Tajemnice reputacji

Severus Snape nieczęsto, a szczerze mówiąc - nigdy nie był zadowolony ze swojego życia, przeciwnie - zawsze czuł się głęboko nieszczęśliwy a dodatkowo jeszcze manipulowany i wykorzystywany. Nie liczył na to, że ucieczka z Hogwartu nagle zmieni jego życie na swobodne i radosne, ale nie spodziewał się, że może być jeszcze gorzej niż do tej pory.

Było.

Porzucił swój pierwotny, naiwny plan, by zaszyć się gdzieś na prowincji i spokojnie żyć, udając, że skoro Potter na niego nie doniósł to nic mu nie grozi. Pomimo oficjalnie pozornego spokoju sytuacja w każdej chwili mogła ulec zmianie i na wszelki wypadek lepiej, żeby nikt nie wiedział, gdzie się znajduje i nie wydał go, kiedy list gończy jednak się pojawi.

Tym bardziej, że kiedy sprawa wyszłaby na jaw ścigaliby go wszyscy i tym razem nie mógł liczyć na żadną ochronę. Co gorsza, o ile Ministerstwo miałoby marne szanse, by go drugi raz złapać - to Przed Czarnym Panem nie mógł się schować, o czym ten mu co jakiś przypominał, torturując przez Mroczny Znak.

Mieszkał zatem w podrzędnym mugilskim hoteliku w podrzędnej mugolskiej dzielnicy Londynu a ponieważ zaklęcia można było namierzać, musiał odłożyć swoją różdżkę. Na szczęście w dawnych czasach zachomikował sobie do skrytki różdżkę podebraną jednemu ze szlam "zaginionych" podczas rajdu Śmierciożerców, którego ciało spopielił.

Zabrał ją z Gringgota pierwszego dnia ucieczki razem z całą gotówką, nie wiedząc, czy później będzie miał jeszcze okazję by tam wrócić. Gobliny co prawda nie wydawały swoich klientów, ale przed wejściem do krypt była zasłona zdejmująca wszelkie zaklęcia i kamuflaże a poza nią mógłby go zobaczyć inny czarodziej, którego tajemnica bankowa nie obowiązywała.

Lecz i tamtej różdżki używał tylko do podstawowych zaklęć, starał się być maksymalnie nieinteresującym i niezauważalnym a od czasu do czasu używając glamour pojawiał się na Pokątnej, by podsłuchiwać nowin i kupić Proroka u ulicznych sprzedawców. Z zamawianiem go wolał nie ryzykować, bo niby sowy same szukały adresatów, ale po ijawnieniu jego zbrodni, Ministerstwo na pewno znalazłoby sposób, by je wyśledzić.

Przez tygodnie, miesiące było cicho, żadnych nowych informacji, nic poza powtarzaną notatką, że Harry Potter zaginął i wciąż nie było wiadomo, gdzie przebywa i niepotwierdzoną dotąd przez nikogo plotką, że Hogwarcki Mistrz Eliksirów, który także zniknął tej samej nocy, ukrywa się z Potterem, uciekając przed Sami - Wiecie - Kim.

To zawieszenie i nerwowe oczekiwanie z każdym było coraz cięższe i w końcu zaczął pragnąć by coś się wydarzyło, nawet by wszystko się wydało, bo wtedy mógłby wreszcie robić coś konkretnego, a nie tylko czekać...

Czekać...

Czekać...

Ale na złe, czy na dobre - nic nie trwa wiecznie.

Po Nowym Roku wreszcie coś się ruszyło: znalazł na pierwszej stronie Proroka zdjęcie Złotego Chłopca i mimo że powinien być na to przygotowany i dobrze wiedział, że nie powinien nic po sobie okazać - nie potrafił udawać obojętności: ze strachem schował gazetę drżącymi dłońmi do kieszeni, szybkim krokiem niemal biegiem uciekając z Pokątnej.

Dopiero bezpieczny w swoim pokoiku usiadł na koślawym krzesełku, nalał sobie gorącej herbaty, zawsze czekającej w magicznym imbryczku i wypił ją powoli, po czym głęboko oddychając, by uspokoić nerwy wyciągnął gazetę, rozkładając ją na blacie.

Najpierw dokładnie przyjrzał się zajmującemu pół strony zdjęciu Pottera. Cudowny Gówniarz szedł Pokątną z Draco Malfoyem, obaj w czarnych płaszczach i ciemnych okularach, przy czym ten Pottera zdecydowanie wyglądał jak płaszcz Czarnego Pana, w asyście Crabbe'a i Goyle'a wyglądali jak Bardzo Ważne i Bardzo Mroczne Osobistości.

Oczywiście - kiedy on musi kryć się w jakiejś mugolskiej norze Potter sobie spokojnie spaceruje jakby cały świat do niego należał.

Powinien to przewidzieć: skoro Czarny Pan nie zabił gnojka podrzucając jego ciało w jakimś publicznym miejscu, to znaczy, że przeciągnął go na swoją stronę i komu, jak nie Malfoyom mógł kazać się nim zająć? Przecież nie będzie trzymał dzieciaka w Mrocznym Zamku.

Zniesmaczony tym widokiem spojrzał niżej, gdzie znajdowało się malutkie zdjęcie rzecznika Ministerstwa wygłaszającego oświadczenie, które wyjaśniało skąd takie nieoczekiwane ¿towarzystwo Gryfońskiego Złotego Chłopca:

"Zaginiony od paru miesięcy Harry Potter zgłosił się dzisiaj do Ministerstwa w towarzystwie Lorda Lucjusza Malfoya, gdzie wyjaśnił, że po ciężkich przeżyciach, o których nie chce i nie będzie opowiadać, uciekł z Hogwartu i cały ten czas spędził pod opieką wyżej wymienionego Lorda jako swojej najbliższej - jedynej rodziny.

Chłopiec pomimo upływu czasu, nie wyobrażał sobie powrotu do Szkoły, dlatego złożył wniosek o ustalenie Lorda Malfoy jego opiekunem i zezwolenie na naukę domową pod jego nadzorem. Minister po rozmowie z oboma czarodziejami i dokładnym przeanalizowaniu sprawy przyjął oba wnioski."

Dalej była notatka reportera, że kiedy Lord Malfoy wypełniał dokumenty Harry Potter wraz z kuzynem Draco Malfoyem i przyjaciółmi udali się na ulicę Pokątną, gdzie jeden z przechodniów zrobił im umieszczone wyżej zdjęcie.

Niestety, zanim reporterzy tam dotarli, obaj chłopcy już zniknęli. Dziennikarze nie zdołali też spotkać się ani z Harrym Potterem ani z Lordem Malfoyem w Ministerstwie, gdyż ten ostatni jako wysoki urzędnik miał kominek w gabinecie i nie skorzystali z wejść dla interesantów, ani nawet dla pracowników, przy których na nich czekali reporterzy.

Snape skrzywił się: wolałby więcej informacji. Na szczęście dla niego Albus Dumbledore nie miał takich przywilejów i jego udało im się dopaść i wyciągnąć więcej interesujących czytelników szczegółów. Na jeszcze większe szczęście on także nie powiedział nic o gwałcie, wyjaśnił tylko, że jego biedny Harry został zaatakowany przez jednego z Profesorów i bez pytania przyznał, że chodziło o niego:

"Wiedziałem o niechęci Profesora Snape'a do Harry'ego jednak byłem przekonany, że jako nauczyciel jest godny zaufania. Myliłem się. Ubolewam nad tym, że Harry zniknął zanim dowiedziałem się, co go spotkało i nie pozwolił mi sobie pomóc. Cieszę się, że znalazł schronienie u swoich krewnych i mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczy to, iż pod moją opieką doszło do takiej sytuacji."

I dalej, wyjaśnienie skąd nagle pojawiła się rodzina, kiedy to właśnie przez jej brak Złoty Chłopiec został przez niego umieszczony u mugoli:
"Mugole, u których dotąd mieszkał to jedyni krewni jego matki, Lord Malfoy jest kuzynem ojca Harry'ego."
"Nie, Harry nie złożył skargi na Profesora Snape'a i prosił o niewszczynanie dochodzenia, chce zapomnieć o całej sprawie."
"Tak, Profesor Snape wciąż pozostaje zaginiony." i finalne "Nie, na pewno nie ma możliwości jego powrotu na stanowisko nauczyciela w Szkole Magii i Czarnoksięstwa. Ten czarodziej nigdy nie powinien pracować z dziećmi".

Czyli Dumbledore odciął się od niego na całej linii. Nic dziwnego, teraz gdy stracił swoją pozycję u Czarnego Pana już nie był dla niego przydatny.

Snape odłożył gazetę, podsumowując to, co z niej wynikało. Potter oficjalnie go nie wydał, Albus także nic o tym nie powiedział... I pewno już tego nie zrobią. Ale wcale nie musieli tego robić...

Samo to co tu było napisane wystarczy, by wszyscy uznali go za najgorszą kanalię. Skrzywdził Ukochanego Bohatera Narodowego i nie ma dla niego miejsca w tym kraju... A zapewne i w reszcie Europy nie ma co liczyć na porządną pracę.

Jego jedyni dotychczasowi pracodawcy to Albus Dumbledore i Lord Voldemort, a żaden z nich nie wyda mu referencji. Może tylko wymyślić sobie nowe nazwisko i zostać jakimś wioskowym warzycielem na zapadłej prowincji, gdzie będzie pokątnie sprzedawać najprostsze eliksiry.

Westchnął z rozpaczą, ale zaraz potem, na przekór losowi krzywo się uśmiechnął. Pomimo podłego życia w mrocznych ogrodach jego serca zdołał zagnieździć się jasny chwast nadziei i to ona teraz podpowiadała mu, że:

To i tak dużo lepiej niż się spodziewał. Na pewno lepiej niż dożywocie w Azkabanie, bo gdyby jego zbrodnia się wydala, to nawet na Pocałunek Dementora nie mógł liczyć. Tak jest dobrze. Musi zebrać swoje rzeczy i emigrować... I mieć nadzieję, że przez resztę jego życia Czarny Pan nieczęsto będzie sobie o nim przypominał.

I jakby na zawołanie poczuł potworny ból palący wszystkie jego nerwy i niedający możliwości błogosławionej utraty przytomności, zanim jego Pan mu na to nie pozwoli. Zaciskał mocno zęby, czując jak kruszą się i łamią, ale w tym miejscu musiał zatrzymać w sobie krzyk.

Zanim jednak dotarł na krawędź szaleństwa wszystko niespodziewanie się urwało.

Długą chwilę leżał tylko na podłodze dysząc ciężko i nie próbując wstawać. Wcale nie był pewien, czy Azkaban nie byłby lepszy niż to, miał porównanie: był już tam zamknięty, przez parę tygodni czekając na proces, po którym dzięki Dumbledore'owi został uwolniony.

Pamiętał to dobrze i pamiętał jeszcze, że nawet tam, pomimo tego, że cele blokowały wszelką magię i wokół krążyli Dementorzy a Lord Voldemort uchodził za martwego... Cały czas czuł pulsowanie Mrocznego Znaku...

A teraz Czarny Pan był znowu żywy, odzyskał pełną było przed nim ucieczki. Nigdy i nigdzie. Poza śmiercią...

Ale przeklęta nadzieja znowu nie pozwoliła mu się poddać. Kiedy tylko odzyskał siły, podniósł się i wypił wzmacniające i uspokajające eliksiry a potem zaczął pakować swój nędzny dobytek.

Nie miał już na co dłużej czekać, czas porzucić Anglię i zacząć od nowa, od zera... mniej niż zera.


Tym, co zawsze najbardziej denerwowało Hermionę Jean Granger była niemożność dowiedzenia się czegoś - czegokolwiek by to nie dotyczyło: czy jej przyjaciół, czy zadań szkolnych. Nie po to już od dziecka doskonaliła swoje umiejętności skutecznego wydobywania informacje, z książek i z ludzi, żeby coś sobie odpuszczać.

Wykorzystywała naturalny ludzki odruch, by zwykle starać się być kulturalnym i zadawała pytania w taki sposób, jakby miała do tego prawo. Jak do tej pory Profesor Snape był chyba jedyną osobą, która skutecznie potrafiła się przed tym obronić. Czarodziej albo ją ignorował, albo wprost odprawiał, ale inni tylko rozglądali się szukając pomocy, lub okazji do ucieczki, niezręcznie próbowali wykręcać, a i tak w końcu stawiała na swoim.

Jednak tym razem chodziło nie tylko o jej niezaspokojoną żądzę wiedzy. Dziewczyna miała serce na właściwym miejscu i szczerze martwiła się o swojego przyjaciela.

W czasie ich rozmowy Harry starał się wyglądać naturalnie i swobodnie, ale widziała grę, w tym jak staranie układał słowa. Ewidentnie coś ukrywał a to jak wspierał go Malfoy świadczyło, że Ślizgon wiedział dobrze, o co chodzi, co dodatkowo ją wkurzało.

Dotąd to ona i Ron pełnili tę rolę dla Harry'ego, stali obok niego, dzielili jego tajemnice i chronili przed resztą świata. Nie było miłe, bez ostrzeżenia znaleźć się po drugiej stronie, teraz gdy to Malfoy stał przy Harrym i chronił go przed nimi. A Harry mu na to pozwalał, natychmiast gdy tylko blondyn to zaproponował, przerwał ich rozmowę i zniknął razem z nim z restauracji.

Nie była pewna, czy bardziej była zła na przyjaciela, za to że tak chował się - nawet przed nimi - za swoją ślizgońską obstawą, czy niepokoiła się o niego nie wiedząc jak do takiej sytuacji doszło. Jak ich przyjaciel wylądował pod opieką Malfoya - właśnie Malfoya i skoro problemem był Snape, to dlaczego, wiedząc, że mężczyzna zniknął z Zamku Harry zamiast powrócić, nadal wybrał pobyt u nich.

Ta dziwna, kontrolowana rozmowa zamiast cokolwiek wyjaśnić jeszcze bardziej namąciła jej w głowie. Wzdychając i prychając, nachmurzona chodziła z Ronem po sklepach, tak skutecznie psując mu nastrój, że w końcu miał dość i sam zaproponował, by lepiej już znaleźli jego matkę i wrócili do Nory.

Ale tam też nie mogła znaleźć sobie miejsca, dopiero kiedy pan Weasley wracając z pracy przyniósł popołudniowego Proroka rozpogodziła się, natychmiast niemal wyrywając mu go z ręki. Tyle, że w nim nie było nic poza tym, co już wiedziała... A z dyrektorem spotkają się dopiero jutro na wieczornej uczcie...

- Ron, czy możesz mi pożyczyć Świnkę? - Zapytała milutko, z uśmiechem, natychmiast wywołując podejrzliwe spojrzenia wszystkich Weasleyów. - Chcę napisać do Harry'ego. - Wyjaśniła, nie zmieniając miny i tonu.

- Miona, nie myślę... - Zaczął Ron, ale gdy zmarszczyła się groźnie przerwał i skończył inaczej, niż planował. - ... Myślę, że Świnka może sobie nie poradzić w taka pogodę. Nie jest doświadczoną sową pocztową...

Kolejne jeszcze ostrzejsze spojrzenie dziewczyny.
- To ważna sprawa, Ronaldzie. - Stwierdziła stanowczo i rudzielec od razu potulnie się wycofał.

- Oczywiście, sowa powinna być na strychu, gdy będziesz gotowa zawołam ją.

Zadowolona Hermiona pokiwała głową, z trochę nieobecną miną: już układała, co i jak napisać do przyjaciela, żeby go nie spłoszyć. Pytania w liście nie miały takiej siły jak zadawane osobiście, więc darowała je sobie, ograniczając się do kilku, starannie dobranych zdań:

"Drogi Harry

Bardzo się o ciebie martwiliśmy, kiedy tak nagle zniknąłeś. Cieszę się, że wszystko jest w porządku i że znalazłeś nowy dom u swoich kuzynów. Szkoda, że w Londynie tak się spieszyłeś, ale w pierwszy weekend mamy wycieczkę do Hogsmeade, byłoby fajnie, gdybyś mógł się tam z nami spotkać i spędzilibyśmy razem więcej czasu. Brakuje nam ciebie, ale nie będziemy cię do niczego namawiać. Ważne, żebyś był szczęśliwy, a...
Jesteś szczęśliwy, prawda?

Twoi przyjaciele. Hermiona i Ron."


Dobry nastrój nie opuszczał Harry'ego przez cały wieczór i nie potrafił siedzieć sam w pokoju. Kiedy już zdjął z siebie strój od quidditcha i przebrał się w domowe szaty, natychmiast poszedł do gabinetu, gdzie na pewno Lord Voldemort nadrabiał pominiętą przez wizytę u Mafoyów popołudniową prasówkę.

Uwielbiał go przy tym obserwować - szukać niewidocznych dla postronnego widza oznak i zgadywać, co też mogło wywołać minimalne ściągnięcie brwi, uśmiech w delikatnie uniesionych kącikach ust czy jasne płomyki w jego zwykle obsydianowych tęczówkach.

Kiedyś Harry myślał, że Czarny Pan ma krwistoczerwone oczy, jednak okazało się, że wcale tak nie jest. Rozpalały się pod wpływem jego uczuć - tak jak węgiel w starym piecu Dursleyów - czarny, kiedy był zimny a potem jaśniejący w czerwień i biel pod wpływem temperatury,

Znana mu wcześniej karmazynowa czerwień, jaką prezentował przy Dumbledorze i walczącym z nim Harrym Potterze oznaczała wściekłość i pogardę. Dawno już jej nie widział, za to dobrze poznał pomarańczowo-złote iskierki, pojawiające się kiedy chłopak go rozśmieszał - dokładnie takie jak w tej chwili.

Ciekawe, co też takiego Prorok tym razem wymyślił?

Harry'emu wydawało się, że siedzi sobie spokojnie dyskretnie obserwując czarnoksiężnika, jednak wcale tak nie było. Radosna energia aż go roznosiła - nie myślał o tym i nawet nie zauważał, ale palcami lewej ręki, postukiwał w karty księgi, którą niby miał czytać a palcem wskazującym prawej, która opierał łokciem o stolik, kreślił w powietrzu ósemki i fale, niczym dyrygent do rozbrzmiewającej w jego głowie melodii.

I właśnie to wywoływało prawdziwe rozbawienie Voldemorta a nie opis porannej wizyty Harry'ego i Lucjusza w Ministerstwie, okraszony wywiadem z Dumbledorem. Chociaż widok purpurowych błyskawic zamiast zwykłych radosnych iskierek w oczach wściekłego a udającego spokój Starca był pocieszny.

Za to na pewno nie podobało mu się, że Snape'owi wszystko się upiecze. Rozumiał, dlaczego Harry nie chce wywoływać tej sprawy i absolutnie nie chciał by był do tego zmuszany, ale... Aby czarodziej za bardzo się nie cieszył postanowił mu się przypomnieć.

Jednak długo to nie trwało, kiedy do pokoju wszedł Harry natychmiast zerwał to połączenie. Nigdy o tym nie rozmawiali jednak Harry na pewno nie byłby zadowolony z jego metody radzenia sobie ze Snapem.

Chłopak łatwo wpadał w gniew, ale nie był mściwy, nie zrozumiałby go...

Kiedy był mały Tom Riddle często, zbyt często miał do czynienia z ludźmi, którzy nigdy nie powinni pracować z dziećmi, a jednak zostawali opiekunami w sierocińcu. Nigdy o tym nie zapomniał i rozliczył się z wszystkimi, którzy go skrzywdzili, z każdym mugolem, który miał się nim opiekować a zamiast tego...

Porzucił wspomnienia, wracając do pierwotnej myśli: Harry był inny, potrafił wybaczyć i zapomnieć... Wybrał ucieczkę przed bolesnymi wspomnieniami, nawet jeśli w tej sytuacji oznaczało to puszczenie wolno oprawcy. Ostatnie, czego Voldemort chciał to sprawienie mu bólu, lecz - o czym chłopak nie wie, to go nie zaboli.

Ukradkiem obserwował Harry'ego katem oka i zastanawiał się: co też mogło spowodować taką radość? Nie chciał jednak pytać, żeby go nie spłoszyć. Kiedy Harry próbował zapanować nad swoją impulsywną naturą i odstawiać zimnokrwistego panicza był doprawdy zabawny.

Naprawdę kusiło go, by zapytać, lecz nie spieszył się z tym, chłonąc szczęśliwe wibracje i zastanawiając się, czy a raczej, kiedy Harry wreszcie pęknie i w jakiej formie wyrazi swoje emocje.

Siedzieli zatem obaj w ciszy, udając, że są zajęci i czekając nawzajem na swój ruch.

Tę przytulną domową atmosferę przerwało wywołując u obu nagły dreszcz gwałtowne i głośne stukanie o szyby, jakby łagodnie padający do tej pory śnieg nagle zmienił się w grad.

Voldemort rzucił na okno zaklęcie oświetlające, ale zamiast spodziewanych białych kulek zobaczył jedną, większą i szarą chaotycznie obijającą się o szybę i popiskującą - słyszalnie nawet pomimo, że okna były grube i teoretycznie dźwiękoszczelne.

- Świnka! - Krzyknął Harry radośnie, rzucając się by otworzyć okiennice.

- Świnka?! - Czarnoksiężnik zamrugał, jego zdaniem to zdecydowanie był ptak.

Chłopak roześmiał się.
- Świstoświnka. To sówka Rona. - Próbował złapać i uspokoić Świnkę, która zamiast oddać mu przyczepiony do nóżki zwój szalała po pokoju poświstując przeraźliwie wysokim tonem.

Nie przynosiło to efektu, zatem Voldemort pomógł mu, rzucając na stworzonko zaklęcie unieruchamiające. Harry rzucił mu niby rozzłoszczone spojrzenie, ale nie przestawał się zaśmiewać, nie próbował też sówki odczarować - zanim nie przywołał jej do siebie i nie zabrał przesyłki.

- Nie powinnaś latać w taką pogodę, Świnko. - Pouczył ją poważnym tonem, kiedy znowu śmigała radośnie wokół komnaty, wywołując tym uśmiech czarnoksiężnika. Mentalnie przywołana Hedwiga, która szybko pojawiła się za oknem, nastroszyła się na widok gościa: znała i nie przepadała za zbyt żywiołową koleżanką.

Harry wpuścił ją i poprosił.
- Hedwigo, zabierz Świnkę do sowiarni, niech zje i odpocznie. I niech poczeka, aż śnieg się zmniejszy, zanim dam jej odpowiedź, z którą wróci do Nory... - Krytyczne spojenie na sówkę, która nie przestawała szaleć. Była zabawna, ale wolał swoją, na niej mógł polegać. Pogłaskał Hedwigę po łapce. - Dzięki. - Sowa nieuspokojona tym gestem, zasyczała groźnie, ale zagoniła Świnkę do okna i ostro skwirząc pokierowała ją w stronę wieży.


Chłopak przez długą chwilę tylko wpatrywał się w przesyłkę, zagryzając dolną wargę. Tęsknił za swoimi przyjaciółmi i chciał jak najszybciej zobaczyć, o czym do niego piszą. Jednak z drugiej strony... Obawiał się, co tak pilnego chcieli mu przekazać po dzisiejszym spotkaniu?

Trzymał zwinięty pergamin w prawej dłoni stukając nim o wnętrze lewej.
Voldemort przerwał ciszę:
- Może chcesz poczytać, co napisali o was w Proroku? Zawsze warto być na czasie.

Harry pokiwał głową patrząc na niego z wdzięcznością i od razu odłożył zwój na bok, wstając by wziąć od niego gazetę. Czarnoksiężnik miał rację: warto wiedzieć, co tam napisali, może to mu podpowie, czego od niego chce Ron i/lub Hermiona.

Bezwiednie uśmiechnął się, widząc swoje zdjęcie z Pokątnej - nie miał pojęcia, że tak wyglądali: jak prawdziwi twardziele, a przecież czuł się tak niepewnie w mieście, i Draco także, wepchnięty z marszu w role jego stróża.

Tak się wtedy starał nie rozglądać dookoła, że nawet nie zauważył, kiedy zostało zrobione. Chociaż, nie, to nie była jego nieuwaga. Opis to wyjaśnił: zdjęcie nie było wykonane przez reportera, ale uzyskane od jednego z przechodniów.

Sam artykuł, mimo że zadziwiająco dokładny i bez niepotrzebnych spekulacji, ku jego zaskoczeniu jednak był dziełem jego ulubionej kronikarki: Rity Skeeter, jak widać nauczka, jaką dali jej w zeszłym roku wciąż działała.

Grymas bólu przemknął przez jego twarz, gdy natknął się na wzmiankę o Snapie, ale sama rozmowa dziennikarza z Dumbledorem była dość zabawna. Starzec bardzo się starał sprawiać wrażenie, że nic się nie stało i nad wszystkim panuje.

- Niezłe robi miny, co? - Voldemort unosząc porozumiewawczo brew skomentował jego złośliwy uśmieszek, bez trudu odgadując, co go wywołało.

- Bardzo się stara, żeby nic nie wygadać. Ciekawe dlaczego, przecież nie może na poważnie liczyć, że do niego wrócę, prawda? - Chłopak spojrzał na niego, oczekując podpowiedzi.

- Prawda by mu zaszkodziła bardziej niż Tobie. Fakt, że to pod jego nadzorem tak cie skrzywdzono to jedno, ale to że teraz bardziej niż jemu ufasz swojemu i jego największemu wrogowi to byłby dla jego reputacji gwóźdź do trumny. - Voldemort bardzo chętnie by dobił taki gwóźdź, ale nie kosztem Harry'ego. Jednak mógł sobie pokpić z dyrektora. - Czyż nie są urocze te błyskawice w jego oczach?

- I pewno myśli, że nikt tego nie zauważy? - Złośliwy uśmieszek powrócił, gdy Harry pokręcił głową, cmokając nad zadufaniem dyrektora.

- Może nie być w błędzie. - Padła poważna odpowiedź. - Nikt oprócz ciebie i Lucjusza nie widział, jak był zdenerwowany i wytrącony z równowagi podczas waszej rozmowy w Ministerstwie. Mogą nie rozpoznać oznak.

- Też prawda. A propos rozmowy z Lucjuszem... - Harry złożył Proroka i położył na stolik, przykrywając zwój. Czarnoksiężnik nie był pewien, czy było to celowe, czy podświadome. - Co tam ustaliłeś z Malfoyami w sprawie mojej... Przepraszam: naszej nauki?

Voldemort nie skomentował zmiany tematu, to dotyczyło Harry'ego więc i tak miał mu o tym opowiedzieć.
- Lucjusz nie wyśle już jutro syna do Szkoły, zamiast tego rano złoży w jego imieniu taki sam wniosek jak twój. Zdobył już w Ministerstwie listę prywatnych nauczycieli i ich referencje. W ciągu najbliższych dwóch tygodni będzie was z nimi umawiał na próbne lekcje, żeby wybrać najlepszych.

- Może być ciekawie. - Harry podrapał się po karku, a potem podciągając pod siebie nogi rozsiadł się wygodniej na kanapie.

- A nie ciekawi cię, co też napisali do ciebie w tym liście... - Chłopak natychmiast opuścił nogi i usiadł prosto patrząc na niego spode łba. Mężczyzna nie odwrócił wzroku. Sam nie potrzebował przyjaciół, jednak wiedział, że dla niego są ważni. - To twoi przyjaciele, na pewno martwili się nie wiedząc, co się z tobą działo.


Lord Voldemort niewątpliwie miał rację. Harry sam wiedział, że nie zachował się fair w stosunku do swoich przyjaciół i że powinien szybko coś wymyślić, jeżeli nie chce ich stracić. Na początku był w rozsypce, jednak kiedy doszedł do siebie mógł przynajmniej dać im znać, że jest OK a nie zostawiać to Prorokowi.

Powoli wyciągnął zwój spod wspomnianej gazety i odpieczętował. List był krótki, szybko go przeczytał raz, a potem uważniej ponownie. Uniósł głowę spotykając zaniepokojony i zatroskany wzrok czarodzieja. Zagryzł wargę a potem przetarł oczy, nim odezwał się, odpowiadając na niezadane głośno pytanie.

- Hermiona chce, żebym się z nimi spotkał w ten weekend w Hogsmeade. - Odpowiedział Harry, znowu wpatrując się w list.

- I to cię tak przygnębia? - Voldemort zapytał ostrożnie, cicho, jakby nie był pewien, czy chce by chłopak to usłyszał. A raczej czy chce usłyszeć odpowiedź. To byli przyjaciele Harry'ego Pottera: szlachetni Gryfoni, rycerze Dumbledore'a, mógł sobie wyobrazić, co mogli napisać po ostatnich rewelacjach o jego zbliżeniu do Malfoyów.

A jednak prawda okazała się nie tak prosta a za to bardziej niepokojąca.
- Pyta, czy jestem szczęśliwy.

Czarnoksiężnik zastygł, dotąd myślał, że tak, Harry wyglądał na szczęśliwego, ale... Nie spieszył się z oczywistym pytaniem, Harry wcale jednak na nie nie czekał wyjaśniając powód swojego zamyślenia i niepokoju.

- Dobrze mi z Tobą. Nigdy nie miałem domu, aż do teraz. - Podniósł wzrok, dalej bez uśmiechu, przechodząc do problemu. - Zawsze to ciebie obwinialiśmy o całe zło tego świata i teraz pewnie też tak będzie. Nie chcę ci zepsuć opinii, - Spróbował żartu, który wypadł blado. - ... Ale nie bardzo mam ochotę im potakiwać.

- Harry. - Voldemort zaplótł dłonie, ale nie opuścił wzroku, by na nie spojrzeć, uważnie patrząc w oczy chłopaka. - To, że my nie walczymy już ze sobą, że zależy mi na Tobie, nie zmienia tego, kim jesteśmy. Kim ja jestem. - Powstrzymał gestem chcącego się wtrącić Harry'ego kończąc z westchnieniem. - Wszystko to, co mówią o mnie twoi przyjaciele to prawda.

Harry przekręcił głowę, krzywiąc usta.
- Poważnie? Odgryzasz głowy niemowlętom i kąpiesz się w krwi dziewic? - Spytał z drwiną, nie wierząc, że to byłoby możliwe.

- Co?! - Voldemort rozszerzył oczy, myśląc, że to żart a kiedy Harry pokiwał głową, potwierdzając to zamrugał autentycznie zdziwiony. - Salazarze, kto i po co wymyśla coś takiego?

- Nie wiem. - Chłopak wzruszył ramionami. - Może czarodzieje opowiadają swoje skryte fantazje: "Co mógłbym zrobić, gdybym był mrocznym Śmierciożercą i Czarnym Panem?"

- No dobrze, nie wszystko jest prawdą. Jednak tak jak powiedziałeś, mam swoją opinię, pracowałem na nią przez lata. - Uniósł palec wypowiadając z naciskiem kolejne słowa. - Przez dekady. Takie pomysły to oczywiste bzdury, ale to nam pomaga, ludzie bardziej się boją i nie stawiają oporu.

- Raczej przeciwnie. - Chłopak pokręcił głową. - Boją się tego, co zrobisz jeśli złapiecie ich żywcem i walczą ostrzej, z desperacją, bez reguł. Wiem o tym, bo znam ich, znam Aurorów i popleczników dyrektora. Te "bzdury" dodają im motywacji.

Mężczyzna dłuższą chwilę tylko patrzył na niego, bez słowa, zanim w końcu potrząsnął głową. Nawet biorąc pod uwagę ich prywatne relacje, nie spodziewałby się, że będzie prowadził z nim takie rozmowy. Harry Potter dający przydatne rady wizerunkowe Lordowi Voldemort?

Wstał zza stołu i podszedł do Harry'ego, siadając obok niego na kanapie. Miał ochotę wyciągnąć rękę i poprawić jego opadającą na oczy grzywkę. Na szczęście zanim to zrobił, chłopak sam to zrobił, podnosząc na niego wzrok i czekając na odpowiedź.

- Nawet jeżeli masz rację, to nie jest twoją sprawą. Próbując bronić mnie, zaszkodzisz tylko sobie. Możesz poprosić ich, żeby się ograniczyli z obgadywaniem mrocznych czarodziejów przez wzgląd na twoją rodzinę, czyli Malfoyów, ale nie możesz bronić ani mnie, ani Śmierciożerców.

- Wiem, ale i tak... Ja nie umiem tak kłamać, co innego jednorazowe oświadczenie, jednak w czasie zwykłej rozmowy, będę miał zbyt wiele okazji by coś chlapnąć. Poza tym zwykle przykre rzeczy chcę ukrywać, a nie to że jestem szczęśliwy... A kiedy Hermiona wejdzie w tryb przesłuchania, czego nie usłyszy, to się domyśli. Jest w tym dobra, będzie wypytywać o jakieś szczegóły z życia Malfoyów, które powinienem znać...

Harry, ze zdenerwowania mówił coraz szybciej i Voldemort musiał mu przerwać.

- Tyle, że ona ich nie zna. - Stwierdził stanowczo. - Mów prawdę, tylko zamiast mojego nazwiska wstawiaj Lucjusza. Dobrze wiesz, że nawet on będzie dla nich wystarczająco trudny do przełknięcia. - Wyciągnął rękę, dotykając palcem medalionu. - Jeśli rozmowa z przyjaciółmi będzie dla ciebie zbyt ciężka zawsze możesz wrócić prosto do domu. - Opuścił dłoń, z wahaniem opierając ją obok dłoni Harry'ego. - Oczywiście nie musisz się z nimi spotykać, dopóki nie będziesz na to gotowy. To twoja decyzja.

Chłopak westchnął i przez chwilę przesuwał palcem po jego, zastanawiając się, co ma zrobić. Voldemort nawet nie miał odruchu, by cofnąć rękę, sam nie umiał inicjować takiego kontaktu, ale już mu to nie przeszkadzało.

W końcu Harry się zdecydował.
- Powinienem z nimi poważnie porozmawiać, wyjaśnić wszystko, zanim sami zaczną szukać odpowiedzi. - Uśmiechnął się do swoich wspomnień. - Od pierwszej klasy razem rozwiązywaliśmy tajemnice i pakowaliśmy się w kłopoty. Wiem, do czego są zdolni i żeby temu zapobiec muszę ich przekonać, że wszystko jest w porządku. Jestem w Malfoy Manor, bo tego chcę, nikt mnie nie zaczarował ani nie zrobił mi prania mózgu.

- W porządku. - Voldemort chciałby ochronić Harry'ego przed wszystkim, co go denerwowało i raniło, jednak dobrze wiedział, że nie o to chodzi. Chłopak musi sam sobie z tym radzić, załatwianie wszystkich kłopotliwych spraw za niego, na dłuższą metę w niczym mu nie pomoże. - Skoro czujesz, że możesz to zrobić, spotkaj się ze swoimi Gryfonami.

Harry kiwnął głową, a potem pomyślał o czymś jeszcze.
- Draco też powinien porozmawiać ze Ślizgonami, bo i oni nie rozumieją, co się dzieje i potrzebują normalnej rozmowy a nie tylko notki w gazecie.

- Całkiem słusznie. - Przyznał mu rację.

Chłopak dalej zamyślony, zagryzł wargę. - To trochę dziwne...

Czarnoksiężnik przechylił głowę zastanawiając się, co tym razem ma na myśli.
- Ron i Hermiona to moi pierwsi przyjaciele, pierwsi którzy mnie zaakceptowali, jakim jestem. Ale od początku nawet przed nimi ukrywałem, jak źle traktowali mnie Dursleyowie, a teraz mam ukrywać, jak dobrze jest mi u Ciebie.

- Może kiedy zobaczą, że teraz jesteś naprawdę spokojny i szczęśliwy, to im wystarczy i nie będą naciskać. - Padła kolejna uspokajająca, dodająca otuchy odpowiedź.

Harry uniósł zwój i machnął nim w stronę Voldemorta.
- Hermiona tak właśnie napisała... - Odetchnął głęboko, utwierdzając się w swojej decyzji. - Dobrze, spróbuję, pogadam z nimi. - Kolejny głęboki wdech. - Będzie dobrze.

- Oczywiście. - Voldemort z całą pewnością siebie to potwierdził. - Będzie dobrze. A jak nie to poodgryzam ich głowy. - Dodał z kamienną twarzą, a Harry wybuchnął śmiechem.

Po chwili czarnoksiężnik do niego dołączył, jednocześnie wzdychając w duchu, bo gdyby ktoś ich teraz zobaczył, jego reputacja byłaby nie do uratowania.