co robić.
xxx
- Kate, tak mnie nie przekonasz – odpowiedział spokojnie Harry. – Ja naprawdę wiem, jak wygląda wojna. Myślisz, że co robiłem przez ostatnie dziesięć lat?
Kobieta schowała twarz w dłoniach.
- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? To nie jest zwykła wojna. Tu nie będzie pokoju. Na każdego, który chce coś zmienić na lepsze, przypada około pięćdziesięciu, którzy chcieli by tylko destrukcji. Ty chcesz pomagać, ty chcesz ratować. Ale tu nie ma jak. Dopiero po kilku latach to zrozumiałam.
- Skoro ty tu wytrzymałaś, to dlaczego nie wierzysz, że mi się uda? – zapytał, odrobinę zirytowany. Dzieci patrzyły na nich z ciekawością.
- Harry – powiedziała zrezygnowana. – Nie możesz mnie po prostu posłuchać? Naprawdę mówię to dla twojego dobra.
- Ja wiem, czego chcę od życia. Nie potrafiłbym pojechać do Anglii, wiedząc, że tutaj giną ludzie, a ja mogłem im pomagać. Poza tym, co bym tam robił? Znów był gwiazdą? Nie, dziękuję. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, bo to, co robię daje mi satysfakcję i dzięki temu świat choć o odrobinkę staje się lepszy. Dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć, zaakceptować?
Kathy westchnęła. Wiedziałam, że będzie ciężko.
- To nie jest takie proste, jak ci się wydaje. Nie chcę niepotrzebnych ofiar. Dlatego nie ogłaszam mojej akcji na Wyspach, ani nigdzie indziej. Ja jestem masochistką, ale nie pozwolę innym się poświęcać. Z drugiej strony jestem egoistką – po prostu sama boję się, że przywiążę się do kogoś, a potem znów zostanę sama. – Spojrzała na niego znacząco.
- Więc dlatego chcesz odesłać mnie stąd z kwitkiem? – zapytał zirytowany. – Bo boisz się, że się do mnie przywiążesz?
Kretyn, pomyślała i spojrzała mu wyzywająco w oczy.
- Będę pilnować swoich tajemnic do końca – syknęła.
Chyba nie do końca ją zrozumiał, bo przez chwilę zawahał się nad następnymi słowami.
- Dlaczego uważasz, że bliskość z kimś to coś złego? Przecież z tego są same korzyści! – powiedział głośniej niż powinien i dziewczynka siedząca przy stole zaczęła piszczeć. Kate natychmiast odwróciła się w jej stronę. Szybko do niej podeszła i wzięła na ręce. Wskazała Malikowi schody i skierowali się w tamtą stronę. Harry'ego zaszczyciła tylko wściekłym spojrzeniem, znikając za ścianą.
Zeszła dopiero po kilkunastu minutach. Mężczyzna spojrzał na zegarek. Był kwadrans po północy.
- I widzisz, co narobiłeś? – syknęła Kate.
- To twoje dzieci? – zapytał ni stąd ni zowąd, wprawiając ją w chwilowe zakłopotanie.
- Tak. Możesz nie zmieniać tematu?
- Myślałem, że to było pytanie retoryczne – powiedział spokojnie, nie zwracając uwagi na jej złość.
- Mówię o tym wcześniejszym temacie – westchnęła.
- Nie wyjadę stąd sam – odpowiedział.
Spojrzała na niego bykiem.
- Racja, nie pojedziesz sam. Chciałabym, żebyś zabrał kogoś ze sobą – powiedziała chytrze.
Zamrugał kilka razy.
- Chodzi mi o to, że wyjadę tylko jeśli ty także to zrobisz – odpowiedział wyraźnie.
Potarła ręką czoło. Dobra, jest jeszcze gorszy, niż przewidywałam w najczarniejszym scenariuszu.
- Dlaczego miałabym jechać razem z tobą? Nic nas nie łączy – odparła lekceważąco.
- Nic? – zapytał, a zauważając jej brak reakcji zaczął przybliżać się w jej stronę. – Nic a nic? – Delikatnie przyparł ją do ściany, ręce opierając z obu stron jej głowy.
- Harry, co ty do cholery wyprawiasz? – syknęła. Próbowała go odepchnąć, ale był silniejszy.
Powoli zbliżył swoją twarz w jej stronę. Czuła na policzkach delikatny powiew jego oddechu.
- Nic nie było? – zapytał z dziwnym uśmiechem na twarzy. – No to teraz będzie.
Dotknął swoimi wargami jej usta. Nie protestowała. Nie chciała.
xxx
Jakiś czas później strażnik na chwilę odszedł od jej kraty, ale ona zbytnio się tym nie przejęła. Może poszedł do ubikacji, pomyślała.
Przez kilka minut nie wracał, a potem pojawił się przed jej celą z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Nie wiedziała, czego się spodziewać.
- Przyszły informacje z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tymczasowy Rząd Somalii złożył wniosek o ekstradycję.
Miała wrażenie, że serce na chwilę stanęło jej w piersi.
