Kolejne odbicie fabuły – Harry rozmawia ze swoją rodziną i próbuje przegrać w quidditcha.

Rozdział jedenasty: Groźby i zgrzyty

Harry nigdy więcej nie chciał przechodzić takiego tygodnia. Im szybciej opanuje Fugitivus Animus tym lepiej.

Poniedziałek zaczął się od fali szeptów, która rozeszła się jak tylko wszedł do Wielkiej Sali. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że doszłoby do rzucania klątwami i jedzeniem, gdyby nie grono profesorów siedzących przy stole prezydialnym. Choć Harry usiadł razem z Draconem przy stole Slytherinu i dziedzic Malfoyów wyglądał na gotowego zabić następną osobę, która ośmieliłaby się choćby odetchnąć niewłaściwie w stronę Harry'ego, ten wciąż czuł na sobie spojrzenia ludzi. Zrobiło mu się od nich niedobrze i nie był w stanie złapać tchu, zjadł niewiele i szybko wyszedł. Sylarana zaprotestowała. Harry kazał jej się zamknąć, przez co potem dąsała się przez trzy godziny.

Krukoni, rzecz jasna, uznali, że skoro Harry na dobre hospitalizował osobę z ich domu, to teraz mogą sobie pozwolić na wszelkie groźby w jego kierunku. Harry obserwował ich z dystansem i bez innych emocji poza goryczą. Jakoś nie umieli docenić Luny kiedy jeszcze ją mieli.

– Czy ten twój mały wąż ci ją przytrzymał, kiedy ją petryfikowałeś, Księciu Węży? – zapytał jeden kiedy szli na Zaklęcia. – Dobrze się przy tym bawiłeś?

– To mu nie wystarczyło – powiedział siedmioroczny Krukon z wyższością. – Słyszałem, że zmusił ją najpierw do wypicia trucizny, kiedy wrzeszczała, błagając o litość, a potem jeszcze rzucił na nią Crucio.

– Pewnie sam ją ugryzł – powiedział inny.

Draco zawrócił w miejscu, wyciągając różdżkę. Harry dotknął jego ramienia.

– Przestań – powiedział cicho. – Nie warto.

Draco aż się zapluł z oburzenia i przez resztę dnia protestował przeciw takiemu zachowaniu, co przynajmniej dało Harry'emu czegoś innego do słuchania poza wyzwiskami.

We wtorek Ron podszedł do stołu Slytherinu, tupiąc groźnie. Draco obruszył się. Ron go jednak kompletnie zignorował i zwrócił się do Harry'ego, cedząc przez zęby.

– To jeszcze nie koniec – powiedział. – Wiem, że za tym wszystkim stoi jakaś, jakaś intryga. Nie ma mowy, żeby mój tata stracił pracę i jeszcze tego samego tygodnia brat Connora go zdradził, gdybyście czegoś nie knuli. I my was powstrzymamy, czekaj tylko.

– Och, brawo Weasley – powiedział Draco, pochylając się tak, że niemal czołem się stykał z Ronem. – Nie miałem pojęcia, że znasz słowo intryga. Podłapałeś je od Granger, co?

Ron zrobił się cały czerwony, ale Harry tylko zapytał cicho:

– Czemu zwolnili twojego ojca? Na jakiej podstawie?

– Stary tego palanta powiedział, że skoro mój tata nie był w stanie się kontrolować w księgarni, to w ministerstwie też nie będzie mógł – wycedził Ron. – Wystawili mu niesprawiedliwą opinię i go zwolnili.

– I tak prawda wreszcie wyszła na jaw – powiedział Draco, przeciągając zgłoski. – Twój ojciec powinien był stracić swoje stanowisko już dawno temu, Weasley. Mój ojciec po prostu zrobił przysługę ministerstwu, reszcie czarodziejskiego świata i ludzkości jako takiej.

– Ja cię normalnie zabiję – warknął Ron, sięgając po różdżkę. W tym momencie zza niego wyszła Hermiona i trzasnęła go otwartą dłonią w tył głowy. Harry zagapił się w szoku. Hermiona na krótką chwilę spojrzała mu w oczy i Harry zamrugał, widząc jej wzrok. Był tam żal i zmęczenie, ale jeszcze nie wzgarda, jakby nie uznała go jeszcze za najgorsze zło tego świata.

– Ronie Weasleyu, zamknij się i w tej chwili wracaj do swojego stołu, zanim przez ciebie Gryffindor straci punkty – syknęła na niego.

Ron otworzył usta żeby zaprotestować, ale Draco odezwał się pierwszy.

– Och daj spokój, Granger. On tylko popisywał się nowym słownictwem, prawda rudzielcu?

– Draconie. Bądź cicho – syknął Harry.

Hermiona kiwnęła Harry'emu, jak jeden sojusznik drugiemu i odprowadziła Rona do stołu Gryfonów. Przez jeden, krótki moment Harry'emu wydawało się, że może ten dzień jednak nie będzie taki zły.

A potem zobaczył utkwione w nim spojrzenie Connora, bezlitosne w swoim osądzie, promieniujące niewinnością, i odwrócił wzrok. Czy to naprawdę miało jakieś znaczenie, że Hermiona albo ktokolwiek inny wierzył, że jest niewinny, tak długo jak jego własny brat myślał, że Harry go zdradził?

W środę, podczas transmutacji, ktoś, Harry nawet nie zauważył kto, zaczarował jego igły, które mieli zamieniać w pióra. Kilka z nich uniosło się przed Harrym i ułożyło w litery Z–D–R–A–J–C–A oraz W–Ą–Ż.

To nieoczekiwanie okazało się być jedyną wesołą sytuacją w tym tygodniu. Igły zaczęły się tylko układać w drugie słowo, kiedy McGonagall przegoniła je machnięciem różdżki, po czym spojrzała groźnie na Harry'ego.

– Panie Potter, proszę zostać po lekcjach.

Został i, ku jego wielkiemu zaskoczeniu, McGonagall zaprowadziła go do swojego biura, dała mu herbatę i nalegała na dyskusję o bardziej subtelnych aspektach teorii transmutacji. Harry dał się wciągnąć w rozmowę o temacie, który znał tylko z książek i jego wiedza zderzyła się z doświadczeniem profesorki. Jej opis uczucia, jakiego odczuła podczas swojej pierwszej transformacji w formę animaga – "jakby mi żołądek uszami wyciekał" – sprawił, że Harry zakrztusił się herbatą i uśmiechnął do niej. McGonagall odpowiedziała uśmiechem. Harry niemal mógł zignorować to, że w jej oczach krył się strach i, co było nadzwyczajne, McGonagall nigdy nie przypomniała mu dlaczego.

W czwartek poszedł do skrzydła szpitalnego, żeby zobaczyć się z Luną. Madam Pomfrey zgodziła się go wpuścić. Siedział przy łóżku Luny przez godzinę, nie spuszczając wzroku z jej wpatrzonych w pustkę oczu, usiłując znaleźć słowa, które mógłby jej powiedzieć, a które nie brzmiałyby jakby sam siebie próbował pocieszyć.

Wyszedł ze skrzydła szpitalnego i ktoś na niego napadł. Musiała ich być cała grupa, myślał potem Harry, bo Sylarana nie miała nawet czasu syknąć zanim klątwy nie nadleciały na nich ze wszystkich kierunków. Padł jak długi, oszołomiony i magicznie spętany, z obscurusem przesłaniającym mu oczy. Dopiero wtedy zaczęli go okładać, na przemian pięściami i zaklęciami.

Trwało to tylko kilka minut, bo potem Sylarana wreszcie zdołała zrzucić z siebie zaklęcia, które na nią rzucono, żeby ją obezwładnić i wyślizgnęła się z jego rękawa. Napastnicy zawyli ze strachu i uciekli. Sylarana była tak wściekła, że ścigała ich póki osłona nie zabrzęczała i nie spadła na nią klatka. Dumbledore przyszedł po nią i uwolnił Harry'ego z większości zaklęć w chwilę potem.

Harry spędził piątek w skrzydle szpitalnym przez wzgląd na obrażenia i to, co Madam Pomfrey nazwała wykończeniem. Od czasu do czasu zaglądali do niego zaniepokojeni Ślizgoni. Dowiedział się od nich, że po szkole zaczęły chodzić plotki, że celowo poszczuł swoich napastników Sylaraną. Do piątkowego wieczora znaleźli się ludzie, którzy zaczęli go nazywać kolejnym Mrocznym Panem.

Biorąc to wszystko pod uwagę Harry był w sumie całkiem rad, że w sobotę będzie mecz w quidditcha pomiędzy Slytherinem i Gryffindorem. Przynajmniej tam będzie miał kontrolę nad tym, co się stanie.


Harry zamknął oczy i popchnął drzwi do biura Syriusza. Głosy w środku momentalnie ucichły. Wiedział, że patrzy się na niego kilka par oczu, ale minęła dłuższa chwila, zanim zebrał się w sobie, żeby stawić im czoła.

Ich rodzice stali przed fotelem Syriusza, Connor, już w szatach quidditcha, był między nimi. Remus siedział w drugim fotelu, miał lekko przechyloną głowę, jego łagodny wzrok i ciepły uśmiech delikatnie przygasły. Wszyscy za to, łącznie z Syriuszem, patrzyli się na Harry'ego jakby zobaczyli ducha.

– Hej – powiedział cicho Harry.

Remus pierwszy się otrząsnął.

– Witaj, Harry – powiedział spokojnie, jakby nigdy nic. – Właśnie mówiłem twojej mamie jak bardzo się cieszę, że was obu zobaczę dzisiaj na miotłach. Mamy idealny dzień na quidditcha, prawda? – Obrócił się i uśmiechnął do Syriusza, jakby próbując go wciągnąć w rozmowę. Syriusz siedział tylko, gapiąc się na Harry'ego. Harry odwrócił od niego wzrok. Nie zbliżał się do Syriusza odkąd spetryfikowano Lunę i Syriusz też nie próbował szukać z nim kontaktu. Chciałby włożyć związany z tym ból do pudełka, ale nie śmiał tego robić, więc musiał mu pozwolić dryfować pod powierzchnią umysłu, przez co czuł się cokolwiek niezręcznie. Harry nie miał pojęcia, co z tym zrobić, co powiedzieć. Pocieszające tylko było to, że wyglądało na to, że nikt inny w pokoju też nie wiedział.
Poza Remusem, który, jak Harry już kiedyś zauważył, potrafił prowadzić rozmowę w środku wściekłej kłótni między Jamesem a Connorem o to, jak wysoko wolno temu drugiemu latać na miotle.

– Piękny, ciepły, słoneczny dzień – powiedział Remus. Harry zerknął na niego spod grzywki i zobaczył, że bursztynowe oczy wilkołaka były lekko chłodne, ale utkwione w Syriuszu, nie Harry'm. – Dzień gry w quidditcha i dzień spotkań rodzinnych. Wielu rodziców będzie obserwowało jak ich pociechy latają. Podobnie jak ich rodzice chrzestni. Jestem pewien, że prawdziwi rodzice chrzestni nie porzuciliby swoich dzieci chrzestnych nawet nie starając się z nimi porozmawiać, prawda? – odchylił się i odwrócił się, żeby posłać Jamesowi ponury uśmiech. – Rodzice też nie, rzecz jasna.

Była długa, długa cisza. Wreszcie James wycedził:

– Connor, czy mógłbyś poczekać w korytarzu, proszę? Chcielibyśmy porozmawiać z Harrym na osobności.

Connor otworzył usta, żeby zaprotestować. Harry spojrzał na niego ze współczuciem, choć był pewien, że jego brat tego nie zauważył. Connor nie znosił, kiedy się go traktowało jak dziecko, więc podejście Jamesa było naprawdę chybione w tym przypadku.

– Chodź, Connor – powiedział Remus, wstając i wyciągając rękę w jego stronę. – Chyba ci jeszcze nie pokazałem tunelu ukrytego w garbie jednookiej czarownicy, co? – Pochylił się niżej i obniżył głos, patrząc na niego ciepło. – Prowadzi prosto do Miodowego Królestwa.

To wreszcie zainteresowało Connora, ale ten i tak zatrzymał się, odwrócił głowę i spojrzał na Harry'ego. Harry kiwnął głową. Rozumiał znaczenie tego wzroku. Robię wszystko co w mojej mocy, żeby cię powstrzymać.

I zdecydowanie na to wyglądało, uznał Harry, odprowadzając brata wzrokiem do drzwi. Knuł coś z Ronem i Hermioną, idąc z nimi praktycznie ramię w ramię korytarzami. Od czasu do czasu Hermiona wydawała z siebie zduszony protest, ale Connor ją uciszał i wyjaśniał coś innego, co sprawiało, że Hermiona przygryzała wargę i kiwała z rozmysłem głową.

– Harry.

Drzwi zamknęły się za Remusem i Connorem, a Harry odwrócił się z westchnięciem, żeby stawić czoła swoim rodzicom i Syriuszowi.

Syriusz wciąż siedział w swoim fotelu, krzywiąc się. Lily stała tam, gdzie wcześniej, nie ruszyła się i nie spuszczała wzroku z jego twarzy odkąd Harry wszedł do pokoju. To James się odezwał, głosem szczerym, choć nieco niepewnym. Harry wiedział, jak się czuje.

– Connor powiedział nam, co się stało – powiedział James. – Powiedział nam o wszystkim. O walce między Ronem Weasleyem i Draco Malfoyem – jego odraza do nazwiska Dracona nie miała granic, zauważył Harry – o tym, jak znalazł cię w tym korytarzu obok ciała tej Lovegood. – James zamknął oczy i odetchnął głęboko. – O wężomowie również, i o tym, jak użyłeś magii na Krukonach. Posłałeś tę biedną dziewczynę do skrzydła szpitalnego, prawda?

Harry kiwnął głową. Nie było sensu tego zaprzeczać.

Ja mogę zaprzeczyć, powiedziała Sylarana w jego głowie. Ale żadne z nich by mnie nie posłuchało.

Żadne z nich by cię nie zrozumiało, poprawił ją Harry.

Żadne z nich by mnie nie posłuchało nawet gdyby mnie rozumieli. Myśli locusty miały nutkę goryczy, która normalnie sprawiłaby, że Harry by się uśmiechnął. Ale nie teraz. Teraz rozmawiał ze swoimi rodzicami.

– Do tego zostałeś opętany przez Sami Wiecie, Kogo – powiedział James. – A przynajmniej jego młodszą wersję. Nie rozumiem, Harry. Wydawało mi się, że te prywatne lekcje ze Smarkerusem miały temu zapobiec?

Zamilkł i tym razem było jasne, że czeka na werbalną odpowiedź.

– Pomagają – powiedział cicho Harry. – Nie sądzę, żebym to ja spetryfikował Lunę. Spałem, kiedy to się stało, więc nie wiem, kto to zrobił, ale nie sądzę, żeby Tom Riddle mnie wtedy opętał.

– Więc teraz przerzucił się na kogoś innego? – zapytał James. – Ale czemu?

– James.

Jedno słowo jego matki wystarczyło, żeby napięcie w pokoju opadło. Lily podeszła do Harry'ego i uklęknęła przed nim, przeczesując jego grzywkę palcami i odsłaniając jego oczy. Harry patrzył jak linie wokół jej ust zacieśniają się, kiedy jej palce musnęły jego bliznę w kształcie błyskawicy.

– Myślę, że musimy im powiedzieć – szepnęła.

Harry wciągnął z zaskoczeniem krótki dech, współczując jej. Wiedział, że chciała jak najdłużej trzymać ich ojca w niewiedzy i niewinności z podobnych powodów dla których chciała tego dla Connora. Ta jasność umysłu, ta czystość duszy, dla nich warto było walczyć.

Ale jeśli trzeba było odsłonić tę tajemnicę przed kilkoma bliskimi osobami, zanim sprawa rozdmucha się na tyle, że trzeba ją będzie obwieścić całemu światu, to Harry również uważał, że tak będzie lepiej.

Lily wstała, po czym stanęła za Harrym i położyła mu ręce na ramionach.

– Trenowałam Harry'ego większość jego życia – powiedziała Jamesowi i Syriuszowi. – Poprosiłam go, żeby nauczył się tak wielu zaklęć jak tylko będzie w stanie, tak wiele bezróżdżkowej magii jak tylko może, nauczył się wszystkich dostępnych teorii i zwyczajów czarodziejów czystej krwi, na wypadek, gdyby Connor ich kiedyś potrzebował.

James wydusił z siebie tylko krótkie "co", a Syriusz patrzył się na nich z szeroko otwartymi oczami. Harry trzymał głowę wysoko i przypomniał sobie, że te spojrzenia powinien tolerować. Jego matka była tam z nim. Nie był z tym sam.

Lily kiwnęła głową.

– Connor jest wrogiem Voldemorta – powiedziała. – Wiecie o tym. Obaj dobrze o tym wiecie. Ale nie byłby w stanie się rozwijać jak normalne dziecko, gdyby nie miał dodatkowej ochrony. – Wykonała gest w stronę Syriusza. – Jesteś tu w tym roku, Syriuszu, i nie jestem nawet w stanie ci powiedzieć jak bardzo jestem ci za to wdzięczna. Ale nie dostaniesz się wszędzie, nie możesz przebywać z uczniami w ten sam sposób, w jaki inny uczeń może. Harry chronił Connora przez cały poprzedni rok. Trenowałam go do tego przez większość jego życia – powtórzyła. Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. – To nie jest dziwne, że Voldemort zaatakował Harry'ego. Jego nieokiełznana moc i to, jak bliski i ważny jest dla Connora, zrobiły z niego cel. Gdyby Voldemortowi udało się skorumpować Harry'ego, to zadałby Chłopcu, Który Przeżył druzgocący cios. O ile nie skorumpowałby również samego Connora. – Ręce Lily zacisnęły się na ramionach Harry'ego, a on poczuł jak bardzo ona się stara nie wyrzucić z siebie wszystkiego na raz. Były sprawy, których zrozumienie zajmie Syriuszowi i Jamesowi trochę czasu, bez względu na to, jak by ich wcześniej do tego psychicznie nie przygotowała. – Dlatego też, o ile nie uważam żeby opętanie wyszło komukolwiek na zdrowie, o tyle nie winię o nic Harry'ego. Winię Voldemorta.

W pokoju zapadła oszołomiona cisza. Harry patrzył to na Jamesa, to na Syriusza i nie znalazł w ich reakcjach niczego zaskakującego. Obaj wyglądali jakby byli w szoku, co było absolutnie zrozumiałe. James otwierał i zamykał usta, jakby nie mógł się zdecydować, które pytanie zadać najpierw; Harry nie spodziewał się niczego innego. Syriusz opadł na swój fotel i wyglądał przeraźliwie blado. Harry'ego nieco to zaniepokoiło, ale jego ojciec chrzestny wychował się wśród mrocznej magii i czarodziejów specjalizujących się w walce. Oczywiście, że martwił się, że dziecko będzie musiało stawić czoła czemuś takiemu.

On się martwi o Connora, nie o ciebie, powiedziała mu Sylarana.

Zamknij się, ostrzegł ją Harry, odsuwając ból od siebie.

Pierwszy znowu odezwał się James.

– Ale to znaczy, że przez te wszystkie lata trzymaliście to przed nami w tajemnicy?

– Tak – powiedziała Lily. – Chciałam, żebyś pozostał w niewiedzy, żebym mogła liczyć na twoje bezwarunkowe wsparcie w trudnych chwilach, James. To było samolubne z mojej strony i przepraszam cię za to. – Mówiła jak wiedźma, którą Harry dobrze znał, jej głos nie zadrżał nawet przez chwilę. – A Connora trzymałam w niewiedzy, ponieważ musi pozostać niewinny by pokonać Voldemorta. Ale teraz, kiedy obaj możecie zacząć przeszkadzać w opiece, jaką Harry sprawuje nad Connorem, uznałam, że lepiej dla was będzie jeśli wreszcie się o wszystkim dowiecie. – Zwróciła się w stronę Syriusza. – Czy dalej będziesz go izolował?

Syriusz pokręcił głową. Zrobił się jeszcze bardziej blady.

– A ja myślałem... Tak bardzo się myliłem – szepnął. – Harry, przepraszam.

– W takim razie możemy też powiedzieć o wszystkim Connorowi, prawda? – powiedział James z nadzieją w głosie. – Nie musi się już dłużej kłócić z Harrym.

Lily westchnęła.

– Nie – powiedziała. – Wciąż pozostaje faktem, że Tom Riddle opętał Harry'ego i że nie wiemy, kto spetryfikował Lunę Lovegood. Faktem jest, że umysł Harry'ego został zaatakowany przez potężnego mrocznego czarodzieja. Powiedzenie o tym Connorowi może skalać jego niewinność. Nie chcę do tego dopuścić, jeszcze nie. – Zamilkła na chwilę. – Poza tym, z podejrzeń Connora może jeszcze wyjść coś dobrego.

– Niby co takiego? – zażądał Syriusz ponurym głosem. – Sam nie widzę w tej sytuacji nic dobrego.

Lily przeszła przed Harry'ego i ponownie przed nim uklęknęła zamiast mu odpowiedzieć. Spojrzała Harry'emu w oczy.

– Harry, pamiętasz naszą rozmowę o Pierwszej Wojnie z Voldemortem, jak ci mówiłam czemu bracia Prewett dali się tak długo ścigać śmierciożercom, zanim ich złapano? – zapytała.

Harry otworzył szerzej oczy, przypominając sobie opowieść. Gideon i Fabian Prewettowie, bracia Molly Weasley, byli oszałamiająco potężnymi czarodziejami, ale co więcej, byli sprytni. Przeprowadzili dywersję, która została odkryta dopiero po ich śmierci, dywersję godną Ślizgonów.

Specjalnie robili z siebie cele do ataków, irytując i odwracając uwagę co potężniejszych śmierciożerców od ich innych zadań – takich, które skończyłyby się mordem kolejnych niewinnych rodzin mugolaków, którzy nie były nawet w połowie tak dobrze wyszkoleni jak Gideon czy Fabian. Śmierciożercy zjednoczyli się, żeby ich wreszcie złapać, ale w czasie tego pościgu piętnaście rodzin zdążyło się ewakuować przez świstokliki i znalazło schronienie w bezpiecznych miejscach. Śmerciożercy ścigali braci Prewett kilka miesięcy i po tym czasie byli już na nich tak cięci, że mogliby ich torturować całymi miesiącami i nie mieliby dość. W dodatku łowy były przeprowadzone na tyle sprytnie, że wewnętrzny krąg śmierciożerców zaczął się rozpadać pod wzajemnymi oskarżeniami; zaczęto podejrzewać się nawzajem, bo uważano, że ktoś musi pomagać Prewettom pojawiać się w dogodnym miejscu i uciekać za każdym razem.

I Harry zrozumiał.

– Chcesz, żebym zrobił tego przeciwieństwo z Connorem? – zapytał swoją matkę. – Zachować się jak jeleń, żeby on mógł przyjąć rolę psa gończego?

– Rolę samca alfa w takich łowach – poprawiła go z lekkim uśmiechem, który odbił się w jej oczach, co oznaczało, że naprawdę była z niego zadowolona. – Connor musi zacząć się oswajać z politycznymi realiami czarodziejskiego świata, ale nie może tego zrobić w taki sam sposób co ty, zwłaszcza teraz, kiedy znalazł sobie już tylu przyjaciół wśród rodzin oddanych światłu. Będzie więc musiał to zrobić poprzez działanie w dobrej wierze. Pozwól mu zjednoczyć szkołę wokół jednej sprawy, to będzie dla niego dobra lekcja praktyki przed tym, co go czeka w przyszłości.

Harry kiwnął głową. Czuł jak cała wina i ciemność w jego umyśle się rozwiewają, ustępując miejsca ekscytacji. To znaczyło, że już i tak wszystko było na dobrej drodze, skoro Connor go podejrzewał i podjudzał uczniów przeciwko niemu. Ci uczniowie przyzwyczają się do słuchania się poleceń Chłopca, Który Przeżył. Kiedy odkryją, kto tak naprawdę stoi za tym wszystkim, Connor może wyjść na pochopnego durnia, ale Harry podejrzewał, że prawdziwy złoczyńca to tak naprawdę niewinna ofiara, która wcale nie chce służyć Voldemortowi. Connor będzie mógł wybaczyć tej ofierze, może nawet uratuje ją spod kontroli Voldemorta, a potem odwróci się i wybaczy również swojemu bratu, pokazując wszem i wobec jak potężna jest siła sprawiedliwości i litość Gryfonów. A akceptacja tego gestu pokaże jak bardzo Harry jest lojalny wobec swojego brata.

Będzie to wymagało ostrożnych planów, Harry był tego pewien, do tego było z pół tuzina spraw, które mogły się zawalić po drodze. Ale to był jakiś plan, taki, który mógł się przysłużyć zarówno jego celom chronienia Connora i sprawiania, by wyglądał dobrze, jak i taki, który naprawdę był w stanie wykonać.

– Nie rozumiem – powiedział Syriusz prosto z mostu.

Lily wyjaśniła im wszystko bardziej szczegółowo, a Harry stał obok, nie odzywając się. Tak, to najlepsze, co mogą zrobić w tej sytuacji.

Jeśli jesteś kompletnie pozbawionym rozumu człowiekiem, to tak, oczywiście, że jest.

Harry podskoczył. Jakimś cudem zawsze zapominał o obecności Sylarany, jeśli ta wystarczająco długo się nie odzywała. Ale jak do tej pory nie wyrażała sprzeciwów, więc czemu dopiero teraz?

Bo to jest zwykłe szaleństwo, wypaliła Sylarana. Nie rozumiem, jak możesz uważać, że uda ci się to wprowadzić w życie. I jakim cudem chcesz jeszcze znaleźć w tym wszystkim czas, żeby mnie nakarmić?

Harry dotknął swojego lewego przedramienia, gdzie leżała wtopiona w jego skórę. Karmienie cię zawsze będzie moim priorytetem, obiecuję.

Prawie nie słuchał dyskusji, w której Lily dogadywała szczegóły wszystkiego z Jamesem i Syriuszem. Wiedział, że teraz już wszystko będzie dobrze. Jeśli faktycznie miał w sobie coś ze Ślizgona, tak jak utrzymywała Tiara Przydziału, czy Draco ze Snape'em, to miał zamiar teraz wykorzystać te cechy w dobrym celu, w służbie Światła.


Harry wzleciał w powietrze, skręcił i zaczął latać wokół boiska z pewnością siebie jakiej z całą pewnością nie miał w zeszłym roku podczas gry między Slytherinem i Gryffindorem.

Connor był wysoko nad ziemią, oczywiście, do tego trzeba było uważać na tłuczki, ale tym razem nie atakowali go żadni Lestrange'owie. Harry'ego bawił fakt, że jednym z ostatnich pytań ich ojca, zadane tuż przed tym jak Harry pobiegł się przebrać w zielony strój Slytherinu, było czy przypadkiem nie lata lepiej od Connora. Harry bez problemu tutaj skłamał, nawet ich matka nie zdawała sobie sprawy z jego talentu na miotle. Zapewnił Jamesa, że Connor wygrywa swoje mecze własnym, ciężkim wysiłkiem.

To było niewielkie kłamstwo, zwłaszcza jeśli porównać je do tych, które będzie musiał mówić i z którymi będzie musiał żyć przez kilka następnych miesięcy. Ale będzie warto. Musi być.

Szaleństwo, mruknęła Sylarana w jego głowie. Niewiele się odzywała odkąd weszli na boisko, tylko jedno słowo tu i tam. Harry podejrzewał, że jej zdaniem powinien się domyślić o co jej chodzi. Nie miał zamiaru się bawić w zgadywanki. Miał ważniejsze rzeczy na głowie.

Były tłuczki i znicz, i Connor na swojej miotle, i setki oczu wpatrzonych w nich z dołu, z obu stron boiska. Musiał oszukać ich wszystkich. Na szczęście to nie powinno być takie trudne. Niemal leniwie obrócił się do góry nogami kiedy jeden z bliźniaków Weasley cisnął tłuczkiem w jego stronę i usłyszał jak ten go mija ze świstem. Nimbus Dwa Tysiące Jeden to był naprawdę fantastyczny prezent, pomyślał. Dużo łatwiej było nim wykonywać takie manewry.

Jak tak sobie wisiał z głową w dół – z Sylaraną zmuszoną do zaciśnięcia się jeszcze mocniej na jego ręce i nieustannie na to narzekającą – zobaczył, że tłuczek wykonuje dziwne, szerokie koło i wraca do gry. Zignorował po drodze dwóch ślizgońskich ścigających i zrobił kółko wokół bliźniaków Weasley. Powoli kierował się w stronę...

Connora.

Wygląda na to, że założenie, że ta gra będzie jakkolwiek bezpieczniejsza było jednak błędem, pomyślał Harry, po czym wystrzelił przed siebie.

Leciał równolegle do toru tłuczka, wiatr szarpał jego włosy i próbował zrzucić mu okulary z nosa, miotła pozwalała mu lecieć z taką szybkością, jaką chciał, a nawet szybciej. Harry wyliczył, kiedy tłuczek uderzy w Connora i wyciągnął rękę, wysyłając całą swoją siłę woli, żeby go zmusić do skrętu, tak, jak to zrobił zeszłego roku podczas walki z Lestrange'ami.

Nie zadziałało. Ktoś już miał władzę nad tłuczkiem. Harry czuł ją jako ostry szpikulec mocy, wirujący wokół piłki, sterujący nią i napędzający na cel, który w dodatku strzelił iskrami, kiedy Harry sięgnął ku niemu swoją mocą, po czym odbił go. Harry przymrużył oczy i patrzył jak Connor nurkuje w powietrzu, unikając pierwszego ciosu zaczarowanego tłuczka. To nie czarodziejska magia trzymała tłuczek pod kontrolą.

Skrzat domowy.

Zgredek?

Prawdopodobnie, uznał Harry. Zdenerwował się tym bardziej, że od chwili przybycia do Hogwartu niewiele myślał o skrzacie, uznając każde inne zagrożenie za wiele większe od niego.

Ale teraz to mogło się zmienić. Harry wezwał swoją magię, bezpieczny w świadomość, że większość ludzi i tak nie będzie w stanie tego wyczuć. No, oczywiście, Dumbledore pewnie mógł, do tego jeszcze Draco i Snape, ale oni z kolei wiedzieli, że Harry reaguje tak tylko wtedy, kiedy jest zły.

A teraz był zły, gotowała się w nim odrażająca, wyjąca furia, bo przecież chodziło o Connora. Harry patrzył jak tłuczek skręca i sięgnął w jego stronę innym rodzajem woli. Tym razem nie chciał nic zrobić piłce. Chciał, żeby powietrze przed nią stało się stabilną, twardą ścianą, która go za nic nie przepuści dalej.

Tłuczek wydał z siebie głośne tąpnięcie, odbijając się. Harry sapnął cicho i rozwiał ścianę powietrza. Utrzymywanie jej kosztowało go więcej niż się spodziewał, może dlatego, że jego magia nie była przyzwyczajona do takich wyczynów. Lepiej będzie przewidzieć, gdzie tłuczek poleci w następnej kolejności i po prostu wejść mu w drogę.

– Zauważono znicz! – krzyknął Lee Jordan, a jego zwycięski okrzyk poniósł się ponad wrzaskiem publiczności.

Harry odwrócił momentalnie głowę i zobaczył jak Connor ściga znicz, złota kulka błyszczała tuż przed nim, furkocząc z paniką skrzydełkami. Zmieniła kilka razy kierunek, ale brak Harry'ego nie pozostawał daleko w tyle. Miał potargane wiatrem włosy, a jego twarz błyszczała z determinacji. Harry'emu ulżyło. Ostatnim razem jak sprawdzał, Slytherin miał przewagę sześćdziesięciu punktów, ale jeśli Connor złapie teraz znicza, to nie powinno to mieć znaczenia. Gra się skończy, wylądują i zwycięscy udadzą się do swojej przebieralni.

I wtedy tłuczek znowu zaczął się ruszać.

Tym razem kompletnie ignorując wszystkie inne potencjalne ofiary na swojej drodze, ruszył prosto na Connora. Angelina Johnson, ścigająca Gryffindoru, przypadkiem znalazła się na jego drodze i oberwała tak mocno w brzuch, że zaczęła koziołkować na miotle w dół. Wyrównała jednak lot przed uderzeniem w ziemię i Harry nie usłyszał gwizdka od pani Hooch czy Syriusza, który ogłosiłby zakończenie gry.

Connor był całkowicie pochłonięty ściganiem znicza, który właśnie zdołał go oszukać nagłą zmianą kursu i teraz mknął w górę, przez co Connorowi pozostało tylko dać z siebie wszystko.

Co oznaczało, że teraz tylko Harry mógł z tym coś zrobić.

Ogarnęło czyste podniecenie zadaniem i wiedział, że szczerzy się szeroko, kiedy pochylił się nad miotłą i zmusił ją do lecenia z pełną prędkością.

Powietrze stało się wąskim, prostym tunelem między nim a celem. Minął Angelinę, kiedy ta się jeszcze wznosiła. Usłyszał zaskoczone krzyki i widział jak ludzie się za nim oglądają, ale zignorował ich. Uznają, że po prostu też zauważył znicza i postanowił go odebrać Connorowi.

Złap.

Harry poczuł słowa Sylarany w swojej głowie niczym odległą zmarszczkę na wodzie. Zawirował w powietrzu, pozwalając drugiemu tłuczkowi minąć go z furkotem, a kiedy ponownie się wyprostował, musiał postanowić, co zrobić z zaczarowanym tłuczkiem. Był już niemal przy Connorze i jego wyciągniętej ręce, którą próbował złapać znicza.

Jego wyciągnięta ręka.

Harry podjął decyzję. Zanurkował, żeby znaleźć się pod właściwym kątem, po czym wzleciał z oszałamiającą prędkością. Wreszcie znalazł się między tłuczkiem i swoim bratem. Przyjmie cios, Connor złapie znicza i wszystko na tym świecie będzie jak należy.

Connor spojrzał na niego przelotnie ze zdziwieniem, po czym szybko przerzucił z powrotem wzrok na złotą kulkę. Harry uśmiechnął się, nic sobie z niej nie robiąc.

Tłuczek zatrzymał się przed nim, skręcił, po czym spróbował się wznieść na pozycję między Harrym i Connorem, trochę do przodu, żeby trafić tego drugiego.

Harry podjął kolejną decyzję i poleciał prosto na swojego brata. Ich miotły zderzyły się, ale nie był na tyle blisko, żeby sfaulować Connora, więc...

Trzask.

Tłuczek trafił w jego prawe ramię. Harry wciągnął powietrze, ale nie krzyknął, tylko przechylił się na miotle, czując się jakby jego kości zrobiły się ciekłe z bólu. Jego lewa ręka, trzymająca do tej pory miotłę, osunęła się z niej i Harry sięgnął w stronę Connora, szukając jakiejś podpory. Zauważył coś małego i złapał się tego, myśląc, że Connor wyciągnął rękę, żeby mu pomóc.

Zawrócił w powietrzu z prawą ręką wiszącą bezwładnie i zobaczył jak Connor otwiera oczy szeroko ze zdumienia i nabiera powietrza do krzyku, a tłuczek, wolny od magii Zgredka, opada na ziemię pod nimi. Wszyscy wrzeszczeli. Sylarana na niego syczała. Harry starał się skupić, co się okazało nie takie proste, na tym, co właściwie krzyczał Lee Jordan.

– Potter złapał znicza!

No oczywiście, że Connor złapał znicza, o co im...

I wtedy Harry zdał sobie sprawę z małej kulki trzepoczącej rozpaczliwie w jego ręce, tej małej rzeczy, której się złapał, szukając jakiegoś wsparcia.

– Slytherin wygrywa!

Jedna ze stron boiska oszalała, wymachując zielonymi szalikami w powietrzu, pohukując i nawołując. Strona Gryfonów była cicho. Harry się przygarbił, próbując schować głowę w ramionach i skupił się na zimnych ciarkach i szoku z bólu. Nawet nie odważył się zerknąć na swoich rodziców czy Remusa w tej chwili. Przecież obiecał im, że Connor wygra.

– Brawo, Harry.

Harry zerknął na swojego brata i z miejsca tego pożałował. Twarz Connora była czerwona z upokorzenia, a jego oczy błyszczały od łez.

– Skoro nienawidzisz mnie tak bardzo, że chciałeś mnie upokorzyć na oczach naszych rodziców – szepnął. – To czemu od razu mi tego nie powiedziałeś?

Następnie zanurkował, a reszta drużyny okrążyła Harry'ego, gratulując mu głośno. Harry przyjmował gratulacje, wciąż nie potrafiąc zrozumieć tego, co się właśnie stało. Syknął jednak głośno, kiedy Flint go objął i przypadkiem dotknął jego złamanej ręki.

Flint zamrugał.

– No dobra, Potter, idziemy z tobą do skrzydła szpitalnego. – Mrugnął do Harry'ego. – Pani Pomfrey powinna się naprawić raz–dwa.

Harry zamknął oczy i pozwolił się sprowadzić na dół, czując się jakby przebywał w stadzie paplających gęsi. Wszystkie jego dobre intencje znowu przepadły, spłonęły na skwarkę przez okoliczności, na które Harry nie miał żadnego wpływu. Żałował, że jeszcze nie umie wykonać Fugitivus Animus, żeby zniknąć z uwagi wszystkich obecnych.

Nie sądzę, żeby to zadziałało nawet, gdybyś potrafił wykonać to zaklęcie, powiedziała Sylarana osobliwie łagodnym głosem. Myślę, że ludzie zawsze będą zwracać na ciebie uwagę, nawet jeśli nic nie będziesz robił. Wiem, że tego nie chcesz, ale tak już jest. A węże stawiają czoła rzeczywistości, a nie chowają się przed nią, wiesz? Na nic ci się nie zda udawanie, że złapałeś mysz, kiedy wcale jej nie masz.

Nie jestem wężem, odparł Harry.

Nawet nie kłopotała się odpowiedzią.

Harry dał się objąć Draconowi, kiedy już wylądowali na ziemi, i przyjął od niego gratulacje, choć Flint powstrzymał go przed przytulaniem Harry'ego zbyt mocno. A potem zaczęli go prowadzić do skrzydła szpitalnego, podczas gdy obraz zdradzonego Connora bolał go bardziej od ramienia.

Co ja teraz zrobię? Jak mu wyjaśnię, że go nie zdradzam, kiedy wszystko działa przeciwko mnie? Jak mogę...

Poddał się pokusie i wrzucił wirujące myśli do pudełka. W jego głowie momentalnie się rozjaśniło. Zaczął spokojniej oddychać. Mógł wreszcie otworzyć oczy i iść obok swojej drużyny, zamiast pozwalać, żeby ktoś go niemal niósł.

Snape się myli. To musi być coś dobrego. Dzięki temu mogę myśleć i planować.

Matka powiedziała, że mam pozwolić Connorowi poprowadzić łowy przeciw sobie. Tak też będzie. A to, jak to zrobimy, wymyślę jak będę leżeć w skrzydle szpitalnym. Będę miał mnóstwo czasu. Powiem pani Pomfrey, że jestem zmęczony.


Harry obudził się w środku nocy, całkiem sam. Jego świeżo naprawiona ręka była owinięta ciasno na jego torsie, a Sylarana zwinęła się na niej. Zamrugał. Zebranie myśli zajęło mu dłuższą chwilę.

Był środek nocy. Jego rodzice prawdopodobnie opuścili już Hogwart, nawet do niego nie zajrzeli.

Harry powiedział sobie, że wcale tego po nich nie oczekiwał.

Kiedy złość nie chciała sama zniknąć, wrzucił ją do pudełka nawet nie budząc Sylarany, po czym znowu poszedł spać, spokojny i bez nerwów.