Rozdział 12 - Szpital: Drugie Piętro (OIOM)

Monitor pracy serca wydawał z siebie równomierne pikanie. Scott spojrzał na Allison:

- Możesz obezwładnić go? Tak żeby już nie groził nam? - zapytał Scott wskazując na nieprzytomnego obrońcę. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Stiles patrzył na wszystko trochę zdezorientowany. Pewnego dnia Allison i Scotty stworzą wspaniałą rodzinę i będą mieli grupkę słodkich dzieci o umiejętnościach ninja.

- Pomóż mi go przenieść, Stiles. - powiedziała Argent a chłopak wydał z siebie pisk umierającej piszczącej zabawki. Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona.

- Coś nie tak? - zapytała troskliwie Argent. Stiles pokręcił głową.

- Emocje nadbudowały się. - westchnął chłopak wstając i łapiąc obrońce za nogi. Allison zaśmiała się i przeciągnęli mężczyznę pod okno.

- Dacie sobie radę? Muszę poszukać lekarza dla Isaaka. - powiedział Scott owiązując urwany rękaw koszuli nad raną na udzie Isaaka.

- Pewnie, biegnij wolno, przyjacielu. Nie można udomowić dzikiej istoty. - jęknął dramatycznie Stiles. Lahey parsknął śmiechem i odkuśtykał z pomocą Alfy.

- Potrzebuje kabli. - powiedziała dziewczyna rozglądając się po pokoju. Stiles podszedł do wózka ratunkowego, który lekarze zostawili w pokoju. Zerknął na Dereka. Nie wyglądał dobrze. To nie wyglądało dobrze.

Stiles znalazł kilka rurek elastycznych, które czasem lekarze używali jako zacisków. Rzucił je Allison. Ta użyła swoich umiejętności ninja do przywiązania mężczyzny do kaloryfera za dłonie.

- Poczekaj tu. Krzycz jakby co. - odpowiedziała dziewczyna wstając i wychodząc pospiesznie z pomieszczenia. Stiles patrzył na nieprzytomnego obrońcę. Sięgnął po telefon Dereka. Zadzwonił do swojego taty.

/Halo, tu Szeryf Staliński z Poli-/

- Tato, tu Stiles. Dzwonię od Dereka. - powiedział pospiesznie chłopak.

/Dzięki Bogu! Jesteś cały? Melissa powiedziała, że znaleźliście Danny'ego i jest cały i zdrowy./ odpowiedział tata. Uch, dobrze że ktoś mu powiedział co dzieje się. Stiles westchnął ciężko.

/Nie wiem czy mówić to McCallowi czy może pozwolić mu jeszcze pobiegać za własnym ogonem./ zaśmiał się szeryf i Stiles uśmiechnął się pod nosem. Brak miłości między federalnymi a miejscową policją był legendarny.

- Danny musiał pójść do domu z Ethanem. Potrzebują trochę odpoczynku po tym dniu. - powiedział Stiles od niechcenia.

/To pozwolę im się wyspać, a potem beztrosko rzucę McCallowi: a sprawdzałeś u jego chłopaka, może przespał całą sprawę?/ odpowiedział tata. Stiles zaśmiał się. Chciałby widzieć minę McCalla po czymś takim. /Wiecie kto porwał ich?/

- Tak, patrzę na niego. To łowca.

/Jesteś bezpieczny?/

- Inaczej nie dzwoniłbym.

/To świetnie./ powiedział z westchnieniem ulgi szeryf. /Jak czujesz się? Brzmisz zdrowo./

- Tato, czuję się świetnie.

/A reszta? Nie mogę dodzwonić się do Chrisa-/

- Jest z Lidią i Aidanem u Deatona. Pewnie to nieuprzejme rozmawiać przez telefon w obecności druida. - powiedział Stiles.

Allison wróciła do pokoju z kablami od jakiś urządzeń. Chłopak wskazał na telefon i poruszył ustami: 'tata'. Dziewczyna skinęła głową i podeszła do obrońcy. Owiązała kable tak, że przywiązała łydki mężczyzny do jego ud, tak że musiał pozostać w permanentnie klęczącej pozycji. Stiles chyba widział to na jakimś filmie pornograficznym.

/Więc wszyscy cali i zdrowi?/ zapytał tata i Stiles słyszał pogodę w jego głosie.

- Pewnie, tat-

Ten moment wybrało sobie serce Dereka, aby przestać pracować. Oczywiście, to było życie Stilesa! Chłopak prawie wypuścił telefon ze strachu.

- Stiles, pomóż mi to przesunąć. - warknęła Allison chwytając za oparcie kanapy. Stiles schował telefon w szorty (naprawdę musi przestać wkładać rzeczy w bieliznę) i podbiegł do dziewczyny. Pomógł przesunąć jej kanapę tak żeby zasłaniała obrońce przywiązanego do kaloryfera. Usiedli oboje ciężko na meblu. Stiles wyciągnął telefon z szortów i odruchowo przetarł o koszulkę i przyłożył do ucha.

- Tato? - zapytał niepewnie nie widząc czy tata wciąż był na linii. Lekarze wbiegli od pokoju.

/Więc wszyscy cali i zdrowi? Kto to był?/ warknął zdenerwowany tata. Pewnie miał większy komfort wiedząc, że to nie Stiles wydaje takie dźwięki.

- Derek- - odpowiedział z zawahaniem chłopak. Allison położyła mu dłoń na kolanie i ścisnęła zapewniająco. Maszyneria przestała ryczeć żałośnie i wróciła do cichego, równomiernego 'pik, pik, pik'.

/Derek? Jak-?/ Szeryf ściszył głos. /Derek, jak wilkołak Derek, który nie mrugnie na nóż w brzuchu?/

- Jestem pewien, że mrugnie. - odpowiedział Stiles czując się wyjątkowo nierozbawiony. Słyszał jak ojciec wzdycha.

/Czekaj, McCall przygląda się mi intensywnie./ westchnął tata. Stiles słyszał stłumione głosy po drugiej stronie linii.

/Ta, ta, ta, McCall, nie gorączkuj się…/ westchnął szeryf przykładając słuchawkę do ucha. /Muszę kończyć. FBI złapało Danny'ego i Ethana w drodze do mieszkania bliźniaków. Chyba nie ma wytchnienia dla niegodziwych, hmm?/

- Chyba tak. Uważaj na siebie. Będziemy Cię informować na bieżąco. - powiedział Stiles patrząc na jak respirator zaciąga powietrze i z mechanicznym sykiem wypuszcza je dając Derekowi kolejny oddech.

/Pewnie nie, ale mam jeszcze Chrisa i Melissę. No i Deatona./ zaśmiał się tata. /Przysięgam że on ma jakąś szklaną kulę. Uważajcie na siebie./

- Będziemy. Pa. - odpowiedział Stiles i rozłączył się. Położył telefon na kanapie.

- I jak? - zapytała Alisson. Stiles pozwolił swojej głowie opaść do tyłu i westchnął.

- FBI zgarnęło Danny'ego i Ethana. - powiedział sennie chłopak. Argent wstała z kanapy i stanęła w nogach łóżka.

- To wszystko jest zbyt szalone. - westchnęła dziewczyna ciężko i oparła się o łóżko. Stiles spojrzał na nią spod przymkniętych oczu.

- Witaj w Beacon Hill. - zakpił Staliński i zamknął oczy. - Pamiętam jak Scott narzekał, że nic się tu nigdy nie dzieje.

- Naprawdę nic się tu nie działo wcześniej? Trudno uwierzyć. - powiedziała dziewczyna. Chyba desperacko oboje chcieli nie myśleć o dzisiejszym dniu, o ostatnich miesiącach, roku. To był naprawdę zły rok.

- Ostatnim dużym wydarzeniem był pożar u Hale'ów. - westchnął Stiles. Spojrzał na Alisson a ta odwróciła wzrok.

- Jak to wyglądało u was? - zapytał z nieskrępowaną ciekawością Stiles. - Mówiono o tym w waszym domu?

Dziewczyna spojrzała na sufit jakby na nim znajdowała się odpowiedź na wszystkie dręczące ich pytania.

- Nie pamiętam. Musiałam mieć dwanaście lat? - westchnęła Alisson. - Pamiętam że Kate często nas odwiedzała, a potem na jakiś czas przestała. Nikt nic nie mówił na ten temat, ale i tak wiedziałam, że musiało stać się coś okropnego.

Stiles spojrzał w okno. Wbrew temu co dorośli sądzili, dzieci wiedziały gdy coś działo się w domu. Nasiąkały stresem rodziców i musiały cierpieć w niewiedzy, ponieważ dorośli sądzili, że spławienie dziecka ukoi jego nerwy.

- Dopiero niedawno tata powiedział mi, że po tym jak Kate spaliła dom Hale'ów, wszyscy spodziewali się krwawej wendety dlatego przez kilka miesięcy musieliśmy nie wychylać się, często przeprowadzaliśmy się. - westchnęła Allison. Przeciągnęła palcami po krawędzi swetra. Stiles sądził, że i tak uszło Argentom na sucho.

- Wbrew ogólnej opinii nadnaturalni pomagali nam, często prosili o pomoc, gdy sami nie mogli sobie poradzić. Byliśmy znani wśród nich jako nadnaturalna policja. Po prostu trzymaliśmy porządek. Jeśli nie skrzywdziłeś człowieka i nie masz złych zamiarów to nie miałeś się czego obawiać. Zadrzyj z nami i spadnie na ciebie nasz najgorszy gniew. - powiedziała Allison z westchnieniem. Jej głos brzmiał jakby opowiadała cudzą historię, jakby jej to nie dotyczyło.

- Po pożarze- Po podpaleniu to zmieniło się. Nadnaturalni zaczęli widzieć w nas zagrożenie. Słusznie z resztą. Zaczęły napływać zewsząd groźby, nasi poplecznicy byli wysyłani nam w kawałkach. - powiedziała Allison. Wyglądała nagle tak dorośle. Nie była już tą samą dziewczyną, która weszła do sali pierwszego dnia liceum, ściskając swój zeszyt, zapominając długopisu ze zdenerwowania pierwszym dniem w (kolejnej) nowej szkole.

- Od rodziny odwróciło się wielu łowców starej daty. Rodzice musieli zdać się na cywilów i żółtodziobów. To zawsze trochę obniżenie standardów. Starsi łowcy mieli wiedzę, trening, tradycje, byli wychowani jak my. Młodsi mieli dużo brawury, agresji i wielu z nich chciało tylko wyładować agresję na kimś innym. Mieli więcej z seryjnych morderców niż łowców. - westchnęła z zawodem dziewczyna. Stiles przemieścił się nieznacznie. Prawie zapomniał o obrońcy związanym za kanapą.

- Czy Kate spotkała jakaś kara za to co zrobiła? - zapytał Stiles skrycie licząc na to, że rodzina zlinczowała ją za to co zrobiła Hale'om.

- Nie. Nie tak naprawdę. Nie tak jak powinna. - odpowiedziała Allison z zawodem. - Gerard uznał, że skoro była to inicjatywa Kate to ona powinna ponieść konsekwencje: poradzić sobie z policją i dowodami. Poza tym nie zrobił nic, aby ją ukarać. Wysłał do Europy wiedząc, że tam nikt nie usłyszał o pożarze. Tamtejszych nadnaturalnych nie przejęła śmierć amerykańskiego stada. Moja mama o mało co nie eksplodowała.

- Twoja mama? - zapytał Stiles zanim zdołał ugryźć się w język. Pamiętał Victorię Argent. Kobieta wzbudzała w nim absolutny strach i niesmak, ale i nie dało się nie szanować jej.

- Moja mama. - zgodziła się Allison. Wiedziała że wszyscy postrzegali jej mamę jako zimnokrwistego potwora. - Wiedziała doskonale jak szanowani byli Hale'owie wśród innych nadnaturalnych. Od początku mówiła Gerardowi, że wszyscy odwrócą się od nas za to co zrobiła Kate. Uważała że jedynym sposobem, aby przetrwać to, to dać Hale'om głowę Kate na srebrnej tacy, czy cokolwiek zażyczą sobie z nią zrobić.

Stiles nie miał pojęcia, że Victoria mogła być uczciwą osobą. Wydawała się dość straszna, gdy przyjechała do Beacon. Może to przyglądanie się tym wszystkim ciałom sojuszników piętrzącym się na jej progu? Czytanie kolejnych pogróżek pod adresem jej i rodziny w końcu złamały ją? W końcu pomyślała: tak czynicie, więc nie zasługujecie na moją litość.

- Przez wieki przekonywaliśmy nadnaturalnych, że jeśli sami poradzą sobie z niewygodnymi elementami, nie będziemy mieszać się. - westchnęła Allison jakoś czulej patrząc na Dereka. - Gdy przyszło do sprzątnięcia własnego bałaganu Gerard zignorował problem całkowicie. Wcale nie dziwię się, że wszyscy chcieli zemsty. Gdyby coś takiego stało się mojej rodzinie- Pewnie postąpiłabym jak Peter. Nie spoczęłabym póki nie widziałabym ich wszystkich martwych.

- Masz więc szczęście, że Laura Hale była lepszą osobą. Gdyby chciała to pewnie zmobilizowałaby wilkołaki i bylibyście martwi w ciągu miesiąca. - syknął Stiles. Czuł złość.

- Nawet jeśli tego nie zrobiła to wciąż. Tamtej nocy Kate zniszczyła dwie rodziny. Odebrała więcej żyć niż zamierzała. Żałuję, że nie żyje, aby patrzeć na swoje dzieło. - warknęła wściekła Allison. Zawsze mówiła o swojej ciotce z pewnym uwielbieniem. Teraz czuła jedynie odrazę do niej. Była jak ciągłe przypomnienie: tym możesz się stać, jeśli nie będziesz uważać, to możesz sprowadzić na swoją rodzinę i przyjaciół.

- Uważaj czego sobie życzysz. Jeszcze spodobałby jej się ten cały bałagan. - odpowiedział Stiles z westchnieniem. - Była równie niezrównoważona co Peter.

- Jakimś równoległym świecie tworzyliby wspaniałą parę. - zaśmiała się Allison. Na chwilę ich humory poprawiły się.

- -dobrze się czuję. - Usłyszeli po chwili głos Isaaka w korytarzu. - Nie musisz mnie nosić.

- Chce mieć tylko pewność. - odpowiedział wstydliwie McCall. Oczywiście że widok własnego Bety poturbowanego wzbudził w Scotcie potrzebę pielęgnowania go. Oddając honor Alfie nie nosił Isaaka, raczej pozwalał się mu podpierać o siebie, gdy ten chodził.

- Tak, tak, tak… - jęknął Isaak bez entuzjazmu.

- Gdzie łowca? - zapytał Scott rozglądając się po pokoju. Jego spojrzenie spoczęło na Stilesie. Ten wskazał za siebie, za kanapę. Wilkołaki podkuśtykały do kanapy i zajrzały za oparcie.

- Świetnie. Co z Derekiem? - zapytał McCall. Allison pokręciła głową, jakby chciała w ten sposób powiedzieć: bez zmian.

- -odsuń się! - warknął na korytarzu znajomy głos. Wszyscy wyprostowali się. Wilkołaki stanęły niemal na baczność, gdy Peter wpadł do pokoju.

- Które z was tym razem? - zapytał już spokojniej mężczyzna. Pomasował swoją skroń, jakby bolała go głowa. Alisson otworzyła usta, gdy Peter podniósł dłoń w górę, aby uciszyć ją.

- Po namyśle, nie chce wiedzieć. Wyjdźcie. - dopowiedział Peter. Stiles wyprostował się na kanapie.

- Nie możemy. Mamy tu łowcę. - odpowiedział chłopak a mężczyzna spojrzał nań mrużąc oczy. Podszedł do miejsca w którym siedział Stiles i zajrzał za oparcie kanapy.

- To on tak załatwił Dereka? - zapytał Peter jakby właściwie troszczył się o siostrzeńca. Może Derek był jakimś decydującym elementem w jego planie dominacji nad światem? To możliwe. To jedyny powód dla którego Peter przejmowałby się stanem Dereka.

- Nie, on porwał Danny'ego. - powiedział Stiles zapadając się w kanapę.

- Kim jest Danny? Z resztą nieważne. - westchnął Peter i usiadł ciężko na kanapie. - Przypilnuje waszej zdobyczy. Idźcie do domów.

- Nie ma mowy żebyśmy zostawili cię samego ze złotą rybką w obawie o jej życie. - warknął Stiles. Peter miał takie niedorzeczne pomysły czasami.

Serce Dereka znowu zatrzymało się, tym razem towarzyszył temu spazm całego ciała, wyciągając wilkołaka na łóżku w łuk.

Allison odskoczyła w tył z miną absolutnej zgrozy. Scott przytulił mocniej Isaaka, aby ten utrzymał się w pionie. Naprawdę potrzebował sam wsparcia kogoś.

- O cholera-! - jęknął Peter. Stiles spojrzał w tym samym kierunku co mężczyzna. Palce Dereka wyginęły się na kształt szponów w powietrzu. Pazury zastąpiły ludzkie paznokcie. Peter podbiegł do łóżka i objął dłoń siostrzeńca swoimi.

- Derek, musisz nad tym zapanować. - jęknął Peter. Stała się przeciwna rzecz i Derekowi wyskoczyły kły, prawie przedziurawiając rurkę od respiratora.

- O Jezu! - westchnął z przerażeniem Peter odskakując w tył. Nikt nie może zastać Dereka w takim stanie! Stiles doskoczył do łóżka i podciągnął swoją koszulę pod brodę. Zdjął z piersi Dereka czujniki i przykleił do swojej klatki piersiowej. Rytm na monitorach zwolnił znacząco. Derek wciąż trząsł się przez spazmy, ale aparatura nie pokazywała tego.

- Świetnie… - westchnął Peter prawie chwaląc Stilesa. Derek wygiął się w łuk.

- Weź to coś do zwalniania serca! - warknął Stiles starając się zachować spokój. Wskazał na wózek. Mężczyzna zagrzebał w jednej z szuflad wielką strzykawkę.

- Czekaj! Czekaj! - krzyknął Isaak i złapał Petera za dłoń trzymającą strzykawkę. Stiles patrzył jak pół minuty później Hale opada na łóżko i pogrąża w spokojnym śnie.

- Skąd widziałeś? - zapytał nieco roztrzęsiony Staliński. Isaak wzruszył ramionami.

- Dobrze… - westchnął ciężko Peter. - Scott, weź Isaaka do domu i trzymaj ojca z dala od nas.

- Nie zostawiamy was samych, gdy Derek spontanicznie wypuszcza kły i pazury. - sprzeciwił się Scott. Peter spojrzał na niego i uśmiechnął się szeroko. To było gorsze niż złość.

- Nie pomożesz nam tu. Musimy zabrać stąd Dereka zanim personel zobaczy go w takim stanie. - odpowiedział Peter. Stiles powoli przykleił czujniki na piersi Dereka.

- Nie możemy go zabrać. Nie może oddychać bez tej maszyny. - warknął Stiles wskazując na respirator. Peter patrzył zdezorientowany, jakby dopiero teraz zauważył, że Derek miał rurkę wciśniętą w gardło.

- Co zrobiliście? - warknął mężczyzna tym razem zły. Od udzielania niewygodnych odpowiedzi uratowali ich Deaton z Chrisem, Lidią i Aidanem.

- I kawaleria przybyła. - zakpił Peter.

- Przyjechałem po obrońcę. - zakomunikował Chris nie zwracając uwagi na Petera poza niezbędnym minimum. Deaton otworzył swoją torbę lekarską i wyjął z niej obiektyw aparatu.

- Skąd wiecie że mamy obrońcę? - zapytał Isaak mrużąc oczy.

- Szeryf zadzwonił. Rodzice mają lepszą linię komunikacji niż my. - odpowiedziała Lidia z bladym uśmiechem. Isaak przysiadł na brzegu łóżka.

- Czy tylko ja uważam, że oddanie Van Hellsinga łowcom to bardzo zły pomysł? - zapytał Isaak. Aidan rzucił mu 'no co ty nie powiesz' spojrzenie. Chris podszedł do kanapy i spojrzał na nieprzytomnego obrońcę. Ciekawe kiedy ten obudzi się i czy w ogóle?

- On jest jedynie wyrównaniem szans, a nie przewagą. - odpowiedział płasko Argent. Patrzył na obrońcę z niemal naukową ciekawością.

- Dalej nie sądzę żebyśmy powinni oddawać go wam. - westchnął Lahey, ale poza tym nie sprzeciwiał się.

- Scott, zabierz Isaaka do domu. Trzymaj ojca z daleka. - powtórzył Peter i brzmiał prawie troskliwie. McCall spojrzał na niego wrogo.

- Wszystko w porządku Scott. Idź do domu. Odpocznij. To była długa, męcząca noc. - powiedział doktor Deaton. Nakręcił obiektyw na staromodny aparat.

- Gdzie Ethan i Danny? - zapytał Aidan drapiąc nerwowo przedramię.

- Mój ojciec trzyma ich na posterunku. - odpowiedział Scott nie bez zawodu. Allison uśmiechnęła się smutno.

- To tłumaczy uczucie. - powiedział Aidan z westchnieniem ulgi. Rozejrzał się nerwowo po pokoju:

- Macie chyba tu wszystko pod kontrolą. Muszę jechać do Ethana, okej?

- Pewnie. - odpowiedział z entuzjazmem Scott. - Podwiózłbym Cię część drogi, ale jestem na motorze.

- Nie ma sprawy. To niedaleko. Będę tam biegiem w dziesięć minut. - powiedział z wąskim uśmiechem Aidan. Spojrzał na Isaaka:

- Jak noga?

- Goi się. - odpowiedział apatycznie Lahey i oparł się na ramieniu McCalla.

- Chodź, znajdziemy Ci miejsce leżące. - powiedział z uśmiechem Scott. Isaak rzucił mu nieprzyzwoite spojrzenie. Stiles patrzył jak przyjaciel z Isaakiem wyszli z pokoju posyłając obecnym w środku ostatni zapewniający uśmiech. Aidan wyszedł ściskając przelotnie dłoń Lidii, która posłała mu zmęczony półuśmiech.

- Pomożesz mi wynieść go stąd. - Chris zwrócił się do Petera. Ten spojrzał na łowcę z oburzoną miną.

- Dlaczego powinienem?

- Bo poza tobą jest tu troje ludzkich nastolatków? Im szybciej wyniesiemy go, tym szybciej pozbędziesz się mnie. - odpowiedział Argent i to musiało przekonać Petera.

- Co mam zrobić? - zapytał Hale nie wyglądając na zainteresowanego.

- Zejdziesz na dół z Allison i będziesz łapał ciało gdy wyrzucę go przez okno. To tylko drugie piętro, nie będziesz miał problemu ze złapaniem go, prawda? - zapytał łowca a Peter posłał mu niezadowolone spojrzenie. Nie dawał komentarzowi zadziałać na siebie.

- Allison, przyprowadź auto. - poinstruował Chris. Dziewczyna pokiwała energicznie głową.

- Wracaj do domu szybko. - nakazała dziewczyna Stilesowi. - Prześpij się.

Chłopak tylko pokiwał głową. Nie był zmęczony, ale jeszcze jeździł na adrenalinowym haju.

Allison ścisnęła jego ramię przelotnie. Chwyciła pod ramię Lidię, która przysypiała na krześle w kącie pokoju.

- Chodź. Możesz spać dziś u mnie. - powiedziała Allison jakby nie oferowała niczego Lidii, a ta wręcz wyświadczała jej przysługę, że zostanie z nią na noc. Martin sennie mruknęła i uśmiechnęła się zmęczona.

- Pamiętaj żeby pójść spać, Stiles. - mruknęła Lidia. Jej zadowolona mina oznaczała zapewne, że nikt nie umrze dziś w nocy.

Stiles pomógł Argentowi odsunąć kanapę. Łowca zajął się mężczyzną. Deaton w milczeniu obserwował ludzi. Nic nie mówił.

Obrońca zaczął poruszać się, gdy Argent odwiązał jego skrępowane dłonie od kaloryfera.

- Co robisz? - zapytał mężczyzna sennie. Argent nic nie odpowiedział. Podniósł obrońcę z ziemi i zaciągnął go w stronę okna. Zmienił wiązanie na nogach, tak że mężczyzna miał jedynie skrępowane kostki i rozciął wiązania za kolanami.

- Zabiję Cię za to! - krzyknął mężczyzna, gdy Argent przechylił go przez otwarte okno. Chris nic nie powiedział i wypchnął mężczyznę. Stiles spojrzał szeroko otwartymi oczami na mężczyznę.

- A co jeśli Peter nie zdążył dość na dół? - zapytał Stiles nerwowo.

- To drugie piętro. Najwyżej będzie miał wytrącone ramię z barku i nadtłuczoną miednicę. - odpowiedział Argent jakby to było nic. Stiles przewrócił oczami. Ci ludzie, naprawdę-

- Stiles, musisz mi tu pomóc. - powiedział Deaton. Dzięki Bogu, bo Staliński już nie wiedział co zrobić ze sobą.

- Co to robi? - zapytał chłopak wskazując na aparat.

- Zdjęcia. - odpowiedział weterynarz z przebiegłą miną. Stiles spojrzał na niego i miał nadzieję, że jego wzrok mówił: oczywiście, że tak, ale poza oczywistym! Deaton, jako druid, miał mnóstwo nadnaturalnych gadżetów.

- Dzień w którym będziesz łaskaw odpowiedzieć prosto na jakieś pytanie zapisze się złotymi zgłoskami. - westchnął zrezygnowany chłopak. Doktor uśmiechnął się.

- Powiedzieliście, że Derek nie został otruty, a mimo to nie goi się. Aidan wspominał o tym że wojownik mówił o szamanie. - powiedział Deaton.

- No tak, ale jak? - zapytał z wahaniem Staliński. Bardzo możliwe, że on był tym szamanem co znaczyło że to on mógł zrobić to (czymkolwiek to było) Derekowi. - Jak szaman mógłby zrobić coś takiego?

- Nie chce za wcześnie sądzić. - odpowiedział Deaton i podniósł aparat. Chwycił nadgarstek Dereka i wywrócił ramię wnętrzem dłoni do góry. Ściągnął z jego piersi prześcieradło. Zrobił dokładne zdjęcia obu ramion i torsu.

- Musisz mi pomóc. Muszę mieć zdjęcia jego pleców. - powiedział weterynarz. Pokazał Stilesowi jak utrzymać Dereka na boku bez zbędnego wysiłku. Chłopak złapał Hale'a za ramię a drugą dłonią jego bok i trzymał mocno bezwładne dziewięćdziesiąt kilo wilkołaka, gdy Deaton robił zdjęcia. Chłopak pomyślał, że łatwiej trzymałoby się dziewczynę, bo wszystkie one miały tak poręcznie zbudowane ciała.

- I co teraz? - zapytał Stiles z ciekawością. Deaton nakrył Dereka prześcieradłem.

- Wywołam zdjęcia i dam wam znać z rana. - powiedział spokojnie weterynarz i zaczął odkręcać obiektyw z aparatu. Schował pieczołowicie sprzęt do torby.

- Rano to całe eony od teraz! Powiedz cokolwiek. - warknął chłopak. Deaton rzucił mu spojrzenie. Miał on tę umiejętność, że jednym spojrzeniem umiał zmusić dzikie wilkołaki do ukorzenia się. Zmierzył Stilesa spojrzeniem, po chwili musiał zdecydować, że chłopak zasługuje na ochłap informacji.

- Szamani, choć są ludźmi, mają moc okradania innych ras z rzeczy których potrzebują: zdrowia, siły, szybkości. - odpowiedział Deaton i zamilkł. Zamknął swoją torbę i z krótkim: oczekujcie mojego telefonu jutro; wyszedł z pokoju. Musiał się minąć z Peterem, bo ten wszedł minutę po nim do pokoju.

- Co tu jeszcze robisz? Miałeś iść do domu. - powiedział zły wilkołak. Stiles uznał, że nic dziś nie wskóra i nie chciał antagonizować niezrównoważonego wujka.

- Postaraj się go nie dobić. - warknął Stiles pocierając czoło. Jego rzeczy wciąż były na parterze.

- Naprawdę? Idź do domu, Stiles. - odpowiedział Peter nie patrząc na nastolatka.

Czy Stiles okradł Dereka z jego możliwości uzdrawiania się? Z pewnością czuł się jak nowonarodzony od kiedy obrońca kazał mu wygłaskać sobie zdrowie z Ethana. Dokładnie, z Ethana, więc jakim cudem to wyraźnie na Dereka oddziaływało?!

Może Deaton miał rację i za wcześnie zakładali, że to wina Stilesa. Oby tak było! Może to przypadłość kompletnie niezwiązana z mocą Stalińskiego? To byłby kosmiczny zbieg okoliczności, ale to możliwe.

Stiles posłał tacie smsa, że wraca do domu. Dopiero na parterze zorientował się, że miał przy sobie kluczyki do auta Lidii i telefon Dereka. Melissa znalazła dla niego jego ubrania.

- Prosto do domu i do łóżka. - nakazała pani McCall z wąskim uśmiechem. Stiles pokiwał głową na zgodę.

- Niczego bardziej nie pragnę. - odpowiedział Stiles. - Aha, i Peter jest u Dereka. Nie wiem czy prosić abyś miała na nich oko, czy abyś trzymała się z daleka?

- Dziecko, mam paralizator od Chrisa. Peter może mi naskoczyć. - zaśmiała się jowialnie Melissa i Stiles naprawdę poczuł się uspokojony.