Jane podniosła wzrok, gdy usłyszała Hermionę wchodzącą przez frontowe drzwi. Nasłuchiwała przez moment i gdy nie usłyszała żadnego innego dźwięku, wyszła do korytarza. Hermiona stała w nim, patrząc na coś, co miała w dłoni.

- Hermiono? Wszystko w porządku, kochanie?

Ku zaskoczeniu Jane, Hermiona miała na twarzy wyraz załamania. Podeszła szybko do niej.

- Co się stało?

- Nie wiem, mamo – odparła Hermiona. – Ja… ja nie mam pojęcia, co zrobić albo co powiedzieć i zaczynam się czuć, jakbym nigdzie nie pasowała.

Jane zaprowadziła córkę do kuchni i po chwili obydwie kobiety siedziały przy stole z kubkami gorącej herbaty.

- Więc dlaczego się tak czujesz? – spytała córkę czule. Wyciągnęła rękę i położyła ją na jej dłoni.

- Wiesz, że widziałam się z Ginny, prawda?

Jane potaknęła.

- Myślałam, że mogłabym porozmawiać z nią o mnie i o Ronie. Powinniśmy być w podobnej sytuacji – obydwie wracamy do szkoły, a nasi chłopcy będą w Londynie. Czasami czuję się dobrze i myślę, że przetrwamy to, a czasami, że Ron znajdzie sobie w Londynie kogoś nowego. Myślałam, że Ginny będzie miała podobne zmartwienia, wiesz, Harry jest młody i bogaty, i sławny, i dziewczyny za nim szaleją.

Spojrzała na matkę, z dezorientacją w oczach.

- Mamo, ona w ogóle się nie martwi. Zaczęła mówić o tym, że wie, że Harry ją kocha i powiedziała, że muszę porozmawiać z Ronem o moich zmartwieniach. Ciężko jest usiąść i porozmawiać o uczuciach. A co, jeśli powiem mu, jak się czuję, a on wcale nie będzie się czuł podobnie albo mnie wyśmieje, czy coś?

- Naprawdę myślisz, że zrobiłby coś takiego? – spytała uspokajająco Jane.

- Nie wiem – jęknęła Hermiona. – Mówi mi, że mnie lubi, ale cały czas przypominam sobie tą sytuację z Lavender w pokoju wspólnym, po tym, jak zaprosił mnie na przyjęcie u profesora Slughorna.

Jane przez chwilę milczała, zastanawiając się, co powiedzieć.

- Kochanie, musisz zdecydować, czy chcesz się z nim spotykać, czy nie. Jeśli chcesz być jego dziewczyną, musisz wybaczyć mu jego błędy. Rozmawiałaś z nim o tym?

- Nie! – odparła trochę zszokowana, jakby to była oczywista oczywistość. – Nie chcę słyszeć, jaka to Lavender była słodka i dobra jako dziewczyna.

Pani Granger pociągnęła łyk herbaty, patrząc na córkę.

- Wiem, że nie chcesz tego słyszeć, ale jeśli chcesz kontynuować ten związek, to Ginny ma rację. Ty i Ron musicie porozmawiać i wszystko sprostować. Wiem, że jest nadal zazdrosny o Wiktora, a ty jesteś zazdrosna o Lavender. Jeśli wasze relacje mają rozkwitnąć, to musisz mu wyjaśnić, że nic cię z Wiktorem już nie łączy. A ty musisz wysłuchać, co ma do powiedzenia o Lavender. Musisz wiedzieć, dlaczego tak szybko zdecydował się na związek z nią, a ty musisz mu powiedzieć jak bardzo cię zranił.

Hermiona siedziała w cieszy, myśląc nad tym, co powiedziała jej matka. To samo próbowała powiedzieć jej Ginny. Westchnęła.

- Chyba masz rację. Po prostu… ciężko się rozmawia o uczuciach. A Ron nie należy do tych, którzy takie rozmowy podejmują chętnie.

- Boisz się, że z tobą nie porozmawia? – spytała cicho Jane. Oblewając się rumieńcem, Hermiona pokiwała głową. Jej matka uśmiechnęła się. – Wydaje mi się, że może cię jeszcze zaskoczyć.

Dwójka kobiet siedziała przez chwilę w ciszy, po czym przerwała ją Jane.

- Coś cię jeszcze niepokoi?

- Harry poprosił Ginny, żeby za niego wyszła – wypaliła Hermiona. Spojrzała na matkę, na jej twarzy gościła mieszanina uczuć. – Nie rozumiem. Ledwo przekroczyła siedemnaście lat, dlaczego miałaby… oddawać się w taki sposób? Spytałam ją, czy nie chciałaby żyć przez jakiś czas własnym życiem, a ona po prostu powiedziała, że nie. Jak może być tak pewna? Ja mam prawie dziewiętnaście lat i nie mam pojęcia, co chciałabym robić w życiu. Wiem, że przez jakiś czas nie chcę wychodzić za mąż.

Jane uśmiechnęła się delikatnie do córki.

- Nie możesz wymagać od wszystkich swoich przyjaciół, żeby podejmowali te same decyzje, co ty, kochanie. Muszę powiedzieć, że po tym, jak spędziłam w ich pobliżu trochę czasu, nie jestem specjalnie zaskoczona. Obydwoje, jak na swój wiek, są bardzo dojrzali i oboje doświadczyli bardzo wielu zmieniających życie zdarzeń. Na pewno nie pobiorą się od razu, prawda? Słyszałam, że ona jeszcze wraca na następny rok do szkoły.

- Wraca – zgodziła się Hermiona. – Chce ślub w Boże Narodzenie, więc będzie to gdzieś w grudniu 1999.

- Czyli będą mieli osiemnaście i dziewiętnaście lat, gdy już się pobiorą – powiedziała Jane, zamyślona. – To i tak bardzo młodo i na pewno nie dla wszystkich, ale nie widzę, dlaczego w ich przypadku miałoby to nie wypalić.

- Więc dlaczego zawsze mnie przestrzegałaś przed zbyt wczesnym ślubem?

Pani Granger wpatrywała się w swoją herbatę przez chwilę, zbierając myśli.

- Gdy ja byłam młoda, miałam kilku przyjaciół, których celem w życiu był ślub. Kilkoro z nich pobrało się od razu po szkole, w wieku siedemnastu czy osiemnastu lat. Teraz jak na to patrzę, wydaje mi się, że po prostu chcieli się wyrwać z domu rodziców i udowodnić, że są już dorośli. Po jakimś czasie docierało do nich, że ślub nie jest rozwiązaniem wszystkich ich problemów. Musieli ciężko pracować za małe pieniądze, a poza tym trzeba się bardzo przystosować do życia z kimś innym. Moja przyjaciółka, Sara, skończyła na rozwodzie w wieku dwudziestu trzech lat z dwoma małymi dziećmi na utrzymaniu. To było dla niej bardzo trudne. Inna moja przyjaciółka, Anna wciąż jest w małżeństwie, ale miała sporo z tym problemów, omal nie doszło do rozwodu. Widziałam, przez co oni wszyscy przechodzą i nie chciałam skończyć podobnie.

- Jak wiesz, poznałam twojego ojca w szkole dentystycznej. Spotykaliśmy się ze sobą przez całą szkołę. Hugh chciał się ożenić, zanim założyliśmy nasz gabinet, ale ja nadal byłam bardzo niepewna, jeśli chodziło o takie ważne decyzje. Zaczęliśmy pracę i po jakimś czasie pobraliśmy się. Miałam trzydzieści lat, gdy zaszłam w ciążę i mimo, że chcieliśmy mieć więcej dzieci, powiedzmy, że los nam nie sprzyjał. Nie żałuję, że poczekałam ze ślubem i z decyzją o dzieciach, wydaje mi się, że byłam dużo bardziej dojrzała i podjęłam lepsze decyzje, niż podjęłabym będąc młodszą. – Wzruszyła ramionami. – Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że nie każda para biorąca ślub wcześnie jest z góry skazana na niepowodzenie, ale na pewno trudniej jest wziąć ślub w tak młodym wieku.

Hermiona wysłuchała matki i starała się to wszystko przemyśleć.

- Chcę pójść na Uniwersytet i w ogóle chcę zrobić tyle różnych rzeczy, nie potrafię sobie wyobrazić takiego szybkiego przywiązania. Część mnie jest sfrustrowana, że Ginny tego nie widzi. Mówi, że mimo wszystko planuje grać w Quidditcha i podróżować. Tylko że chce to wszystko zrobić z Harrym. Próbowałam z nim rozmawiać, ale on jest kompletnie ślepy i tylko mówi, że chce się ożenić.

- Powiedział, dlaczego?

- Wypluł jakiś nonsens na temat jak to oni są dla siebie stworzeni i ona jest jego drugą połówką – cokolwiek to znaczyło. Nie chce czekać. – powiedziała Hermiona, widocznie mająca żal do przyjaciela. – Oczywiście od razu potem broni się, że jego rodzice pobrali się bardzo szybko. Przykro mi, ale to się nie liczy. Nie żyli razem zbyt długo.

Twarz Jane od razu przybrała kompletnie inny wyraz.

- Hermiono, niech cię ręka boska broni przed powiedzeniem Harry'emu tego, co przed chwilą powiedziałaś mi. Rozumiem, że próbujesz to wygrać, ale wspomnienia po jego rodzicach są dla niego w pewnym sensie święte.

Hermiona zaczerwieniła się zawstydzona.

- Przepraszam, wymknęło mi się to. – Westchnęła. – Wiem, że ludzie w świecie czarodziejów często szybko biorą ślub, ale stwierdziłam, że skoro Harry dorastał z mugolami, nie będzie w ten sposób myślał.

- Gdy byłam w Norze, Harry wspomniał, że jego ciotka wyszła za mąż, gdy miała dwadzieścia lat – powiedziała pani Granger.

Hermiona ukryła twarz w dłoniach, starając się zablokować wszystko, co jej matka ma do powiedzenia.

- Po prostu chcę, żeby wszystko wróciło do normy. Voldemort jest martwy, Umbridge gnije w Azkabanie, Snape nie żyje – miałybyśmy świetny rok szkolny. Chciałam, żeby chłopcy wrócili z nami do szkoły i dobrze byśmy się bawili, i zdalibyśmy Owutemy.

Jane uśmiechnęła się lekko, głaszcząc Hermionę lekko po jej puszystych włosach.

- Wiem, kochanie, ale to się nie stanie. Wszyscy dorastają. To nic złego, że nie dorastacie wszyscy tak samo szybko.

- Dlaczego jestem tak daleko z tyłu? – spytała Hermiona, jej głos był przytłumiony. Podniosła głowę. – Dostałam niedawno sowę od jednej z moich koleżanek, Parvati. Jest zachwycona, bo poznała faceta, z którym ślub przygotowali jej rodzice. Jej rodzice przygotowali jej ślub! To jest… to takie niewłaściwe i staromodne. Dlaczego miałaby być zmuszona do poślubienia człowieka, którego wybrali jej rodzice.

- Myślałam, że jest zachwycona? – zapytała zdezorientowana Jane.

- Jest.

- Więc w jaki sposób jest zmuszana?

Podniosła list, który wskazała jej Hermiona i szybko go przeczytała.

Hermiona spojrzała na matkę z niezrozumieniem.

- Bo jej rodzice zaaranżowali ślub.

- A ona się zgodziła – zwróciła uwagę Jane. – Kochanie, ona się tego spodziewała i wygląda na to, że jest szczęśliwa. Nawet napisała, że jej siostra zdecydowała, że nie chce zaaranżowanego ślubu, więc nie wygląda na to, że Parvati jest do czegoś zmuszana. Wiem, że gdy słyszysz „zaaranżowany ślub", to od razu sobie wyobrażasz rodziców z epoki wiktoriańskiej, zamykających swoje córki w pokoju, dopóki się nie zgodzą, ale to tak nie wygląda.

Hermiona wzięła list i jeszcze raz go przeczytała.

- Chyba masz rację. To po prostu wydaje się takie nieodpowiednie.

- Nie do tego przywykłaś – powiedziała spokojnie pani Granger. – Częścią dorastania jest, że nie każdy jest taki sam i nie każdy wymaga tego samego od życia. Ty chcesz się uczyć i żyć przez chwilę samemu. Wydaje mi się, że to wspaniale i oczywiście odzwierciedla to, w jaki sposób cię wychowałam. Ginny chce wyjść za mąż, ale mimo wszystko chce grać w Quidditcha i dobrze się bawić. Twoja przyjaciółka, Parvati pozna bliżej swojego narzeczonego, pracując jednocześnie na Pokątnej. Obydwoje są inni, ale mają swoje ambicje.

Hermiona zaczęła zastanawiać się nad słowami matki, po raz pierwszy naprawdę dopuszczając je do siebie. Na początku pominęła większość listu Parvati, ale przypomniała sobie, jak Hinduska była podekscytowana otwieraniem butiku na pokątnej z Lavender i, o dziwo, z bliźniaczką, Padmą. Uśmiechnęła się do siebie. Jeśli te dziewczyny na czymś się znały, była to moda. Sięgnęła pamięcią wstecz i przypomniała sobie, że Parvati mówiła coś o zaaranżowanych ślubach, ale było to tak różne od jej wyobrażeń, że kompletnie o tym zapomniała.

Czy naprawdę była aż tak zamknięta? Musiała to przemyśleć. Naprawdę chciała na nich nakrzyczeć, że popełniają błędy i będą ich żałować, ale dotarło do niej, że w taki sposób tylko by ich do siebie zraziła. Trochę czasu zajęłoby jej przemyślenie tego wszystkiego. Ze zmęczonym uśmiechem pocałowała matkę w policzek i poszła do łóżka.


Ginny rozglądała się po nowym sklepie, który jej bracia zamieniali teraz w pizzerię. Była w pozytywnym szoku. Zawsze imponowały jej artystyczne zdolności Deana, ale nigdy jeszcze nie widziała, żeby podejmował się czegoś na taką skalę. Jej bracia zdecydowali się na motyw smoków w restauracji i Dean pomagał im w wystroju.

- To jest cudowne – wydusiła po chwili. Dean namalował różne smoki w ich naturalnych środowiskach, więc było tam też sporo różnych łańcuchów górskich i wysokich szczytów. Była zaskoczona, że udało mu się każdego z nich namalować w tak różny sposób. Niektóre były w locie, inne zionęły ogniem, inne broniły jaj, a jeszcze inne polowały. Zaśmiała się, gdy zobaczyła Rogogona Węgierskiego latającego ochronnie wokół ciasno ułożonych jaj. Jedno z nich było pomalowane na złoto, a przed nim leżała Błyskawica.

Dean uśmiechnął się, gdy zauważył, na co patrzy Ginny.

- Nie mogłem się oprzeć przed złożeniem Harry'emu jakiegoś hołdu. To było cudowne, widzieć go tak latającego. Poza tym nie jest to jakoś specjalnie oczywiste i ludzie nieznający historii nie będą mieli pojęcia, że to o Harrym.

- Dla mnie to cudowne – powiedziała Fleur. Ginny ledwo powtrzymała się od śmiechu, gdy zobaczyła, jak Dean wgapiał się w jej szwagierkę.

- Dzięki – zdołał wykrztusić. Fleur już odwróciła się i poszła obejrzeć resztę ścian. Dean namalował to co chciał, a mniejsze rysunki były przyczepione do ściany, umieszczone w ramkach.

- Fleur, to twój stary kolega, Walijski Zielony – zawołała Ginny.

Fleur spojrzała na jasnozielonego smoka, który namalowany był nad piękną łąką wypełnioną owcami.

- Wygląda tu dużo ładniej – skomentowała.

Spojrzała na Deana, który już dał radę ustać na nogach.

- Mógłbyś namalować coś, żeby uczcić Cedrika?

Dean pokiwał głową i zdjął rysunek Szwedzkiego Krótkopyskiego i zaczął go przerabiać. Dwójka dziewcząt starała się być cicho, żeby nie przeszkadzać chłopakowi w pracy. Nie zajęło to dużo czasu, zanim Dean miał pierwszy szkic Cedrika odważnie stojącego naprzeciw srebrno niebieskiego smoka. Dean nawet pomyślał o tym, żeby dodać psa, którego Cedrik transmutował, żeby odwrócić uwagę smoka.

Ginny poczuła, że oczy wypełniają jej się łzami, gdy patrzyła na młodego przystojnego chłopaka, który zmarł w dużo za młodym wieku. Nie znała go dobrze, a poza tym on był dużo od niej starszy, ale rozmawiała z nim raz albo dwa w wiosce. Gdy już odzyskała głos, zwróciła się do Deana.

- To jest naprawdę piękne, Dean.

- Oui, to naprawdę pasuje, żeby go uczcić – powiedziała trochę smutno. – Był bardzo dobrym chłopcem, nie zasługiwał na taką śmierć.

- Trochę źle się czuję, że byłem przeciwko niemu – odezwał się Dean. – Nie, żebym był jego wrogiem, ale byłem za Harrym. – Spojrzała na rysunek, a potem na Ginny. – Jego rodzice żyją niedaleko twojego domu, prawda?

Ginny pokiwała głową.

- Trochę bliżej domu Luny. Ich mieszkanie też jest w wiosce, ale w trochę bardziej formalnym stylu niż Nora. Czasem widywaliśmy się w wiosce.

- Porozmawiam z nimi, zanim powieszę ten rysunek – powiedział Dean. – Nie chcę, żeby przyszli tu niczego nie wiedząc.

- To bardzo dobrze przemyślane – rzekła Fleur, uśmiechając się do niego z zachwytem. Ginny uśmiechnęła się, gdy Dean znów lekko stracił kontakt z rzeczywistością.

- Idziemy, nie będziemy ci przeszkadzać już w pracy – powiedziała Ginny z uśmiechem. Wyszła razem z Fleur na Pokątną.


Harry zaśmiał się, pomagając Seamusowi podnieść się z maty. Ćwiczyli łapanie podejrzanych używając zaklęć wiążących. Na początku było to trudne, ale po jakimś czasie stało się dużo prostsze.

- Nie mogę uwierzyć w moje szczęście – jęknął Seamus. – Oczywiście trafiłem na ciebie. Dlaczego nie mogli mnie sparować z Cornerem? On nie trafia za każdym razem.

Harry zaśmiał się, gdy usłyszał skarżenie się Seamusa.

- Gdybym cię nie trafiał za każdym razem, śmiałbyś się, że mam słabego cela.

- To chyba prawda – przyznał Seamus, śmiejąc się.

Uśmiechnął się z satysfakcją, gdy udało mu się trafić Harry'ego. Za pierwszym razem, gdy rzucał na niego zaklęcie, a Harry po prostu odskoczył, był w szoku. Unikanie zaklęć nie było czymś, o czym go nauczono. Auror Williamson, kto nadzorował klasę, bardzo ucieszył się inicjatywą Harry'ego. Od tego momentu, wszyscy uczniowie próbowali unikać zaklęć, ale trudno było o tym pamiętać. Gracze Quidditcha, jak Harry i Katie, mieli najwięcej szczęścia, ale Seamus czuł, że również dobrze mu idzie.

Opuścili klasę późnym popołudniem i wyszli na słońce. Seamus spojrzał na Harry'ego.

- Chcesz zajrzeć na Pokątną?

- Pewnie – odparł Harry. – Mam nadzieję, że Dean nie natrafił na żadne przeszkody przy sklepie.

- Jest zachwycony, że ma robotę – powiedział Seamus. – Kocha rysować, ale nigdy nie był pewien, w jaki sposób mógłby się z tego utrzymać. – Spojrzał na Harry'ego. – Nie mogę się doczekać, gdy otworzą pizzerię na Pokątnej.

- Wiem – odpowiedział Harry. – Powinieneś widzieć Rona i Charliego, gdy zabrałem ich na pierwszą pizzę w ich życiu. Oboje dali radę bez problemu zjeść po jednej na głowę i śmiem twierdzić, że nadal byli głodni.

Seamus, który już przez lata naoglądał się jedzącego Rona, nie był specjalnie zaskoczony. Gdy dwójka przyjaciół pojawiła się na miejscu, byli zaskoczeni, że byli tam wszyscy bracia Weasleyowie, a także Dean.


Harry rozejrzał się po wnętrzu w osłupieniu.

- Kurde, Dean, to jest świetne.

- Dzięki – odparł, rozglądając się dumnie. – Jestem bardzo zadowolony, jak mi to wyszło.

Gdy Harry przyjrzał się rysunkowi Rogogona, ku uldze Deana, zaczął się śmiać.

- Dzięki, stary. Przynajmniej nie narysowałeś mnie dyndającego z jego pyska albo czegoś w tym stylu.

Harry wpatrywał się na rysunek upamiętniający Cedrika przez długą chwilę.

- To jest naprawdę dobre.

- Pomysł Fleur – powiedział Bill, gdy podszedł do Harry'ego. Ten uśmiechnął się.

- Dlaczego mnie to nie dziwi?

- Ginny i Fleur były tu wcześniej – wyjaśnił Dean. – Ginny stwierdziła, że nie będziesz miał nic przeciwko tym dodatkom do Rogogona, a Fleur zasugerowała oddanie czci Cedrikowi.

- Wygląda super – powiedział Seamus. W miejscu, gdzie Dean już skończył malować, pojawiły się stoły. – Ile ci zajmie skończenie tego wszystkiego?

- Kilka dni – odparł. – Na pewno zanim pójdę do szkoły.

- Mógłbyś namalować coś dla mnie? – spytał Charlie, gdy już naoglądał się wszystkich rysunków. – Masz świetne oko do szczegółów.

- Pewnie – odparł Dean, zadowolony komplementem. – Co sobie życzysz?

Charlie pomyślał przez chwilę.

- Tatuaż, żeby uhonorować Freda.

Przez chwilę trwała cisza. Przerwał ją George.

- Co chcesz na nim mieć?

Charlie uśmiechnął się trochę smutno.

- Moje najlepsze wspomnienia z Fredem, to jak graliśmy z wami w Quidditcha. Nie jestem pewien, ale chyba chciałbym jego imię nad miotłą i daty poniżej.

Dean złapał kawałek pergaminu.

- Kiedy się urodził?

- 1 kwietnia 1978 – odpowiedzieli chórem wszyscy bracia.

Dean uśmiechnął się.

- Nie dziwię się.

- Każdy to mówi – odparł George ze smutnym uśmiechem.

Po kilku minutach, Dean podał Charliemu szkic.

- Coś takiego?

Charlie przełknął ślinę i potaknął. George patrzyła na pergamin przez chwilę i w końcu się odezwał.

- Zrobisz taki dla mnie?

Popatrzył po twarzach braci Weasleyów i usiadł przy stole. Wiedział, jak ważne to dla nich było i nie chciał zrobić błędu.

- Fred najbardziej lubił Kanarkowe Kremówki z naszych dowcipów – powiedział Charlie ze smutnym uśmiechem. – Podoba mi się podstawowy układ Charliego, ale zamiast miotły narysuj Kanarkową Kremówkę.

Po kilku minutach Dean oddał pergamin George'owi. Bill odchrząknął.

- Podoba mi się układ Charliego, ale ze skrzyżowanymi miotłą i różdżką.

Dean pokiwał głową i narysował rysunek. Gdy już skończył, podał kartkę Billowi i spojrzał na pozostałą dwójkę. Percy i Ron wymienili spojrzenia, ale żaden z nich nic nie powiedział.

- Dean, możesz narysować jelenia i czarnego psa na tle pełni księżyca? – spytał Harry.

Dean uniósł brew.

- Jelenia takiego jak twój patronus?

- Tak, to była animagiczna forma mojego ojca, a pies to była forma mojego ojca chrzestnego – wyjaśnił Harry.

Twarz Deana rozjaśniała nagle zrozumieniem.

- Ten pies, który odprowadzał cię parę lat temu na King's Cross?

Harry zaśmiał się.

- Tak, to był Syriusz. Pod spodem napisz „Koniec psot."

- Możesz wyczarować patronusa?

- Expecto Patronum! – Harry uśmiechnął się, gdy Rogacz przebiegł po sklepie i zatrzymał się przed Harrym. Stał w miejscu przez chwilę, po czym zniknął.

Dean narysował scenę, jaką wymarzył sobie Harry, a ten przyjął ją z uśmiechem. Spojrzał na Rona i stwierdził, że nadal się jeszcze zastanawia.

- Wiesz, trochę mi głupio prosić o coś jeszcze, ale chciałbym jeszcze coś dla mamy. Ale nie jestem pewien co.

Spojrzał na Deana, mając nadzieję, że ma jakiś pomysł. Dean zaczął rysować i po paru chwilach podał Harry'emu rysunek Lily z napisem „Mama". Harry musiał otrzeć łzy. Uśmiechnął się do byłego współlokatora.

- To jest świetne, Dean.

Chcesz, żebym dodał daty? – spytał Dean.

Harry popatrzył na obydwa rysunki.

- Nie dla tego z Rogaczem i Łapą, ale pod rysunkiem z mamą napisz 1960-1981.

- Jasne, stary.

- Chryste, twoja mama miała tylko 21 lat? – spytał Charlie. – Zawsze wydawało mi się, że gdy… gdy ją zabił, była trochę starsza. Była młodsza ode mnie…

- Musiała być naprawdę niesamowita – powiedział Harry.

- Ja nie straciłem nikogo bardzo bliskiego podczas wojny, ale mógłbyś narysować coś upamiętniającego bitwę i napisać „2 maj 1998" pod spodem?

Dean pokiwał i po chwili myślenia zaczął rysować. W międzyczasie Charlie wyciągnął szklanki i nalał każdemu trochę bursztynowego napoju. Harry wziął go ostrożnie, wiedział, że to alkohol, ale nie potrafił powiedzieć co to dokładnie jest. Pociągnął łyk i poczuł aksamitne ciepło spływające w dół jego gardła. Przypomniało mu to miodzie pitnym, który Dumbledore miał, gdy przybył do Dursleyów.

Pogrążony w myślach, pociągnął kolejny łyk, a wspomnienia poległego dyrektora zalały go jak nagła powódź. Westchnął. Tyle zostało stracone. Myśli o Dursleyach były zawsze blisko związane z myślami o Hedwidze. Harry wpatrywał się w najbliższego mu smoka. Nadal jeszcze nie kupił sobie nowej sowy, ale wiedział, że będzie musiał taką sobie załatwić, żeby móc wymieniać wiadomości z Ginny. Wziął kolejny łyk miodu próbując pozbyć się melancholijnych myśli. Na pewno nie chciał myśleć o rozłące z Ginny przez kolejny rok.

- Co się tak zamyśliłeś?

Podniósł wzrok i zobaczył swojego najlepszego kumpla stojącego obok niego. Z lekkim uśmiechem Harry odpowiedział:

- Myślałem o Hedwidze. Właśnie do mnie dotarło, że muszę sobie kupić nową sowę, ale nie chcę jej zastępować.

- To była twoja sowa? – spytał Charlie, włączając się do rozmowy. – Piękny ptak. Śnieżna sowa, prawda?

Harry uśmiechnął się.

- Była niesamowita. Hagrid dał mi ją na jedenaste urodziny. Była jedynym zwierzątkiem, jakie kiedykolwiek miałem i ona… ona przypominała mi o czarodziejskim świecie, gdy każdego roku byłem u Dursleyów.

Charlie pokiwał głową, dolewając mu trochę alkoholu.

- Nie myśl o tym jak o zastępowaniu jej, bo i tak nigdy jej nie zastąpisz. Zwierzęta są cudowne, ale większość z nich niestety ma krótsze życie niż my.

- Albo obrywa Śmiertelną Klątwą wymierzoną w ich właściciela – powiedział gorzko Harry.

- Czyli to tak umarła?

Harry pokiwał głową.

- To było tej nocy, gdy opuszczaliśmy dom moich krewnych. Oberwała Avada Kedavra, a ja musiałem potem wysadzić przyczepę, w której była, więc nie mogłem jej nawet pogrzebać.

- To niezbyt fajnie – odparł Charlie ze współczuciem.

Harry zarumienił się, gdy spojrzał na dwójkę braci.

- Przepraszam, ja opłakuję sowę, gdy wy straciliście tak dużo więcej.

Charlie poklepał go po ramieniu.

- Stary, strata to strata. To może być sowa, brat albo rodzic. Wszyscy potrzebują pamięci.

- Myślisz, że Hedwiga miałaby coś przeciwko, gdybym kupił sobie nową sowę? – spytał Harry. Gdy tylko wypowiedział pytanie, natychmiast pożałował, że nie ugryzł się w język. To musiało zabrzmieć strasznie głupio.

- Nie wydaje mi się – odparł poważnie Charlie. – Wydawała się świetną sową. Wydaje mi się, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni powinieneś zabrać swoją uroczą narzeczoną do Sowiego Centrum i razem wybrać nową sowę dla was dwojga.

Harry rozpromieniał.

- To świetny pomysł.

- No ba. Ja emanuję świetnymi pomysłami – zaśmiał się Charlie, napełniając znów wszystkie szklanki.

Dean oddał Seamusowi rysunek. Była na nim jedna z hogwardzkich zbroi, trzymająca tarczę z godłem Hogwartu. Nad rycerzem była data – 2 maja 1998, a pod nim znajdowało się motto Hogwartu – Draco dormiens nunquam titillandus.

- Dean, to jest super – powiedział zachwycony Seamus, patrząc na rysunek. – To będzie idealne.

- Dzięki – odparł trochę nieśmiało Dean. Spojrzał na pozostałych dwóch braci Weasleyów. – To co, macie już jakieś pomysły?

Ron odezwał się trochę się wahając.

- Podoba mi się podstawowy wzór, ale z pętlami do Quidditcha w środku. Zawsze grałem dla nich jako obrońca, więc to się wydaje w porządku.

Bill poklepał Rona po ramieniu, a Dean zaczął rysować. Kilka chwil później, rudzielec trzymał w rękach własny rysunek. Percy w końcu się odezwał.

- Zostaw ten wzór, ale w środku narysuj czerwoną kopertę. Fred zawsze mówił, że nie może się doczekać wyjca ode mnie.

George zaczął się śmiać, to samo po chwili zrobili inni bracia. Dean uśmiechnął się, rysując projekt. Gdy skończył, popatrzył po braciach.

- To jak, będziecie robić te tatuaże?

- Powinniśmy to zrobić teraz – powiedział Bill. – Pójdziemy wszyscy razem. – Musiał dojrzeć niepewność na twarzy Seamusa i Deana. – Chciałbym, żebyście też z nami poszli. Wszyscy razem walczyliśmy.

- Dobry pomysł – odparł Dean. – Znam świetne studio w Centralnym Londynie. Właścicielem jest kumpel mojego kuzyna, który tam pracuje.


Harry wysłał Ginny wiadomość, że będzie w mugolskim Londynie. Szybko odpowiedziała i napisała, że ona i Fleur będą na kolacji w Norze. Przyjaciele byli w świetnych humorach, gdy dotarli do studia tatuażu.

Kuzyna Deana trochę powaliła ilość osób, ale szybko zawołał paru innych artystów do pomocy. Charlie, Bill i, o dziwo, Seamus byli pierwsi w kolejce i radzili sobie raczej dobrze. Harry zaśmiał się, gdy zobaczył bezgraniczne flirtowanie Seamusa. Wiedział, że on by tak nie potrafił i cieszył się, że miał Ginny.

Zauważył, że Ron dalej wygląda niepewnie, więc podszedł do niego.

- Ron – powiedział, siadając koło niego. Byli najbliżej Charliego, który był aktualnie zajęty zaciekłym flirtowaniem z raczej atrakcyjną Azjatką, która robiła mu tatuaż. – Naprawdę to zrobisz?

- No pewnie – odparł trochę szorstko Ron. – Wszyscy to zrobimy. Nie mam zamiaru się wycofywać. – Spojrzał na przyjaciela z podejrzeniem. – Chyba się nie będziesz próbował wymigać, co?

- Nie – przyznał Harry. – Myślałem o tym od jakiegoś czasu. Syriusz miał parę tatuaży i powiedział, że mój tata też miał jeden. – Wzruszył ramionami. – Wydaje mi się, że to w tym przypadku stosowna rzecz.

- Twój tata miał tatuaż?

Harry pokiwał głową.

- Z tego, co mówił Syriusz, było to coś w stylu tego, co narysował Dean, ale zamiast „Mama" było napisane „Lily".

- Nigdy nie myślałem, że mój tata mógłby mieć tatuaż – powiedział Ron powoli. – Moja mama by go chyba zabiła, gdyby sobie taki sprawił.

Harry wzruszył ramionami.

- Jak Charlie zauważył, mieli tylko 21 lat, gdy umarli. – Spojrzał na przyjaciela. – Martwisz się, co powie Hermiona?

- Nie – wypalił od razu. Od razu jednak zrobił się czerwony. Westchnął. – Może. Nie wiem, co pomyśli. Nigdy jakoś nic nie powiedziała. A ty się nie martwisz, co powie Ginny?

Harry potrząsnął głową. – Nie, rozmawialiśmy o tym. Właściwie to pomogła mi z pomysłem tatuażu upamiętniającego tatę i Syriusza. – Uśmiechnął się. – Czemu cię to dziwi? Od jakiegoś czasu próbowała mnie namówić na tatuaż z Rogogonem.

Ron zaśmiał się.

- Zapomniałem o tym.

Gdy nadeszła kolej Harry'ego, zdecydował, że tatuaż dla jego mamy wyląduje na ramieniu, a ten z Jamesem i Syriuszem po prawej stronie klatki piersiowej. Ściągnął koszulę, trochę zażenowany. Nienawidził blizny po medalionie i tej w kształcie błyskawicy, po drugiej Śmiertelnej Klątwie. Wiedział, że Ginny to nie obchodzi, ale gdy widział nietknięte klatki przyjaciół, poczuł się trochę nieswojo.

Dean poprosił swojego kuzyna, Derka, żeby wytatuował Harry'ego. Kuzyni byli sobie bardzo bliscy i Derek wiedział o czarodziejskim świecie. Szybko uspokoił Harry'ego, zadając mu kilka pytań. Harry był zaskoczony, że to nie bolało prawie w ogóle w porównaniu z tym, co sobie wyobrażał.

Gdy Derek zaczął tatuować, spytał:

- Możesz mi wyjaśnić tatuaż z jeleniem i psem? Rozumiem ten dla twojej matki, ale ciekaw jestem, o co chodzi w tym drugim.

Harry upewnił się, że nikt ich przez przypadek nie usłyszy.

- Mój tata i jego najlepszy przyjaciel nauczyli się zmieniać się w zwierzę. Takie formy przyjmowali.

- Naprawdę? – spytał z ciekawością Derek. – Dean mówił mi, że jego profesorka mogła się zmieniać w kota, ale myślałem, że robi mnie w konia.

- Nie – zaśmiał się Harry. – Profesor McGonagall naprawdę umie się zmienić w kota. To raczej nie jest zbyt powszechna umiejętność, ale mój tata i ojciec chrzestny byli naprawdę dobrymi uczniami i nauczyli się, jak to zrobić, gdy jeszcze byli w szkole.

- To niesamowite – odparł. – W ogóle, Dean opowiadał mi mnóstwo takich niesamowitych historii przez te lata. Muszę przyznać, że jestem trochę zazdrosny.

Gdy Harry rozmawiał z Derkiem, był zaskoczony, jaką akceptacją magicznego świata się wykazywał. Dean był jedyną magiczną osobą w jego rodzinie, ale zaakceptowali to tak samo łatwo jak jego talent do rysowania. Harry trochę mu zazdrościł. Zastanawiał się, co by było, gdyby Dudley go zaakceptował, zamiast ciągle go nienawidzić i bać się go.

Tatuaż dla jego matki był na górnej części jego prawego ramienia. Derek wybrał różowo-fioletowy kolor dla Lily, a napis był złoty. Tatuaż dla jego taty i Syriusza był w dużo bardziej stonowanych kolorach. Harry był bardzo zadowolony z rezultatu. Bardzo mu się spodobały obydwa tatuaże. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Percy właśnie kończył swój tatuaż, ale poza tym wszyscy byli już gotowi. Dean zdecydował się na ten sam, który zaprojektował dla Seamusa.

Harry zobaczył, jak Dean ostrożnie składa rysunek tatuażu. Z uśmiechem, powiedział:

- Wydaje mi się, że może się stać popularny, więc raczej zatrzymam rysunek.

- Też mi się tak wydaje – powiedział trochę smutno George. – Lee i Oliver wspominali, że będą coś robić dla upamiętnienia tego wszystkiego. A ten projekt jest świetny.

- Dzięki – odparł trochę nieśmiało Dean.

Gdy wszyscy już mieli swoje tatuaże, nigdy nie chciał tak szybko kończyć tego wieczora. Skończyli w Dziurawym Kotle.

Bill podszedł do baru i wrócił z szklaneczkami z lekko dymiącym płynem. Gdy wszyscy już mieli swoją szklankę, Bill uniósł swoją.

- Za wszystkich, których straciliśmy.

Harry podniósł szklankę, myśląc teraz o rodzicach i ojcu chrzestnym. Nadal czuł alkohol, który wypił wcześniej, ale wychylił szklankę Ognistej. Poszło mu dużo łatwiej niż tej nocy, gdy zginął Szalonooki.

Wśród śmiechu i przekomarzania, bracia zaczęli opowiadać historie o Fredzie. Nie tak, jak na jego pogrzebie, gdzie wszyscy płakali, tu było dużo bardziej przyjemnie. Harry podzielił się historią, jak poznał bliźniaków, gdy pomogli mu wnieść kufer do pociągu przed pierwszym rokiem. W zamian zaatakowano go historyjkami o to, jak to Ginny chciała go zobaczyć, ale nie miał nic przeciwko. Wszystko wydawało się dużo bardziej zabawne, a Harry czuł się zrelaksowany.

Bill podszedł do niego z tacą pełną kanapek.

- Proszę, Harry. Myślę, że powinieneś coś przegryźć.

Harry nagle poczuł się niezmiernie głodny i zgarnął kilka kanapek.

- Dzięki, Bill.

Nadal pił i bardzo dobrze się bawił z przyjaciółmi. Nie zauważył, że jego kompani odprawiali po kolei dziewczynę za dziewczyną, wszystkie chciały podejść do Harry'ego. Po chwili, Harry wyszedł do toalety. Był trochę zaskoczony, jak bardzo się chwiał.

- Cześć, Harry.

Odwrócił się i zobaczył dwie blondynki ubrane w ciasne i krótkie spódniczki. Mógł zobaczyć znacznie więcej ich ciała, niż by chciał. Jęknął i odpowiedział im bardzo zbywająco.

- Cześć.

Gdy ruszył do toalety, poczuł dłoń na ramieniu. Strząsnął ją i odwrócił się do dziewcząt, które podeszły dużo bliżej. Poczuł, że piersi jednej z nich przyciskały się do jego ramienia. Było oczywiste, co mu oferują.

- Chcesz się z nami zabawić? Możemy ci zapewnić naprawdę miły czas.

- Nie, dzięki – odparł krótko. – Bardzo dobrze się bawię. I mam narzeczoną.

Odsunął się od nich i wszedł do toalety, po czym odczekał chwilę, żeby się upewnić, że za nim nie wyjdą. Gdy stanął przy pisuarze, drzwi otworzyły się. Mógł sobie już wyobrazić jego zdjęcie z opuszczonymi spodniami umieszczone w Proroku.

Przed nim pojawiły się dwie postaci. Nie były to dziewczyny, a dwaj raczej nieuprzejmi mężczyźni. Prawdopodobnie byli gdzieś w okolicach trzydziestki i wyglądali na bardzo nieprzyjemnych. Stali tam po prostu, obserwując go. Harry spojrzał na nich trochę niepewnie i upewnił się, że w razie czego bez problemu wyciągnie różdżkę, gdy szedł do umywalek.

- Jesteś Potter, nie?

Harry zignorował zaczepkę, gdy wycierał ręce, ale nie zrobiło to wielkiej różnicy. Teraz odezwał się drugi facet.

- Myślałem, że Potter byłby starszy, twardszy. Jesteś tylko pieprzonym dzieciakiem. Pewnie żeś nawet nie tknął Czarnego Pana.

- Ta, stawiam, że jesteś po prostu chłopaczkiem do gazet – powiedział pierwszy z nich, patrząc na Harry'ego. – Taki mały chłopaczek nie mógłby skrzywdzić największego czarodzieja naszych czasów.

- Voldemort nie był największym czarodziejem waszych czasów – wycedził wściekle Harry.

Dwaj mężczyźni wybuchli śmiechem. Jeden z nich podszedł bliżej do Harry'ego i zamachnął się na niego z boku. Lata życia z Dursleyami wyostrzyły jego refleks i nawet alkohol nie mógł go kompletnie stłumić. Schylił się, po czym przeszedł do ofensywy i pierwszy facet padł. Nie miał aż tak dużo szczęścia przy unikaniu tego drugiego. Miał nadzieję, że jego nos nie był złamany.

Dał radę powiększyć odpowiednio dystans pomiędzy nimi i zabezpieczył ich, zabierając im różdżki. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Harry ledwo się powstrzymał od zaatakowania Charliego i Billa.

- O kurwa! – krzyknął Charlie, gdy zobaczył dwóch oprychów na podłodze. Papierowe ręczniki zwykle ustawione blisko umywalki były rozrzucone po całej podłodze, dozownik mydła został zerwany ze ściany, a krew sącząca się z nosa Harry'ego narobiła sporo bałaganu.

- W porządku? – spytał Bill, podchodząc do niego.

Harry pokiwał głową. Wskazał na dwóch facetów.

- Szukali guza. Chciałem ich ominąć, ale…

Bill poklepał go po ramieniu.

- Pomyśleliśmy, że trochę długo tam siedzisz. Dean wspomniał coś o dziewczynach, które za tobą poszły, ale nie widzieliśmy ich.

Kombinacja alkoholu i nagłego zastrzyku adrenaliny spowodowała, że Harry potknął się. Bill szybko go złapał, po czym pomógł mu wyjść do baru. Gdy dołączyli do reszty, Percy podszedł porozmawiać z barmanem, Tomem i skontaktował się z Ministerstwem.

Powrócił z miską wody i szmatką. Bill, w pełnym trybie starszego brata, szybko wytarł krew z twarzy Harry'ego i wyleczył mu nos.

Dean podał Harry'emu kolejną szklankę Ognistej.

- Kurczę, myślałem, że cię przygwoździły siostrzyczki Greengrass. Nie widziałem tych dwóch prymitywów czających się na ciebie.

- Greengrass? – spytał Harry, przypominając sobie jak przez mgłę to nazwisko. – Skąd ja znam to nazwisko?

- Ich stary był kumplem Malfoya, ale nie znaleźliśmy na niego nic, co mogłoby go powiązać ze Śmierciożercami – wtrącił Seamus. – Daphne jest na naszym roku, a jej siostra Astoria jest jakiś rok albo dwa młodsza.

- Nie pamiętam ich – powiedział po chwili. Westchnął. – Chciałbym, żeby była tu Ginny.

Seamus roześmiał się.

- Ty zawsze chciałbyś, żeby była z tobą Ginny.

Harry musiał przyznać, że jego kumpel miał rację. Ron opadł na siedzenie obok niego.

- Wszystko okej, stary?

- Tak – odparł, wzdychając. – Wkurza mnie już, że nie mogę nawet się spokojnie napić, nie spotykając po drodze jakichś palantów, którzy myślą, że sobie ze mną poradzą.

- Wszystko w porządku, Harry?

Harry podniósł wzrok i bardzo zaskoczony stwierdził, że stoi nad nim Minister Magii z Gawainem Robardsem stojącym za nim.

- Kingsley, po co się tu fatygowałeś? Wszystko dobrze. Po prostu dwóch idiotów, którzy myśleli, że są twardsi ode mnie. – Trochę się zaczerwienił. – Trochę się schlałem, nie powiem, że nie, więc mój refleks nie był taki dobry. Normalnie bym stamtąd wyszedł nie wyciągając różdżki.

- Harry, niniejszym otrzymujesz pozwolenie na napicie się alkoholu razem z twoimi przyjaciółmi – droczył się z nim Kingsley. – Wiesz, co to za jedni?

Harry potrząsnął głową.

- Nie, zaczęli tylko z tym całym „nie wyglądasz na twardego", albo „nie zabiłeś naprawdę Czarnego Pana" – takie śmieci. Jestem prawie pewien, że to nie prawdziwi Śmierciożercy, albo dołączyli, jak kochany Tomuś obniżył standardy.

Kingsley uśmiechnął się, gdy usłyszał, jak luźno Harry rozmawia o Voldemorcie i potaknął.

- W porządku. Możecie się już stąd wynieść, zajmiemy się nimi.

Harry wstał trochę niepewnie.

- Dzięki, Kingsley. Przepraszam za problemy.

- To nic – odparł Kingsley z uśmiechem.

Harry chciał teleportować się do domu, ale Bill zatrzymał go i powiedział, że lepiej będzie, żeby użyli Fiuu, skoro są w takim stanie. Wszedł do zaciemnionej kuchni i poczuł, że zaraz zwymiotuje. Alkohol dawał o sobie znać. Jęknął i zataczając się, podszedł do stołu. Dołączył do przyjaciół, którzy nie wyglądali, jakby byli w lepszym stanie. Harry był zadowolony, że zdążył usunąć się z drogi, gdy Ron wyskoczył z kominka i natychmiast zwymiotował. Charlie pomógł bratu wejść na górę, po uprzątnięciu bałaganu.

- Harry, co się stało?

Odwrócił się i zobaczył, że do kuchni weszła Ginny. Była już ubrana do łóżka, w cienką bawełnianą koszulę nocną, na którą zarzuciła znoszony szlafrok. Uśmiechnął się do niej głupio, gdy podeszła do niego. Wyglądała jak anielica.

- Hej, Ginny – powiedział z uśmiechem. Delikatnie złapał kosmyk jej włosów. – Wyglądasz pięknie.

W kuchni wybuchł nagle śmiech i pomimo, że nie wiedział, co było takie śmieszne, Harry dołączył. Ginny uśmiechnęła się, potrząsając głową. Pocałowała go delikatnie i stanęła za nim, kładąc rękę na jego ramieniu.

Bill szybko opowiedział jej, co się stało w Dziurawym Kotle.

- Wydaje mi się, że wypił dużo więcej, niż myślałem.

- Dzięki, że go pilnowaliście – powiedziała Ginny. Sięgnęła po jego dłoń i pomogła mu wstać. – Chodź, kochanie. Zaprowadzę cię do łóżka.


Gdy dotarli do jego pokoju, Harry nie czuł się za dobrze. Ginny patrzyła mu w oczy ze współczuciem przez chwilę.

- Kochanie, przygotuj się do spania. Zaraz wracam.

- Dobra – odparł Harry. Zrzucił ubrania i cisnął je na podłogę. Właśnie do niego dotarło, że już tu nie mógł być. Przez jego głowę przeleciała myśl, że może powinien udać się na Grimmauld Place, ale to wydawało się trochę głupie. Wzruszył ramionami i wszedł do łóżka w samych bokserkach.

Ginny wróciła po paru minutach, z fiolką z eliksirem. Zanim mogła cokolwiek powiedzieć, Harry odezwał się.

- Gin, nie powinienem tu być. Pamiętasz? Twoja mama nie chce, żebym tu był.

- Nie ma problemu, kochanie – powiedziała uspokajająco. – Tata nie będzie miał nic przeciwko, żebyś spędził tu noc. – Podała mu folkę. – Wypij to. Poczujesz się lepiej.

- Jesteś pewna? – spytał, sceptycznie patrząc na eliksir. – Nie czuję się za dobrze.

Zachichotała.

- Jestem pewna.

Zaufał jej i przełknął zawartość, krzywiąc się. Smakowało jak szczochy goblina. Opadł na poduszkę i po chwili zaczął czuć się lepiej. Obrócił się i spojrzał na narzeczoną.

- Dzięki, że się o mnie troszczysz.

- Kocham cię – wyszeptała, całując go delikatnie. Dołączyła do niego w łóżku i podpierając się łokciem popatrzyła na jego klatkę piersiową. – Strasznie mi się podobają twoje tatuaże.

- Dzięki, kochanie.

Spojrzał na nią.

- Chciałbym, żebyś z nami tam była. Dobrze się bawiłem z twoimi braćmi, ale chciałbym, żebyś też tam była. – Ziewnął głęboko. – Jestem zmęczony.

- Prześpij się.


- Nie mogę uwierzyć, że wszyscy poszli się schlać i zrobili sobie tatuaże! – fuknęła Hermiona, gdy razem z przyjaciółką szła ulicą Pokątną. – Jakie to nieodpowiedzialne!

- Głowa do góry! - zaśmiała się Ginny. – Nie jest tak, że się po prostu najebali w trzy dupy i zrobili sobie jakieś obrzydliwe tatuaże. Charlie już od jakiegoś czasu o tym mówił, Harry tak sami.

- Naprawdę? – Hermiona była zaskoczona. – Jakoś nigdy nie myślałam, że Harry kiedykolwiek zrobiłby sobie tatuaż.

- Odkąd usłyszał tatuażu ojca, też chciał taki mieć – powiedziała Ginny. – Syriusz zabrałby go, żeby taki zrobić na szesnaste urodziny, ale przed jego szesnastymi urodzinami już nie żył. Harry powiedział mi, że ma sporo blizn, których bardzo nie lubi i chciał coś tam wytatuować, żeby nie było tego tak widać. – Zachichotała. – Poza tym, to jest seksowne.

Hermiona przewróciła oczami. Spojrzała na przyjaciółkę, gdy weszli do sklepu z artykułami piśmienniczymi.

- Widziałaś ten, który ma Ron?

Ginny potaknęła.

- Wszyscy moi bracia zrobili sobie na ramionach. Wszyscy mają ten sam podstawowy wzór, zmienia się tylko środek. Na górze jest imię Freda, a pod spodem daty. Charlie ma miotłę, Bill skrzyżowaną różdżkę z miotłą, Percy ma sowę niosącą wyjca, George Kanarkową Kremówkę, a Ron pętle do Quidditcha. Tata mówił, że był bardzo wzruszony, że zrobili to dla brata.

- A ty myślałaś nad takim? – spytała z ciekawością Hermiona.

Ginny wzruszyła ramionami.

- Nie mam nic przeciwko, ale jeszcze nie natrafiłam na taki, który by mi się spodobał. Pomogłam Harry'emu zaprojektować jego. Jest naprawdę słodki.

Hermiona musiała się uśmiechnąć.

- Naprawdę go kochasz, prawda?

- Tak. – Zaśmiała się. – Biedny Harry, nie może nawet wyjść z przyjaciółmi się trochę rozluźnić bez wpadania w kłopoty. Bill powiedział mi, że cały czas odpędzali wszystkie dziewczyny, które próbowały zwrócić jego uwagę. Harry nawet ich nie zauważył. Jedyne, które zauważył to były te dziwki Greengrass.

- Ginny! – żachnęła się Hermiona.

- Co? – spytała niewzruszona. – Były w krótkich, obcisłych spódniczkach, bez staników, dowalając się do chłopaka, mimo że wiedziały, że ona ma dziewczynę.

- Bez staników?

- Powiedzmy, że dały mu mały podgląd – powiedziała zdenerwowana Ginny.

- Kingsley był wkurzony? – spytała Hermiona. – Nie mogę uwierzyć, że wezwali go do bójki w barze.

- To istotnie była bójka w barze, ale ci dwaj kretyni zaatakowali Harry'ego, więc zwróciło to jego uwagę – wyjaśniła Ginny. – Kingsley nie był wkurzony, pan Robards też nie. Oboje powiedzieli, że Harry robił to, co musiał, i tak załatwiając ich z użyciem minimalnej siły. Pan Robards był pod wrażeniem, że nawet porządnie schlany Harry dał radę ich obydwu powalić i rozbroić.

- Czyli nie wpadł w kłopoty?

- Dlaczego miałby wpaść? – spytała Ginny. – Nie zrobił nic złego. Jest dorosły, Hermiono. Nikt mu nie może zabronić wypicia paru kolejek Ognistej z przyjaciółmi. Dopóki nie wpada w nałóg, w czym problem?

Hermiona zaśmiała się.

- Dobra, oficjalnie oświadczam, że wywinęłaś się logicznie ze wszystkich moich skarg. Słyszałam tylko, jak Ron mówił, że wyszli się napić i zrobili tatuaże, a ja od razu pomyślałam o najgorszym.

- Rozumiem – odparła Ginny, patrząc na różne rodzaje pergaminu. Podniosła paczkę pergaminu z motylami na brzegach. – Ten mi się podoba.

- Ładny – zgodziła się Hermiona. Wybrała pergamin z pionkami do szachów. – To się Ronowi bardziej spodoba.

Dziewczęta kupiły też czysty pergamin do szkoły i trochę atramentu. Podeszli do kontuaru, żeby zapłacić. Hermiona spojrzała na Ginny.

- No więc… przemyślałam, co mi powiedziałaś i co powiedziała moja mama. Zaprosiłam Rona na kolację i trochę to wszystko sprostujemy.

- To dobry pomysł – odparła Ginny zachęcająco. – Proszę, ale proszę, ależ ja cię błagam, weź ty mu powiedz, że nie musi się martwić o Kruma. Naprawdę nie rozumiem, jak on nadal może być zazdrosny o to, że Krum prawie cztery lata temu zabrał cię na jeden taniec.

- Nie mam pojęcia – westchnęła Hermiona. – Na początku myślałam, że to dobry znak, skoro jest zazdrosny, ale teraz… teraz to on nawet jest czasem zazdrosny o Harry'ego.

Ginny przewróciła oczami.

- Naprawdę musisz z nim pogadać.


Ron odstawił talerz i uśmiechnął się do Hermiony.

- To był naprawdę dobry pomysł, Hermiono.

Spłonęła lekko rumieńcem.

- Dzięki, mój tato polecił tą restaurację.

Zanim mogła powiedzieć cokolwiek innego, podszedł do nich kelner, żeby spytać, czy chcą zamówić deser. Ron zdecydował się na ciastko czekoladowe, a Hermiona na szarlotkę.

Gdy kelner odszedł, Hermiona wyglądała, jakby zbierała odwagę. Spojrzała na Rona.

- Muszę z tobą o czymś porozmawiać.

Przyjrzał się jej i poczuł się trochę niepewnie.

- Oczywiście.

- Na naszym szóstym roku, zaprosiłam cię, żebyś poszedł ze mną na przyjęcie u profesora Slughorna – zaczęła. – Myślałam, że wszystko idzie dobrze, a potem nagle zacząłeś obściskiwać się z Lavender. Co się stało?

Ron zaczerwienił się po czubki uszu i spojrzał żałośnie na stół.

- Strasznie cię przepraszam, Hermiono. Wiem, że zachowałem się, jak kompletny dupek.

- Dlaczego? – spytała Hermiona. – Czy to dlatego, że jest ode mnie ładniejsza?

- Co? – Spojrzał na nią zaskoczony. – Nie, nie. – Westchnął. – No… pokłóciłem się z Ginny. Zobaczyłem, jak się całowała z Deanem i myślałem, że zachowuje się trochę jak dziwka. Wkurzyła się na mnie i powiedziała, że ja miałem tak mało doświadczeń w całowaniu, że wkurzałem się gdy tylko widziałem kogoś innego robiącego to. Powiedziała mi, że każdy ma więcej doświadczenia, niż ja. Harry całował się z Cho, a ty… no, ty całowałaś się z Krumem.

- Co? – Hermiona spojrzała na niego w szoku. To była ostatnia rzecz, jakiej oczekiwała z ust Rona.

Ron wzruszył ramionami, miętoląc nerwowo w dłoniach serwetkę.

- Byłem taki wkurzony i zazdrosny – powiedział z żalem. – Dlaczego miałabyś na mnie nawet spojrzeć, skoro miałaś kogoś tak bogatego i sławnego jak Krum? Nie wiedziałem, co zrobić czy co powiedzieć. Lavender podeszła do mnie po tym meczu Quidditcha. Ona… nie zmuszała mnie czy nie rzucała mi żadnego wyzwania. Nigdy się nie czułem, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry. Nie jest taka ładna jak ty albo taka mądra jak ty, wydaje mi się, że trochę ją wykorzystałem.

- Czekaj. Czyli to wszystko przez to, że Ginny rzuciła jeden głupi komentarz? – żachnęła się Hermiona.

Pokiwał głową i spojrzał jej w oczy.

- Naprawdę mi przykro, Hermiono. Wiem, że cię zraniłem. Nie chciałem, naprawdę. Po prostu byłem taki zraniony i wściekły.

- Spokojnie, rozumiem – odparła Hermiona. – Powinnam… Całowałam się z Wiktorem, ale myślałam, że to pozostało w sekrecie. Byłam… byłam zszokowana i osłupiała, że ktoś starszy ode mnie mógł być mną zainteresowany. Nie byliśmy bardzo do siebie podobni, ale dobrze się bawiliśmy. Nie byłam w nim zakochana, czy coś, po prostu byłam oczarowana, że starsza, sławna osoba była mną zainteresowana. Nigdy nie doszło do niczego więcej między nami.

- Czyli on cię nie interesuje? – zapytał z nadzieją w głosie Ron.

- Nie – odpowiedziała pewnie Hermiona. – Jesteśmy po prostu przyjaciółmi. Pisaliśmy, fajnie się z nim rozmawia, ale nie jest już mną zainteresowany w taki sposób.

Ich desery przerwały rozmowę po kilku minutach. Hermiona starała się znów zebrać myśli.

- O czym myślisz? – spytał Ron nerwowo.

- Jestem wkurzona na Ginny – powiedziała szczerze. – Gdyby mogła się wtedy przymknąć… To było dla mnie okropne. A szczególnie w Boże Narodzenie. Tylko pomyśleć, że można było tego wszystkiego uniknąć, gdyby tylko Ginny potrafiła się zamknąć.

Ron bawił się widelcem i pustym już talerzem.

- Nie wiem, czy to wszystko przez Ginny. To znaczy, nie powinna tego wszystkiego powiedzieć, ale ja też nie powinienem tak reagować. Powinienem był z tobą porozmawiać, ale byłem zraniony i stwierdziłem, że skoro ty mogłaś się całować z Krumem, to ja też mogę się całować z Lavender, a ty nie możesz narzekać. To było głupie i niedojrzałe.

Hermiona westchnęła, dzieląc się kawałkiem szarlotki z Ronem.

- Tak mi się wydaje. Ja… ja nie mam pojęcia, co zrobiłam źle. Wydawało się, że się do siebie zbliżamy i nagle wszystko pieprzło. Dlaczego Harry ani Ginny mi nie powiedzieli?

- Co mieliby ci powiedzieć? Że byłem niedojrzałym dupkiem? – spytał słusznie Ron. – Gdyby nic nie powiedziała… Nie wiem, co by się stało. Gdy zerwałem z Lavender, chciałem jakoś do ciebie zagadać, ale byłem zbyt nerwowy. – Spojrzał na stół. – Ja… Hermiono, wiem, że nie jestem ciebie wart. Jestem tylko głupim dzieciakiem, z którym chodziłaś do szkoły i jestem z biednej rodziny. Prawie wszystko, co mam, jest z drugiej ręki. Patrzyłem na dom twoich rodziców i wiem, że nigdy nie pasowałbym do takiego miejsca.

- Nie, nie… Ron… - Hermiona wpatrywała się w niego zaskoczona. – Jesteś… Jesteś jednym z moich najlepszych przyjaciół na świecie. Jesteś taki odważny. Nadal pamiętam, jak odważny byłeś, gdy chcieliśmy odbić Kamień Filozoficzny i jak odważny byłeś, gdy uratowałeś mnie przed trollem. Nie obchodzą mnie pieniądze czy takie rzeczy.

Była taka zaskoczona tym, co powiedział, że musiała go zapytać.

- Wiesz, co jest moim największym lękiem?

Potrząsnął głową. Przygryzła wargę i spojrzała na niego.

- Boję się, że zdecydujesz, że nie podoba ci się moja apodyktyczność i znajdziesz sobie kogoś ładniejszego ode mnie albo kogoś, z kim nie musiałbyś się tyle użerać. Strasznie mnie boli, że będziesz w Londynie cały rok, gdy ja będę w szkole. Co, jeśli znajdziesz sobie uroczą blondyneczkę, z którą nie musiałbyś się o wszystko sprzeczać?

Potrząsnął gorączkowo głową.

- Nie, nie, Hermiono. Przysięgam. Nigdy cię nie zostawię. Ja… ten medalion był dla mnie taki okropny, bo cały czas słyszałem, jak ty i Harry bylibyście szczęśliwsi beze mnie. Dlaczego miałabyś na mnie spojrzeć, skoro był tam Harry? Wiesz, takie tam. Boję się, że znajdziesz sobie kogoś mądrzejszego ode mnie i kogoś, kto bardziej cię będzie uszczęśliwiał.

Hermiona zaśmiała się.

- Czyli martwimy się o to samo, tak?

- Tak mi się wydaje – odparł Ron, gdy to przemyślał. – Hermiono, jestem tak szczęśliwy, że chcesz się ze mną spotykać, że nie chcę nawet patrzeć na inne dziewczyny.

Hermiona rozpromieniała.

- Tak długo na to czekałam. Nie odrzucę tego tak po prostu.

Ron zaczerwienił się, ale uśmiechnął się.

- Damy sobie radę. Postaram się do ciebie pisać najczęściej, jak tylko dam radę i będę się z tobą widywał w Hogsmeade.

Para opuściła restaurację, szczęśliwa i tym razem pewna swoich uczuć.


Od autorki:

Podziękowania dla mojej cudownej bety StephanieO!


Od tłumacza:

Jest właśnie 1:55, a ja ślęczę nad tłumaczeniem. Bo sobie pomyślałem, że to muszę dzisiaj skończyć, takie to fajne. Oczy mi się kleją, ale musiałem to dokończyć. Jak dotąd rozdział jest najdłuższy, ma rekordowe 7300 słów. Paradoksalnie im rozdział dłuższy tym szybciej idzie mi tłumaczenie. Może to przez to, że chcę jak najszybciej skończyć?

A w następnym rozdziale:

- Harry i Ginny kupują sobie sowę,

- Harry i Ginny rozmawiają z panią Weasley,

- Harry i Ginny zapominają o zaklęciach zapewniających prywatność, co z miłą chęcią wykorzystuje Prorok,

- Harry daje bardzo ciekawy prezent Ginny,

- Harry... yyy... to znaczy, no, rozpędziłem się. Pani Weasley wraca do domu.

Czyli generalnie Harry i Ginny w całej rozciągłości.