Rozdział 10 – Z masek i odbić (I)
Obserwowali, jak atrament wiruje. Jego ruchy były hipnotyzujące. I nieuchronne.
Hermiona stała i, bez mrugnięcia okiem, obserwowała, jak
atrament wiruje, jego kolor się pogłębia, jarzy się, odbija się
niewyraźnie w wypolerowanym blacie stołu. Drgnęła, gdy dłoń
dotknęła jej łokcia i spojrzała na Severusa, który
oferował jej małą butelkę.
- Eliksir Uspokajający –
powiedział.
Odmówiła gestem dłoni.
- Nie powinnam.
Może będę musiała…
Przesunął ręką wzdłuż jej
ramienia, gładząc je delikatnie.
- Hermiono, wyliczenia są
doskonałe. Dziś nic więcej nie możesz z nimi zrobić.
- Ale
jeśli coś się stanie…
- Zmieniłem składniki, Hermiono;
eliksir tylko uspokoi twój umysł, nie wpłynie na refleks.
Jej wzrok przesunął się z pergaminu na eliksir. Wreszcie
westchnęła z wdzięcznością.
- Dziękuję.
Odbierając od
niej pustą buteleczkę, chwycił ją za rękę i podniósł z
krzesła.
- Doskonała robota, Hermiono.
Uśmiech wyczerpania
przemknął przez jej usta, nie docierając jednak do oczu. Owinął
ich swoją peleryną, jakby ciemność mogła ochronić ją przed
tym, co działo się na pergaminie.
Emanujący z niego blask
zmieniał się właśnie z ciemnego błękitu w przydymiony fiolet.
W odruchu obronnym, Severus przymknął oczy i przytknął
policzek do włosów dziewczyny. Hermiona znowu westchnęła ze
zmęczenia, lecz jej oddech był równy. Eliksir zaczął
działać.
Delikatnie gładził jej włosy, skupiając na nich całą swą uwagę. Przesuwał je między palcami, pocierał między kciukiem i palcem wskazującym, wbijając głębiej odłamki szkła w ranach, którymi nie przejmował się na tyle, by je zaleczyć. Tarcie o ranki sprawiało, że był bardziej świadomy obecności Hermiony – jej ciepła i kształtów, trzymanych w ramionach. Unosząc ku sobie jej podbródek, ujrzał ciemne kręgi pod jej oczami. Cierpliwości, Snape.
Poprowadził
ją od stołu w kierunku kominka. Usiadł w transmutowanym krześle.
- Usiądź – powiedział, przyciągając ją, by spoczęła
obok niego.
Nachyliła się ku niemu, policzek położyła na
jego piersi i wpatrzyła się w dogasający ogień. Migotał przed
nią. Zamrugała. Wstrzymała oddech i zamknęła oczy.
Siedział w dziwnej pozycji. Oparcie krzesła wbijało mu się w plecy, jednak nie przesunął się. Położył dłoń na jej policzku i przytulił do siebie. Nic nie mówił, tylko gładził ją delikatnie i rozmyślał.
Trzeci warunek Przysięgi, jaką złożył Lily
– ten, który gwarantował jego śmierć w przypadku
zwycięstwa Czarnego Pana – był aktem współczucia ze
strony kobiety. Dobrowolne związanie woli Hermiony z jego
wyzwoleniem miało zupełnie inne źródło; takie, którego
jeszcze nie rozumiał. Kochał Lily, swego czasu z wzajemnością.
Uczucia, które dla niej żywił były czynnikiem rządzącym i
wiążącym jego życie i duszę, wypełniały widoczną pustkę
niejasnym lecz nieprzezwyciężonym celem. To ona – miłością,
darem, śmiercią i dzieckiem – nadała kształt Severusowi
Snape'owi, ujęła jego myśli w słowa, osądziła jego decyzje i
dała powód do dalszej egzystencji. Od dawna wiedział, że
wypełni swoje przeznaczenie, wykorzysta czas dany mu dzięki
warunkom, zawartym w zobowiązaniu i odnajdzie swoje wyzwolenie w
poświęceniu dla horkruksa lub samobójczym ataku na
zwycięskiego Czarnego Pana.
Możliwość, że jego śmierć
będzie poświęceniem była dla niego rzeczą najbliższą nadziei;
to, że w innym przypadku będzie samobójstwem, było
najbliższe optymizmowi.
Aż do teraz.
Pochylił głowę
nad Hermioną i pocałował delikatnie jej włosy. Dostrzegł drżenie
jej powiek i lekko zmienił pozycję.
- Hermiono?
- Hmmm –
jej głos brzmiał sennie.
- Wydaje mi się, że zrozumiałem co
miałaś na myśli przez określenie „średniowieczny".
Pomimo
wyczerpania, uśmiechnęła się lekko.
- Slytherin zdobywa
dziesięć punktów.
Prostując się, przetarła oczy i
przygładziła włosy. Z rozmysłem ignorując blask z pergaminu –
teraz raczej jadowicie zielony, przechodzący w żółty –
uniosła głowę i spojrzała na niego oceniająco.
- Severusie,
czy naprawdę nienawidzisz Harry'ego? – spytała cicho.
-
Nie.
Sceptycznie uniosła brew i czekała.
Robi się w tym
zbyt dobra.
- Nienawidziłem jego ojca.
- To oczywiste.
Ale ja mówiłam o Harrym.
- Jego się boję.
- Boisz
się Harry'ego? – Och, co za ironia. – Ponieważ
uważasz, że może przegrać?
- Nie. Jeśli przegra, to nie mam
się czego obawiać.
- To dlaczego?
- Ponieważ trzyma moje
życie w swoich nierozważnych dłoniach.
Uważnie przyjrzała
się tej odpowiedzi.
- Severusie… jak absolutny jest ten
Obowiązek? Czy działa za każdym razem, kiedy Harry jest w
niebezpieczeństwie, czy tylko gdy jesteś w pobliżu?
Jego głos
był rozważny i gorzki, gdy powiedział:
- W każdym jednym
przypadku.
Zaniepokojona, podniosła się z krzesła i stanęła
przy ogniu.
- Czy kiedykolwiek zauważyłaś, jak „dogodne"
było moje pojawianie się? Jego decyzja by wyruszyć po Kamień –
słyszałaś kiedyś o „szachach ekspresowych", Hermiono? Kto
znalazł Pottera i przyniósł go do Skrzydła Szpitalnego? Ja.
Kiedy był w Komnacie Tajemnic, godzinami daremnie przeszukiwałem
korytarze Hogwartu – nie mogłem znaleźć wejścia. Tej nocy we
Wrzeszczącej Chacie, byłem tam w mgnieniu oka.
- Ale… nic mu
nie groziło ze strony Syriusza.
- Pettigrew – uciął.
Zamknęła usta i przymrużyła oczy.
- I za każdym razem,
gdy wierzyłem, że ten warunek jest znośny – zauważ – Potter,
w swojej sadystycznej ignorancji, znajduje sposób by zwiększyć
moje cierpienia. Rok Turnieju Trójmagicznego spędziłem w
stanie nieustającej, ciężkiej migreny, tylko po to by wielki Harry
Potter mógł narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo
przez zwyczajne ociąganie się. W noc powrotu Czarnego Pana,
wiedziałem, co jest stawką, jak tylko Potter dotknął
Pucharu. Wiedziałem i w tamtym tłumie, otoczony przez dzieci
z szeroko otwartymi oczami i ustami, nie ośmieliłem się wykonać
najmniejszego ruchu w obawie przed zdradzeniem wyższego celu.
Najdelikatniejsze drgnięcie skończyłoby się moją śmiercią,
Hermiono – wysyczał, jego oczy błyszczały. Wstał, przypominając
wulkan.
Zmniejszył odległość między nimi.
- Kto w
następnym roku wezwał Zakon do Ministerstwa? A w kolejnym –
wiedziałem, że Potter zaatakował Malfoya w samoobronie.
Wyczułem chęć Malfoya do zranienia go prawie zanim sam Malfoy ją
poczuł i następującą po niej odpowiedź Pottera, mocną.
Nadzorowałem szlabany Pottera, chcąc oszczędzić własną siłę
na to, co jak wiedziałem – wiedziałem – nadchodziło i
to w krótkim czasie. Trzymanie tyłka Pottera w lochu było
jedynym sposobem, w jaki mogłem zyskać przerwę – to był
jedyny czas, w którym nie byłem śmiertelnie
rozproszony przez Obowiązek.
Ściskając płaszcz obiema
dłońmi, obniżył głos. Jego oczy błyszczały maniacką
intensywnością.
- I wreszcie tej ostatniej nocy, wiedziałem
dokąd Dumbledore go zabierał. I czekałem. Siedziałem i czekałem.
Siedziałem, czytając książkę, którą dała mi zmarła
matka tego chłopaka, bez końca wsłuchiwałem się w echo,
które nie chciało ustać. Czekałem. I czekałem… i już
wiedziałem, pobiegłem – Flitwick upadł, ofiara mojego pośpiechu.
Nie dostrzegając niczego wybiegłem z lochów. Biegłem
korytarzami. Przez pole bitwy, na którym wszyscy byli
moimi towarzyszami. I w górę po schodach… w ciszę…
Wszystkie nałożone na mnie znaki, moje Przysięgi, mój
Obowiązek, wszystko to, co tak radośnie nazwałaś moimi
średniowiecznymi ograniczeniami połączonymi na tamtej Wieży
w jednym momencie, jednym działaniu, jednym przewyższającym
wszystko, niesławnym świętokradztwie. Zabiłem go, ponieważ
Przysięga złożona Narcyzie zmusiła mnie do wypełnienia zadania
Dracona. Zabiłem go, ponieważ Przysięga złożona Lily zmusiła
mnie do obrony Harry'ego – doszłaś już do tego,
Hermiono Granger? I wreszcie, zabiłem Albusa Dumbledore'a,
ponieważ, gdyby miał szansę, to właśnie zrobiłby lojalny
Śmierciożerca.
Płaszcz rozdarł się w jego dłoniach.
Opuścił ręce wzdłuż boków i stał, wpatrując się w
podłogę.
- Hermiono, jedyną rzeczą, która utrzymała
moją dusze w ciele, była jedność moich zobowiązań. W innym
przypadku, nie udałoby mi się.
Przez chwilę patrzyła na
niego, po czym machnięciem różdżki naprawiła jego płaszcz.
- Severusie.
Nie odpowiedział. Postąpiła krok w przód,
zaczepiając palec o jeden z guzików własnej bluzki.
-
Severusie – powiedziała pewniej.
Stał w bezruchu.
-
Severusie – krzyknęła.
Drgnął. Jej głos odbijał
się echem w domu, który nagle przypomniał o sobie, wielki i
pusty, dookoła nich.
- Spójrz na mnie.
Potrząsnął
głową.
- Spójrz na mnie. – Jej głos zabrzmiał
rozkazująco.
Zaryzykował spojrzenie kątem oka przez kurtynę
włosów.
Palcem odpięła dwa guziki i zsunęła
bluzkę by pokazać znak na swojej piersi.
Okrąg siedmiu
czarnych kropek, o rozmiarach pereł, wypełniał się, od środka do
zewnątrz, małą, czarną i wirującą mgiełką.
Jego oczy
rozbłysły – pustym, chociaż przerażającym, cierpliwym głodem.
