W Komnatach Salazara panowała nuda. Wszechobecna, dramatyczna, zupełnie nieślizgońska – nuda. Pierwszoklasistom znudziło się rzucanie zaklęć na kolegów, średnie roczniki przeczytały wszystkie księgi, a najstarsi wypili wszystko, co Nott załatwił z kuchni. Było tak nudno, że nawet Blaise, niezwykły miks nadpobudliwości, ekshibicjonizmu i ADHD, leżał spokojnie na dywanie i nawet zdawał się drzemać.
- Co robimy? – zapytała Daphne, kończąc zaplatanie warkoczyków młodszej siostrze.
- Nic – odpowiedział jej John.
Leżał na wznak i liczył punkty, z których składał się świetlisty napis „SALAZAR SLYTHERIN".
- Mam genialny pomysł – rzuciła Pansy. – Zagrajmy w butelkę.
Ta propozycja wywołała przeciągłe westchnienia i szmer dezaprobaty.
- Kochanie – Zabini otworzył jedno oko. – Nie jesteśmy na gryfońskiej zielonej szkole. Mogę z tobą zagrać w rozbieranego pokera, ale nie w butelkę.
- Poker i poker, poker i poker! – Pansy z irytacją odrzuciła smoliście czarny koc. – Co tak ci się podoba w tym pokerze, Blaise?
- Oszukuję, i przez to ty szybciej jesteś rozebrana.
Remusa Lupina przepełniały dwie wielkie emocje: poczucie winy i chęć dokopania Sanpe'owi. Na naradzie u dyrektora pojawił się po raz pierwszy. Gdy przeprosił za swoją niedyspozycję (trzy noce w zamknięciu, z eliksirem w misce, długimi kłami i sierścią), usłyszał wybaczające słowa Dumbledore'a. Jednak ledwo odwrócił oczy od dyrektora, zobaczył minę Mistrza Eliksirów, która w bardzo dobitny sposób zdawała się mówić: „fajnie, że jesteś, Lupin, bo już bokiem wychodziło mi zapierniczanie za ciebie".
Remus pochylił się nad czterema różdżkami. Badanie energii magicznej. Tego nie mógł zrobić nikt poza nim, bo tylko aurorzy i wykształceni w dziedzinie obrony przed czarną magią potrafili odczytać zaklęcia z różdżki. Większość z nich to nie były dobre zaklęcia; badanie energii magicznej potrzebne jest głównie w śledztwach. I to takich śledztwach, gdzie ofiara niestety nie może złożyć zeznań.
Remus doskonale wiedział, że już za dużo czasu minęło, by odczytać wszystko. I stąd poczucie winy. Jednak niewybaczalne i inne potężne zaklęcia nadal były widoczne. I tu znajdowała ujście przemożna chęć pokazania Snape'owi, że nie tylko jego ślizgońskie łapki nadają się do badania śladów.
Profesor OPCM rozłożył różdżki na stole, zostawiając co najmniej 30 cm wolnej przestrzeni pomiędzy nimi. Na każdą, podpisaną i oznaczoną numerem, rzucał zaklęcia dekodujące. Gdy skończył, przez dłuższy czas nic się nie działo. Nagle pierwsza różdżka zaczęła lekko wibrować. Po niej następna, i następna, aż po chwili wszystkie trzęsły się, jak traktowane prądem elektrycznym. Lupin chwycił różdżkę, rzucił zaklęcie notujące na papirus i pióro. Z pierwszej różdżki zaczęła powoli wydobywać się cienka smużka dymu.
MacTransmutacja, wspomagana przez prefektów, robiła swoim podopiecznym regularny kipisz. Przechodząc od pokoju do pokoju, metodycznie przetrzepywała łóżka, szafki, kufry. Nic nie ukryło się przed sokolim a bezlitosnym okiem opiekunki Gryffindoru, więc papirus, frunący za siejącą grozę Minerwą, zaczerniał się błyskawicznie.
- Co to ma być? – zapytała, rzucając na łóżko plik „Czarodziejki miłości", sprytnie schowanych pod pokrywą kufra.
Jednak niewystarczająco sprytnie, panno Lavender.
- Gazety, pani profesor – odpowiedziała zapłoniona gryfonka.
- Jest to pismo przeznaczone dla dorosłych kobiet – rzekła MacGonagall. – W dodatku takich, które używają magii dla celów miłosnych – dodała z najwyższą pogardą. – Szlaban.
Taki wyrok słyszał każdy rewidowany. Profesorka transmutacji zrezygnowała z odbierania punktów. Uczyniła to odstępstwo od przepisów tłumacząc sobie, że to wewnętrzna sprawa jej domu, a całej reszcie (tzn. Snape'owi i Sinistrze, która ostatnio zrobiła się bardzo złośliwa) nic do tego. Odebrane punkty musiały być rejestrowane wraz z przewinieniem; szlabany nie. A jak pójść do pokoju nauczycielskiego, otworzyć drzwi do komnaty, w której stały liczniki punktów i powiedzieć: „dwadzieścia od Gryffindoru za mugolskie papierosy"?
Minerwa siała więc postrach i panikę wśród podopiecznych. Zanosiło się na to, że puchary, schody i pracownie będą tak czyste, jak nigdy.
- Ile? – Harry wymknął się na chwilę, by zobaczyć, jak się mają kumple.
Ron, układający na półkach poprzewracane książki, machnął tylko ręką.
- Pięć dni u Sprout.
- Za co?
- Za „Historię markiza de Sade" i ślepokiszkę.
Ślepokiszka była najnowszym osiągnięciem braci Weasley'ów w dziedzinie robienia zamętu. Zwyczajna gumowa rurka, podpalało się ją Lumosem i czekało na efekty dźwiękowo-świetle w postaci ogłuszającego łomotu i skaczących jak szalone gumowych kuleczek. Nikt nie wiedział, jak to działało, ale działało; i dlatego ślepokiszka była ostatnimi czasy najbardziej chodliwym towarem.
- A ty?
- Tydzień u Flitcha.
- Uuu! Aż tak?
- Dwie ślepokiszki, „Ostatni dzień" Marcusa i ta butelka ognistej, pamiętasz, z urodzin twojego ojca – wyczerpująco wyjaśnił Potter.
- No to leżym – westchnął Ron. – A o czym ta książka?
- Historia skazańca, który czeka na egzekucję.
- No i co w tym takiego strasznego?
- Opis tego, za co siedzi. Morderstwa kilkunastu osób.
Ron tylko pokiwał głową.
- Przewrażliwiona jest, ot co – stwierdził.
- Szkoda mi Hermiony – rzekł na odchodnym Harry.
- Ile dostała?
- Dwa tygodnie u Snape'a.
- Za co?
- Pamiętasz, jak mówiła, że nudzi ją oficjalna historia? Wypożyczyła „100 najbardziej tajemniczych zgonów w dziejach Hogwartu".
