Rozdział 12

Listopad 2007 roku

Minął niecały tydzień od, jak nazywał to Owen, „skopania tyłków kanibali". Cóż, Ianto miał drobne wątpliwości, kto komu skopał tyłek, ale postanowił nie kłócić się z mężczyzną, który wyznaczał mu dawki leków przeciwbólowych. Dość szybko rzucił się w wir pracy i pozwolił, by segregowanie starych akt w archiwum do reszty zajęło jego myśli. Siniaki i otarcia nie zniknęły jeszcze z jego ciała – te pierwsze nabrały jedynie chorobliwego, żółtego koloru, który ostatecznie i tak był lepszy od rzucającego się w oczy fioletu.

Każde z nich na swój własny sposób radziło sobie z ostatnimi wydarzeniami. Tosh stwierdziła, że już od jakiegoś czasu zastanawiała się nad dietą wegetariańską i właściwie równie dobrze może jej spróbować. Tak więc podczas zamawiania obiadu Ianto pilnował, by posiłki dla kobiety były w pełni wegetariańskie.

Gwen zaczęła przynosić do pracy najróżniejsze książki na temat psychologii, jednak chyba nie znalazła w nich odpowiedzi, których szukała, gdyż stos na jej biurku systematycznie rósł. Ianto zauważył również, że kobieta regularnie bombarduje Jacka najrozmaitszymi pytaniami, które sprawiały, że nawet Kapitanowi na moment brakowało słów.

W zachowaniu Owena niewiele się zmieniło, choć Ianto miał wrażenie, że coś zaszło między nim a Gwen. Nie mógł powiedzieć na pewno, ale kiedy było się z tą dwójką w pomieszczeniu, niemal czuło się to charakterystyczne napięcie, które pojawia się między ludźmi dzielącymi wspólny sekret. Osobiście Ianto miał nadzieję, że się myli. Niewiele obchodziło go, z kim sypiają jego współpracownicy, jednak było mu szkoda Toshiko, która pałała tym niezrozumiałym uczuciem do Owena.

Z nich wszystkich to Jack zdawał się radzić sobie najlepiej, lecz Ianto podejrzewał, że mężczyzna znów kryje się za swoją maską. Rozumiał go doskonale. Gdyby nie obolałe żebra i siniaki, które niczym abstrakcyjny obraz pokrywały jego ciało, sam chętnie udawałby, że nic się nie wydarzyło.

W całej tej sytuacji była jednak jedna dobra rzecz. Ianto miał wrażenie, że nóż tamtego mężczyzny coś w nim odblokował, o ironio! Jakby po bardzo długim czasie wydostał się spod wody i zaczerpnął życiodajnego powietrza, które powoli zaczęło przywracać jego funkcje życiowe do normy. W tamtej chwili, po raz pierwszy od dawna, poczuł, że naprawdę nie chce umierać. Że chce wykorzystać szansę, którą dał mu Jack, zdobyć na nowo zaufanie mężczyzny, stać się członkiem zespołu, pomagać ratować świat. Chciał odbudować swoje życie – kawałek po kawałku. Już bez Lisy, lecz ze wspomnieniami o niej, które bez wątpienia zawsze będą mu towarzyszyć.

Myślał o znalezieniu nowego mieszkania – to byłby dobry pierwszy krok, nawet jeśli obecne lokum było opłacone na najbliższy rok. Nie potrzebował tak dużego domu, który bez przerwy przypominałby mu, kogo w nim brakuje. Większość czasu i tak spędzał w pracy, więc dzielnica i wystrój również nie miały większego znaczenia.

Przygryzł wargę, myśląc o tym, co zrobił dla niego Jack. Nie podobało mu się przyjmowanie jałmużnej i obiecał sobie, że, kiedy tylko stanie na nogi, odda pieniądze co do pensa, lecz nieważne jak zawstydzony by nie był, musiał przyznać, że gdyby nie Kapitan, prawdopodobnie skończyłby na ulicy.

Niechętnie postanowił wstrzymać się z przeprowadzką do momentu, kiedy jego żebra w pełni się zrosną. Miał to być żmudny proces, więc pomysł ten, mimo że rozsądny, nie napawał go optymizmem, jednak noszenie ciężkich pudeł z pewnością nie zrobiłoby mu dobrze, a na wynajem firmy przeprowadzkowej nie było go póki co stać.

Podczas ostatniego tygodnia nie działo się wiele, za co Ianto był cicho wdzięczny. Żadnego gorączkowego przeszukiwania archiwów, żadnego rychłego końca świata; jedynie kilka weevilów, które postanowiły opuścić kanały i przyprawić miejscowych o mały atak serca.

Z racji, iż szczelina, według słów Tosh, miała pozostać spokojna aż do poniedziałku, postanowił wykorzystać niedzielę jako swój dzień wolny, choć zazwyczaj pojawiał się w pracy nawet w weekendy. Do tej pory po prostu nie było nic innego, co mógłby zrobić w zamian.

Długo kłócił się sam ze sobą, lecz w końcu podjął decyzję o odwiedzeniu siostry. Próbował zdobyć się na to od lat, a jeśli teraz zamierzał zacząć od nowa, był to również idealny moment, by odnowić kontakt z Rhiannon; niekoniecznie ze względu na nią, ale choćby przez wzgląd na jego siostrzeńca i siostrzenicę, o których istnieniu dowiedział się dzięki przysłudze, którą wyświadczyła mu Tosh.

Nadeszła więc i niedziela i nim zdążył się zorientować, już stał przed małym, zadbanym domkiem w niezbyt ciekawej okolicy Newport. Rozejrzał się dookoła z grymasem na twarzy. Pomyślałby kto, że pieniądze, które zostawił po śmierci ich ojciec pozwolą Rhiannon na coś więcej niż godne życie. Z drugiej jednak strony nie miał kontaktu ze swoją rodziną od lat, kto wie, co stało się z firmą ojca. Może już dawno zbankrutowała? Ostatecznie po śmierci żony, mężczyznę niewiele obchodziło poza dnem butelki.

Drgnął, kiedy dwójka dzieciaków przebiegła obok niego, zanosząc się śmiechem. Wprawnym ruchem poprawił krawat na szyi, choć podświadomie wiedział, że wygląda on nienagannie. Ruszył do drzwi z numerem 21. Nogi miał jak z waty, lecz wiedział, że jeśli doszedł już tak daleko, nie cofnie się teraz. Uniósł rękę i, ignorując jej drżenie, które w pewnym momencie stało się codziennością, zapukał. Zrobił to znacznie pewniej niż się czuł i ostrożnie postanowił przyjąć to jako dobry znak.

Usłyszał ze środka kobiecy głos, potem odpowiadający mu męski baryton i wreszcie drzwi się otworzyły. Pamiętał Johnny'ego jeszcze z czasów, gdy mieszkał z ojcem. Rhiannon przyprowadziła go ze sobą kilka razy, kiedy wpadała w odwiedziny. Zawsze miał co do niego mieszane uczucia. Był dość zakompleksionym, chudym dzieciakiem, a Johnny i jego poczucie humoru w niczym nie pomagały. Mimo to wydawał się on dobrym człowiekiem, który uszczęśliwiał jego siostrę. A teraz był ojcem jej dzieci.

Mężczyzna mocno zmienił się w ciągu ostatnich lat. Zniknęła jego wysportowana sylwetka, którą Ianto tak dobrze pamiętał. Był też wyraźnie starszy, lecz jedna rzecz zdawała się pozostać w nim taka sama. Miał wrażenie, że gdyby Johnny się uśmiechnął, jego twarz znów wyglądałaby tak samo jak siedem lat temu, kiedy Ianto spotkał go po raz pierwszy.

Mężczyźnie jednak sporo brakowało do uśmiechu. Patrzył na niego pytająco, z lekko znudzonym wyrazem twarzy. Podrygiwał nogą, jakby nie mogąc się doczekać odprawienia nieznajomego z progu swoich drzwi i powrotu do zajęcia, które zostało mu przerwane. Ianto spojrzał mu w oczy, lecz nie zobaczył w nich tego, czego szukał. Najwyraźniej Johnny go nie poznał. Nic dziwnego, na przestrzeni lat bardzo się zmienił – wiedział to, nawet jeśli niezbyt często wracał myślami do tamtego okresu swojego życia.

— Tak? — zapytał tonem, który idealnie pasował do mimiki jego twarzy.

Przełknął ślinę, czując w nieprzyjemną suchość w ustach.

— Zastałem Rhiannon?

Nie musiał o to pytać; wiedział, że kobieta jest bezrobotna, a ponadto słyszał przed momentem jej głos. Nie wiedział jednak, co innego mógłby powiedzieć.

Johnny zmarszczył brwi i spojrzał na niego dziwnie, jakby starając się przypomnieć sobie, czy powinien go skądś kojarzyć. Gdyby Ianto się tak nie stresował, mógłby być całkiem rozbawiony wyrazem nagłego zrozumienia i szoku, który powoli zaczął zastępować znudzenie na jego twarzy. Zanim mężczyzna zdążył otworzyć usta, u jego boku pojawiła się kobieta.

Jeśli Johnny się zmienił, to Ianto nie był pewien, co powiedzieć o swojej siostrze. Jej farbowane blond włosy były już tylko wspomnieniem, podobnie jak sylwetka bliska anorektyczki. Nie był pewien, czy życie małżeńskie i macierzyństwo jej służyło czy wręcz przeciwnie.

Dom nie stał w najlepszej dzielnicy, a Rhiannon i Johnny przypominali mu tych wszystkich ludzi ledwie wiążących koniec z końcem, na których ich ojciec zawsze patrzył z niesmakiem. Jednak zarówno jego siostra jak i jej mąż byli ubrani schludnie, a dom wyglądał na czysty i zadbany – tyle przynajmniej mógł stwierdzić na podstawie przedpokoju, który widział nad ramieniem Johnny'ego.

Potrząsnął głową. To nie była jego sprawa; przynajmniej tak starał się sobie mówić, lecz gdyby naprawdę w to wierzył, to prawdopodobnie nigdy nie stanąłby u progu tych drzwi.

Rhiannon poznała go znacznie szybciej. Rzuciła na niego okiem z jedynie cieniem zainteresowania i nagle zamarła. Otworzyła usta, lecz cokolwiek chciała powiedzieć pozostało niewypowiedziane. Nastała między nimi niezręczna cisza. Znów przełknął ślinę i otworzył usta, by przywitać się z siostrą po raz pierwszy od pięciu lat.

Lipiec 2007 roku

— Nie tęsknisz czasem za tamtym życiem? — zapytała pewnego wieczoru Lisa.

Zawahał się przez chwilę, lecz nie zaprzestał krojenia warzyw do zupy, skupiając się na tym z jeszcze większą zaciekłością. Korciło go, żeby spojrzeć na dziewczynę, kiedy dotarło do niego, o co pyta, jednak wiedział, że jest to głupi pomysł. Jedno jej spojrzenie i pewnie wyciągnęłaby z niego wszystko, co chciała wiedzieć.

— Nie mam za czym tęsknić — odparł krótko, nie chcąc poddawać tego pod analizę.

Od lat powtarzał sobie, że wszystko, czym kiedyś było jego życie jest już tylko przeszłością i nie ma sensu tego rozpamiętywać. Na ogól Lisa to szanowała, lecz bywały i dni takie jak ten, kiedy zwyczajnie chciała wiedzieć więcej.

— Myślałam o twojej siostrze. Ma na imię Rhiannon, prawda?

Wydał z siebie dziwny dźwięk, który miał być potwierdzeniem.

— Dziwne imię. Nigdy nie znałam nikogo, kto by się tak nazywał — powiedziała konwersacyjnym tonem, wyraźnie starając się zachęcić go do rozmowy.

— Jest walijskie — odparł, jakby to wszystko wyjaśniało.

Lisa zachichotała, a Ianto przewrócił oczami. Nigdy tego nie rozumiał, ale dziewczynę najwyraźniej bardzo bawiło jego walijskie pochodzenie.

— Chyba mam swoją odpowiedź.

— Ianto to też walijskie imię, gdybyś nie wiedziała — mruknął pod nosem.

— I właśnie dlatego wszyscy są przekonani, że pisze się je przez y. A tu niespodzianka, walijski i jego zwariowana pisownia.

Pokręcił głową i wrzucił pokrojoną marchewkę do zupy, po czym zabrał się za przyprawianie jej.

— Śmiej się do woli, chcę ci tylko przypomnieć, że nasze dzieci będą w połowie Walijczykami.

— Może i tak, ale chyba nie sądzisz, że nadamy im któreś z tych zwariowanych imion?

Spojrzał na nią kątem oka i coś ścisnęło go za serce. Siedziała przy stole, z twarzą opartą na złożonych dłoniach i uśmieszkiem na twarzy, patrząc na jego pierwsze podrygi w gotowaniu. Uderzyła w niego normalność tej sytuacji. Żadnych kosmitów i Torchwood. Tylko on i jego narzeczona, rozmawiający swobodnie o przyszłości u swojego boku. Usta same wykrzywiły mu się w uśmiechu. To wszystko było tak naturalne, jakby całe jego życie prowadziło do tego momentu z Lisą. Bycie z nią było tak łatwe, jak oddychanie.

— Zastanawiałam się... — powiedziała po chwili, kiedy Ianto wrócił do gotowania. — Powinniśmy zaprosić ją na ślub? W końcu to twoja siostra, ale jeśli jej tam nie chcesz...

— Nie chcę — powiedział bez chwili wahania. — Może kiedyś była moją siostrą, ale przestała nią być dawno temu.

Usłyszał, że Lisa wstaje od stołu i po chwili poczuł wokół talii jej ramiona. Odetchnął głęboko, dopiero teraz czując, jak bardzo spięte jest jego ciało.

— Pomyśl jeszcze nad tym, nie chcę, żebyś później tego żałował, Ianto.

— Nie ma o czym myśleć — odparł cicho, odwracając się w jej stronę. — Wiedziała, co robił mi ojciec. Musiała wiedzieć. Ale nic z tym nie zrobiła. Nie jestem w stanie jej tego wybaczyć. Nie chcę jej w moim życiu, Lisa.

Listopad 2007 roku

W poniedziałek wrócił do pracy, jakby nic się nie wydarzyło. Sam nie był pewien, jak właściwie poszła wizyta u siostry i czy słusznie postąpił, zdecydowawszy się na nią. Rhiannon najwyraźniej również miała mieszane uczucia. Zaczęła od zrobienia mu całkiem długiego i głośnego wykładu w progu drzwi i kiedy już był pewien, że jedynym słusznym posunięciem będzie jak najszybsza ewakuacja do samochodu, kobieta przyciągnęła go do uścisku. Był on sztywny i niepewny, jakby po tych wszystkich latach zapomnieli, jak się to robi, lecz Ianto nagle poczuł, że jakiś niewysłowiony ciężar spadł mu z serca.

Kiedy przekroczył próg Centrum, czuł się znacznie lepiej niż w ciągu ostatnich kilku tygodni, choć niezbyt optymistycznie podejrzewał, że taki stan rzeczy nie ma szansy, by utrzymać się dłużej.

Od razu skierował swoje kroki w stronę ekspresu do kawy, jednak w tym samym momencie Jack oznajmił, że dostali wezwanie. Wzruszył obojętnie ramionami. Nawet jeśli Jack wpadł na szalony pomysł zabierania go w teren, to jego żebra wyraźnie nie były jeszcze na to gotowe i, ku swojej radości, był uwięziony przy pracy za biurkiem. Przygotował więc sobie kubek kawy i resztę dnia spędził w archiwum, z satysfakcją zauważając, że ostatnie miesiące ciężkiej pracy opłaciły się i pomieszczenie zaczyna wyglądać tak, jak zawsze powinno.

Dochodziła osiemnasta, kiedy w końcu wrócił do głównego pomieszczenia. Zespół zdążył już wrócić i mimo przymkniętych drzwi do gabinetu Kapitana, wciąż był w stanie usłyszeć jego podniesiony głos. Spojrzał pytająco na siedzącą najbliżej Gwen, która w odpowiedzi wzruszyła bezradnie ramionami.

— Krzyczy tak od godziny, więc zakładam, że rozmawia z kimś z UNIT-u.

— Powiedziałbym, że ostatnio minister Saxon aktywnie stara się zostać wrogiem Jacka, więc nie byłbym tego taki pewien — mruknął.

— Minister Saxon? Ten który kandyduje na premiera? — zapytała z zaskoczeniem. — Ale on wydaje się taki miły! Rhys go uwielbia, mówi, że ktoś w końcu zrobi porządek w Wielkiej Brytanii.

Wzruszył ramionami.

— Ja też go lubię. Jeśli mam być szczery, to tylko jego nazwisko wbiło mi się w pamięć, więc pewnie na niego zagłosuję. Ale na głos Jacka raczej nie ma co liczyć.

Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo, kiedy z gabinetu dobiegł ich dźwięk tłuczonego szkła.

— Chciałem zostać dziś dłużej w archiwum i skończyć porządkowanie raportów z dziewięćdziesiątego siódmego, więc zamawiam kolację. Masz na coś ochotę? — zapytał, ciesząc się, że w końcu ma do kogo otworzyć usta.

Gwen spojrzała na zegarek i jęknęła.

— Rhys mnie zabije, dziś ja miałam przygotować kolację. Będę się zbierać, może jeszcze nie umarł z głosu. Dzięki, Ianto!

— Nie ma za co.

Skinął głową, uśmiechając się lekko. Gwen zarzuciła kurtkę, chwyciła torebkę, lecz zawahała się w ostatniej chwili i odwróciła się z powrotem w jego stronę.

— Może zapytaj Tosh, czy nie jest głodna — powiedziała przyciszonym głosem, patrząc z przygryzioną wargą w stronę siedzącej przy swoim biurku Japonki. — Uszkodziliśmy z Owenem jej komputer i chyba do reszty popsuliśmy jej humor.

Faktycznie, Tosh nie wyglądała na szczególnie szczęśliwą. Patrzyła ze zmarszczonymi brwiami w monitor i co jakiś czas uderzała ze złością w klawisze od klawiatury, choć przecież na ogół traktowała swój komputer z największym szacunkiem.

— To nie było specjalnie, ale znasz Owena. — Przewróciła oczami. — Rzucił jakimiś wrednymi komentarzami i nawet nie przeprosił, a ja teraz mam wyrzuty sumienia, bo Tosh musi zaczynać wszystko od nowa. Najwyraźniej pracowała nad jakimś programem do tłumaczenia... Przynajmniej tak to zrozumiałam.

— Porozmawiam z nią — obiecał.

Gwen obdarzyła go szerokim uśmiechem, który zniknął, gdy po raz drugi zerknęła na zegarek.

— Naprawdę muszę lecieć. Do zobaczenia jutro, skarbie.

Ruszył w stronę biurka Toshiko, zastanawiając się, co powinien powiedzieć. Kiedy kobieta odwiedziła go tamtej nocy w jego mieszkaniu nad wyraz dobrze się im rozmawiało i nie miałby nic przeciwko powtórzeniu tego. Lubił jej sposób bycia i miał wrażenie, że pewnego dnia z łatwością mógłby ją nazwać przyjaciółką.

— Hej, Ianto! Przydaj się na coś i zrób mi kawy!

Spojrzał w irytacją na Owena, który nawet na moment nie oderwał wzroku od szkieletu na stole, by na niego spojrzeć. Przewrócił oczami i postanowił najpierw zaparzyć kawę, a dopiero potem porozmawiać z Tosh. Przynajmniej będzie miał z głowy Owena i jego narzekania. Kiedy jednak wrócił pięć minut później z kubkiem kawy dla lekarza, Tosh już nie było w Centrum. Najwyraźniej postanowiła wyjść wcześniej niż zwykle.

Przez chwilę sam rozważał powrót do domu, lecz perspektywa kolejnej bezsennej nocy spędzonej na wpatrywaniu się w sufit swojej sypialni skutecznie odpędziła tą myśl.

Wręczył Owenowi jego kubek i mężczyzna w końcu oderwał się od swojej pracy. Wziął duży łyk i odstawił go na blat. Miał już wracać do archiwum, kiedy wzrok lekarza spoczął na nim.

— Jak tam twoje żebra? — zapytał głosem pozbawionym sarkazmu czy irytacji, co dziwnie do niego nie pasowało.

— W porządku, po prostu trochę bolą.

— Bierzesz leki, które ci dałem?

Skinął głową. Gdyby nie one, pewnie w ogóle nie wychodziłby z łóżka.

— W porządku. Gdyby coś się działo, wiesz gdzie mnie szukać.

Powiedziawszy to, Owen znów wrócił do oględzin szkieletu, co jakiś czas notując coś na kartce papieru. Ianto stwierdził, że nic tam po nimi i wycofał się z zatoki medycznej.


Zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, następnego dnia obudził się w koszmarnym nastroju. Wieczorem zapomniał wziąć lekarstwa, więc ze snu wyrwał go koszmarny ból żeber. Poza tym spał niecałe pięć godzin, co wcale nie poprawiało mu nastroju. Nawet zimny prysznic nie był w stanie go rozbudzić i tylko cudem nie zasnął za kierownicą w drodze do pracy. Oczywiście zdążył już zaparkować samochód, kiedy uświadomił sobie, że nie zjadł żadnego śniadania, a tabletki, które przepisał mu Owen nie były najlepszym pomysłem na czczo. Skończył więc wymiotując na parkingu, przypłacając to jeszcze większym bólem klatki piersiowej.

Był pewien, że ten dzień nie może być już gorszy, a przecież ledwie się zaczął. Właśnie wtedy poczuł czyjąś dłoń na swoich plecach. Chciał się odwrócić, lecz jego żołądek miał inne plany i znów zwymiotował. Czuł w oczach łzy bólu i upokorzenia. Uniósł głowę, by spotkać bardzo znajome spojrzenie pary szaroniebieskich oczu. Nagle zapragnął położyć się na ziemi, nie przejmując się przykrym zapachem czy bałaganem, zamknąć oczy i modlić, by uderzyła w niego jakaś przeklęta kosmiczna asteroida. Ze wszystkich ludzi, to akurat Jack musiał go znaleźć w takim stanie, oczywiście. Przecież nie dość skompromitował się przed tym człowiekiem.

— Dasz radę wstać? — zapytał Kapitan z nieczytelnym wyrazem twarzy.

— Chyba jeszcze tu sobie posiedzę — odparł słabo, czując, że to nie koniec jego żołądkowych rewolucji. Miał wrażenie, że w ciągu ostatniego miesiąca wymiotował częściej niż przez całe życie.

— Powinieneś wziąć wolne, szczelina jest spokojna, a ty widocznie nie doszedłeś jeszcze do siebie — mruknął po chwili Jack, choć brakowało w tym przekonania, jakby mężczyzna wiedział, że i tak nie przekona do tego swojego pracownika.

— To tylko te tabletki od Owena — odparł i przetarł twarz dłonią. — Powinien wziąć je po śniadaniu, o którym zapomniałem.

Nie musiał patrzeć mu w twarz, by wyobrazić sobie, jak Jack unosi brew na to stwierdzenie.

— Często ci się zdarza zapomnieć o śniadaniu?

Nie odpowiedział, wiedząc, że będzie to wystarczającą wskazówką dla mężczyzny. Usłyszał jak ten wzdycha, po czym jego pewna ręka pomogła mu podnieść się na nogi.

— Chodź, zabieram cię na lunch.

— Zaprasza mnie pan na randkę? — zapytał i z jakiegoś powodu uśmiech Jacka sprawił, że ten dzień nie wydawał się już tak bardzo beznadziejny. Jakby gdzieś na horyzoncie pojawił się nagle błysk latarni morskiej.