Rozdział XII


Czy to w 1942 roku, czy w jakimkolwiek innym czasie, nigdzie Harry nie czuł się bardziej jak w domu, niż na boisku do quidditcha. Delikatna, poranna bryza poruszała jego szatami i mierzwiła włosy. Zadrżał. Ale czy z powodu chłodu październikowego poranka czy ekscytacji odczuwanej na samą myśl o lataniu — nie wiedział.

— Witaj na hogwarckim boisku do quidditcha — doleciał go z boku dumny głos Alpharda. Młody Black również miał wariacki uśmiech przyklejony do twarzy.

W zasadzie nie było w tym nic dziwnego, pomyślał Harry, biorąc pod uwagę, jaką miłością do quidditcha pałał Syriusz — najwidoczniej, podobnie jak u Potterów, uwielbienie do tego sportu przechodziło z pokolenia na pokolenie.

— Jest ogromne — westchnął, otwierając szeroko oczy i z udawanych zachwytem rozejrzał się dookoła. — Milion razy większe niż to, na którym graliśmy…

— No cóż, taką miałem nadzieję — zaśmiał się Alphard. — Ale podejrzewam, że nie jesteśmy tu, by je podziwiać, a zobaczyć jakież to nadzwyczajne quidditchowo umiejętności skrywasz.

Harry skinął głową, odwracając się, by stanąć twarzą do Alpharda. Na boisku zebrała się już reszta ślizgońskiej drużyny. Z całego grona rozpoznał jedynie Mariusa. Co dziwne, Lestrange w żaden sposób nie skomentował jego ukrytej pasji, chociaż wcześniej wyraźnie dawał mu odczuć, że za nim nie przepada. Ale kiedy Harry nawiązał z nim kontakt wzrokowy, ciemne oczy Mariusa zwęziły się, a chłopak odwrócił głowę. Riddle (niespodzianka, niespodzianka!) również był obecny, podobnie jak Lycoris i Abraxas, chociaż żaden z nich nie należał do drużyny.

— W porządku — odezwał się Alphard. Klasnął w dłonie i odwrócił przodem do zawodników. — Harold, to nasi ścigający: Fergus, Sylvia i Angus. — Wskazał na trzy smukłe postacie; jedną z nich, dziewczynę, Harry mgliście kojarzył z zajęć, bo była na tym samym roku co on. I to ona jako jedyna przywitała się z nim. — Malcolm, nasz bramkarz. — Machnął w stronę osiłkowatego chłopaka ze skrzyżowanymi na piersi rękami. — Mariusa już znasz, jest naszym drugim pałkarzem. A ten tu — wyraźnie zdenerwowany chłopak o połowę niższy od reszty drużyny spojrzał strachliwie w górę — to Graham, nasz obecny szukający. Urządzimy pomiędzy waszą dwójką dodatkowy test i zobaczymy, który z was lepiej się spisze, dobra?

Harry uśmiechnął się na znak zgody, podczas gdy Graham mocniej ścisnął trzonek miotły.

— Sylvia — Alphard zwrócił się do drugiej ścigającej — mogłabyś zaprowadzić Harolda do składziku z miotłami, żeby jakąś sobie wybrał?

— Jasne — zgodziła się ładna blondynka i od razu ruszyła w odpowiednim kierunku, gestem nakazując Harry'emu podążenie za sobą. Harry, spoglądając przelotnie przez ramię, zauważył, jak Alphard podchodzi do Riddle'a i mówi coś do niego przyciszonym głosem. To robiło się coraz dziwniejsze; Riddle nie był w drużynie, ale nie przeszkadzało mu to w trzymaniu ręki na pulsie i kontrolowaniu tego, co dzieje się na boisku, tak jak to robił to z całą resztą Domu Węży. Sylvia, która spostrzegła, że Harry czemuś się przygląda, zerknęła przez ramię i uśmiechnęła się porozumiewawczo.

— Chyba nie jesteś gejem, co? — zapytała, unosząc wypielęgnowaną brew.

Harry prawie padł z osłupienia.

— Że co? — wykrztusił. Szczęka mu opadła. — Nie!

— Tak tylko sprawdzam — zaśmiała się dziewczyna, znowu oglądając się za siebie — Chociaż gdybyś był, całkowicie bym to zrozumiała — dodała ściszonym głosem, nachylając się w jego kierunku. — Tom jest fantastyczny.

— Jasne — mruknął Harry, przesuwając się odrobinę w prawo, by zwiększyć nieco odległość pomiędzy nimi. — Yyy… Jakie marki mioteł macie? — zagadnął. Desperacko pragnął, by rozmowa powróciła na znajome terytorium.

Sylvia ponownie się roześmiała, kręcąc nad nim głową, ale — Merlinowi niech będą dzięki — przystała na zmianę tematu.

— Masz szczęście — oznajmiła. Kąciki jej ust drgnęły. — Całkiem niedawno zamówiliśmy nowy zestaw mioteł, co znaczy, że są jeszcze niewyśmigane, chociaż do najnowszych modeli trochę im brakuje. Podejrzewam, że w większości to Zmiatacze Trzy, ale może jeśli ci się poszczęści, trafisz na Kometę 180.

Merlinie. Ależ zatęsknił za swoją Błyskawicą.

Po zaledwie dwóch minutach szurania i przestawiania mioteł, Harry dojrzał swoim okiem szukającego Kometę 180 ukrytą w kącie, litościwie oszczędzoną przed zakusami pierwszorocznych — Sylvia utrzymywała, że po szkole krążą mrożące krew w żyłach opowieści o tym, co przechodzą ich miotły.

Podczas drogi powrotnej na boisko, myśli Harry'ego powędrowały w kierunku wspomnienia z pierwszej lekcji latania i — w przebłysku nagłej intuicji — nabrał pewności, że te niewyśmigane Zmiatacze Trzy prędzej czy później przemienią się w wynędzniałą stertę mioteł, z którą on i jego przyjaciele zetknęli się w przyszłości. Nic dziwnego, że Neville stracił nad swoją kontrolę — te miotły miały w jego czasach pięćdziesiąt lat!

Kiedy dołączyli do drużyny, Harry'emu nie umknął w sposób, w jaki Sylvia uśmiechnęła się do Riddle'a, ani to, że Riddle odpowiedział na rozmarzony uśmiech dziewczyny własnym, który natychmiast poszerzył się, kiedy przyszły Czarny Pan spostrzegł przyglądającego mu się znad ramienia Sylvi Harry'ego.

— W porządku drużyno — odezwał się Alphard, zebrawszy wszystkich dookoła siebie, po tym, jak Riddle zniknął, dołączając do siedzących na trybunach Lycorisa i Abraxasa. — Plan jest taki. Malcolm, Fergus i ja jesteśmy jedną drużyną, Sylvia, Marius i Agnus drugą. Rozegramy między sobą krótki mecz, podczas gdy wasza dwójka — wycelował palcem w Harry'ego i Grahama — będzie szukać znicza. To, który z was zdobędzie pozycję szukającego, będzie zależało od waszej umiejętności latania i tego, kto pierwszy go złapie. Wszystko jasne?

— Tak jest, szefie. — Malcolm, tęgi bramkarz, uśmiechnął się wymownie i wskoczył na miotłę. Zawisł nad ich głowami. — Dajesz, żółtodziobie! — rzucił w stronę Harry'ego, szyderczo unosząc brew. — Pozwól nam zobaczyć, co my tu mamy!

Podekscytowanie, niczym nadmuchany balon, wypełniło Harry'ego od środka, więc z łatwością zignorował przytyk i bez zastanowienia chwycił swoją Kometę 180 obiema rękami. Na szczęście miał jako takie doświadczenie z tym modelem miotły (a może nawet z dokładnie tą samą miotłą) podczas trzeciego roku nauki w Hogwarcie, kiedy to jego Nimbus 2000 zakończył tragicznie swój żywot, a Błyskawica była rozkładana na części pierwsze przez McGonagall i Flitwicka. Z trudem powstrzymując uśmiech, wystrzelił w stronę nieba. Zatrzymał gwałtownie miotłę przed Malcolmem. Radość, którą mogło wywołać jedynie latanie, promieniowała z niego na kilometr.

— Ścigamy się? — rzucił wyzywająco, po czym popędził wprost na chłopaka, w ostatniej chwili zniżając lot i przemykając pod nim.

I poleciał. Latał. Naprawdę latał. I było to najwspanialsze uczucie, jakie doświadczył od przybycia do przeszłości. Nagle wszystko: co Riddle powiedział, co zrobił przestało się liczyć, wszystkie troski i zmartwienia pozostawił na dole, na murawie, z której wystartował. Pochylił się do przodu, przyśpieszył. Wiatr mierzwił mu włosy, zawiewał na twarz, gdy zbliżał się do boiska. Oczywiście prędkość nawet nie mogła równać się z tą, którą osiągał latając na Błyskawicy, dość szybko przekonał się, że skręcanie i manewrowanie wymagało trochę większej siły i koncentracji, ale wkrótce przystosował się i załapał właściwy rytm. Dotarł na drugi koniec boiska, zrobił slalom pomiędzy obręczami, zwinnie przez nie przelatując, po czym, kierując trzonek miotły w dół, zaczął pikować w stronę reszty drużyny, wciąż zebranej na środku boiska. W ostatniej sekundzie poderwał miotłę do góry, unikając bolesnego rozbicia się o ziemię.

— To jak, robimy ten sprawdzian czy nie? — krzyknął. Euforia buzowała w jego żyłach wraz z nowo odkrytymi pokładami pewności siebie.

— Merlinie — westchnął Argus, przykładając rękę do serca. Na chwilę zaniemówił. — Naprawdę myślałem, że zaraz zginiesz.

— Nah — wysapał Harry, łapiąc oddech. Zerknął w kierunku trybun: Tom wciąż na nich siedział z tym samym nieczytelnym wyrazem twarzy co zawsze. — Trzeba czegoś więcej niż quidditch, żeby mnie zabić.

Drużyna Ślizgonów, bez dalszej zwłoki, podzieliła się na ustalone grupki i rozpoczęli grę. Rzucali pomiędzy sobą kaflem, a każda drużyna starała się odebrać piłkę przeciwnikom, nim ci dotrą pod ich bramki. Na szczęście nie używali tłuczków (Harry nie ufał na tyle Tomowi, by nie obawiać się, że ten mógłby postąpić jak Zgredek i pomajstrować przy nich; chociaż wydawało się to nie w jego stylu — prędzej próbowałby go zamordować, rzucając na jego miotłę jakąś klątwę), co oznaczało, że wypatrzenie znicza było łatwiejsze niż zazwyczaj i zajęło Harry'emu zaledwie dwanaście minut. Chyba nie trzeba wspominać, że wszyscy członkowie Ślizgońskiej drużyny — poza Grahamem oczywiście, który stracił nadzieję tuż po zobaczeniu, jak Harry lata — byli jego występem zachwyceni.

— O tak! — ekscytował się Fergus, klepiąc Harry'ego po ramieniu, gdy tylko ten wylądował; cała jego wcześniejsza wrogość wyparowała. — Wygląda na to, że w tym roku będziemy mieć jednak jakieś szanse.

— Co jest niesamowicie irytujące — nadszedł głos z trybun.

— Ej! — wykrzyknął Alphard, chociaż w jego głosie było więcej rozbawienia niż prawdziwego gniewu. — Żadnych Lwów na boisku kiedy trenujemy.

Charlus wzruszył ramionami.

— Technicznie rzecz biorąc, prowadzicie nabór, a w jego trakcie każdy może przyjść, więc nie łamię w tej chwili żadnej z zasad — wytknął z zawadiackim uśmieszkiem. — Nie żeby ktokolwiek miał się tym przejmować, a już szczególnie nie moja Gryfońska drużyna, ponieważ zaraz mam zamiar do nich pobiec i zapowiedzieć im, że zwiększamy ilość treningów do czterech tygodniowo.

— Ależ to Ślizgońskie z twojej strony, Potter — podsumował Malcolm, krzyżując ręce na piersi. — A ja myślałem, że jesteś prawdziwym Gryfonem.

— Bo jestem — skontrował Charus, opierając się o barierkę. Zrobił urażoną minę. — To Ślizgoni knują za czyimiś plecami, ja otwarcie informuję was o swoich planach.

— No cóż, jeżeli nie masz nic przeciwko — zaczął Alphard — chcielibyśmy zacząć trening. Więc o ile nie zarezerwowałeś sobie na teraz boiska, to mógłbyś się stąd zebrać.

— W porządku, w porządku — ustąpił Gryfon, pojednawczo podnosząc w górę ręce. — Do listopadowego meczu, Węże.

Trzy godziny później Harry przebierał się z powrotem w szkolne szaty, całkowicie wyczerpany. Zdawało się, że Alphard, ich kapitan, dysponuje niewyczerpanymi pokładami energii i entuzjazmu, które objawiały się głównie tym, że zmuszał ich do powtarzania manewrów tak długo, aż nie opanowali ich do perfekcji. Ale mimo wszystko Harry czuł się lepiej niż przez całe wcześniejsze półtorej tygodnia. Latanie pomogło mu w oczyszczeniu umysłu i złapaniu właściwej perspektywy. Oczywiście radość z faktu, że dał się wciągnąć w ślizgońską politykę i że miał do czynienia z Tomem Riddle'em pozostała, ale zdał sobie sprawę, że jego wcześniejsze podejście, ponure i pełne rezerwy, nie pomagało mu za bardzo w kłopotliwym położeniu.

— Wygląda na to, że pomiędzy Ślizgonami a Gryfonami panuje dość duża rywalizacja — zagadnął młodego Blacka, próbując zawiązać sznurówki. — Skąd się wzięła?

Alphard przewrócił oczami z rozbawieniem.

— Och, ta sławna rywalizacja była od zawsze, podejrzewam, że sięga czasów założycieli, chociaż… — zrobił krótką pauzę, jakby się nad czymś zastanawiał — nie nazwałbym jej niezdrową. Większość Lwów jest irytująca, to fakt, ale są wśród nich tacy, z którymi się dogaduję, jak Charlus na przykład. I nie tylko ja, sporo innych uczniów z naszego domu też. Zazwyczaj w okolicach listopada, kiedy zbliża się mecz pomiędzy Ślizgonami a Gryfonami, konflikt nieco się zaostrza, ale poza tym więcej jest w tym radosnego przekomarzania się niż prawdziwej wrogości, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Harry przytaknął i od razu pomyślał o relacjach Ślizgonów i Gryfonów z jego czasów. Najwyraźniej przez te wszystkie lata zdecydowanie się pogorszyły, na pewno w dużej mierze z powodu pierwszej wojny. Widząc jednak tę przyjazną rywalizację pomiędzy kapitanami obu drużyn, nagle zapragnął, by sprawy potoczyły się nieco inaczej.

— Chyba czas, żebyście skończyli te swoje pogawędki — rzucił Lycoris, wtykając głowę do szatni. Jego nagłe pojawienie się wyrwało Harry'ego z zamyślenia.

— W porządku — powiedział Alphard. Zapiął pelerynę i zarzucił sobie torbę na ramię. — Już się zbieramy.

Tłumiąc w sobie niechęć, Harry wyszedł zaraz za Alphardem i od razu spostrzegł, że pozostała czwórka bandy Riddle'a już się zebrała. Abraxas i Marius stali kilka metrów dalej, pogrążeni w rozmowie, a Tom cierpliwie czekał, opierając się o ścianę z luźno założonymi rękami. Alphard i Lycoris pomaszerowali przodem, umożliwiając Tomowi zrównanie się z Harrym.

— Sądząc po tym, co dzisiaj pokazałeś, można by uznać, że boisko jest dla ciebie idealnym miejscem do ćwiczeń — zauważył Tom, podnosząc jedną brew.

Harry oderwał wzrok od wnoszącego się przed nimi zamku i zerknął na Toma.

— Na Merlina, Tom, czy to był komplement? — zażartował, starając się wpleść trochę wesołości w swoją wypowiedź. — No co? — zapytał chwilę później, kiedy Tom jedynie wpatrywał się w niego z namysłem.

— Powiedziałeś do mnie „Tom" — odparł nastoletni Czarny Pan, przekrzywiając głowę, by móc dokładniej zlustrować Harry'ego. — I próbuję rozgryźć dlaczego.

— Co masz na myśli? — obruszył się Harry, znowu wpadając w zaczepno-obronne nastawienie.

Tom znowu uniósł brew — Harry zauważył, że robił to dość często.

— Zazwyczaj mówisz do mnie „Riddle" — padło.

Zmuszając się do zrelaksowania, Harry przewrócił oczami. Znowu zatrzymał wzrok na zbliżającym się zamku. Czy oni naprawdę nie mogli prowadzić ze sobą normalnej rozmowy, bez tego całego detektywowania Toma i zachowywania się tak, jakby był na miejscu zbrodni albo przesłuchiwał przestępcę-psychopatę? Postanowił zignorować hipokryzję kryjącą się w odpowiedzi Riddle'a.

— Więc… Kim jest Sylvia? — zagadnął. Prawie zemdlał, gdy dotarło do niego, co zrobił. Właśnie zainicjował rozmowę o dziewczynach z Voldemortem. Nie żeby choć przez chwilę wierzył, że Tom coś do niej czuje — albo że w ogóle do kogoś cokolwiek czuje — ale może właśnie z tego powodu jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło.

— Ścigająca Ślizgonów z szóstego roku — odparł beznamiętnie Tom.

— Wyobraź sobie, że tyle to sam wiem — wymamrotał.

Tom niespodziewanie uśmiechnął się z przekąsem.

— Tylko nie mów, że jesteś zazdrosny?

Drugi raz tego dnia Harry prawie padł z osłupienia, chociaż tym razem naprawdę miał do tego większe prawo niż poprzednio.

— Nie mam zamiaru nawet tego komentować — oparł cierpko, w myślach rozkoszując się wizją siebie duszącego doprowadzającego go do szału Czarnego Pana. W końcu przepowiednia mówiła o tym, że mają się nawzajem zabić.

Przez jakiś czas szli w milczeniu. W pewnym momencie Lycoris odwrócił się i zagadnął do Toma, co pozwoliło Harry'emu na samotne i ciche zachwycanie się faktem, że był w stanie przez dłuższą chwilę rozmawiać z Riddle'em i nie palnął przy tym żadnego głupstwa. Nawet ograniczył wrogie odzywki. A pomyśleć, że Hermiona zawsze powtarzała, że gra w quidditcha to strata czasu!

Chwilę później dotarli do Wielkiej Sali.

W tej samej sekundzie, w której Harry przekroczył jej próg, wyczuł, że coś jest nie tak. Zazwyczaj kiedy w soboty nadchodził czas obiadu, uczniowie zasiadali przy swoich stołach, gawędząc przyjaźnie, dzieląc się swoimi planami na weekend czy narzekając na zadania domowe. Jedynie w czasie wypadów do Hogsmeade, kiedy większość uczniów przebywała poza murami szkoły, w Wielkiej Sali było cicho. Problem polegał na tym, że choć dziś Wielka Sala wypełniona była po brzegi uczniami, panowała w niej złowroga cisza — a wyciszone pomruki rozprzestrzeniały się po Sali niczym pożar.

Lycoris zatrzymał się, jakby rażony piorunem, podczas gdy Tom nawet nie zwolnił, zachowując się tak, jakby nic się nie zmieniło. Przelotnie chwycił Lycorisa za łokieć, żądając, by tamten się ogarnął. Harry, zżerany ciekawością, podążył za nimi do stołu Ślizgonów i usiadł naprzeciwko Toma, na swoim standardowym miejscu zajmowanym podczas śniadań, kompletnie ignorując wściekłe spojrzenia rzucane mu co chwilę przez Mariusa.

— O co chodzi? — spytał Alphard przyciszonym głosem. Równocześnie nałożył na talerz trochę ziemniaków w mundurkach, starając się zachować pozory normalności.

W odpowiedzi wzrok Tom powędrował w kierunku stołu nauczycielskiego, a dokładniej na mężczyznę siedzącego po prawej stronie Dumbledore'a, swobodnie gawędzącego z profesor Merryweather.

— Wygląda na to, że profesor Dippet w końcu znalazł zastępstwo na zaklęcia.

Harry momentalnie się odprężył i nalał sobie soku dyniowego. Przez chwilę naprawdę był przekonany, że wydarzyło się coś strasznego.

Od jego przybycia do 1942 roku nie miał ani jednej lekcji zaklęć — wszystkie zajęcia były odwołane. Obiło mu się o uszy, że ucząca tego przedmiotu czarownica zniknęła zaledwie tydzień po rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Z pewnością o to tyle zamieszania, pomyślał, upijając łyk. Najwyraźniej uczniowie z przeszłości nie byli tak przyzwyczajeni do widoku nowych twarzy przy stole nauczycielskim jak ci z jego czasów.

— Ale… — wydusił z siebie Marius i wykrzywił usta, przeszywając wzrokiem nowego nauczyciela. Jakimś cudem w jego głosie wciąż pobrzmiewało bezbrzeżne obrzydzenie. — Dlaczego Aaron Cooper?

Harry zakrztusił się sokiem dyniowym, porażony ilością jadu w głosie Lestrange'a.

I tyle z jego hipotez.

— To ma sens — odparł Abraxas, również uważnie przyglądając się profesorowi Cooperowi. — Po tym, co stało się z poprzednią nauczycielką i biorąc pod uwagę grozę szalejącą po zamku, całkiem sensowne jest to, że Dippet i zaniepokojeni rodzice chcieli mieć aurora w zamku.

— Ale dlaczego on? — nie ustępował Marius. — To mógł być byle jaki auror, więc dlaczego akurat on? — Sfrustrowany, przeczesał dłonią swoje kręcone, czarne loki. Wciąż złowrogo mrużył oczy.

— Bo jest najlepszy — wytknął trzeźwo Lycoris, zniżając głos, by nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. — Poza tym większość aurorów zdecydowanie lepiej sprawdziłaby się na pozycji nauczyciela obrony, a Cooper ma tytuł Mistrza Zaklęć; pisali o tym w zeszłym tygodniu w gazetach — dodał, widząc, że Alphard unosi pytająco brew. — Nie myśl sobie, że jestem jakimś prześladowcą, ja tylko…

— A on sobie tak po prostu siedzi i napawa tą swoją przebiegłością — ciągnął Marius, sycząc pod nosem z coraz większą wściekłością. — Głupi dra…

Urwał w pół słowa, uciszony karcącym spojrzeniem Toma. Znowu zrobiło się przeraźliwie cicho, dzięki czemu Harry miał okazję zebrać myśli. Ten cały Cooper przypominał mu Moody'ego — tyle że w młodszej i mniej naruszonej wersji — a uczniowie (poza Mariusem, który wyraźnie odstawał od reszty) spoglądali na niego z uwielbieniem, tłumaczącym tę nietypową atmosferę.

— Marius.

Harry prawie podskoczył na swoim miejscu, słysząc za plecami czyjś głos. Udało mu się zamaskować zaskoczenie zerknięciem przez ramię. Jego oczom ukazała się twarz Abera Rosiera i to w dodatku niesamowicie rozwścieczona twarz Abera. Tom, nawet nie podnosząc wzroku znad talerza, wzruszył ramionami, pozwalając Mariusowi wstać od stołu. Lestrange pośpiesznie zarzucił sobie torbę na ramię i dołączył do kuzyna. Wkrótce obaj chłopcy, wyraźnie wzburzeni i pogrążeni w nerwowej rozmowie, opuścili Wielką Salę.

Harry zamrugał, nic z tego nie rozumiejąc, i odwrócił się w stronę reszty Ślizgonów.

— Powie mi ktoś, co się tu, do diabła, dzieje? — zapytał, uznawszy, że jeżeli nie otrzyma odpowiedzi, przy najbliżej okazji wypyta o to Yaxleya. W końcu przyjaźnił się z Aberem, więc na pewno będzie wiedzieć, o co chodzi.

Lycoris i Abraxas wymienili zmieszane spojrzenia, a Alphard nagle zainteresował się swoim obiadem, starannie unikając patrzenia na Harry'ego. Tom jednak podniósł wzrok.

— Dwa lata temu — zaczął głosem jeszcze cichszym niż Lycoris przed chwilą — Donovan Rosier, kuzyn Mariusa, wpadł w niezłe kłopoty z Ministerstwem, co skończyło się dla niego wyrokiem w Azkabanie. Nie uważam, bym był odpowiednią osobą do informowania cię o szczegółach… — Harry stłumił chęć parsknięcia. Od kiedy Riddle przejmował się dochowywaniem czyichkolwiek sekretów? — …o nie będziesz musiał osobiście zapytać Mariusa. Ja jedynie mogę zdradzić ci, że to właśnie Aaron Cooper, nasz uroczy nowy nauczyciel, aresztował Donovana.

Harry szybko odwrócił głowę, by lepiej przyjrzeć się Cooperowi. W sali nadal panowała nietypowa cisza. Oczywiści siedział zbyt daleko, a jego wzrok był zbyt słaby, by mógł zobaczyć, że auror, wciąż pogrążony w konwersacji z Merrywaether, wcale nie patrzył na swoją rozmówczynię. Swoim wzrokiem Mariusa i Abera, a kiedy ci wyszli, zatrzymał je na podwójnych drzwiach, w których właśnie zniknęli.


Dzielnie zbetowała Snow :)


T/N

No i nastała ta wiekopomna chwila, w której zrównaliśmy się z oryginałem. Teraz wiecie już wszystko to, co ja wiem. I jeśli do tej pory nie zapałaliście do 1942 taką miłością jak ja, to już chyba nie zapałacie (nie Maro, wcale nie mam Ciebie na myśli). Ale i tak będzie mi miło, jeśli nadal będziecie to czytać (jeśli będzie co czytać, a mam nadzieję, że będzie^^) – i komentować. Na przykład anglojęzyczną wersję (wiecie, nie musicie pisać nie wiadomo jak długich elaboratów, wystarczy kilka ciepłych słów, które zmotywują Trusted do kontynuowania^^).

Korzystając z czas antenowego, chcę wam przypomnieć, że 1942 nie będzie slashem. Więc pojawiające się w tym rozdziale aluzję, są, będą i były jedynie złośliwymi dogryzkami, a nie zapowiedzią czegoś, co wydarzy się w przyszłości. ;)

Pozdrawiam (i do następnego, mam nadzieję w miarę szybkiego!).