Poniższy tekst jest wyłącznie efektem wybujałej wyobraźni autora i nie miał na celu obrażenia czyichś wierzeń religijnych. Autor sam jest katolikiem a to, co napisał w obecnym rozdziale jest jedynie efektem jego fascynacji dziełami luźno nawiązującymi do religii chrześcijańskiej i/lub innych. Z góry dziękuję. Pragnąłbym by ludzie czytając ten rozdział bardziej śmiali się z pseudoreligijnych podtekstów. Mimo wszystko weźcie ten rozdział na poważnie.

Samir Duran

Gdy są kłopoty wiesz, kogo wezwać! TEEN TITANS

Z ich wieży widzą dużo! TEEN TITANS!
Kiedy to zło atakuje, możesz odpocząć i leżeć na plecach! Bo bohaterowie są na patrolu!
TEEN TITANS GO!

Ich mocami zjednoczeni! TEEN TITANS!

Nigdy nie pokonali zbrodniarza, to kłamstwo! TEEN TITANS!

Już gonią tych zbrodniarzy! Nie zatrzymają się póki robota jest! Bo kiedy ten świat traci kontrolę!

TEEN TITANS GO!
Raz Dwa Trzy Cztery GO!
Teen Titans!

CHAPTER I: "Memories"

Stał na tarasie widokowym i patrzył na las za zamkiem. W zasadzie to las zaczynał się jeszcze w obwodzie zamku i w miejscu gdzie miał się spotkać z murem była mała wyrwa. Pamiętał jeszcze, dlaczego była tam ta wyrwa. Wyrwy tak naprawdę nie było. Szczelina była zamknięta magiczną barierą, która nie przepuszczała zwierząt do zamku. Za to ludzie mogli nią chodzić w te i we w te. Oparł się nieco na barierce. Na ramię wszedł mu biały, łasico-podobny zwierzak z cętkami wzdłuż grzbietu i ogona. Potarł go po łebku i spojrzał jeszcze raz na granicę pomiędzy lasem a dość rozległą polaną pomiędzy nim a zamkiem.

Przed linią drzew załopotał mu granatowy płaszcz. Wytrzeszczył oczy, ale okazało się, że to tylko refleks, jaki zostawiło mu w oczach jedno z dwóch słońc.

- Heh... No cóż... Chyba o mnie zapomnieli, co Futerku? Dwa miesiące wystarczają by ludzie zapomnieli o twoim istnieniu.

Gronostaj zwrócił na niego swoje czerwone oczka i wtulił łepek pod jego brodę. Phantom wrócił do środka.

Szedł długim korytarzem. Na ścianach wisiały tysiące obrazów przedstawiających ludzi o wszystkich kolorach skóry, a nieraz nawet istoty, które z wyglądu nie przypominały zbytnio człowieka. Każdy z ludzi na portretach był zasłużonym Zakonu Iscariote. Zamek wydawał mu się strasznie pusty. Ruszył przed siebie i zatrzymał się jakieś sto metrów dalej. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Spojrzał na obraz wiszący po jego lewej. Przedstawiał on jakiegoś mężczyznę o gładkich rysach twarzy, jednak o bladoniebieskiej skórze. Po bokach szyi miał skrzela.

- Arquanie... Więc zasłużyłeś na obraz? Pamiętam jak cztery lata temu przybyłem na twoją planetę... Jesteś najlepszym pozaziemskim inkwizytorem, jakiego znam. Nic dziwnego, że zagościłeś na tych ścianach.

Gronostaj ziewnął lekko. Phantom pogładził go po pyszczku i ruszył dalej.

Zatrzymał się przed dużymi wrotami. Zapukał w nie, po czym wszedł odchylając tylko jedną połowę wrót. Przywitał go jakiś wysoki, oliwkowo-skóry Inkwizytor. Miał na prawej ręce biały naramiennik.

- Witaj bracie Bonifacy!

- Bądź pozdrowiony bracie Edmundzie. Ja w wiadomej sprawie.

- Tak, tak... Proszę... Masz tutaj moją miksturę. Wypij ją u siebie i idź spać. Mikstura zaczyna działać leczniczo dopiero w drugiej fazie snu.

- Bóg ci za to zapłać.

Wyszedł, po czym skierował się na ogromne schody. Miały może ze dwieście szesnaście stopni. Po dojściu na górę wszedł do dwudziestej komnaty po prawej. Zdjął kapelusz muszkieterski z logiem trzynastej dywizji i położył go na wieszaku. Jego strój najpierw zmienił się w jego zwyczajową zbroję z białym płaszczem i broszką, a potem pojawił się na wieszaku. Zdjął kolejno każdą część zbroi i zostawił tylko buty i kolczugę. Usiadł na łóżku i wypił zawartość małej buteleczki.

Jego wzrok się wyostrzył, jednocześnie poczuł straszne zmęczenie. Mikstura zaczynała działać. Futerek wtulił się w jego szyję. Mimo że tego bardzo pragnął, i jego ciało się tego domagało, Phantom nie mógł spać. Ciągle majaczyły mu przed oczami twarze tytanów; raz uśmiechnięte, innym razem wściekłe, smutne, obolałe i znów radosne. Raven najdłużej zagościła w jego myślach. Futerek wtulił się w jego szyję jeszcze mocniej.

- Ech... Wiesz, co, Futerek? Ja chyba nigdy w życiu nie zaznam szczęścia...

Przed oczami zamajaczyła mu Shady...

- Chociaż... Trochę go już miałem...

Położył się na prawym boku; Futerek zasnął. Phantom spojrzał na lustro zawieszone na ścianie. Nie odbijało jego oblicza, gdyż było za wysoko. Widział za to czerniejące już pod wieczór niebo. Położył wskazujący i środkowy palec lewej dłoni na ustach.

- Ten pierwszy pocałunek towarzyszący uczuciu... Nigdy go nie zapomnę... Chociaż, za pierwszego życia pewnie miałem już i taki pocałunek. Stare życie... Nigdy już nie wróci. Choćbym nie wiem jak chciał, nie mogę do niego wrócić...

Zasnął w chwilę potem.

Phantom miał dziwny sen. Stał przed jakimś dziwnym nagrobkiem, którego imię i nazwisko głosiło: Nathan Graves. Usłyszał okropne szepty i zobaczył przed sobą jakiegoś człowieka, który czytał gazetę. Na stronie tytułowej widniała data: Gotham City 23 Marca 1999.

Spojrzał na nią dokładniej. Pod nazwą „Gotham News" widniało zdjęcie prowadzonego na egzekucję człowieka. Za nim szli strażnik i ksiądz z otwartą biblią. Człowiek czytał na głos:

- Martwy człowiek idzie, mówili więźniowie widząc jak ich towarzysz jest prowadzony na egzekucję kary śmierci.

Świat przed Phantomem zawirował. Usłyszał jeszcze jakiś inny głos mówiący:

- Wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej, gdy pewnego wieczoru życie Nathana Graves'a zaczęło się walić...

Przed Phantomem pokazał się jakiś domek na typowych amerykańskich przedmieściach. W drzwiach stał jakiś człowiek w prochowcu i kapeluszu przytulał jakaś miłą blondynkę ubraną jak typowa kura domowa. Wtedy powiedziała:

- Och Nathan, tak nie znoszę jak wychodzisz. Gotham City jest takie duże i niebezpieczne. Za każdym razem jak wychodzisz, boje się, że już cię nie zobaczę.

- Nie martw się, nic mi się nie stanie.

- Obiecujesz?

- Przysięgam na serce a jeżeli nie niech, mnie piorun...

- Nathanie Graves! Nawet się nie waż kończyć tego zdania!

- Zobaczymy się rano...

Nagle usłyszeli klakson. Obok domu przejechał samochód z jakimś blondynem ubranym w pasiasty, szary garnitur.

- Hej tam, Duży N!

Zawołał kierowca.

- Hej! To nasz nowy sąsiad Bill.

- Nie lubię tego jak na mnie patrzy.

- Za tak piękną kobietą jak ty w pobliżu, kto przy zdrowych zmysłach by nie patrzył?

Czas nieco minął i jeszcze tej nocy Nathan Graves wrócił do domu. Phantom przyglądał się jak wychodzi z samochodu.

- Dziwne... Jenny nigdy nie zostawia otwartych drzwi...

Stwierdził i wszedł do domu. Phantom wszedł za nim. W salonie leżała Jenny. Miała przestrzeloną głowę. Phantom wzdrygnął się na ten widok a Nathan padł do ciała żony.

- O Boże! Nie! NIE! Kto mógł to zrobić? Kto mógł...

- Freeze, It's the Police!

Usłyszeli głos wbiegającego do domu policjanta z wyciągniętym pistoletem. Z zewnątrz domu dobiegał odgłos syreny policyjnej. Przed oczami mignęły mu kolejne sceny w czasie dochodzenia.
Nathan Graves nie powiedział nic, gdy go zabrano. Nie powiedział nic, gdy znaleziono pistolet. Nie powiedział nic, gdy zobaczył, że na pistolecie są jego odciski palców. Nie wyrzekł słowa, gdy przyszli po niego tego mroźnego, mroźnego poranka. Nie mówi nic, gdy przywiązują go do krzesła elektrycznego. A gdy pytają czy Nathan Graves ma jakieś ostatnie słowa, Nathan Graves nie mówi nic. Na salę egzekucyjną wchodzi jego sąsiad, który tej pamiętnej nocy dwa lata temu wezwał policję.

- Przepraszam, to moje miejsce, w pierwszym rzędzie.

Nathan zobaczył jego twarz, człowiek, który był mu przyjacielem, siedział w pierwszym rzędzie, i na tej twarzy, widział gorzki uśmiech. Przez głowę przeleciały mu słowa jego żony:

- „Zawsze się gdzieś skrada. Nie lubię sposobu, w jaki na mnie patrzy."

Zrobił przerażoną minę.

- Mój Boże! Czy to możliwe...?

Ale jego słowa są przytłumione, gdyż strażnicy założyli mu egzekucyjny kaptur.

Egzekutor za szybą nie słyszał jego późniejszych słów:

- Zaczekajcie! Wstrzymajcie egzekucję! To on! To on zabił moją ukochaną!

Egzekutor pociągnął za drążek i ku jego przerażeniu, kontrolki i cała tablica odpowiadająca za napięcie pokryła się fioletowymi wyładowaniami elektrycznymi. Wyładowania przeszły po kablach i uderzyły w więźnia przeszywając jego ciało. Ciało pokryło się czarnym dymem a sale okrył jeden przeraźliwy szept ducha. W chwilę potem, Nathan Graves, odmieniony nie do poznania, mający skórę bladą jak jego kaptur, na którym od napięcia elektrycznego odcisnęła się jego czaszka i poszarpany strój, co było powodem nagłego przyrostu masy mięśniowej. Wyrwał dłonie z więzów i wskazał na publiczność za szybą palcem prawej ręki. Uszom Phantoma dobiegł jego zniekształcony, jakby wydobywający się z otchłani głos:

- Wy! Niewinny umiera, podczas gdy winny się śmieje!

Zniknął i po chwili szyba została wybita. Wszyscy widzowie uciekli, ale on zdążył złapać Billa za szyje i podnieść go na dwadzieścia centymetrów w górę.

- Kto śmieje się teraz?

Strażnicy złapali za broń. Jeden z nich wystrzelił w niego sześć pocisków. Przeszły przez niego na wylot nic mu nie robiąc.

- Dlaczego? Dlaczego ją zabiłeś...?

- Kule przechodzą przez niego jakby go tam nie było!

Wrzasnęli strażnicy i patrzyli na niego bezbronni. Nathan kontynuował:

- Jej śmierć cię obciąża! Dlaczego ją zabiłeś?

- Nie zabiłem! Nie za... TAK! Zabiłem ją! Kiedy próbowałem ją pocałować, odepchnęła mnie i powiedziała, że ci o tym powie kiedy wrócisz! A teraz zabieraj ze mnie swoje zimne łapska! Ty dziwolągu!

Nathan usiadł na krześle jak na tronie i przemówił do strażników z wyrzutem w głosie:

- Przegnici do reszty głupcy! Powiedzcie zbrodniarzom, że ich życia zostaną sprowadzone do światłości, bo gdzie Nathan Graves raz stał, tylko Tombstone pozostał.

Widoczność sczerniała, by po chwili pokazać znowu nagrobek Nathana. Nad imieniem i nazwiskiem pojawił się gotycki napis TOMBSTONE. Przed nagrobkiem pojawił się sam Tombstone. Miał tym razem czarny, postrzępiony płaszcz z kołnierzem postawionym na wzór hrabiego Drakuli. Miał na sobie czarne buty i rękawice, a na ciele ciemnoszary kombinezon z przypiętymi do nóg kaburami na pistolety i czarne szorty na kombinezonie. W rękach trzymał dwa pistolety, które lufy miały ukształtowane na wzór gzymsów z gargulcami, jednak zamiast gargulców były czaszki. Jego głowę opinał teraz obcisły kaptur z odciśniętą na ciemno jego czaszką. Phantom obudził się zlany potem.

- To chyba przez tą miksturę...

CHAPTER II: "Reunion"

Phantom stał znowu na balkonie i patrzył na ogród. Westchnął głośno, gdy Futerek wtulił się mocniej w jego szyję.

- Tęsknisz, co Bonifacy?

Phantom odwrócił się i spojrzał w oczy Arcybiskupa.

- Wasza eminencjo! Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

- Na wieki wieków amen. Nie odpowiedziałeś na pytanie.

- Tak, wasza eminencjo. Tęsknię.

- Bonifacy... Wiesz, że nie jestem formalistą. Możesz do mnie mówić na per ty, nie obrażę się.

- Dobrze.

- Więc tęsknisz za swoimi przyjaciółmi? Wiele muszą dla ciebie znaczyć.

- To prawda. Szczególnie tęsknię za dwiema osobami.

- Bonifacy, zanim powiem ci, w jakiej sprawie przyszedłem, musze cię o coś spytać.

- Słucham?

- Według przepowiedni mieli zostać wyznaczeni strażnicy życia.

- Tak, ja i Arcanus. Ale czemu pytasz, skoro przepowiednia została zniweczona?

- Wiesz, rozszyfrowaliśmy wreszcie tamtą przepowiednię do końca. I zgadnij, co odkryliśmy.

- Co takiego?

- Miało być TRZECH strażników.

- Jak?

- Otóż to... Jednak jedyne o trzecim, co zostało napisane, to, to, że obaj pozostali strażnicy mają go znać i że będzie skryta jego rola przed resztą strażników.

- Nie rozumiem do końca.

- Według przepowiedni, kiedyś już przodek Shuuba Nigouratha chciał dokonać tego, co było w przepowiedni. W czasie wielkiej bitwy o życie całego wszechświata brały udział wielkie, starożytne rody. Wśród nich były też rody z innych światów. Tak, więc był tam też ród z Anauroch, do którego z całą pewnością należał twój przyjaciel. Twój ród im przodował razem z Rodem z Anauroch. W całej bitwie przeżyły tylko trzy rody, których potomkowie zostawali dziedzicznie członkami Strażników Życia. Według zapisów, przeżył ród z Ziemi, odznaczający się twoim herbem, ród z Anauroch z symbolem feniksa i jeszcze trzeci ród z innego świata, o nieznanym symbolu i nazwie. Wiemy tylko, że kojarzono je z istotami niebiańskimi. Właśnie, dlatego chciałem spytać, czy wiesz, kim może być trzeci strażnik?

- Naprawdę nie mam pojęcia.

- Dobrze... A teraz moja sprawa. Popatrz na granicę lasu i łąki.

Phantom odwrócił się z zaciekawieniem i popatrzył na wskazane miejsce. Nie mógł uwierzyć. Szli tam. Prowadzeni przez dwóch Paladynów w pełnych zbrojach. Nie, nie byli więźniami; prowadzono ich pod eskortą. Tytani pomachali do niego. Byli wszyscy, nawet Shady.

- Idź do nich, Bonifacy. Przyszli cię odwiedzić.

- Dziękuję.

Phantom złapał futerka i włożył go do kapelusza. Przeskoczył barierkę i opadł na ziemię jakieś czterdzieści metrów niżej. Otrzepał płaszcz i z futerkiem na ramieniu a kapeluszem na głowie pobiegł w ich stronę.

Stanął przed nimi i spojrzał na nich z uśmiechem. Robin wyszedł pierwszy i wyciągnął do niego dłoń.

- Cześć stary... Kopę lat.

- Dwa miesiące! Ale czułem się jakby to były lata.

- Sorki, że nie byliśmy wcześniej, ale chcieliśmy ci dać spokój w czasie kuracji.

Powiedział Cyborg. Każdy się już nim przywitał podaniem dłoni, również Shady, Raven i Arcanus. Ucieszył się na widok wszystkich, co nie miara. Beast Boy zainteresował się białym futrzakiem siedzącym na ramieniu Phantoma.

- A! Poznajcie Futerka. Dostałem go, gdy tu przybyłem na leczenie.

Wystawił przed siebie rękę, po której gronostaj zszedł na dłoń. Skoczył na Beast Boya i żwawo przebiegł mu po klatce piersiowej i powąchał go za uchem, po czym skoczył na Cyborga i powtórzył tę czynność. Zrobił to samo jeszcze z resztą, ale miał malutki problem, gdy zawieruszył się na kapturze Raven. Ogólnie to jednak Raven nie zwróciła zbytniej uwagi na zwierzaka. Futerek przeskoczył z niej na Arcanusa a potem spojrzał na Shady.

- Spróbuj tylko szczurze, to zrobię sobie cętkowaną poduszkę na szpilki.

Gronostaj popatrzył na nią z przerażeniem i wskoczył Phantomowi na ramiona. Cała grupka poza Shady roześmiała się z tej sceny.

- Widzę, że się nic nie zmieniliście. Cieszę się, że mnie odwiedziliście.

Zauważył Phantom, po czym pokazał paladynom, że mogą już odejść.

Gdy już odeszli, Phantom uśmiechnął się jeszcze raz do przyjaciół. Wszyscy zdawali się być szczęśliwi z spotkania, nawet Shady i Raven.

- Długo tu zostaniecie? Byłbym zaszczycony gdybyście zostali tu na trochę.

- Wiesz, chcielibyśmy, ale powiedzieliśmy naszym tymczasowym zastępcom, Titans East, że nie będzie nas więcej niż cztery dni, tak, więc mamy trochę napięty czas wizyty. Rozumiesz.

- Jasne... Nie martw się Robin. Może oprowadzę was po zamku?

Zgodzili się.

Phantom zaprowadził ich do środka i wskazał wielki hol, w którym zdobione białym i czarnym marmurem kolumny miały długość chyba dwustu metrów. Wydawało się, że zamek jest większy wewnątrz niż na zewnątrz. Już w chwile potem BB, Terra, Cyborg i Arcanus ruszyli na samodzielne zwiedzanie, prawie że ignorując Phantoma. Nie przejął się tym, a wydawało mu się, że Arcanusa pociągają takie zamki. Miał tylko lekką tremę, bo został do oprowadzania z samymi dziewczynami i nie wiedział w zasadzie, co im pokazać. Ruszyli długim korytarzem z obrazami po bokach. Starfire patrzyła na nie z podziwem, gdy dostrzegła kogoś z swojej rasy na jednym z nich.

- Phantom? Co to są za obrazy?

- To obrazy zasłużonych Inkwizytorów. Każdy Inkwizytor, który się wyróżnił w swej pracy jest portretowany i umieszczany na tych ścianach. Paladyn maja taka ścianę w swojej części zamku.

- Ale skąd tu się wziął mój rodak?

- A! Tobie chodzi o Inkwizytora Juliusza? To jeden z niewielu z twojej planety, którzy przyjęli naszą wiarę. Niestety nie mogliśmy jej dalej szerzyć gdyż spotkaliśmy się z wrogością ludu. Wycofaliśmy się, ale kilku udało się nam nawrócić. Ten był pierwszy i zginął za wiarę walcząc o bezpieczny odwrót jego towarzyszy. Osobiście go nie znałem, ale wielu starszych Inkwizytorów dobrze się o nim wypowiadało.

- Na tych ścianach wiszą portrety tylko poległych?

Spytała ukradkiem Raven.

- Nie... W tym wypadku śmierć nie oznacza zasłużenie.

Phantom szedł nieco szybciej. Shady patrzyła tylko cicho jak przyspiesza i szła za nimi. Nie chciała się zgubić w tym zamku.

Nagle Starfire zatrzymała się i zawołała Raven i Shady. Te podeszły powoli z Phantomem i spojrzały na obraz, na który gapiła się Starfire. Phantom odwrócił się zarumieniony i postąpił trzy kroki przed siebie. Na obrazie widniała jego podobizna, ubrana w strój inkwizytora. Shady i Raven popatrzyły nieco dziwnie na zarumienionego Phantoma.

- Czym się tak wyróżniłeś? Bonifacy?

Zadrwiła nieco Raven.

- Nie należy mi się ten obraz. Dostałem go za uwolnienie się spod władzy Mrocznego Lorda. Ale ja tego nie zrobiłem, bo to wy mnie uwolniliście. Ale oni nie chcieli słuchać tłumaczeń i powiesili ten obraz. Za to, co wtedy zrobiłem to powinienem być wykluczony z zakonu, nie wiem, czemu Arcybiskup mnie jeszcze trzyma.

Plątał się. Shady zauważyła ze ten temat go drażni, wiec postanowiła mu trochę podokuczać.

- No daj spokój, przecież jesteś najwspanialszym inkwizytorem i w ogóle...

Phantom zaczerwienił się jak burak i spojrzał na nią ze złością. Bawiło ją to.

- Ty to robisz celowo, no nie? Czemu mi dokuczasz?

- Bo to uwielbiam! Stajesz się wtedy taki przewidywalny.

- Zupełnie jak Shady...

Stwierdziła z ukrywanym uśmiechem Raven. Shady skwitowała ją złym wzrokiem, a Phantom poprowadził wycieczkę dalej. Gronostaj dalej siedział mu na ramieniu i wtulał się w jego głowę.

Doprowadził ich do swojej komnaty i odwrócił się do nich.

- To jest moja komnata. Jeżeli chcecie to możecie pójść zwiedzać na własną rękę, każdy tutaj może was doprowadzić pod tą komnatę lub do wyjścia z zamku.

- Naprawdę możemy?

Spytała Starfire.

- Oczywiście... Nie krępujcie się.

- No to pa! Może dają tu nieźle zjeść?

Rzekła Shady, odzyskując już swoją zwyczajową pewność siebie i zadziorność.

- Kuchnia i sala obiadowa są na pierwszym poziomie w trzecim korytarzu od lewej.

Wyrecytował z pamięci Phantom. Shady machnęła mu ręką na cześć i ruszyła razem ze Starfire wzdłuż korytarza. Gdy odeszli, Phantom zwrócił swoje białe oczy na Raven.

- Wiesz? Może i to dziwnie zabrzmi, ale wolałam cię z zielonymi oczami.

- Zanim dorwał się do mnie profesor, taki był mój naturalny kolor oczu. No i włosy były czarne.

Zapadła minuta ciszy. Phantom wreszcie nie wytrzymał.

- Ty, ma się rozumieć, nie chcesz zwiedzać, co?

- W zasadzie, to miałam do ciebie sprawę...

- Proszę. Mów śmiało.

- Jakieś dwa tygodnie temu mieliśmy utarczkę z takimi dziwakami ze świata Arcanusa, w tym z jego bratem. Mieli tam kapłankę telepatkę. Chciała spenetrować mój umysł, ale udało mi się obronić dzięki twoim naukom. Wkurzyła się i wezwała do pomocy jakiegoś maga i wdarli się do mojego umysłu.

- U-ah! Atak dwóch telepatów na raz... Ciężka sprawa. A jaka jest w tym moja rola?

- Czy jest jeszcze sposób żeby się nauczyć obrony przed czymś takim w granicach kompetencji, jakie mi kiedyś objaśniłeś?

- Niestety możesz to osiągnąć tylko sama... Wierz mi Raven, jeżeli ja bym ci teraz w tym pomógł, to twój dar telepatii rozwinąłby się do tego stopnia, że by cię zdominował. Tak to już jest, jeżeli ktoś za długo uczy się od innych telepatów.

- Czyli tylko metodą prób i błędów?

- Tak.

- No cóż... ale tyle mi chociaż powiedziałeś.

- Tak... Może wejdziesz? Mam trochę tutejszej herbaty, na pewno jeszcze nie kosztowałaś takiej.

- Herbata? Tak.. Mogę spróbować.

Otworzył jej drzwi i pozwolił wejść jako pierwszej. Zamknął za sobą drzwi i rozejrzał się jeszcze po komnacie.

Komnata nie była duża, miała może najwyżej dziesięć metrów kwadratowych. Pod ścianą stało duże łoże zwrócone prawym bokiem do okna. Przy drzwiach stała zbroja krzyżowca należąca do Phantoma, która nie omieszkała ukłonić się Raven i zdjąć hełm. Nawet ją to rozbawiło. Phantom zawiesił kapelusz na wieszaku stojącym po drugiej stronie drzwi. Raven zaś popatrzyła dalej. Obok zbroi stało dość duże biurko z półeczkami, na których stały jakieś zwoje. Na blacie zaś stał mały palniczek na czymś, co przypominało popielniczkę. Na tymże palniczku stał mały czajnik, duży na tyle by akurat pomieścić wodę przydatną do zagotowania trzech szklanek herbaty. Przed łóżkiem, w odstępie wystarczającym dal człowieka by przejść stała półka z książkami.

Phantom zdjął wieczko z czajniczka i pozwolił, by Futerek przysunął mu plastikową butelkę z wodą mineralną. Przelał ją do czajniczka i włączył palnik; założył specjalny gwizdek na dzióbek.. Przygotował jeszcze dwie szklanki i usiadł obok Raven na łóżku. Był bardzo spięty i trzymał ręce sztywno przy sobie. Wreszcie zrozumiała, co go może gnębić.

- Phantom... Nie zachowuj się tak. Wiem, że to, co wtedy zrobiłeś nie było twoim zamiarem.

- Wiesz, na początku tak to chciałem sobie tłumaczyć, ale wy nie wiedzieliście jak dla MNIE przebiegało to opętywanie. Sam nie wiem, kiedy dokładnie straciłem pierwsze fragmenty wolnej woli, nie wiem nawet czy w ogóle ją kiedyś utraciłem. Nigourath wyciągnął ze mnie to, co nie zostało przekazane Wraithowi. Było tego dużo.

- Według tego, co mówił, to, to zło nie było twoje a jego.

- Ale ja je przyjąłem...Może i nie dobrowolnie, ale jednak. Raven... Byłaś, jesteś i zawsze będziesz osobą, którą szanuję najbardziej. Zawsze byłem gotów oddać za twoją przyjaźń życie.

- Nie mów tak.

- Ale tak było... A teraz? Teraz byłem narzędziem, które miało wyrządzić ci największą krzywdę... Co ja mam teraz zrobić? Brzydzę się nawet spojrzeć na własne dłonie...

- Myślę, że ci to przejdzie.

- Kolejna sprawa to taka, że nie ostrzegłem cię i zabroniłem tego robić Arcanusowi.

- Ale jak? Nie rozumiem.

- Pamiętasz ten dzień, w którym miałem rzekomo umrzeć? Nie powiedziałem o tym nikomu poza Arcanusem. Nie zostałem wyrzucony gdzieś na pustkowie czy w jakiekolwiek miejsce na ziemi. Wylądowałem w Azarath.

- W... W Azarath?

- Tak. Konkretnie to na pustyni otaczającej stolicę. Znalazła mnie twoja matka.

- Moja matka cię znalazła? Wiesz, co? Chyba się zgrywasz teraz.

- Wysoka, szczupła, fioletowe włosy, kamień czakry na czole, ciemnoniebieskie oczy, blada cera, jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i biały habit z kapturem. Czyż nie?

- Masz rację. To dokładnie ona.

- Na jej prośbę złożyłem obietnicę, że się tobą będę opiekował. Później odczytała mi przepowiednię, w której było jasno zapisane, że to ja i Arcanus będziemy strażnikami życia a ty masz wziąć czynny udział w wypełnieniu tej przepowiedni. Niestety nawet wtedy nie wiedziałem, jaka ma być twoja rola.

- Więc od początku wiedziałeś o przepowiedni?

- Tak... Uznaliśmy z Arcanusem, głównie za moją sprawą, że nie można cię obarczać świadomością kolejnej przepowiedni, skoro miałaś być już częścią jednej. Teraz mamy tylko tę pewność, że obie przepowiednie się nie spełniły, a raczej spełniły się na naszą korzyść.

- Wiesz, masz rację... Spełniły się na naszą korzyść. Sam mi kiedyś mówiłeś, że nie można roztrząsać przeszłości w nieskończoność.

- Naprawdę nie masz mi tego za złe?

- Naprawdę.

- Dzięki... Już mi lepiej... Nie spodziewałem się, że to właśnie ty mnie pocieszysz...

- Słucham?

- Pamiętam jak jeszcze byłem żółtodziobem w grupie. Zaufania do mnie nie miałaś żadnego, nie lubiłaś i nie akceptowałaś mnie. A teraz? Popatrz jak czas zmienia ludzi.

- Czas... Tak... To przez tego skurczybyka dorosłam.

Powiedziała z sarkazmem.

- Ja też już nieco przez niego dorosłem... Lepiej teraz patrzę na różne sprawy.

- Tak...

- Raven?

- Słucham?

Spojrzała mu w oczy. Były jakoś tak dziwnie smutne, a zarazem życzliwe i patrzące na nią jak na bóstwo. Nieco ją ten wzrok przestraszył. Futerek siadł jej na kolanach i przyglądał się obojgu.

- Chciałem ci to powiedzieć... Już od tak dawna... Odkąd cię poznałem, podziwiałem cię i starałem się być dla ciebie pełnym wsparciem. A to tylko, dlatego, że... – W tym momencie zagotowała się woda i w pokoju rozległ się gwizdek, który zagłuszył jego i tak ciche słowa:

- ...Kocham cię...

Raven chyba usłyszała, bo na jej licach wyskoczyły rumieńce. Odczekała dwie sekundy.

- O! Woda się zagotowała...

Stwierdziła, by zmienić temat. Phantom jednak wiedział, że jego słowa dotarły do niej.

Usłusznie wstał i nalał wody do obu szklanek. Po tym wsypał do obu jakiś zielono brązowy, gruboziarnisty proszek wyjęty z metalowej skrzyneczki wielkości piąstki. Woda niemalże natychmiast zabarwiła się na podobny odcień, tylko odrobinę jaśniejszy. Phantom zakręcił palcem nad obiema szklankami. Na tafli wody pojawił się najpierw mały wir a potem zaczął się pogłębiać do połowy szklanki i przyspieszać. Po chwili Phantom oddał już ładnie zaparzoną i wystudzoną herbatę Raven.

- Niezła sztuczka.

Stwierdziła już prawie bez rumieńców. Schodziły jej dość powoli. Phantom wnioskował, że te słowa zapadły jej na dłużej w głowie.

- To tylko telekineza... Trochę się podszkoliłem w czasie leczenia...

Usiadł obok niej, tym razem bliżej niż poprzednio, i już nie był taki sztywny, co zauważyła dość szybko Raven.

Oboje pili herbatę w ciszy. Raven szybko odwracała wzrok, gdy ukradkiem ich spojrzenia się spotkały. Phantom odwracał wtedy wzrok o wiele wolniej. Wreszcie skończyli pić i odłożyli szklanki. Phantom popatrzył jeszcze raz na Raven, a ona na niego. Coś w nim było. Coś, co sprawiało, że nie mogła oderwać oczu od jego własnych. Jego wzrok był taki tajemniczy i nieprzenikliwy, że niemalże hipnotyzujący. Oczywiście Phantom nie hipnotyzował jej i ona o tym wiedziała. Powoli zbliżył swoją twarz do jej. Jakiś nieznany dotąd bodziec sprawił, że mu na to pozwoliła. Był coraz bliżej. Raven otwarła nieco usta. Ich wargi niemalże się zetknęły, gdy nagle do pokoju wparowała Starfire. Nagłe skrzypnięcie drzwi sprawiło, że oboje odskoczyli od siebie na małą odległość i spowodowało wyskoczenie rumieńców na ich twarzach. Starfire popatrzyła na nich i chyba nie zdała sobie sprawy z tego, co się mogło wydarzyć.

- Phantom! Robin cię prosił żebyś zszedł do ogrodu! Chcemy z tobą coś obgadać. Ty też chodź Raven.

Raven wstała i uśmiechnęła się dyskretnie i nieśmiałe do Phantoma. Futerek popatrzył na Starfire z zawiedzioną miną i wskoczył Phantomowi na ramię.

- Dobra! Zaraz tam będę, Przebiorę się tylko.

Obie dziewczyny wyszły z pokoju i zamknęły drzwi.

Phantom uderzył z złością w blat stolika prawą pięścią. Futerek spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Murwa kać1! Wszystko na nic! Ech... Nie mam szczęścia w tych sprawach.

Zmienił swój strój na strój codzienny, to jest białą zbroję z płaszczem od Raven. Przypiął solidnie broszkę i wyszedł z komnaty.

CHAPTER III: "Night in Iscariote woods"

Phantom zszedł do ogrodu i stanął przed przyjaciółmi. Właściwie to prawie, że go otoczyli. Niedaleko stał arcybiskup i wąchał piękne białe róże. Arcanus przyjrzał się płaszczowi Phantoma. Z całą pewnością nieco się zmienił od ich poprzedniego spotkania. Na plecach widniał czarny krzyż biegnący po linii od karku do dołu pleców.

- Ładny krzyż.

Zauważył.

- A! To paladyni mi go wymalowali. Ile razy chciałem go zmyć, by znowu płaszcz był biały, to on powracał. Skubańce magiczna farbę wytrzasnęli.

- Czemu go zmywać?

- Wiesz... Czarne krzyże na białych płaszczach nosili krzyżacy, tacy dawni ludzie z Niemiec... Jeszcze zanim zaczęli nosić czarne mundury i czerwone opaski na rękach. Ale tak czy siak nie byli wiele lepsi dla mojego narodu. Wolałbym już czerwony krzyż, jeżeli w ogóle miałbym jakiś mieć, ale nie dało się go przemalować... A! Robin! Mieliście jakaś sprawę.

- A tak! No, więc, wybieramy się na wakacje. Całą grupą... I nie chcieliśmy cię pomijać. Jak myślisz? Udałoby ci się wcześniej wyjść? w końcu pozostał jeszcze tylko miesiąc wakacji.

- Wyjść wcześniej? Bardzo bym chciał, ale nie wiem czy mogę. Moje leczenie to poważna sprawa.

- Możesz jechać.

Podszedł do nich Arcybiskup. W zasadzie to zdali sobie sprawę, że on nigdy nie zdejmuje swojej fioletowej stuły. Miał w rękach jedną z białych róż. Niewiele mówiąc dał ją Shady i uśmiechnął się serdecznie.

- Jeżeli weźmiesz odpowiedni zapas mikstury brata Edmunda to możesz już wyjść.

- Bardzo dziękuję, ale przecież leczenie...

- Leczenie najlepiej przebiega, gdy na jego początku odczuje się samotność a później wróci do grona przyjaciół i znajomych. Dobre samopoczucie to podstawa podstaw.

Ukłonił się wszystkim i odszedł.

- W takim razie dobrze. Spakuję się i możemy ruszać.

Wszyscy prócz Raven, Shady i Arcanusa zawiwatowali. Tamta trójka tylko się uśmiechnęła. Już w kilka minut później Phantom pakował się i po pół godzinie zszedł do jadalni. Przed jadalnią spotkał się z przyjaciółmi. Plan był taki, że zjedzą kolację i razem z trzema paladynami, jego zbroją i inkwizytorem jako eskortą ruszą do magicznego portalu, który znajdował się za lasem.

Kolacja była dobrze dobrana i składała się z wyjątkowo egzotycznych potraw. Sala jadalna składała się z wielkiej sali i długiego, ponad stumetrowego stołu ustawionego wzdłuż niej. Tytani zasiedli nieco bliżej drzwi. Po środku stołu zasiadł Phantom Po jego lewej kolejno: Beast Boy, Terra, Robin i Cyborg. Po prawej: Starfire, Shady, Arcanus i Raven. Dalej siedzieli już inkwizytorzy, z czego niektórzy mieli dziwne kolory skóry a wielu z nich nie miało wiele z ludzi w swej aparycji. Zdarzył się nawet jeden trzyręczny o owadzich oczach; niebieskich, świecących oczach. Jego kolor skóry też był ciekawy: czerwony. Po drugiej stronie stołu zasiadł Arcybiskup i po odprawieniu modlitwy dziękczynnej i modlitwy proszącej o pomyślną przyszłość dla wszystkich członków zakonu i ich bliskich, i zabrali się do jedzenia.

W czasie posiłku Phantom usiłował nie patrzeć zbyt często na Raven. Postanowił, że należy już jej dać spokój. Za to sama Raven wdała się w rozmowę z Arcanusem. Czuł okropną zazdrość, jednak starał się jej nie okazywać. Zaczął dyskretnie obserwować Shady. Minęło już sporo czasu od tamtych wspomnień a mimo to wydawała mu się atrakcyjna. Shady natomiast wolała się skoncentrować na zjedzeniu czegoś pożywnego, gdyż już sama droga do zamku nieco ją wymęczyła, więc powrotna nie mogła być lżejsza. Raz zauważyła rozmarzone spojrzenie Phantoma a ten natychmiast zwrócił oczy na talerz. Puściła mu dyskretny uśmiech i też wróciła do jedzenia.

Zapadał zmrok a oni byli mniej więcej w połowie drogi do portalu. Od zamku do ich celu było ponad sto kilometrów a musieli tą drogę pokonać pieszo. Robin, Cyborg, Zbroja i Phantom bez porównania przodowali. Phantom i Zbroja głównie z tego powodu, że jako jedyni poza inkwizytorami i paladynami orientowali się w gęstym lesie, a Robin i Cyborg dotrzymywali Phantomowi towarzystwa.

W czasie jednego z postojów, jeszcze zanim zapadł mrok, Phantom zobaczył osobliwą scenę. Arcanus siedział na ściętym pniaku wyjątkowo blisko Raven a ona mu na to pozwalała. Gdy już miała się oprzeć o jego ramię, do akcji wkroczyła Starfire wyskakując im zza pleców i krzycząc z radością na widok różnokolorowych motylków.

- „Starfire... Widziałem, że mnie nie zawiedziesz..."

Pomyślał do siebie i uśmiechnął się.

W dwie godziny później byli już w połowie drogi. Wchodzili akurat na mniej zalesiony teren.

- Znienawidzę lasy!

Produkował się Cyborg, który już któryś raz z rzędu wpadł na drzewo.

- Uważaj... Jeszcze się drzewa wnerwią.

- Nie mów! Enty?

Spytał Arcanus.

- Nie, ale w tym lesie zdarzają się Sprigaany. To takie drzewa z własną świadomością... Mogą się ruszać, ale nie przemieszczać.

- Właściwie to co to za świat?

Spytała Terra.

- Nie nazwaliśmy go jeszcze... Jak o nim mówimy to zawsze jest to związane z powrotem do zamku Iscariote, więc mówimy jak o zamku.

- Dlaczego macie inny świat? Na naszym zabrakło wam miejsca?

Spytał z kolei Robin.

- Instytut Iscariote jest stosunkowo tajny. W dzisiejszych czasach zapotrzebowanie na inkwizytorów i paladynów w społeczeństwie jest niemalże zerowe. Ludzie nie chcą wiedzieć, że istnieją dalej ludzie, których miano wywodzi się od rzezi, czyli Inkwizycji... Więc nawet pozostając w służbie musieliśmy się ukrywać. Więc już bardzo, bardzo dawno temu, gdy, w Iscariote służyli jeszcze Nekromanci z pierwszego zakonu, odnaleziono ten świat. Był niemalże dziewiczy, pozbawiony wrogich istot rozumnych. Niestety te bezrozumne istoty były wrogo nastawione i uznano, że ciężkie warunki pogodowe i te zwierzęta będą idealnym sposobem na ciężki trening i kontemplacje wiary. W dziesięć lat wybudowano zamek Iscariote a dwa lata później pozwolono tu także mieszkać Paladynom z Instytutu, czyli tym, którzy walczą w imię wiary bez zostawania duchownymi.

- Ekhem? Jesteś duchownym?

Spytała Shady przypatrując mu się badawczo.

- Nie... Nie jestem. Jestem tu jedynym wyjątkiem od reguły. Nie wcielono mnie do Paladynów a od razu do Inkwizytorów z tym wyjątkiem, że nie dostanę święceń kapłańskich. Instytut uznał, że jestem za młody i moim zadaniem przyszłe założenie rodziny, tak jak jest to zadaniem Paladynów. Ale dokończę wam o świecie i zamku.

- Dobra! Kontynuuj.

Powiedziała Terra.

- No więc szybko odkryto, że jest tu jeszcze wiele sposobów na sprawdzanie swojej wiary. A mianowicie niektóre stworzenia rozumne zamieszkujące te tereny. Są pokojowe, ale mało, które z nich chcą przyjąć naszą wiarę. Wiarę sprawdza się na niektórych. Na przykład na Nimfach Wodnych. Nimfy jak to nimfy, próbują uwieść. Oparcie się ich wdziękom to dla inkwizytora duże wyróżnienie, ale znowu rzadko się tego dokonuje. Tylko w czasie wypraw na wrogo nastawione osady mieszkające dwadzieścia kilometrów za lasem. Te stworzenia to tak zwani najeźdźcy. Wyglądają jak ludzie, jednak są pokryci łuskami i są łysi. Jakieś sto lat temu udało im się przejąć zamek na kilka miesięcy. Odbito go kosztem wielu paladynów i inkwizytorów. Nasi czarodzieje szybko odkryli też ze świat ten jest pełen many przemian, co stwarzało idealne warunki do utworzenia „dyspozytorni" bram między planetarnych. Z tego świata ruszały wyprawy pokojowe do światów takich jak Tamaran, Alfa Centauri i Azarath, oraz wyprawy wojenne na światy jak Anauroch, Gordania, Proxima Zeta.

- Byliście w moim świecie?

Spytał Arcanus.

- Tak, Uznano twój świat za niebezpieczny i ograniczono kontakty z nim. Zdarzały się bowiem przypadki przejęcia naszych ludzi przez ludzi z twojego świata. A to już nie było instytutowi na rękę. Prowadzimy też BARDZO szeroką skalę światów, które służą nam trochę jak parafie. A że papież jest bardzo zajęty naszym światem, my zajmujemy się parafiami z innych światów.

Futerek wtulił się w tył głowy Phantoma, po czym ułożył się jak boa na jego szyi.

- Phantom?

- Słucham Robin?

- Mówiłeś, że są tutaj ciężkie warunki pogodowe?

- Tak? A co?

- Spójrz tam.

Robin wskazał na niebo. Bardzo szybko z nieba runął deszcz, który w ciągu kilku chwil przerodził się w grad wielkości piłeczek pingpongowych. Ludzie zaczęli się rozbiegać a inkwizytorzy i Phantom nie mogli nad nimi zapanować. Grad tylko się nasilał. Jeden z Inkwizytorów krzyknął na Phantoma i zbroję:

- Phantom! Mamy tutaj czwórkę! Reszta musi być po waszej stronie! Ochraniajcie ich!

- Zrozumiałem! Jak ucichnie burza to spotkamy się na miejscu lub w obozie Beta!

- Zrozumiałem! Do zobaczenia.

Phantom i zbroja wkroczyli w puszczę i zaczęli szukać swoich towarzyszy. Phantom w dość szybki sposób zlokalizował kogoś w jego pobliżu. Właśnie przestał padać grad i tylko lało. Czuł, że ten ktoś stoi za drzewem. Okazało się, że to Raven. Zbroja przyprowadziła, bo sekundce Shady.

- Jeszcze dwójka... Ja pójdę poszukać na lewo a ty na prawo! Spotkamy się tutaj za piętnaście minut. Dziewczyny idą ze mną.

- Hola, hola!

Krzyknęła na Phantoma Shady.

- A wolisz iść z zbroją?

- No tak... Przepraszam.

Powiedziała to raczej bez przekonania. Raven bacznie ich obserwowała. Coś jej w nich nie pasowało. Czuła, że przeoczyła jakiś ważny fragment historii, ale nie wiedziała, jaki. Ruszyli w wyznaczonym kierunku i zaczęli przeszukiwać las.

Nagle Futerek zjeżył się na grzbiecie i syknął na pobliskie drzewo. Na górze siedział Beast Boy, przemieniony w żółwia. Wyciągnął głowę przez skorupę i gdy ujrzał przyjaciół zmienił się w człowieka i zeskoczył na dół.

- Nareszcie! Myślałem, że zostanę już na dobre w tym lesie.

Ucieszył się zielony.

- Czy my musieliśmy tu szukać?

Stwierdziły jednocześnie Raven i Shady. Beast Boy był załamany:

- Teraz to już obydwie mnie gaszą... Jak trudno być zielonym...

Phantom poklepał go po ramieniu i ruszyli dalej. W kilka minut później musieli wracać na wyznaczone spotkanie. Zbroja siedziała już na konarze i ochraniała Starfire przed deszczem peleryną przypiętą do naramienników. Zwróciła swój hełm na Phantoma. Z wnętrza dobiegł ochrypnięty, metaliczny głos:

- Paanieee! Sssnalassłeeem twooojąąąą przyyyyjaacióóółkę!

- To coś mówi?

Shady była równie zaskoczona, co reszta.

- Tak... Tylko jak dotąd to nie miała, o czym. Niedaleko stąd powinna być rzeka. Rozbijemy nad nią tymczasowe obozowisko i przeczekamy do rana.

Doszli do wyznaczonego miejsca. Rzeka miała dosyć spory skrawek ziemi niezalesionej, na brzegu. Dwa metry od wody było usiane kamieniami a reszta piękną, zieloną trawą. Dziewczyny i Beast Boy patrzyli siedząc w granicy drzew by chronić się przed deszczem jak Phantom i zbroja rozwieszają wysoko na gałęziach liny i jak sprawnie rozkładają na nich jakiś niemalże całkowicie przeźroczysty materiał i przypinają go specjalnymi klamrami.

Phantom skinął do zbroi a ta wyjęła miecz i weszła w las. On sam wycelował swoje dłonie w skrawek trawy mniej więcej pod środkiem materiału i rozłożył dłonie na boki. Dwie kępki trawy i ziemi wyleciały w las. w chwilę potem znad brzegu przyleciało kilka kamyków i ułożyło się dookoła skrawka wyrytej ziemi.

- Hej! Pod tym już nie pada! Chodźcie.

Jak kazał tak zrobili. Po chwili wróciła zbroja; niosła na ramionach jakąś dużą stertę drewna. Położyła ją przy ognisku i wróciła do lasu. Phantom zdążył już telekinetycznie poukładać część drewna w kręgu na ziemi. Po chwili wyjął spod pół płaszcza palnik i zalał drewno malutkim strumieniem ognia. Ognisko było rozpalone. Zbroja wróciła taszcząc za sobą jakieś pięć kłód. Porozkładali je dookoła ogniska, podczas gdy ich towarzysze suszyli się przy ogniu. Zbroja wyciągnęła spod peleryny jakąś skrzynię. Wszyscy poza Phantomem byli zdziwieni jak ona ja tam schowała skoro była wielkości jej korpusu. Phantom wyjął ze skrzyni cztery śpiwory i poduszki. Wyciągnął również jakieś konserwy, bochenek chleba i duże zawiniątko kiełbasy.

Czwórka jego towarzyszy usiadła na konarach. Phantom zerwał kilka kijków z drzew i wyostrzył je mieczem. Rzucił Beast boyowi jakąś paczkę, która okazała się Chipsami ziemniaczanymi a reszcie podał, po kiju z wbitą kiełbasą.

- Jak już musimy tu siedzieć to przynajmniej sobie to uprzyjemnimy.

Stwierdził i sam wsadził w ogień swojego patyka. Dziewczyny powtórzyły tę czynność za nim.

Po posiłku Dziewczyny i Beast Boy poszli spać. Phantom i Zbroja siedzieli przy ognisku i zdaje się rozmawiali. Tak to przynajmniej wyglądało w oczach Raven, gdyż Phantom poruszał ustami a zbroja odpowiadała mu kiwaniem hełmu. Nie wiedziała czy zbroja też coś mówi, bo mówili za cicho. Po chwili już usnęła. W przeciwieństwie do Shady.

Złodziejka nie mogła usnąć i obserwowała wszystko dookoła. Nie miała pewności czy szelest liści nie jest spowodowany ruchem jakiegoś drapieżnika. Widziała dokładnie jak inkwizytorzy i paladyni trzymali zaciśnięte dłonie na rękojeściach mieczy. Nawet teraz, Phantom i zbroja trzymali dłonie na rękojeściach, chociaż Phantom może tylko opierał dłoń na jej czubku? Miecz w końcu był wbity w ziemię. Widziała jak Futerek wierci się na jego szyi próbując się wygodnie ułożyć. Nie chciała się przed sobą przyznać, ale sama w głębi duszy czuła, że byłoby miło wtulić się w coś miłego... W coś lub kogoś. Nie! Nie może tak myśleć. Głupie myśli, głupie wspomnienia. Trzeba je zdusić w zarodku. Kto żyje przeszłością zaczyna nią być i powoli gubi się w świecie. Musi być silniejsza niż to. Odwróciła się w drugą stronę i zamknęła oczy.

Nagle poczuła czyjeś palce na prawym ramieniu. Zerwała się natychmiast i złapała za czyjś przegub. Popatrzyła z strachem zmieszanym z determinacją w oczy swojego napastnika. Zobaczyła białe tęczówki i oczy, które patrzyły na nią ze spokojem.

- Nie możesz spać, co?

Powiedział tak, jakby nie zdziwiła go jej reakcja. Uspokoiła się. Rzeczywiście: przez cztery godziny miotała się usypiając i budząc się zaraz. Gdzieś wyczytała historię o psychologu, który twierdził, że ważny jest tylko moment zaśnięcia i zasypiał dla tego efektu w fotelu, trzymając dwie metalowe przykrywki od garnków. Wytrwał tak trzy miesiące. Shady miała tak dopiero sześć razy w tej nocy i nie potrzebowała przykrywek.

- Tak...

Odpowiedziała po chwili. Spojrzała w niebo. Przestało padać, ale lekko jeszcze kropiło. Niebo było gwieździste, jednak nie przypominało w ogóle ziemskiego. Utrzymywał ją w tym fakt, że ziemia nie miała trzech księżyców.

- Chodź. Chcę ci coś pokazać.

Podał jej dłoń. Przyjrzała jej się z zamyśleniem i niechętnie dała mu pomóc się podnieść. Uśmiechnął się do niej zerknął znacząco na zbroję. Ta potaknęła ruchem hełmu i usiadła przy ogniu. Wyszli poza obręb obozu i ruszyli w stronę lasu.

- Gdzie ty mnie prowadzisz?

- Spokojnie. Nie do lasu. Trzeba chwileczkę przez niego przejść. Zaufaj mi...

Shady po chwili zastanowienia zgodziła się by ją poprowadził.

Złodziejka czuła się nieco niezręcznie będąc prowadzoną za rękę. Wspomnienia uderzyły w nią ze zdwojoną siłą. W głębi duszy jednak nie chciała żeby puszczał jej dłoń. Jego dotyk nic nie stracił ze swej mocy od tamtych czasów. Nadal był delikatny i czuły, niemalże nieludzko czuły. Pamiętała, jak ten dotyk potrafił działać na nią uspokajająco. Wreszcie Phantom odsłonił przed nią zarośla i krzaki i jej oczom pokazała się piękna łąką.

Miała z pół kilometra długości i trzysta metrów szerokości. Oczywiście nie miała kształtu regularnego kwadratu. Gdzieniegdzie znajdowały się głazy większe od człowieka, ale nie było ich aż tak dużo. Na drugim końcu łąki była piękna rzeka. Zdumiało ja jak wiele świetlików krąży miedzy trawami i brzęczy jak świerszcze. Brzęczą jak świerszcze?

- To krzyżówka świerszcza i świetlika. Nazywam je po prostu robaczkami świętojańskimi.

- Phantom...

- Tak?

- Tu jest pięknie.

Ogrom i piękno łąki przytłaczały ją niemalże. Nie wiedziała, że ten wrogi świat może mieć takie piękne miejsca w swoich zanadrzach. Ruszyli przez łąkę i w pięć minut przeszli sto metrów.

-Cieszę się, że ci się podoba.

- Ale dlaczego?

- Primo: chciałem ci pokazać coś, co by cię trochę rozweseliło. Secundo: mamy dzisiaj rocznicę.

- Ty nadal do tego wracasz?

- Wiesz, zauważyłem, że coś cię trapi i czuję, że to ta sprawa. Może pogadamy na tamtym kamieniu?

Zaproponował wskazując palcem na duży głaz jakieś sto metrów przed nimi, wielki na tyle by dwie osoby usiadły na nim i nie były ściśnięte.

Shady usiadła a zaraz potem, po jej lewej usiadł Phantom.

- Chcesz zacząć?

Spytał uprzejmie. Shady popatrzyła na niego, po czym znów obserwowała świetliki.

- Nie wiem jak ci to powiedzieć... Wydaje mi się, że próbujesz wskrzesić to, co było kiedyś.

- No niestety tu się mylisz... Ja po prostu nie chcę ci niczego wypominać albo obwiniać cię. Jednocześnie uważam, że coś tak pięknego, co dało tyle dobrego obu stronom, zasługuje na świętowanie, co roku.

- Nie wiem... Uważam, że nie ma sensu rozpamiętywać przeszłości.

- Hmm... Słyszałaś może coś kiedyś o obozie koncentracyjnym Aushwitz Burkenau w Oświęcimiu, Polsce?

Pomyślała chwilę.

- Coś mi się obiło o uszy podczas lekcji historii...

- Byłem tam na pielgrzymce. W baraku poświęconym holokaustowi wita ludzi napis: Ci, którzy nie będą pamiętać przeszłości, będą skazani na ponowne jej przeżycie. Dlatego Polacy nigdy nie zapomną zbrodni hitlerowców. I również z tego powodu nigdy nie zapomnę o tym, co było między nami. Z przeszłością trzeba się pogodzić i ja zaakceptować... Uciekanie od niej tylko wszystko utrudnia. Doskonale pamiętam każdą chwile spędzoną z tobą i nie żałuje żadnej z nich.

- Szczerze mówiąc to byłam dla ciebie okropna.

Wykrusza się, pomyślał.

- Czułem się szczęśliwy i to mi wystarcza.

- Dzięki... Musiałam się wygadać.

- Zawsze do usług.

Chwilę posiedzieli w milczeniu. Mimo milczenia oboje byli w bardzo dobrych nastrojach i obserwowali goniące się świetliki.

- Wiesz co?

- Hmm...?

- Przypomniałem sobie właśnie piosenkę, która by pasowała do naszej rocznicy.

- Naprawdę?

- Yhym... Ale bez muzyki to trochę kiepsko by było...

- Cóż... Trudno.

- Ale i to się załatwi.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Po chwili wyciągnął przed siebie dłonie i wyglądało na to, że uderzał w niewidzialne klawisze, bo pod wpływem ruchu jego palców z powietrza wydobywał się dźwięk fortepianu. Wydawało się, że stroi go, po czym rozprostował palce.

- Tę piosenkę dedykuję dla Shady! By uśmiech zawsze gościł na twej twarzy.

Uśmiechnął się serdecznie i zaczął grać... Po kilku sekundach zaczął również śpiewać pierwszą zwrotkę:

- I've heard there was a secret court. The David played and it pleased the Lord. But you don't realy care for music, do you? It goes like this, the fourth, the fifth. The mighty fall, the major lived. The batlle king composed Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah!

Shady spojrzała na niego z uśmiechem i zaczęła śpiewać drugą zwrotkę:

- You're faith was strong but you needed truth. You saw her bathing on the roof. Her beuty and the moonlight overthrew you. She tied you to a kichten chair, she broke your throat, she cut your hair, and from your lips she drewed the halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah!

Phantom puścił jej oko i trzecią zwrotkę zaśpiewali wspólnie:

- Maybe I have been here before. I know this thru I've walked this floor. I used to live alone before I knew you. I've seen your flag on the morbalage. Love is not a victory much. It's cone, and it's a broken Halleluyah. Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah!

Shady przysunęła się bliżej by słyszeć go jeszcze lepiej. Miał miły melodyjny głos, zwłaszcza, gdy znów zaczął śpiewać:

- There was a time you let me know, what's realy going on below. But now you never show it to me, do you? And remember when I've moved in you, the holy dark was moving too, And every breath we drew was halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah!

Shady wzięła oddech i zaśpiewała następną zwrotkę:

- Maybe there's a God above, and all I've ever learned from love, was how to shoot at someone how have drew you. And it's not a cry you can hear at night, it's not somebody who seen the light, it's a cone and it's a broken hallauyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah!

Ostatnie słowa śpiewali już razem:

- Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah! Halleluyah…

Gdy skończyli śpiewać, Phantom grał jeszcze chwilkę, po czym w wielkim stylu zakończył. Shady popatrzyła na niego z uśmiechem i przytuliła się do jego boku. Położył prawą dłoń na jej prawym ramieniu i przyciągnął ją w przyjacielskim geście. Czuła, że ma dobrego przyjaciela na dobre i na złe. Poczuła się tak miło i bezpiecznie w jego objęciu, że nawet nie zorientowała się jak usnęła.

Obudziło ją jakieś wiercenie na nogach.

- „Nie można już facetowi zaufać!"

Pomyślała ze złością i złapała za coś nie otwierając oczu. Gdy je otwarła zobaczyła wijącego się Futerka. Trzymała go za szyję i dusiła. Szybko go puściła a ten wskoczył na ramię półśniącego Phantoma. Ocknął się i popatrzył na Shady.

- Nie lubimy zwierząt, co?

- Ten zboczeniec się do mnie dobierał.

- On? Ja myślę, że po prostu położył ci się na kolanach.

- Tak czy siak, nie podoba mi się ten szczur.

Futerek syknął na nią, a ta spojrzała na niego morderczym wzrokiem. Futerek przestraszył się i schował się pod połami płaszcza swojego właściciela.

- Właściwie to skąd go masz?

- Dano mi go, żeby móc sprawdzić czy zło tamtego Mrocznego Lorda zostało już wypędzone, bo przez nie zwierzęta źle reagowały. Wyszło na to, że wypędzili to zło i trzeba wyleczyć tylko efekty uboczne. Tak straciłem znowu dawny kolor włosów.

- Wiesz, nie podobałeś mi się z czarnymi włosami.

- Wiesz, że Raven mówiła dokładnie na odwrót?

- A ty dalej o niej myślisz na poważnie?

- Trudno się pozbyć starych przyzwyczajeń.

- Myślę, że jednak nieco przesadzasz. Przecież nawet nie odwzajemnia uczucia.

- Powinnaś wiedzieć, że ja nigdy nie oczekiwałem niczego w zamian za swoje uczucia.

- Tak... I tutaj jesteś niereformowalny. Nie jestem pewna czy jesteś albo głupi, albo po prostu najlepszym przyjacielem, jakiego można sobie wymarzyć.

- Tak... Definitywny ze mnie głupiec.

Uśmiechnął się do niej i poklepał po ramieniu.

- Noc jeszcze młoda. Przejdziemy się nad tą wodę?

- Dobrze.

Zeskoczył z kamienia i pomógł jej zejść. Gdy już stała na ziemi wyciągnął do niej znacząco prawe ramię. Przyjrzała mu się i włożyła swoje ramię miedzy szczelinę pomiędzy jego ramieniem a torsem. Szli pod rękę wzdłuż łąki. Shady podziwiała jak świetliki ich okrążają i nikną gdzieś w oddali. Nagle uderzył się lewą dłonią w czoło.

- O mało co nie zapomniałem!

Włożył dłoń pod poły płaszcza i podał Shady ładne czarne pudełko obwiązane czerwoną wstążką.

- Co to?

Spytała. Pudełko było niewiele większe od dłoni.

- Prezent z okazji rocznicy. Otwórz.

Podniosła powoli wieczko. Prezent był w Jego stylu: Bransoletka wysadzana diamentami. Przyjrzała się jej i stwierdziła w myślach, że jej się podoba. Założyła ją na prawy nadgarstek i przyjrzała się jej dokładniej. Uśmiechnęła się do niego dziękczynnie, po czym znów włożyła rękę pod jego ramię.

- Ty to wiesz jak onieśmielić dziewczynę.

- Hej! Taki już jestem.

Doszli nad wodę i przyjrzeli się tafli.

- Mogę cię namówić na jeszcze jedno szaleństwo?

Spytał ją na poważnie.

- Jakie?

- Zatańczmy na wodzie...

- Odbiło ci?

Nie odpowiedział jej tylko położył stopę na tafli wody. Owszem, od stopy odchodziły kręgi na wodzie, ale nie zanurzały się głębiej niż na milimetr. Wyciągnął w jej stronę dłoń.

- Więc jak?

- No dobrze.

Podała mu dłoń. Wprowadził ją na wodę, a ona poczuła, że ma grunt pod stopami. Nie puszczał jej dłoni i wyprowadził ją na sam środek jeziora. Tam położył jej drugą dłoń na biodrze i poczekał aż odpowiednio się go złapie. Kołysali się nieco bez muzyki, ale obojgu podobał się ten taniec. Zaczynało powoli już świtać i ich uszom dobiegały dźwięki świerszczy z brzegu i ćwierkanie jakiś nocnych ptaków. To wystarczało im za muzykę.

- Phantom?

- Słucham?

- Wiesz jak tutaj jest głęboko?

- Ze dwadzieścia metrów. Chyba wypadałoby cię ostrzec, że jeżeli mnie puścisz to runiesz do wody.

Spojrzała szybko pod siebie. Czarna toń przyprawiła ją o dreszcze. Sama nie wiedziała, dlaczego ale wtuliła się w niego. Zupełnie ją to zdezorientowało: w końcu umiała pływać, i to całkiem nieźle, a on znowu by jej nie puścił. Gdy spojrzała mu w oczy, ujrzała zakłopotanie a nieco niżej, na policzkach malował mu się rumieniec.

- Shady...

- Słucham?

- Nie puszczę cię...

- Dlaczego ty jesteś taki opiekuńczy?

- Pamiętam jak wczoraj chwilę, w której znalazłem cię nieprzytomną w wannie. Kiedy próbowałaś z sobą skończyć. Wtedy przyrzekłem sobie, że już nigdy nie dam ci cierpieć z jakiegokolwiek powodu. Może i między nami wszystko skończone, ale zawsze będę o ciebie dbał.

- Miałeś rację...

- ...?

- Jesteś głupcem...

Przytuliła go po koleżeńsku.

Raven, Beast Boy i Starfire spali pod czujnym okiem zbroi. Po chwili Raven zaczęła się wiercić i obudziła się. Jeszcze panował półmrok, ale na horyzoncie mogła już zauważyć słońce. Rozejrzała się dookoła. Brakowało Shady i Phantoma. Wstała i opatuliła się płaszczem. Było strasznie zimno. Ruszyła w stronę ogniska. Zbroja zwróciła w jej stronę swój hełm.

- Gdzie się podziali Phantom i Shady?

- Paaaan ssssaaaabraaaał sssswoooojąąą pszyjaaacióóółkęęęę naaaa wcieeeczkęęęę doooo laaaasuuu.

- Hmm... Jak to jest, że mówisz?

- Peeeewieeeen Iiiinkwiiiizyyyytooor ssssostaaaał pszeeeekleeeęty pszeeeeez deeeeemooonaaaa. Jeeeeegoooo duuuszaaaa zooostaaaalaaa zaaamknieeeeęta f teeej sbroooooiii...

- Aha. Rozumiem.

Nagle usłyszała za sobą szelest. To Shady i Phantom wyszli z lasu. Przyjrzała im się dokładniej. Shady była lekko uśmiechnięta, w przeciwieństwie, do Phantoma, który zachowywał neutralną minę.

- O! Już wstałaś?

Spytał Phantom.

- Tak... Gdzie żeście byli?

- Nad rzeką...

Odpowiedziała Shady, zakładając lewą rękę za siebie. Raven dostrzegła błysk bransoletki.

- Hmm... Małe randevous?

Phantom wydał się zupełnie zakłopotany. Wyznał jej wczoraj miłość a dzisiaj obdarowuje Shady drogimi prezentami. Ta zobaczyła jego zakłopotanie i postanowiła, że nieco mu jednak pomoże.

- O co ci chodzi? O tą bransoletkę? Zwinęłam ją jak nie patrzyła taka jedna paladynka.

- Zwi... Zwinęłaś?

Phantom idealnie udawał zdziwienie.

- A co? Świętoszku? Spodobała mi się...

- Będę musiał ją odkupić.

- „Dzięki za pomoc"

Odezwał się do niej telepatycznie.

- „ Nie bierz tego za miłosierdzie czy litościwość... Potraktuj to jako prezent rocznicowy..."

Raven dała się nabrać na tę historyjkę. Po chwili cała trójka siedziała przy ognisku i wrzucała kolejno do ognia coraz to nowsze patyki. Gdy nastał świt obudzili się Beast Boy i Starfire.

- Wstaliście? To dobrze. Za piętnaście minut wyruszamy. Musimy dotrzeć na miejsce zbiórki i wrócimy do domu.

CHAPTER IV: "Time Loop"

Na dachu wierzy tytanów otworzył się fioletowy portal. Wyszło z niego dziewięć osób. Tytani przybyli wreszcie do domu. Phantom zaciągnął się świeżym powietrzem i wypiął pierś.

- Nie ma to jak w domu!

- Tak. To prawda.

Stwierdził Robin klepiąc go po ramieniu.

- Brakowało nam ciebie.

Stwierdził Cyborg. Zaprosili go do wieży i odprowadzili aż pod jego pokój. Tu Robin otworzył mu drzwi.

- Rozgość się. Jeszcze ze cztery dni do wyjazdu, tak więc zadomów się na nowo.

- Dzięki.

Wszyscy się rozeszli, tylko Arcanus popatrzył na niego jakby zmieszany.

- O co chodzi? Coś cię trapi...

Phantom przemówił miłym głosem. Arcanusa zdziwił przyjacielski ton.

- Ja... mam jeden problem.

- Mogę ci jakoś pomóc?

- Nie wiem.

- Wejdź. Opowiesz mi wszystko a ja spróbuję ci pomóc.

- Dzięki.

Arcanus wszedł do środka a Phantom spojrzał na niego z politowaniem.

- „Phantom! nie rób z siebie psychologa!"

Pomyślał do siebie i usiadł na fotelu obrotowym. Arcanus siedział w tym drugim, nadmuchiwanym.

- Więc o co dokładnie chodzi?

- Nie wiem, co mam robić. Pewnie o tym nie wiesz... Crystal nie żyje.

Phantom zastanowił się.

- Ta wesoła dziewczyna? Jak to się stało?

- Widzisz... gdy cię nie było mój brat i jego sojusznicy przybyli do naszego wymiaru i stoczyli z nami bitwę. Już w pierwszej nas pokonali a jeden z nich zabił Crystal.

- Rozumiem... Czujesz się winny?

- Nie wiem... Coś takiego we mnie jest.

- Pewnie wmawiasz sobie ze mogłeś jej pomóc, co?

- Skąd to wiesz?

- Znam to uczucie. Wielu moich przyjaciół i kolegów zmarło przy mnie. Ba! Doprowadziłem przez przypadek do śmierci mojej matki i mojej pierwszej dziewczyny... Wierz mi, trzeba nauczyć się z tym żyć. Ja w takich sytuacjach staram się uciekać do Boga, który mnie słucha i w miarę możliwości zsyła na mnie ukojenie w modlitwie. Ale niestety ty raczej nie czujesz pociągu do Boga. Postaraj się dobrze ją wspominać albo po prostu uciekaj od tych wspomnień. Jedynym lekarstwem, jakie mogę na to ci przepisać jest czas. On leczy wszelkie rany.

- Dzięki... Trochę mi lepiej.

- Nie oszukuj. Czujesz się podle i nie ukryjesz tego przede mną. Uwierz mi, mnie nie da się oszukać... Chyba ze jesteś umarły lub sztuczny. Wątpię w to.

- Powiedz mi, czy gdy ktoś cię oszukuje, to ty automatycznie czytasz mu w myślach, czy po prostu wiesz?

Zmienia temat, pomyślał Phantom.

- Nie czytam w myślach. Ja to po prostu wiem.

- Dobra umiejętność.

- Moja rada dla ciebie. Idź się połóż... Prześpij się z tym, a gdy się obudzisz myśl o przyjemnych rzeczach. Jak to mawiają niektórzy: Licz tylko dni szczęśliwe.

Odprowadził go do drzwi. Arcanus potaknął do niego i ruszył do swojego pokoju.

Szedł korytarzem rozmyślając to, co mu powiedział. Nagle w głowie zaświtało mu jedno zdanie: „Doprowadziłem przez przypadek do śmierci mojej matki i mojej pierwszej dziewczyny".

- „Phantom spowodował śmierć matki i swojej dziewczyny? Ale jak? Nigdy nie wyglądał na takiego..."

Wszedł do swojego pokoju i niemalże natychmiast usnął położywszy się na łóżku.

Młoda, czarnowłosa, obcięta na krótko dziewczyna wyszła z pasażu samolotowego.

- Dziękujemy za skorzystanie z usług Linii Lotniczej LOT. Witamy w Gotham City, USA.

- Dziękuję.

- Pani bagaże...

- Mam tylko bagaż podręczny, przy sobie.

- Bardzo dobrze. Zapraszamy ponownie.

Dziewczyna potaknęła i wyszła z lotniska.

Taksówkarz był bardzo miły i podwiózł ją pod hotel. Zażądał dość małej zapłaty, co ją ucieszyło. Nie spodziewała się tak miłego traktowania przez amerykan.

- Dziękuję bardzo.

- Do usług.

- Czy mogę o coś spytać?

- Proszę bardzo.

- Czy wie pan może gdzie mogę go znaleźć?

Pokazała mu zdjęcie, które było w rzeczywistości zrzutem ekranu z telewizora, o czym świadczył znaczek stacji telewizyjnej numer sześć w prawym górnym rogu. Zdjęcie przedstawiało siwowłosego chłopaka w białym płaszczu. Taksówkarz od razu go rozpoznał.

- Musisz iść na most Południowy. Zobaczysz taki duży budynek w kształcie litery T. on tam mieszka.

- Dziękuję.

Taksiarz uśmiechnął się do niej i odjechał. Wyjęła z torebki jeszcze jedno zdjęcie, tym razem przedstawiało tego samego chłopaka, jednak z czarnymi włosami i zielonymi tęczówkami, takimi jak jej.

- Nareszcie cię znalazłam.

Nad wczesnym rankiem Cyborg siedział spokojnie przy konsolecie i usprawniał system alarmowy. Pokój kontrolny z głównym serwerem był owalny i z prawie każdej części ściany wyzierały monitory pokazujące różne części wieży, w tym zewnętrzne. Nagle coś zapikało z jego lewej. Spojrzał na monitor, na którym czerwoną ramką była pokazana jakaś postać, dziewczyna idąca od brzegu dróżką do wejścia wierzy. Nastawił zbliżenie na optimum i przyjrzał się jej. System mówił, że ma w przybliżeniu metr siedemdziesiąt wzrostu. Miała ładne, długie do ramion czarne jak noc włosy. Była ubrana w jasno-beżowy sweter z czerwonymi pasami pod i na ramionach, i w czarne dżinsy. Do tego wszystkiego dochodziły czarne okulary przeciwsłoneczne i szalik fioletowej barwy obwinięty wokół szyi i ust, oraz torebka przewieszona przez prawe ramię i lewe biodro. Za nią, na brzegu stała łódka. Najprawdopodobniej nią przybyła na wyspę. Natychmiast wybiegł z pokoju i zwołał tytanów do pokoju wspólnego.

Tytani patrzyli na dziewczynę, jak idzie powoli w stronę wierzy. Wyglądała na wielce niepewną. Robin położył palce na brodzie w iście „profesorskim" stylu i zamyślił się.

- Wygląda na nieuzbrojoną.

- Jest nieuzbrojona. Czujniki prześwietliły ją i nie ma na sobie żadnej broni.

Stwierdził Cyborg. Dziewczyna była w połowie drogi. Raven przyjrzała się jej dokładniej. Coś w niej wydało jej się znajome, ale nie wiedziała, co. Phantom odniósł podobne wrażenie.

- To co robimy?

- Chyba jej tu nie wpuścicie? Co?

Spytała Raven. Phantom podszedł do okna zwracając uwagę wszystkich. Popatrzył przez okno na dziewczynę i skupił się na niej. Jego oczy zabłysły na chwile na czerwono.

- Nie ma złych zamiarów. Ona... kogoś szuka... Tylko nie wiem kogo.

- Czyli jak?

Spytał BB

- Nie wiem...

Odpowiedział mu Robin.

- Zdecyduj się.

Odrzekła Terra.

- Dobrze... Ale Cyborg... Włącz namierzanie celu i uzbrój działka ochronne w broń ogłuszającą. Jeżeli będzie miała zły zamiar to ją uziemimy.

- Niezły pomysł.

- Chodźmy jej na spotkanie.

Wszyscy poza Phantomem, Raven i Arcanusem wyszli na zewnątrz. Arcanus położył dłoń na jego barku. Był wciąż zamyślony i to go z tego wyrwało.

- Hę?

- Idziesz ją przywitać?

- Co? A... dobrze... Zamyśliłem się.

Ruszyli.

Dziewczyna wyciągnęła dłoń by zapukać w wielkie wrota, jednak te same otworzyły się do środka. Stała tu piątka ludzi. Jeden pół robot, jeden gość w pelerynie i zielonych rajtuzach, dziewczyna w fioletowych ciuchach i jedna w dżinsowych spodenkach i czarnej koszulce z literą T, oraz zielono skóry chłopak w czarno fioletowym kombinezonie. Robin wyszedł do niej pierwszy. Chciał wyciągnąć do niej dłoń, ale ona zrobiła to pierwsza i uścisnęła jego.

- Dzień dobry.

Odezwał się. Miała delikatne dłonie.

- Cześć.

- Czemu zawdzięczamy wizytę koleżanki?

- Jestem Sylwia Wierzbowska. Szukam brata.

- Brata?

Do pokoju weszli Arcanus, Raven i Phantom. Sylwia widząc Phantoma o mało nie zemdlała.

- TO ON! TO NAPRAWDĘ ON!

Krzyczała z radością w głosie wskazując na Phantoma. Phantom z miną głupka obserwował jak Sylwia obejmuje go w pasie i przytula się do jego klatki piersiowej. Popatrzył z zakłopotaniem na Robina i na resztę. Z jego ramienia zeskoczył Futerek i przyglądał się uważnie dziewczynie

- Przepraszam... Ale kim ty jesteś?

Spytał zdziwiony.

- Ty mnie nie pamiętasz? Własnej siostry?

- Nie rozumiem... Opowiedz mi, o co dokładnie chodzi... Może w salonie?

Sylwia usiadła obok niego na kanapie a Tytani usiedli po bokach, z czego BB i Terra patrzyli na nich z kuchni. Arcanus stał niedaleko od nich i też obserwował. Sylwia usadowiła się wygodnie i rozpoczęła opowieść.

- Trzy lata temu z Ameryki przyszedł list informujący mojego dziadka o tym, że moi rodzice i brat nie żyją. Nie chciałam w to wierzyć, bo list był nie podpisany, ale dziadek niestety w to wierzył. Nikt nie odbierał telefonów, nikt nie pisał ani nie odpisywał na listy i maile. W końcu pogodziłam się z wiadomością, że straciłam rodzinę. Ale wtedy, jakiś niecały rok temu oglądnęłam na programie z satelity amerykański program o Dniach Polskich w Stanach Zjednoczonych. No i w mieście Gotham odbyły się takie dni. W telewizji pokazano wywiad z dwoma bohaterami miasta, z czego jeden powiedział, że jest z pochodzenia Polakiem i się nim czuje. Mimo siwych włosów i białych oczu wyglądał jak mój brat. Porównałam zdjęcia i różnice były tylko minimalne, zmarszczka mniej, zmarszczka więcej. Nieco starszy wygląd. Przez cały ten czas zbierałam pieniądze żeby przyjechać tu i cię spotkać. Braciszku.

Pokazała mu zdjęcia z telewizji i zdjęcia z jej albumu. Rzeczywiście różnice były niemalże żadne. Phantom nie mógł w to uwierzyć. Inni tytani popatrzyli na zdjęcia i od razu w myślach uznali Sylwie za jego siostrę. Phantom spojrzał jeszcze raz na nią. Miała bardzo ładne oczy, które wyrażały szczęście i radość. Niestety Phantom miał niemalże morową minę.

- Przykro mi, ale nie jestem osobą z tych zdjęć. Nie mam siostry i nie miałem. Naprawdę bardzo mi przykro, ale niestety nie odnalazłaś brata.

Wstał od niej powoli i położył jej ramię na barku. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co powiedział. Uśmiechnął się do niej.

- Jeszcze go odnajdziesz. Rozchmurz się...

Zabrał dłoń i podszedł do okna. Stał do nich plecami a tytani patrzyli na niego ze zdziwieniem. Wszyscy byli pewni, że to na pewno jego siostra. Nawet Raven była tym zdziwiona, może nawet najbardziej, gdyż wiedziała jak Phantom bardzo pragnął rodziny i jak tęsknił za nimi. Jako jedyna z obecnych poznała jego wspomnienia od deski do deski. Sylwia wstała i wyglądała jakby miała się rozpłakać.

- A- ale ten herb! Jest taki jak herb mojej rodziny.

Phantom położył dłoń na broszce

- Zbieg okoliczności. W mojej rodzinie nigdy nie było żadnego Wierzbowskiego ani Wierzbowskiej.

Teraz Raven była przekonana, że on łga, ale nie mogła się przeważyć do wytknięcia mu tego prosto w twarz. Sylwia powstrzymała jakoś łzy i spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.

- M- masz rację... Mogłam się pomylić... W końcu tyle jest sobowtórów na świecie... Przepraszam, że zajęłam wam tyle czasu. Do widzenia.

Wszyscy prócz Raven odprowadzili ją do drzwi i wyszli z nią.

Raven podeszła do Phantoma i uderzyła go w policzek z całej siły. Twarz odwróciła się o dziewięćdziesiąt stopni. Futerek syknął na nią i po chwili schował się w jego kapturze.

- Jak tak możesz? Potraktowałeś ją tak okrutnie.

- Zrobiłem to, żeby ją chronić.

- Że jak?

- Nie rozumiesz?

- Nie?

- Jeżeli wszyscy moi wrogowie wiedzieliby, że jest moją siostrą, od razu zapragnęli by ją skrzywdzić, by odegrać się na mnie.

- Ale... Mogłeś ją chociaż zaakceptować.

- Gdybym to zrobił to co dalej? Zamknęlibyśmy ją w tej wieży, żeby nikt nie mógł jej skrzywdzić? Sami byśmy ją skrzywdzili, bo byśmy ją więzili. To nie byłoby dobre życie.

- Teraz rozumiem... przepraszam.

- Należało mi się. Nawet, jeżeli zrobiłem to dla jej dobra, to jestem winny zranienia jej serca i jej nadziei. Jest z tego tylko jedno, co mi się przydało.

- Co takiego?

- Nareszcie dowiedziałem się jak mam na nazwisko.

Sylwia z ukrywanym płaczem pomachała Robinowi i reszcie i spojrzała w okno na samej górze. Nie mogła go dojrzeć, ale wiedziała w głębi duszy, że tam stoi i na nią patrzy. Była pewna, że jest jej bratem, ale on ją odrzucił. Nie mogła tego zrozumieć, ale musiała się z tym pogodzić. Ale nie potrafiła. Ruszyła w stronę przystani gdzie stała jej łódka. W łódce siedział jakiś mężczyzna owinięty czarnym płaszczem i z czapką od munduru galowego. Był trupioblady a jego tęczówki miały czerwony kolor. Dostrzegła na czapce jakąś srebrną wronę i białą czaszkę z skrzyżowanymi piszczelami zaraz pod wroną.

- Ktoś ty?

- Polskie nasienie... – Mówił jakby nie usłyszał jej słów – Namieszaliście w planach obu moim panom... Ale trzeciemu pomożecie... – Miał dziwny akcent, który wydał jej się podejrzany. Złączyła dłonie udając, że poklepnęła je z zimna. Gość wydał jej się podejrzany. Wstał na łódce. Miał czarne włosy i chudą, długą twarz. Uśmiechnął się krzywo odsłaniając zęby.

- Pytam po raz ostatni! KTOŚ TY!

- Twój brat cię odrzucił?

- Skąd o tym wiesz?

- Mój pan wie wszystko! Prawda jest taka, że przeznaczeniem waszego rodu jest przeżyć permanentną przemianę ostatniego pokolenia, by znów stało się jedną rodziną...

- Czego chcesz?

Człowiek zrzucił z siebie płaszcz. Sylwia rozszerzyła oczy na widok czarnego munduru hitlerowca z czerwoną przepaską na lewym ramieniu.

- Neonazista?

- Nie... ja jestem starym nazistą... Walczyłem z Polakami za wojny!

Ruszył w jego kierunku.

- Nie podchodź!

- A cóż ty mi możesz zrobić?

- Jeszcze zobaczysz!

- Hmmm?

- HASSAH HURDITUUM HARIII!

Wycelowała w niego dłońmi i po chwili oberwał pięcioma białymi strumieniami wystrzelonymi z jej dłoni. Popchało go to nieco do tyłu i poczuł lekki ból w brzuchu.

- Polishen Swhine! I tak to było kiepskie! Ale cóż... jak ma się w rodzinie trzynastego arcymaga to inaczej się sprawy mają. Ale to ci nie pomoże!

Zaśmiał się głośno przez wargi i zamienił się w stadko nietoperzy, które po otoczeniu krzyczącej dziewczyny rozproszyły się i nie zostawiły w tym miejscu nic. Cztery zatopiły łódkę i całe stado poleciało na południe

Van Dougall zmaterializował się z nietoperzy przed rezydencją Phantoma. Miał na rękach nieprzytomną Sylwię. Przywitał go jakiś półprzeźroczysty naukowiec w białym kitlu. Miał na oczach okulary, typowe dla starych naukowców. Duże zmarszczki idealnie komponowały się z niskim czołem i łysą po środku głową. Na samym czole świeciła na jaskrawo-zielono runiczna litera N.

- A! Pan Van Dougall! Nareszcie wróciłeś!

- Jak maszyneria doktorze?

- Musi się rozgrzać. Poza tym nie miałem okazji jej wypróbować, bo wszystkie duchy gdzieś pouciekały. Ostatni uciekł pięć minut przed pana przylotem.

- Trudno! Będziemy brali na żywca. W końcu urządzenie przechowujące dusze jest sprawne, nieprawdaż?

- Tak. Zostało w nienaruszonym stanie.

- Więc zabierzmy ją do Dark Angel.

Ruszyli przed siebie. Van Dougall zaniósł Sylwię na górę i wszedł za duchem profesora do laboratorium. Za stołem operacyjnym unosiła się w powietrzu Dark Angel. Jej jedyne żywe oko świeciło się na jaskrawo zielono, podczas gdy jej sztuczne oko obserwowało wszystko swą niebieską źrenicą. Miała na sobie swój pancerz, mroczną wersję munduru Tanagariańskiego. Kości sierżanta Richitera lśniły chromowaną powierzchnią, podobnie jak jej lewe, metalowe skrzydło wyposażone w sztylety.

- Nareszcie jesteście.

Przemówiła nie swoim głosem. Brzmiał ten głos jakby był stworzony z wiatru i z syku węża.

- Tak panie! Powróciłem z celem, jaki mi wyznaczyłeś.

- Bardzo dobrze, Van Dougall. Wkrótce spotka cię nagroda. Przypnijcie ją do stołu. Van Dougall... Możesz się nią posilić, gdy już wszystko będzie gotowe.

- Dziękuję ci panie.

Dark Angel mrugnęła okiem, które powróciło do normalnej barwy i stanęła przy nich z rękami założonymi za plecami.

- Tylko pamiętaj, zęby nie zmienić ją w Wampira, bo eksperyment się nie uda.

- Wiem, wiem...

Powiedział Van Dougall i zaczął przywiązywać nieprzytomną Sylwię do stołu operacyjnego.

Phantom i reszta siedziała w pokoju wspólnym. Tytani prawie, że słowem się do Phantoma nie odezwali, czego on starał się nie zauważać. W głębi duszy tylko Raven wiedziała, że jest mu smutno i przykro. Minęły już dwie godziny od jej wyjścia. Wreszcie odezwał się Cyborg.

- Słuchaj! Nie wiem, co cię ugryzło, ale...

- To NIE JEST moja siostra...

- Ale...

Przerwało mu. Przed nim wyłonił się z ziemi jakiś duch. Był ubrany w ciemnogranatową kurtkę oddziałów policyjnych SWAT2. Phantom wstał i popatrzył na niego.

- Drake! Co się stało?

- Szefie! To straszne! Doktor! On wrócił! I tym razem z jakimiś dziwnymi ludźmi, jeden z nich to wampir. Przed momentem przynieśli jakąś dziewczynę.

- Co? Jaką dziewczynę?

- Czarnowłosa w swetrze i czarnych dżinsach...

- MURWA KAĆ! Lecę!

Tytani zerwali się i wybiegli za nim. Cyborg ledwo nadążał za nim jadąc samochodem a Raven i Starfire nie mogły go dogonić lecąc za nim.

- Więc jednak się przejął...

Stwierdził Cyborg.

Van Dougall pochylił się nad przytomną już, lecz zakneblowaną Sylwią. Uśmiechnął się do niej w okropny sposób.

- Spokojnie! To tylko piekielnie zaboli!

Wydała z siebie pomruk i spojrzała na doktora i na Dark Angel. Doktor pracował nad jakimś urządzeniem, do którego była podłączona a Dark Angel patrzyła na nią z rozbawieniem. Nad nią zwisała jakaś maszyneria, która wyglądała jak pochłaniająca żarówka Doktor nacisnął z pasją jakiś guzik i obrócił się do Van Dougalla.

- Możesz zaczynać, Van Dougall...

- Z przyjemnością! HA HA HA!

Odsłonił jej szyję i wgryzł się w nią. Sylwia pisnęła z bólu i popatrzyła na niego. Wszystkie jej mięśnie były wyprężone. Najwyraźniej nie trafił w tętnicę, wiec ponowił wgryzienie się. Tym razem trafił i po chwili Sylwia poczuła jak jej świadomość odpływa. Ostatnim obrazem, jaki zauważyła to świecąca na niebiesko lampa. Potem jej życie się skończyło razem z jej świadomością.

Obudziła się jakby z głębokiego snu. Postrzegała wszystko wyraźniej, niemalże nazbyt. Podejrzewała, że to normalne przy postrzeganiu ponadzmysłowym. Znajdowała się za jakimś szkłem. Uderzyła w nie, ale nie zdołała go rozbić. Za nim, na zewnątrz toczyła się dziwna bitwa. Spojrzała na swoje dłonie. Miała na nich białą zbroję z czarną kolczugą, podobnie jak na całym ciele. Zbroja uwydatniała jej kształty. Spojrzała w odbicie w szybie. Miała białe oczy i siwe włosy. Nie... nie siwe... Srebrzysto lub śnieżno białe. Zobaczyła jak za szybą biją się trzy osoby przeciwko ośmiu. Obok niej stał jeszcze jeden pojemnik, w którym znajdowała się dziewczyna wyglądająca jak ona, jednak z czerwonymi oczyma i w czarnym stroju. Próbowała się wydostać, ale nie potrafiła. Nagle ze ścian wyszły cztery postacie w kapturach i habitach przypominające śmierć. Rozwaliły pojemnik jej złej kopii i wyprowadziły ją z pomieszczenia przez ścianę. Tak oto z jej oczu znikła zła Sylwia - Ghost. Sama nie wiedziała czy może się jeszcze nazywać Sylwią. Na razie obserwowała bitwę.

Arcanus podbiegł do Van Dougalla i rzucił mu w twarz jakąś szklaną kulką. Szkło rozbiło się o nos i powbijało odłamki w jego twarz i przy okazji uwolniło jakiś zgniło zielony gaz. Van Dougall złapał się szyję i padł na kolano.

- Co za smród! Ty świn...?

Nie dokończył – Arcanus wbił mu w serce osikowy kołek. Van Dougall odskoczył od niego, złapał się w agonii za kołek i krzyczał wniebogłosy padając na kolana i osuwając się na ziemię, wbijając kołek jeszcze głębiej.

- Ja umieraaaaam... – Zasyczał i zamilkł na chwilę. Nagle jego głowa podniosła się w straszliwym uśmieszku – Nieeee! Tylko się z tobą droczyłem! BUHAHAHAHA!

Wstał i wyrwał z siebie kołek, po czym rzucił go tak, że wbił się w ścianę. Arcanus spojrzał na niego ze zdziwieniem.

- Ale... To działało na Wampiry.

- Nie porównuj mnie z wampirami kategorii D. Te ścierwa się na to nabierają. Ja należę do Kategorii A! Na mnie nie działa czosnek, osikowy kołek, ani do pewnego stopnia słońce.

Wyciągnął z kabury Mausera i wystrzelał magazynek do Arcanusa. Ten uskakiwał od każdego strzału i zamachnął się z kopa w Van Dougalla. Ten zatrzymał cios i zakręcił nim w drugą stronę, tak, że Arcanus o mało, co nie stracił równowagi. Gdy wpadł na ścianę, Zza drzwi wysypało się sześciu hitlerowców w zielono-brązowych mundurach polowych. Wycelowali w niego swoje MP-40 i nacisnęli spusty. Mag odskoczył od nich i schował się za Van Dougallem. Chwycił wampira od tyłu i użył go jako tarczy. Nagle usłyszeli czyjś zachrypnięty wrzask i świst ostrza.

Jeden z wampirów został przecięty przez obojczyk do prawej pachy i padł martwy. Reszta wycelowała swoje MP-40 w Phantoma i zaczęła strzelać, jednak Inkwizytor uniknął strzałów i ściął jeszcze dwóch drogą obrotową. Miał łzy w oczach. Hitlerowcy nie mogli pojąć, dlaczego on tak walczy. Wydawało im się, że sam diabeł w niego wstąpił. Czerwone oczy patrzyły na nich z chęcią mordu i wielkim żalem. Zostało już tylko dwóch hitlerowców, którzy po wystrzelaniu magazynków wyciągnęli bagnety. Phantom stanął do nich tyłem i powiedział mrożącym krew w żyłach głosem:

- Przemienionym w nieumarłych bez ich woli oferuję wieczną noc. Amen.

Wyciągnął w ich kierunku lewą, wolną dłoń, z której wyleciało osiem zakrzywionych w rączce mieczy. W hitlerowców wbiły się po równo i z ich rączek wystrzeliło płynne srebro, które pełznąc po rękojeściach dotarło do ich ciał. Wampiry rozpuściły się w kilka sekund, razem z ich mundurami i uzbrojeniem.

Arcanus został powalony przez Van Dougalla, jednak ten nie cieszył się tryumfem, gdyż po chwili uderzyła w niego nieco bezwładnie Dark Angel, popychana niebieskim promieniem z działa Cyborga. W tym samym czasie Robin i Starfire, którzy walczyli z duchem zostali przepchnięci pod ścianę. Ich ataki nie robiły wrażenia na bezcielesnym duchu. Nagle pierś ducha przeszyło czarno fioletowe ostrze Phantoma. Runy na ostrzu zaświeciły się na złoto, po czym duch z sykiem rozpłynął się w powietrzu. W kilka sekund widniało jeszcze w miejscu gdzie znajdowało się jego czoło, runiczne N. Dark Angel rozkazała Van Dougallowi wycofać się a sama popatrzyła na Phantoma i resztę. Ten miał dalej czerwone, pałające oczy, jednak nie wyglądał na takiego, który zaraz zaatakuje Przemówiła do niego podwójnym głosem, swoim i jeszcze czyimś:

- ... A obróciwszy się zobaczyłam siedem złotych świeczników, i pośród tych świeczników kogoś podobnego do Syna Człowieczego, obleczonego w szatę do stóp, i przepasanego na piersiach złotym pasem. Głowa jego i włosy – białe jak biała wełna, jak śnieg, a oczy jego jak płomień ognia... Kiedym go ujrzała, do stóp jego padłam jak martwa, a on położył na mnie prawą rękę, mówiąc: „Przestań się lękać! Byłem umarły, a oto jestem żyjący, i jam jest kluczem śmierci i otchłani.

Phantom poważnie się zdziwił słysząc nieco sparafrazowaną wersję Apokalipsy. Nagle Angel odzyskała tylko swój głos:

- Wiadomość od mojego pana została przekazana. A to – pokazała na komorę za nią – jest prezent od niego... Do zobaczenia.

Rozpłynęła się w zielonym dymie. Po niej został tylko w miejscu wielki znak runicznego, zielonego N, który po chwili zapadł się w siebie. Phantom stał osłupiały. Popatrzył za siebie. Na stole leżało ciało Sylwii. Od jej szyi wydzielała się dość spora plama krwi a jej oczy były nieprzytomne. Do pokoju wkroczyli inni tytani.

- Hej! Co jest.? Wszyscy Niemcy ucie...

Beast Boy nie dokończył, gdy ujrzał ciało Sylwii na stole. Zatkał usta a Terra powtórzyła za nim ten gest. Raven odwróciła wzrok, podobnie jak większość. Phantom odwrócił siew stronę komory i poszedł w jej stronę. Arcanus poszedł za nim Doszli do komory, gdzie Arcanus nagrzał szkło zaklęciem Nagra a Phantom przeciął je mieczem. Ze środka wyszła Sylwia, jednak przedziwnie odmieniona. Tylko Phantom i Arcanus się zbytnio nie zdziwili. Phantom spojrzał na nią ze smutkiem. Miecz wypadł mu z ręki i padł przed nią na kolana. Wtulił się w nią i płakał głośno. Sylwia popatrzyła na niego nieco ze zdziwieniem. Mówił po Polsku, co dla wszystkich, prócz Raven było niezrozumiałe.

- Sylwia... To moja wina... Siostrzyczko... Chciałem cię chronić, a doprowadziłem do twojej śmierci. Sylwia popatrzyła ze zdziwieniem na Tytanów, po czym odchyliła się od Phantoma i przyklęknęła przy nim, kładąc mu dłoń na policzku.

- Nie obwiniaj się. Takie przeznaczenie nakazał mi Bóg.

- Ale...

- Phantom... Artur... Jesteś moim bratem. Nie chcę żebyś przeze mnie rozpaczał.

Phantom podniósł na nią oczy. Sylwia potarła jego policzek. Przytuliła go.

- Tyle lat czekałam żeby móc cię uściskać.

Również ją przytulił. Robin, Cyborg i BB niemalże się rozpłakali. Co innego Terra i Starfire... One ryczały w najlepsze.

- Sylwia... Jest mi tak przykro.

- Masz przestać czuć przykrość z powodu mojej przemiany. To rozkaz! – Powiedziała ze śmiechem, co zdziwiło go, zwłaszcza, że przed momentem umarła – A po drugie, Możesz mnie nazywać dalej Sylwią, ale od teraz przybieram imię Phantasma.

Przytuliła się do jego piersi okutej w zbroję i z jej oczu popłynęły łzy szczęścia.

- Bóg postanowił, że nasza rodzina znów się zjednoczy. I tak się stało. Braciszku...

Pogrzeb dotychczasowego ciała się nie odbył. Phantasma wykonała jeden telefon do Dziadka. Dziadek dowiedział się o jej chwilowej śmierci i stwierdził, że zajmie się ciałem, jeżeli mu je wyślą. Arcymag najwyraźniej nie przejął się tym aż tak, ale słychać było w jego głosie zaniepokojenie. Z Phantomem nie udało mu się pogadać.

- TADAAAAM! I jak?

Spytała, gdy wyszła do Tytanów z pokoju Phantoma. Miała na plecach jakąś białą pelerynę3 z kapturem. Na jej dolnej części widać było złoty pas z czarnymi runami w starożytnym języku duchów. Peleryna trzymała się na złotym łańcuszku połączonym z broszką z herbem rodzinnym tuż nad piersiami. Do tego dochodziła zbroja niemalże identyczna z tą, którą miał Phantom, jednak o żeńskich kształtach. Jej piękne, srebrne włosy zwisały jej do ramion a oczy tego samego koloru patrzyły na nich z uśmiechem.

- Jesteś piękna...

Wyskoczył od razu Phantom, zachowując dystans.

- Co teraz będziesz robić?

Spytał Robin.

- Nie wiem... Może warto zająć się naszą nową posiadłością rodową? Jest tam dużo duchów, które trzebaby chronić. Ale cóż... Na razie mam zamiar się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Przechodzenie przez ściany to fajna rzecz.

Robin podszedł do niej nieco bliżej i wyciągnął do niej dłoń z okrągłym urządzeniem z namalowana na biało literą T.

- Chcielibyśmy cię mianować honorowym tytanem.

Phantasma popatrzyła na komunikator, jednak nie wzięła go do ręki.

- Przykro mi, ale nie mogę go przyjąć. Nie zasłużyłam i nie czuję się bohaterką. Nie mogę wam pomagać, kiedy nie zrobiłam jeszcze porządku ze swoimi sprawami. Może kiedyś... Ale nie w najbliższym czasie.

- Czyli odchodzisz?

Spytał Arcanus. Phantasma podeszła do niego z tajemniczym uśmiechem.

- Tak, przystojniaczku... Ale jeszcze się kiedyś spotkamy... A to na razie...

Nieoczekiwanie dała mu całusa w policzek i odeszła od niego z lekkim uśmieszkiem. Arcanus nawet nie zauważył jak na jego policzki wyskoczyły nieśmiałe rumieńce. Cyborg w głębi duszy czuł wielką zazdrość. Raven patrzyła na nią nieco zdziwiona. Walczyła z myślą o uznaniu jej za kolejną „łatwą" dziewczynę. Phantasma popatrzyła na Phantoma, Jej oczy zaświeciły się na chwilę na czerwono. Phantomowi zrobiło się to samo i przytulili się jeszcze raz na pożegnanie. Phantasma uścisnęła dłoń każdemu tytanowi, jednak przy Raven zatrzymała się na dłużej.

- „ Miej oko na mojego brata... Niech nie robi głupot... I NIE JESTEM łatwa..."

Powiedziała jej w myślach. Raven spojrzała jej w oczy i coś w głębi jej duszy powiedziało jej, że ta dziewczyna mogłaby być dla niej dobrą przyjaciółką.

Phantasma odleciała z dachu machając do nich.

- Odwiedźcie mnie kiedyś w rezydencji! Ja was też odwiedzę! Ale to już po waszych wakacjach!

Krzyknęła na odchodnym, po czym odleciała już bardzo daleko. Phantom pomachał jeszcze pustej przestrzeni i poszedł się pakować.

CHAPTER V: „Teen Titans Holidays"

Tytani, ubrani w codzienne ciuchy cywili Robin miał maskę ukrytą pod daszkiem czapki, a Cyborg włączył hologram swojego ciała, by móc mieć wygląd normalnego człowieka wychodzili kolejno z samolotu. Podróżowali incognito i nie chcieli być rozpoznani. Wychodzili kolejno: Robin, Cyborg i Beast Boy ubrani w stroje plażowe Thaithańczyków i w słomiane kapelusze z szerokimi rondami, Terra i Starfire w górach od bikini i w krótkich dżinsowych spodenkach, Raven w stroju ala Goth, co kłóciło się nieco z temperaturą i słońcem, jakie bywało tu za dnia, a na szczęście przylecieli w nocy. Następnie szli Arcanus, w flanelowej koszuli w kratę z krótkimi rękawami i w niebieskich krótkich spodenkach, oraz z sandałami, Phantom w długich, luźnych, białych spodniach moro4 oraz czarnym podkoszulku bez rękawów i w białym berecie. Do tego oczywiście lustrzankowe okulary przeciwsłoneczne. Następnie zeszła za nimi Shady, która w ostatniej chwili dała się namówić na wyjazd w długiej do kolan dżinsowej spódniczce i w tradycyjnym już słomianym kapeluszu i okularach przeciwsłonecznych. Każde z nich niosło w ręku walizkę.

Cyborg pomyślał, że tym razem będą problemy przy wychodzeniu z pasażu. Na Thaiti najwyraźniej sprawdzali pasażerów przed i po załadowaniu na pokład, gdyż przy bramce stał ekran z rentgenem. Przeszedł przez niego i spowodował wyplucie przez strażnika kawy.

- Co ty? Proszę dokumenty!

Do akcji wkroczył Phantom. Machnął dłonią w powietrzu i powiedział spokojnym tonem do strażników:

- Nie potrzebujecie naszych papierów.

Strażnik popatrzył na niego spokojnie...

- eee... Nie potrzebujemy ich papierów.

- Możecie przejść...

Powtórzył znów przesuwając w powietrzu dłoń, na co patrzyli się strażnicy.

- eee... Mogą przejść...

- Miłego dnia...

- eee... Miłego dnia.

Wyszli z ulgą i usiedli w pasażu. Cyborg wyskoczył do niego z podziękowaniami.

- Chłopie! Jak ty to zrobiłeś?

- To? A! Widziałem to raz na filmie... Poza tym, to kompletni idioci.

Tytani przechodzili plażą skąpaną w półmroku idąc do swojego hotelu usytuowanego o jakieś pół kilometra od plaży. Przy wyjściu z plaży, na leżaku leżał jakiś człowiek ubrany w czarne dresy z jednym, czerwonym paskiem po boku. Miał na głowie czarną czapkę z daszkiem i lustrzankowe okulary. Tytani oczywiście byli rozproszeni na wszystkie strony by zachować pozory. Ostatni do hotelu mieli iść Robin i Beast Boy. Chłopak w dresach pił jakiś chłodzony napój, najwyraźniej pomarańczowy i przyjrzał się im. Zobaczył białe oczy pod czapeczką Robina i zieloną skórę Beast Boya. Zastanowił się głęboko nad tym. Do odpowiedniego wniosku doszedł dopiero dwie minuty później. Wypluł zawartość ust na piasek i spojrzał za chłopakami. Wstał i nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Zaraz wyjął telefon komórkowy i ruszył wzdłuż plaży.

- Da! Da! Dobrze pan usłyszał.

- Nie wdawaj się w kontakt do mojego przybycia! Bez odbioru

- Tak jest!

Nagle drogę zajęli mu dwaj rośli młodzieńcy. Mieli może po dwadzieścia jeden lat. W ich rękach błyszczały noże.

- Hej cudzoziemcze! Musisz zapłacić cło za przechadzkę naszą plażą!

Chłopak popatrzył na nich z uśmieszkiem. Jego dłonie pokryły się czarnym śluzem i wystrzeliły do nich. Tego z prawej podniósł do góry i rzucił plackiem na piasek, i przytrzymał niewiarygodnie wydłużoną ręką za szyję. Drugiego złapał za włosy. Wykręcił nim w powietrzu osiem młynków i wyrzucił jakieś dwieście metrów od lądu w morze. Jego lewa dłoń wróciła do poprzedniej długości, jednak po chwili palce złączyły się i uformowały coś na kształt ostrza. Przyłożył to do jego twarzy w odstępie jakiś czterech centymetrów.

- Będziesz próbował jeszcze czegoś takiego?

- N-Nie...!

- To spieprzaj gdzie pieprz rośnie.

Haitańczyk uciekał z wrzaskiem. Chłopak w dresach popatrzył na wschód słońca. W blasku rzucanym przez słońce można było zobaczyć czerwonego skorpiona wymalowanego na prawie całej długości pleców.

Od autora: Skrócony, ale i tak w miarę długości dotychczasowych rozdziałów, nie licząc ostatniego, który miał być rozdziałem epickim, czytaj: większym. Mam nadzieję, że lektura była przyjemna i mimowolne wstawienie Sludge'a, którego w tym rozdziale być nie miało wam się spodobało. Tę scenę wymyślałem przez sześć tygodni... no dobra... sześć dni... em, sześć godzin? No dobra! Sześć sekund! Nanosekund? Bez przesady! Co do Adrianusa: Jestem ciekaw jak wybrniesz z tej sytuacji z wakacjami? HIE HIE HIE!

SAMIR DURAN

1 To nie błąd... Phantom używa tego określenia by nie mówić tego poprawnego ortograficznie.

2 Special Weapons And Tactics

3 Nie płaszcz, jak w przypadku Phantoma.

4 styl wojskowy, kamuflaż, dla niekumatych