XII. Życzenie zostaje wypowiedziane
Shodow musiał uruchomić kilka kontaktów zanim dowiedział się, gdzie może być Frieza. Kosztowało to sporo pieniędzy, a jeszcze więcej wysiłku. I kilka trupów po drodze, choć to już inna kwestia. Oczywiście nie musiał mieć racji, równie dobrze mogły to być plotki i jedynym miejscem w jakim można było znaleźć byłego lorda Imperium był grób. Wtedy mógł być w jednym lub w kilku miejscach zależnie od stanu dezintegracji, ale te niuanse były nieznaczące. W każdym razie najbardziej obiecujący trop prowadził na Ziemię, gdzie zginął Savylla. Rzekomo z rąk Jatyi, choć przywódca zabójców od początku miał wątpliwości.
Czujniki wskazały kilka dużych energii, ale jedynie dwie były dość potężne żeby mogły być tym kogo szukał. Jedna otoczona była kilkoma mniejszymi, druga pozostawała na uboczu. To tę uznał za bardziej obiecującą. Gdy był niedaleko, uznał że szanse się spore. Nie było tu może tak zimno i wietrznie jak na Saurii, ale jeżeli jakiś Changeling przebywał na Ziemi, to z pewnością gdzieś w ośnieżonych górach. Shodow wolał ciepło, nawet niemiłosierny skwar, ale nie mając wyboru owinął się ubraniem i wyszedł na poszukiwania. Nie zdziwiło go, że wyszli mu na spotkanie. Musiał stłumić śmiech widząc parę niedużych, jaszczurzych postaci.
- Miłe miejsce żeby spędzić resztę życia! – zawołał unosząc ręce na znak, że nie ma złych zamiarów. – W swojej prawdziwej postaci jesteś równie mały jak w zredukowanej. Niemniej poziom mocy masz imponujący.
- Chcesz się przekonać co potrafi mały Changeling?
Potrząsnął głową.
- Nie będzie takiej potrzeby, przybywam z propozycją. Korzystną.
Nie nastraszą go. W drugim Changelingu rozpoznał Ogidy. Słyszał, że sprzymierzyła się z byłym lordem, ale nie wiedział czy w to wierzyć. Niemniej jej obecność była dobrym znakiem. Naukowiec udawało się hamować zabójcze zapędy tyrana.
- Szukam kogoś, komu mógłbym zaoferować swoje usługi. Do tej pory byłem z Coldem, ale Król zrobił się nieudolny, a jego ulubiony polityk chce złapać za dużo niż jest w stanie utrzymać. Potrzebny mi ktoś, na kogo mogę postawić.
- A Jatya?
Kościsty kosmita wzruszył ramionami.
- Dobre pytanie. Nikt nie nazwał go bohaterem poza nim samym. Nie potrafi zmotywować żołnierzy do walki. Nosi piętno sługi, nieważne co zrobi, będzie tylko cieniem. Potrzebny jest ktoś, kto świeci jasno. A poza tym Jatya nie darzy sympatią zabójców. Marzy mu się idealny świat.
Frieza opuścił gardę. Shodow uznał to za dobry znak, bo gdyby cały czas był w bojowym nastroju, trudno by z nim rozmawiać. Changeling był znany z kapryśności.
- Mam informacje i sojuszników, którzy myślą podobnie. Upadek Korporacji nie jest nam na rękę. A niestety na razie do tego zmierza. Nie chcę w zamian dużo, tylko bezpieczeństwa. Wolę to niż Snodryssę, który ma za duże ambicje.
Tyran słuchał, więc mówił dalej. Propozycja była godna zainteresowania, więc powinien się zgodzić. Na obecny czas nikt nie złoży mu lepszej oferty.
- Powiem kto do ciebie przystanie. Im więcej zdobędziesz przyjaciół, tym chętniej przyjdą następni. Żołnierze Kapitana Straży potrzebują tylko znaku by od niego odejść, a inni boją się, że jeśli zmieni się władza stracą to, co zyskali na kontaktach z Imperium. Ja i Kompania Zabójców z radością wyciągniemy pomocną dłoń.
- Jaka łaskawa jest Kompania, że przysyła swojego przywódcę – zauważył Frieza. – Czy tylko udaje przyjaźń?
Shodow lubił dźwięk swojego śmiechu, dlatego nie marnował okazji by go posłuchać. Jego swoboda dodawała mu animuszu, a pracodawcy lubili gładkie słówka. Mrukliwi zabójcy byli dobrzy tylko w zaułkach i rynsztokach. Elita ucztowała z najlepszymi, zabawiała ich najnowszymi plotkami, a potem podrzynała gardła.
- Oceniam szanse. Jatya jest zbyt honorowy żeby korzystać z naszych usług, a o Coldzie już mówiłem. Każdy orze jak może. O ile wiem, twoje obecne położenie jest nie do pozazdroszczenia. Takie samo będzie nasze, jeśli władzę przejmie ktoś nam nieprzychylny.
Ogidy przysiadła na wielkim głazie. Prawdopodobnie analizuje każde jego słowo. Musi być ostrożny. Jeśli podda w wątpliwość jego zamiary, będzie bardzo trudno przekonać Friezę do sojuszu. Wielu popełniało błąd nie traktując poważnie niepozornej Changeling. Sprawiała tylko wrażenie głupiutkiej. Naprawdę miała umysł ostry jak brzytwa. Shodow lubił znać wszystkich: wrogów i przyjaciół.
- Lady Ogidy, czy możesz zwrócić się do swojej rodziny? Jej pomoc byłaby nieoceniona.
- Moja rodzina za mną nie przepada od czasu gdy odmówiłam zostania tym kim chcieli.
Kosmita przytaknął ze zrozumieniem. Niezależność Changeling była ta samo jej błogosławieństwem, co przekleństwem. Gdyby to ona została królową, a Frieza królem Imperium czekałyby złote czasy. Albo upadek gdyby nie mogli dojść do porozumienia. Na szczęście wydawali się zgrabnym duetem. Ogidy nie lubiła stać na świeczniku, ale to nie szkodzi. Frieza doskonale dawał sobie z tym radę już wcześniej. Silni przywódcy Korporacji mogliby ją uratować.
- Jest tylko jeden problem. Potrzeba jakiegoś mocnego akcentu dla waszego wejścia. Macie jakiś koncept moi przyjaciele? Mogę was tak nazywać?
- To dobrze, że Frieza się stąd wynosi.
Goku machnął tylko ręką. Bardziej się interesował tym co na stole niż narzekaniami Kurinina. Changeling nie pokazywał się za wiele odkąd dostał Senzu. Saiyanin był po prawdzie trochę zawiedziony jego nastawieniem. Miał nadzieję na jeszcze kilka treningów. Coś mu się wydawało, że Frieza woli inne rzeczy niż się przemęczać.
- Myślałem że nas zaatakuje – przyznał. – Odgrażał się mnóstwo razy.
- Powinieneś zapytać co teraz zrobi. Nie chciałbym żeby zniszczył Ziemię z orbity.
- Vegeta też nie okazał się taki zły.
- Vegeta nie jest Friezą. Ale całkiem w porządku gra się w „Podbijanie planet". Mam dobre wyniki, widziałeś?
Goku dawno przestał uczestniczyć w ich wieczornych spotkaniach. I tak ciągle przegrywał, a gdy wszyscy opanowali podstawy, dołączyli nowe zasady. Tych już kompletnie nie rozumiał. Jego miejsce zajął Gohan, a Chi-Chi nie miała nic przeciwko. Uważała, że gra rozwija intelektualnie. Piccolo wciąż trzymał się z dala, póki co jego złowieszcze proroctwo się nie spełniało. Podsumowując, życie toczyło się zwykłym, powolnym biegiem.
Niestety nie dla wszystkich. Za Kuririnem cały czas chodziła propozycja Ogidy. Rozmawiali na ten temat jeszcze raz i obecnie miał kompletny mętlik w głowie. Z jednej strony nie zapomniał z kim ma do czynienia, z drugiej Frieza potrafił zachowywać się lepiej niż Vegeta z którym pracowali na Namek.
Później udali się na wyspę Genialnego Żółwia. Na przyjacielskim spotkaniu oprócz nich byli też Yamcha i Bulma. Przyjemnie im się rozmawiało i popijało lemoniadę zanim nie poczuli zbliżającej się energii. Wszyscy ją rozpoznali.
- Mam nadzieję, że leci się pożegnać – mruknął pod nosem Yamcha.
Nadal bolały go stłuczone niedawno przez Changelinga żebra. Nie tylko Kuririn zapoznał się bliżej z przypadkowym machaniem ogona tyrana. Ponieważ ciosy nie były groźne, nikt się nimi specjalnie nie przejmował.
Changeling wylądował lekko na piasku, po czym powiódł wzrokiem po całej piątce. Następnie odchrząknął, strzepnął niewidzialne okruszki z eleganckiego czarnego munduru i… wyglądało jakby się zaciął. Wszyscy gapili się na niego z wyczekiwaniem.
- Goku, musimy zamienić kilka słów na osobności.
Saiyanin przyglądał mu się podejrzliwie jakby zaproponowano mu kanapkę z trucizną. Nie uszło jego uwadze, że użył imienia, a nie jak zawsze określania „małpa".
- Teraz?
- Teraz.
Kuririn westchnął w duchu. Co by nie mówić Changeling miał w sobie coś przywódczego.
Nie słyszał rozmowy, ale po minie Goku, zmieniającej się jak w kalejdoskopie, nabrał podejrzeń. Co mogło być jednocześnie zaskakujące, denerwujące, przygnębiające i ekscytujące?
- Chciałbym wiedzieć o czym rozmawiają – rzucił głośno Yamcha.
- To ci się nie spodoba.
- Skąd wiesz?
- To Frieza. Nic co robi mi się nie podoba.
Bulma przygryzła wargę, ale przyznała Kuririnowi rację.
- Nic nam nie mówi, a dzieje się coś złego – zauważyła cicho. – Dlaczego tu został skoro wygrał bitwę? Zauważyliście jak unika tego tematu? Nie chcę żeby nas wciągnął w kłopoty.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo wrócili na wyspę. Changeling pokazał ręką, że Goku ma mówić. Z każdym kolejnym słowem coraz bardziej nie mogli uwierzyć w to, co słyszą. Yamcha strącił szklankę lemoniady na piasek, a Bulma mrugała z niedowierzaniem. Z jakiegoś powodu Kuririn wcale nie był tak zaskoczony jak przypuszczał. W głębi duszy spodziewał się, że to nastąpi. Kiedy wszyscy bezceremonialnie gapili się na Goku, on zerknął na Changelinga. Wydawało się, że Frieza jest lekko zdenerwowany, może nawet niepewny. Mnich natychmiast odwrócił wzrok, gdy tyran zauważył, że jest obserwowany.
Okrutne czerwone oczy. Przebiegłe czerwone oczy.
- Chcesz powiedzieć, że mamy polecieć z tym potworem pomóc mu odzyskać władzę?
Kuririn zerknął na Yamchę, który z jakiś powodów wydał mu się nagle wyjątkowo głupi. Dużo gadał, ale nic z tego nie wychodziło. I ciągle narzekał, że nie mają szans, że przegrają, że nie chce znów zginąć. Były rozbójnik chyba nie zauważył, że Changeling posłał mu nienawistne spojrzenie.
- To doskonała okazja zmierzyć się z nowymi przeciwnikami – Goku wyglądał jakby ktoś dał mu cukierka. – Możemy nie mieć takiej okazji już nigdy. A w innych światach…
Changeling ostentacyjnie przewrócił oczami i wszedł mu w słowo.
- Mogę przysiąc, że nie zaatakuję Ziemi, ale inni nie dadzą takiej gwarancji. Wasza planeta jest w planie na najbliższe dwa lata. Jeśli nie uda się jej zdobyć, zostanie zniszczona. Ziemia mogłaby zostać naszym partnerem handlowym i zostać objęta PORG, czyli Programem Ochrony Rozwoju Gospodarczego. Oznacza to bezpieczeństwo, wsparcie dla rozwoju technologicznego i w razie katastrof naturalnych. Wszystko to w zamian za budowę kilku portów kosmicznych. Część wpływów dostajecie wy, część Korporacja, reszta idzie na rozwój infrastruktury… to jakby ktoś dał wam samopomnażający się skarbiec – dokończył bez przekonania bo nikt prócz Bulmy zdawał się go nie rozumieć.
- Nie jestem pewien czy umowy z tobą są… bezpieczne.
- Mały mnichu, nie ma bezpieczniejszej umowy. Nie myśl sobie, że rządzenie Międzyplanetarną Korporacją Handlową polega jedynie na podbijaniu światów. To co działo się z wieloma planetami zależało od ich władz. Jeśli potrafili się targować mogli nawet skorzystać, jeśli nie, tak jak Saiyanie… Z resztą wszyscy wiedzą co z nimi.
- Musimy się naradzić – Bulma wstała zabierając głos.
- Naradzajcie się szybko – przypomniał im Frieza. – Jak chcecie, przygotuję wam wstępny plan PORG-u i umowę. Będę czekał na odpowiedź w ciągu dwóch dni.
Po tym jak ich zostawił, zaczęli ostro dyskutować. Yamcha zapowiedział, że nie będzie brał w tym udziału, Bulma również, ale z chęcią zobaczy propozycję na piśmie. Miała dość podróży międzyplanetarnych po tym co wydarzyło się na Namek. Genialny Żółw krzyczał, że to szaleństwo, Goku spodobała się perspektywa sprawdzenia swoich umiejętności, a on? Co mógł chcieć mały mnich, ani nie najsilniejszy, ani najmądrzejszy? Ogidy zaproponowała mu układ. Gdyby władzę przejął ktoś odpowiedni byliby bezpieczni i uratowaliby mnóstwo niewinnych. Kto mógł być nowym Królem? Changeling na pewno miała jakiś plan.
Jeśli ma mieć wpływ na wydarzenia, będzie musiał udać się na tą samobójczą misję i przekonać Goku żeby wziął w niej udział. Nieobecni głosu nie mają, a wygląda, że lepiej być przy tym rozdaniu. Byłoby źle gdyby podzielili się wpływami (i Ziemią) bez ich wiedzy.
Na bogów, jak ja nienawidzę polityki!
- Polecę z tobą – oświadczył zaskakując wszystkich. – Moja pomoc może się przydać.
- Myślisz, że mówił prawdę? Muszę dać odpowiedź, Shodow nie będzie zwlekał.
- Uważam, to za prawdopodobne.
Frieza wyjął ze słoika żabę. Obejrzał ją z każdej strony zanim wypuścił na ziemię. Gdy spróbowała uciec do dziury, strzelił jej przed nosem pociskiem Ki.
- Jesteś pewna, że to Ginyu?
- Nie na sto procent, ale wystarczająco. Napisał na piasku: „Jestem Ginyu". Widziałeś kiedyś piszącą żabę?
- Nie – przyznał Frieza. – Ale co nam to daje? Nie może zmienić ciała, bo nie mówi.
Ogidy zagarnęła płaza bliżej siebie.
- Musi tylko umieć mówić?
- Nie wiem, może. Może potrzebuje czegoś więcej – Changeling zaczął krążyć po jaskini. Ręce trzymał z tyłu. – Potrafiłabyś zrobić jakieś urządzenie?
Ogidy zaprzeczyła.
Śnieg sypał najmocniej odkąd tu zamieszkali, przy wejściu powstała mała zaspa.
- Nie znam się na takich rzeczach.
- Jesteś bezużyteczna.
- Jeśli znajdę sposób, przeprosisz mnie za te słowa – odpowiedziała z uśmiechem. – Zrobię to tylko po to.
Były lord zmierzył ją niechętnym spojrzeniem.
- Jak chcesz to zrobić?
- Ty masz swoją siłę, a ja inne sposoby.
- Za dwa dni małpa da mi odpowiedź – zmienił temat. – Nie podoba mi się, że muszę ją o coś prosić. Wiesz co jej powiedziałem? Niemal całą moją tragiczną historię rodzinną żeby się zgodziła. A i tak najbardziej ją przekonała obietnica walki z nowymi przeciwnikami.
- Nie zepsuj wszystkiego. Napracowałam się żeby mnie polubili.
- A ty ich lubisz?
- Możliwe. Nie mam powodu żeby ich nienawidzić.
- Nie lubię takich wymijających odpowiedzi.
Westchnęła zrezygnowana.
- Nie przesadzaj, Goku jest głupi, naiwny, ale uczciwy i lojalny. Wiem, że nie możesz znieść, że cię pokonał, ale z drugiej strony, gdyby nie to, nie dowiedziałbyś się o Coldzie. Poza tym, jest coś w czym jesteś od niego lepszy, więc się rozchmurz.
- To oczywiste – odburknął urażony. – To tylko małpa, nie może się ze mną mierzyć.
- No tak, przegrała w grze w „Podbijanie planet". A to była tylko rozgrzewka przed tym co będziemy robić teraz.
Miała rację. Najciekawsze dopiero się wydarzy. Muszą poczynić jeszcze tylko poczynić kilka przygotowań do wielkiego wejścia.
- Wziąłeś wszystkie książki?
- Tak mamo.
- Te nowe, które ci kupiłam też? Tylko je szanuj, nie jak te co przepadły na waszej poprzedniej wyprawie.
- To nie moja wina. To przez Friezę.
Chi-Chi pogroziła mu palcem i odpowiedziała jakby wcale nie usłyszała tłumaczenia.
- Znowu zaniedbasz naukę, nie powinnam ci pozwolić lecieć. Masz straszne zaległości.
- Obiecuję, że będę się pilnie uczył. W każdej wolnej chwili.
- Powiem Ogidy, żeby cię przypilnowała.
Changeling zapewniła, że nie pozwoli mu się obijać. Gohan był przekonany, że dotrzyma słowa, tylko nie wiedział, czy materiał, który będą przerabiać, choćby zahaczy o to czego uczy się w szkole. Gdy Ogidy złapała rytm, mogła godzinami mu tłumaczyć różne rzeczy. Jak powstaje życie na różnych typach planet, jak przebiega ewolucja, jaki wpływ mają zmiany klimatu na rośliny i tak dalej. Tylko raz otworzyła jego nowe podręczniki. Zmarszczyła czoło i odłożyła z niesmakiem na biurko.
Reszta pakowania przebiegała sprawnie. Jego zbroja z Namek wyładowała na honorowym miejscu w plecaku, dodatkowe pary skarpetek… I dużo ciepłych ubrań. Podobno tam gdzie się wybierali było zimno.
Spotykali się w domu Bulmy gdzie czekał statek. Zapowiadało się, że pomimo wprowadzonych przeróbek będzie trochę ciasno. Sześć osób na niewielkiej przestrzeni, do tego nie darzących się ciepłymi uczuciami… Podróż będzie ciekawa.
Wszyscy byli już miejscu. Piccolo, który wyglądał jakby chciał kogoś zabić, Kuririn z miną wyrażającą niedowierzenie jakim cudem zgodził się wziąć udział w wyprawie, Ogidy oddająca Bulmie jakąś małą paczuszkę i dziękująca wylewnie. Nameczanin natychmiast gdy się dowiedział o wyprawie, stwierdził, że nie pozwoli im lecieć samym.
- Gotowi? – ojciec Bulmy otworzył wejście do statku.
Weszli gęsiego do środka. Od ostatniego czasu jak Goku oglądał wyposażenie, doszły głośniki i maszyna do lodu. Frieza od razu się nią zainteresował, włączył program i chwilę później wysypała się garść kostek.
- Sterowanie jest bardzo proste, na tym panelu wyświetlane są…
- Nie potrzebuję instrukcji ziemianinie – przerwał Changeling. – Potrafię pilotować te śmiesznie, prymitywne statki. Czy zamontowałeś to o czym ci mówiłem?
Doktor Brevis podrapał się po głowie. Wszyscy zebrani obserwowali rozmowę w napięciu.
- Zrobiłem prototyp. Zaprezentuję.
Statek wydał z siebie niski pomruk i zaczął drżeć.
- Ogidy, sprawdź odczyty.
Changeling wyleciała na zewnątrz, okrążyła kilkukrotnie statek z bliższej i dalszej odległości. Wracając miała niepewną minę.
- W normalnej sytuacji nie byłoby problemu, prawie nie ma sygnału, ale…
- Ale…?
Zerknęła ponownie na wyświetlacz niewielkiego urządzenia.
- Sauria będzie pilniej strzeżona niż do tej pory, daję może jedną szansę na dziesięć, że przy nadajnikach będzie siedział ktoś, kto uzna sygnał za spowodowany zakłóceniami burzy słonecznej.
- Nie możemy znowu podać się za kogoś innego? – zaproponował Goku.
Frieza popatrzył na niego jakby oświadczył, że Ziemia jest płaska.
- Nie idioto, nie możemy w chwili, gdy jest ustawiona blokada i przeszukują każdy kąt na statkach. I nie możemy się przedwcześnie zdemaskować. Wiesz co to znaczy dyskrecja?
Saiyanin wzruszył jedynie ramionami. Docinki Friezy dawno przestały robić na nim wrażenie.
- To co, nie lecimy? – Kuririn uśmiechnął się niepewnie. – Poczekamy, aż ojciec Bulmy wymyśli lepsze rozwiązanie? No bo przecież nie damy się zestrzelić, a nie przeżyjemy w próżni. Ryzyko…
- Jest za duże – dokończył Frieza opierając się o konsolę sterowania.
Mały mnich prawie zakrztusił się z wrażenia. Co by nie mówić, nie sądził, żeby tyran i on zgadzali się w czymkolwiek. W powietrzu zawisło pytanie co dalej.
- To nie nasz problem Frieza – rzucił Piccolo z kąta. – Radź sobie sam.
Changeling rzucił mu mordercze spojrzenie, aż Ogidy dyskretnie odsunęła się z linii ewentualnego strzału.
- Powiedziałeś, że przywróciliście zabitych Nameczan do życia dzięki ziemskim Smoczym Kulom – zaczął powoli Frieza. – Na Namek wypowiedzieliście życzenie żeby przenieść wszystkich z rozpadającej się planety.
Piccolo wyprostował się natychmiast.
- Wiem do czego zmierzasz, nie ma mowy!
Changeling go zignorował.
- Gdybyście wezwali Smoka i wypowiedzieli życzenie…
Wszyscy byli podejrzliwi, nawet Goku łypał na niego jakby spodziewał się niespodziewanego zwrotu akcji.
- Nie wypowiadamy życzeń bez powodu.
- To jest powód – odciął się natychmiast. – Możesz nawet wysłać mnie samego jak chcesz.
- Musimy się naradzić – stwierdził chłodno Goku, a Frieza natychmiast ich opuścił. Ogidy podążyła jego śladem. Nikt nie zauważył wrzuconego pod spiżarkę mikrofonu.
- Jakie sprytne zagranie, jestem pod wrażeniem. Od początku wiedziałeś, że nie polecimy statkiem?
Ogidy stała z tyłu powstrzymując śmiech. Frieza pokazał jej, że ma się nie odzywać.
Nie zgadzają się ze sobą. Nameczanin uważa, że to pułapka, a mały mnich cały czas gada, że to idealna okazja aby się nas pozbyć. Zaraz, chce iść z nami? Ogidy rzeczywiście się postarała. Och, a teraz małpa się za mną wstawia, że muszę ratować swoją planetę. Jakie to szlachetne.
- Niech ktoś powie, że nie wyciągam wniosków Ogidy! Dostanę dwie rzeczy zamiast jednej. Na Namek zdobyłem wszystkie Kule, ale nie znałem hasła. Gdy wypowiedzą życzenie, nie tylko przeniesiemy się na Saurię bez męczenia w towarzystwie zgrai ćwierćinteligentów, ale dowiem się jak wezwać Smoka. Nie będzie żadnych więcej wpadek. Wystarczy, że wrócę na Ziemię i pozbieram Kule, nawet bez wiedzy małpy.
Changeling pokiwała z uznaniem głową i przysunęła się bliżej żeby też słyszeć o czym rozmawiają na statku.
- Kuririn chyba połknął moją przynętę, bardzo stara się ich przekonać do twojego pomysłu. Myślę, że to przejdzie. Chociaż to ta łatwiejsza część, na Saurii będzie trudniej.
- Demokracja to bzdura, stracili już mnóstwo czasu – rzucił od niechcenia gdy dyskusja nabrała rumieńców na nowo. – Dlatego potrzeba silnej ręki do rządzenia.
- Wszystkie systemy mają swoje wady i zalety. Nasi przyjaciele chyba ustalili kompromis.
Ogidy odsunęła się szybko i zaczęła oglądać liście jakiejś rośliny. Urwała jeden i pod światło studiowała układ żyłek.
Goku zawołał ich do środka. Sądząc po minach zebranych nie wszyscy byli usatysfakcjonowani. Frieza natychmiast zwrócił uwagę na Nameczanina. Był chyba jedynym z całego towarzystwa, który podejrzewał go o jakiś spisek i jawnie to okazywał. Ogidy zadbała o nastawienie małego mnicha. Pół-małpka nawet jeżeli jest nienormalnie silna, nadal jest tylko dzieckiem. A Goku… Changeling mógłby westchnąć zrezygnowany. Choć zachowywał ostrożność, z nieznanych przyczyn wierzył w jego zamiary. Jakby to, że go uratował coś zmieniało, ale póki byli mu potrzebni niech tak sądzą.
- Poprosimy Boskiego Smoka żeby przeniósł nas na Saurię.
- Nas?
- Wszystkich sześciu.
Skoro tak chcą mu pomóc, nie będzie zabraniał. Małpa uważa to za idealną okazję do walki, bardzo Saiyańskie podejście. Ciekawe, czy Nameczanin zgłosił się na ochotnika tylko żeby go pilnować? Pewnie tak, ale na razie nie da mu powodu do podejrzeń. Swoją drogą zawsze może się zdarzyć nieszczęśliwy wypadek.
Goku wyjaśnił, że będą potrzebowali Smoczego Radaru. Pokazał mu nawet to urządzenie, choć nie wyjaśnił jak działa. Frieza miał nadzieję, że Ogidy wyciągnie te informacje od Bulmy. Obie naukowiec dobrze się dogadywały. Można rzec: zaprzyjaźniły.
Poszukiwania przebiegły szybko, jeszcze przed wieczorem mieli komplet. Frieza trochę bez przekonania patrzył na Kule. Były znacznie mniejsze niż te z Namek i głośno wyraził powątpiewanie dla ich mocy.
- Te spełniają tylko jedno życzenie na rok i mogą ożywić kogoś tylko jeden raz.
- Czy można poprosić o wszystko?
Goku podrapał się po głowie.
- Chyba tak.
- Czyli gdybym poprosił żeby Smok kogoś zabił, to spełniłby to życzenie?
Wszyscy spojrzeli na niego podejrzliwie, nawet Ogidy posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Nie o was akurat myślałem – sprostował szybko.
Nie wszyscy uwierzyli w to zapewnienie.
- Jeśli życzenie dotyczy kogoś innego, a ta osoba się nie zgodzi, nie może zostać spełnione. Smok nie może nikomu odebrać życia ani mocy.
Changeling wyglądał na zawiedzionego. Miło byłoby mieć takie Kule, które eliminowałyby wrogów. Wzywa sobie Smoka przy kolacji, a rano budzi się z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Raz na rok to trochę mało, ale do załatwienia kogoś, kto zaszedł za skórę, a jest poza zasięgiem, na przykład nie można go znaleźć, byłyby doskonałe.
Do wezwania wcale nie trzeba było żadnych skomplikowanych zaklęć ani mówienia w obcym języku. Zrobiło się całkiem ciemno jakby zmrok zapadł szybciej. Kule rozbłysły kilka razy zanim wystrzelił z nich promień światła, żeby zaraz uformować się w kształt smoka. Ten różnił się od tego, którego Frieza widział wcześniej. Nie był tak umięśniony, za to dłuższy. Sploty zielonego ciała zajmowały prawie całe niebo.
Saiyanin wypowiedział życzenie.
Wszystko przebiegło podobnie jak na Namek. Przeniesienie było błyskawiczne i trochę dziwne, powodujące małe zawirowania w percepcji zmysłów. Nie mieli czasu się nad tym zastanawiać. Uderzył w nich podmuch lodowatego wiatru siekącego drobnym śniegiem.
Wiało tak paskudnie jak pamiętał. Gohan wyglądał jakby zaraz miał zamarznąć. Kuririn szczękał zębami prawie tak samo głośno jak wichura. Nawet stoicki Piccolo wzdrygał się z każdym mocniejszym podmuchem. Trafili dokładnie w środek zamieci. Śnieg wciskał się w każdą szczelinę, ledwo mogli patrzeć. Gdyby nie musieli zachować dyskrecji, mogliby otoczyć się aurami. Goku podskoczył odruchowo gdy ktoś pociągnął go za sobą. Prawie po omacku przeszli kilkadziesiąt metrów zanim Ogidy nie wciągnęła ich do jaskini. A przynajmniej z początku sądził, że to jaskinia. Frieza przemknął koło niego cicho jak cień i uformował małą kulę energii, która oświetliła ich schronienie.
Sklepienie zdobiły gigantyczne łuki żeber doczepione do równie imponującego kręgosłupa. Kości nie były białe, ale lśniąco czarne jak powleczone powłoką smoły. Miały tłustawy połysk i nawet takie wydawały się w dotyku. Chociaż było zimno, sprawiały wrażenie ciepłych.
- Co to za miejsce? – ponieważ nie dostał odpowiedzi, ponowił pytanie. – Czy jesteśmy w środku jakiegoś potwora?
Ogidy poruszała się równie cicho, nie zauważył kiedy znalazła się obok.
- Podobno dawno temu, ale tego nikt nie pamięta. Po wielkim smoku pożerającym planety zostało ciało, które zmieniło się w górę.
- Ja słyszałem, że jaskinię zrobili jacyś dawni kapłani – Frieza wyraził chłodne powątpiewanie. – Albo ekscentryczny artysta.
Ogidy zrobiła urażoną minę.
- Wolę moją wersję, jest bardziej złowieszcza niż pokręcony rzeźbiarz.
Piccolo sapnął zniecierpliwiony. Już żałował że zgodził się tu przybyć. Frieza tymczasem zatrzymał się na środku wielkiej, skalnej komory i ostentacyjnie upuścił bagaż. Zapasy jedzenia i sprzęt nawigacyjny.
- Teraz się przyczajamy – oświadczył zdecydowanie.
- Przyczajamy, po co? –zrezygnowany Goku zaczął szukać czegoś do jedzenia. W tym mrozie mógłby jeść cały czas.
- Nie chcemy walczyć na Saurii, zamierzamy rozwiązać to bezkrwawo?
Wszyscy ziemianie spojrzeli na niego jakby właśnie zdeklarował uwielbienie dla Saiyan, a do tego zaproponował, że zaprosi ich na obiad. Który sam ugotuje.
- Nie chcemy zniszczyć planety, prawda? – zapytał przekornie i Kuririn przytaknął niepewnie. – Poczekacie na mój powrót. Może znajdziemy kogoś, kto otworzy nam drzwi do Króla i jego popleczników.
- Nie wyglądasz najlepiej mój Królu. Mogę w czymś pomóc?
Cold siedział zasępiony przy pustej butelce wina. W drzwiach leżało coś co kiedyś mogło być żołnierzem. Niebezpiecznie jest przynosić złe wieści. Snodryssa ominął poskręcany, czarny kształt na podłodze. Przy pierwszej okazji wezwie ekipę sprzątającą. Nie lubił gdy po pałacu walały się trupy.
- Nie powiedziałeś mi o tych… pogłoskach.
Polityk zrobił przepraszającą minę.
- Nie chciałem cię martwić. Wojna i zdrady dość cię dręczą.
Przez twarz Colda przebiegł skurcz.
- Powinieneś mi o tym powiedzieć. Że on żyje.
- To tylko plotki, nic pewnego. Jeśli znajdę potwierdzenie, natychmiast cię poinformuję. Prawdopodobieństwo jest znikome, byłeś przy tym.
Król pokręcił głową i chrząknął.
- Jatya był z nim w zmowie. Odegrali przed nami przedstawienie. Marne aktorzyny.
- Raczej dobre skoro nic nie zauważyliśmy. Gdyby byli słabi natychmiast zauważyłbyś oszustwo – Snodryssa podszedł bliżej, dobrze, że przyniósł ze sobą wino. Napełnił kielich Króla. – Skoro muszą stosować podstępy, znaczy, że to tchórze. Pokonamy ich szybciej niż myślisz. Sprawiedliwość stoi po twojej stronie. Ani Frieza, ani Jatya nie stanowią rzeczywistego zagrożenia dla twojej władzy. Ani istnienia Imperium.
Cold upił łyk czerwonego alkoholu.
- Zawsze wiesz, jakie jest moje ulubione – stwierdził odstawiając kielich.
- Żyję by służyć – Snodryssa ukłonił się pokornie. – Czy mogę prosić o część funduszy przejętych od Asdorian? Muszę doposażyć centrum kryzysowe Forsvare.
Polityk nie drgnął pod czujnym spojrzeniem Króla. Wreszcie Cold westchnął zrezygnowany i zaczął wypisywać pozwolenie. Snodryssa przyjął dokument nie szczędząc podziękowań.
- Tylko tobie mogę ufać. Rób co możesz żeby nas z tego wyciągnąć.
- Strata Savylli była ciosem, ale przejąłem cześć jego obowiązków. Wciąż poszukuję odpowiedniego następcy…
- Tak, trudno znaleźć kogoś kompetentnego – przyznał Cold ponuro. – Wszyscy tylko czają się żeby odebrać mi Imperium. Nie ma pośpiechu, na razie ty się zajmij jego obowiązkami… Wiesz, rozumiem gdyby to Rimfroa mnie zdradził, albo Skyringly, ale Frieza? Traktowałem go jak syna. Naprawdę byłem z niego dumny. Prawie zapomniałem, że w jego żyłach płynie krew tego zdrajcy Nivisy.
Snodryssa zrobił zbolałą minę i usiadł naprzeciwko Króla. Przerabiali to dziesiątki razy, za każdym razem stawał się pocieszycielem. Cóż, nawet taka kreatura jak Cold ma jakieś uczucia.
- Nie zasłużył na twą łaskawość. Każdy inny pozbyłby się go jak śmiecia, ale ty dałeś mu szansę. Zmarnował ją, nie ma powodu abyś się obwiniał. To była tylko jego decyzja. Pamiętaj, że pociągnął za sobą Jatyę, samego Kapitana Straży Królewskiej. Przez niego zbuntował się Coola. Gdyby nie on, nigdy by nie doszło do tych wszystkich, okropnych rzeczy.
- Jeżeli żyje, znajdę go i zabiję – Cold ścisnął mocniej pięści.
- Tak będzie najlepiej. Frieza nie ma z tobą szans. Wyślesz go tam gdzie jego miejsce.
- Do piekła – dokończył.
- Oczywiście. Do piekła – potwierdził natychmiast. – Nie każdy miałby w sobie tyle siły, by zagłuszyć sentymenty. Tylko prawdziwi Królowie to potrafią.
Cold pokiwał głową i wrócił do sączenia wina. Snodryssa zamierzał zbierać się do wyjścia, ale zatrzymało go kolejne wyznanie. Komuś doskwierał brak rozmówców? Wspaniale. Im Król bardziej go lubi i mu ufa, tym lepiej.
- Nie chciałem jej zabić… Ale jak się dowiedziałem, że mnie okłamywała… miałem ją tylko ukarać… nastraszyć… skąd miałem wiedzieć, że umrze tak szybko?
Nadszedł czas, żeby Frieza wprowadził swój plan w życie i sięgnął po to, co uważa, że mu się należy
