Zrywa się wiatr
Itsu przeciągnął się, wychodząc z budynku szpitala. Na szczęście słońce stało już nisko nad horyzontem i cała osada pogrążona była w cieniu. Dzięki temu zwykłe okulary przeciwsłoneczne wystarczyły do osłonięcia jego oczu.
Przez pięć lat spędzonych w absolutnych ciemnościach całkowicie odzwyczaił się od światła. Nawet lśnienie gwiazd w nocy było jeszcze niedawno zbyt jaskrawe, powodując bardzo silne bóle oczu. Dziś po raz pierwszy odważył się zdjąć bandaże. Na szczęście wyglądało na to, że adaptacja postępuje szybko – na OIOMie radził sobie całkiem nieźle, głównie dzięki temu, że panował tam półmrok. Teraz po raz pierwszy od czasu Bitwy o Bramę Piekieł, znowu widział niebo.
Odruchowo skulił się, słysząc tuż nad sobą łopot skrzydeł. Rzut oka pozwolił mu rozpoznać Fukume i Rinku. To by oznaczało, że Take też gdzieś jest… Albo że osada została zaatakowana. Jednak przeczył temu spokój na ulicach.
Zlokalizowanie zielonego smoka zajęło mu chwilę. Take mknął w stronę sporej chmury burzowej. Najwyraźniej Yoshiro znowu chciał poganiać pomiędzy piorunami. Cóż, to by znaczyło, że nie wróci zbyt wcześnie. Iwashi potrząsnął głową. Nigdy nie rozumiał jak można było ryzykować własne życie dla adrenaliny.
Iiiiiiihaaaaaaaaaaa! – Yoshiro odrzucił głowę, wydając z siebie okrzyk euforii. Uwielbiał to uczucie. Gdy tak mknął przez powietrze, mając w uszach świst wiatru i łopot smoczych skrzydeł, gdy krew krążyła szybciej a świat stawał się wyraźniejszy niż kiedykolwiek – wtedy naprawdę czuł, że żyje.
Dzięki wcześniejszej podniebnej pogoni zdołał nawiązać mentalne połączenie ze smokiem. Teraz, gdy wzajemnie odczuwali swoje myśli i emocje, mogli zaryzykować lot pomiędzy błyskawicami. Yoshiro wyszczerzył zęby w szaleńczym uśmiechu. Latali z Take wiele razy, ale nic nie mogło się równać z obłąkańczym wyścigiem z losem.
Pochylił się na ugiętych nogach. Stał na głowie smoka, zamiast siedzieć na jego grzbiecie. Kiedyś, gdy był młodszy i jeszcze bardziej szalony, spróbował utrzymać się na Take tylko i wyłącznie balansując, nie wspomagając się chakrą. Efekt był taki, że zleciał przy pierwszym gwałtownym skręcie, a Take urządził mu długą tyradę. Mało brakowało, a w ogóle przestaliby wspólnie latać. Na szczęcie po tym upadku Yoshiro zmądrzał. Choć nie na tyle, by przestać ścigać się z burzami.
- Zaraz się zacznie. Gotowy? – mimo mentalnej więzi smok nadal wolał toczyć rozmowy w normalny sposób.
- Pewnie. – Yoshiro uśmiechnął się. On i smok jednocześnie zaczęli zawiązywać pieczęcie. Nawet oni nie byli tak szaleni, by wlatywać w burzę bez żadnego wspomagania.
- W Sztormie Ukrycie! Pancerz Tysiąca Nawałnic! – zawołali, jednocześnie aktywując techniki.
Gdy ich ciała okryły warstwy zmieszanych energii trzech żywiołów, wyostrzając refleks i wzmacniając reakcje, pierwsze łańcuchy wyładowań zatańczyły tuż przed nosem Take. Smok, dzięki mocy swoich oczu, zorientował się w tym nieco wcześniej i zdążył skręcić się w stosunkowo łagodny łuk, aby wyminąć zygzaki czystej, śmiercionośnej energii.
- Zawsze, kiedy na nich patrzę, zastanawiam się, czy to będzie ten pechowy raz. – westchnęła Hitomi. Siedziała z Kachiko na dachu budynku i obserwowała szaleńcze manewry Take.
Młoda Aramoro nie odpowiedziała, najwyraźniej całkowicie pochłonięta szaleńczym spektaklem. Hitomi uśmiechnęła się. Dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że jej przyjaciółka ryzykowała na co dzień co najmniej tak samo jak Yoshiro – kontakty ze Zmrokiem były śmiertelnie niebezpieczne. No, ale Kachiko nie ryzykowała dla podniety…
Hitomi wychyliła się i lekko trąciła przyjaciółkę w ramię. Kachiko zamrugała i zwróciła na nią wzrok.
- Co? Coś mówiłaś?
Hitomi westchnęła. Sama potrafiła się tak zamyślić, zwłaszcza, kiedy w oko ktoś jej wpadł. – Pytałam, jak możesz znieść to, że twój chłopak tak głupio ryzykuje.
- Narzeczony. – poprawiła mechanicznie Kachiko, wracając spojrzeniem do Yoshiro. – A odpowiadając… Cóż, myślę, że się przyzwyczaiłam. Poza tym… – dodała, uśmiechając się przekornie – obiecał, że jeżeli znajdzie metodę żeby rozciągnąć Pancerz Tysiąca Nawałnic na mnie, to zabierze mnie ze sobą.
Hitomi pokręciła głową. Jedno bardziej nienormalne od drugiego…
- Wiedziałaś, że właśnie podczas takiego szalonego lotu, Yoshiro wymyślił Pancerz?
- Niemożliwe. – Hitomi popatrzyła na swoją rozmówczynię ze zdumieniem.
- A jednak. Są jakieś korzyści z tych jego eskapad.
- Masz na myśli, poza tym, że jego współpraca z Take jest na poziomie nieosiągalnym dla większości z nas?
- To też. – zgodziła się ze śmiechem Kachiko.
Po tych słowach obie wróciły do podziwiania smoczych ewolucji.
Satsu szedł zamyślony. Sytuacja była mocno nieciekawa. Jeżeli nie uda im się odbić siódemki Bijuu, to kwestia wciągnięcia pozostałych osad Kakure do sojuszu będzie w najlepszym wypadku dużym problemem. W najbardziej prawdopodobnym, sformowanie koalicji będzie niewykonalne.
Z tych ponurych rozmyślań wyrwał go znajomy głos. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył swoją siostrę i Kachiko siedzące na dachu pobliskiego budynku. Machały do niego.
Odmachał, wciąż w ponurym nastroju. Najwyraźniej to zauważyły, bo zeskoczyły.
- Coś nie tak, braciszku? – zapytała Hitomi.
Zanim Satsu zdążył otworzyć usta, w huku i z nieodłącznym kłębem dymu pojawił się smoczy Kurier.
- Ryuumaru Satsu?
- To ja. – odezwał się wywołany.
- Wiadomość od Czcigodnego Żurawia.
Cóż, najwyraźniej to był dzień pełen niespodzianek. Satsu nigdy nie słyszał, aby onigami kierujący jednym z najważniejszych Wielkich Klanów kiedykolwiek kontaktował się z kimkolwiek z Klanu smoka – no, może poza samym Smokiem.
Wyciągnął rękę i otrzymał zapieczętowany zwój. Kurier skłonił się nisko i zniknął.
- Co jest, braciszku? – zapytała Hitomi. Wizyta Kuriera spowodowała w jej zachowaniu diametralną zmianę. Momentalnie weszła w rolę yojimbo brata.
- Jeszcze nie wiem. – mruknął Satsu, odpieczętowując zwój i rozwijając go. W miarę jak czytał wiadomość, wyraz jego twarzy przechodził z zaciekawienia, przez niedowierzanie, we wściekłość. Kiedy skończył, wyglądał jakby miał eksplodować. – Mamy problem. – warknął, zwijając zwój. Odwrócił się i spojrzał na przydzielonego mu ochroniarza. – Znajdź Aramoro Shoju i przekaż mu, że muszę się z nim natychmiast widzieć. Będę czekał w sali sztabowej. – Nie czekając na odpowiedź, ruszył szybkim krokiem w stronę kwatery głównej sił Klanu Smoka. Hitomi i Kachiko wymieniły spojrzenia i pobiegły za nim.
- Co się stało? – zapytała Hitomi.
- Połączone armie Klanów poniosły pierwszą porażkę w tej wojnie. – odpowiedział Satsu, przyspieszając coraz bardziej.
- Jak bardzo jest źle? – zapytała Hitomi.
- Bardzo. Gdyby nie wsparcie od sił Legionu, który akurat miał przenieść się tutaj, do Trzeciego Świata, Nowe Przeznaczenie prawdopodobnie rozbiłoby ich całkowicie.
- Co to oznacza dla nas? – Kachiko nie wyglądała na zmartwioną. Ojciec doskonale nauczył ją maskować emocje.
- Otrzymaliśmy prośbę o wsparcie. – Satsu skrzywił się. – Wyszło na to, że nasz Klan dysponuje najbardziej doświadczonymi wojownikami. Ciekaw jestem, kto wbił Żurawiowi do łba wystarczającą dozę rozsądku, żeby ten zadufany w sobie sobek przyznał coś takiego.
- Pewnie Krab. – mruknęła Hitomi ze złośliwym uśmiechem. Dzieliła z bratem niepochlebną opinię o daimyo Klanu Żurawia.
- Możliwe. – Satsu kiwnął głową. – Jest na tyle twardogłowy, że spieranie się z nim jest bez sensu. Ale równie dobrze, mógł to być Wilk. Albo Ważka.
- Czy to ma jakieś znaczenie w naszej obecnej sytuacji? – zapytała Kachiko. Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, starając się znaleźć rozwiązanie zaistniałej sytuacji.
- Raczej nie. – przyznał Satsu. – Natomiast wygląda na to, że Legion zajmie się obroną Pierwszego Świata, a nam w ramach wsparcia przypadnie kilka oddziałów, które mogą oddzielić.
- Kpią sobie z nas? Mamy utrzymać Trzeci Świat na własną rękę? Mając zaledwie kilka oddziałów jako wsparcie? – Hitomi była zbyt zdziwiona, żeby się wściec.
- To jeszcze nie wszystko. - warknął rozwścieczony Satsu. - Chodźcie, wytłumaczę wam po drodze.
- I pomyśleć, że to był tak przyjemny dzień. – westchnęła Kachiko.
Yoshiro wyczuł że coś jest nie tak kiedy tylko wylądowali. Ludzie z Klanu Smoka krążyli, wymieniając przyciszone uwagi. W powietrzu czuć było nerwowość.
- Ciekawe, co się stało, kiedy nas nie było. – mruknął Take.
- Diabli nadali. Chwilę nas nie ma i wszystko się wali. – burkął Yoshiro. Smok zachichotał.
- Co robimy?
- A co byś chciał? – odpowiedział pytaniem Yoshiro. – Ja idę dowiedzieć się o co chodzi. Ty robisz to, co uznasz za stosowne.
- Idę z tobą. – odparł smok, wykorzystując Technikę Przemiany żeby przybrać kształt człowieka.
Kiedy dotarli do kwatery głównej, to, że coś się stało było już jasne. Dwóch zamaskowanych Strażników Rady pilnujących wejścia mogło oznaczać tylko jedno – kłopoty. Zazwyczaj wejścia pilnował jeden wartownik, do tego znacznie niższy rangą.
Szybko okazało się, że ci dwaj byli przerażającymi formalistami.
- Nasze rozkazy są jasne. Mamy wpuszczać jedynie osoby wezwane przez czcigodnego Satsu.
Yoshiro zmrużył oczy. Ponieważ kontrolował się równie dobrze co Kachiko, nie było po nim widać ani śladu powoli ogarniającej go furii. Poza jednym drobnym szczegółem. Jego oczy rozbłysnęły zielenią, gdy aktywował ryuugana.
Take przekrzywił głowę. Choć przybrał kształt i rozmiar człowieka, nie zamierzał maskować swojej natury i jego głowa wciąż przypominała łeb jaszczurki.
W przeciwieństwie do swojego partnera, on nie musiał przejmować się regułami. Nawet tylko oficjalnie.
- Macie teraz dwie opcje. – zwrócił się do wartowników. – Albo nas przepuścicie, albo nie. Tak czy owak wejdziemy do środka. Tylko od was zależy, czy przy tym oberwiecie. – zakończył, jednocześnie uśmiechając się. Widok pełnej zębów paszczy był bardzo przekonujący.
Najwyraźniej Strażnicy doszli do tego samego wniosku, bo rozstąpili się. Możliwe też, że skojarzyli, że jedynym człowiekiem posługującym się ryuuganem jest brat daymio.
W środku najwyraźniej wszystkim odbiło. Ludzie pędzili w każdą stronę, najwyraźniej zajęci jakimiś ważnymi sprawami. Take rozejrzał się z zainteresowaniem.
- Jak to ująłeś? Niema nas chwilę i wszystko się wali?
- Taaa… Ale nie sądziłem, że aż tak. – przyznał Yoshiro, patrząc w osłupieniu. Nie pamiętał takiego rozgorączkowania w sztabie od czasów… Od czasów Bitwy pod Bramą Piekieł.
Take najwyraźniej też przypomniał sobie tamte chwile. – Zupełnie jak wtedy, nie?
- Zupełnie. – przytaknął Yoshiro. Skrzywił się. Wspomnienia nie były zbyt miłe.
Minęła chwila nim otarli do pomieszczenia gdzie powinna zbierać się Rada.
W środku również panowało szaleństwo, ale w nieco mniejszej skali. W centrum, zgodnie z przypuszczeniami, znajdował się Satsu. Wyraźnie ucieszył się na widok brata. Niedobrze. To nigdy nie był dobry znak.
- Yoshi, dobrze że jesteś. Już chciałem kogoś po ciebie posłać.
- Jest aż tak źle? – Yoshiro skrzywił się.
- Albo i gorzej. – wtrąciła się Hitomi. Jak zwykle, trzymała się pół kroku za Satsu. – Mamy spory problem.
- Co jest?
Satsu szybko wprowadził brata. Największym problemem był brak wsparcia obiecanego Smokowi. Musieli radzić sobie sami, wykorzystując jedynie wsparcie trzecioświatowców. I tu zaczynały się schody…
- Problem polega na tym, że Klany tak naprawdę nie mają porządnej kadry instruktorskiej. Poza nami jedynie Krab, Lew i Wilk utrzymywały coś, co można by nazwać naprawdę dobrze zorganizowaną i wyszkoloną armią. Dlatego Żuraw - a z nim inne Klany – proszą o wsparcie w postaci doświadczonych instruktorów. – wyjaśnił Satsu.
- Nie no, to jakieś żarty. Jakim cudem mamy wyszkolić tutejszych, jeżeli mamy odesłać im naszych trenerów? – Yoshiro pokręcił głową. To było bez sensu.
- Niestety, nie możemy tak po prostu zignorować tej prośby. – zgrzytnął zębami Satsu. – Pierwszy Świat jest kluczem. Kto go kontroluje, ma swobodny dostęp do pozostałych dwóch.
- Co na to Shoju?
- Jest zdania, że musimy wysłać wszystkich nauczycieli których zdołamy. Boję się, że ma rację.
Yoshiro wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je powoli, starając się uspokoić rozszalałe myśli. – To wszystko, czy masz dla mnie jeszcze jakąś wesołą niespodziankę?
- Zawsze wiedziałeś, kiedy mam dla ciebie wiadomość która ci się nie spodoba. – zaśmiał się ponuro Satsu. Następnie wytłumaczył mu warunki, jakie postawiły pozostałe osady Kakure.
- Super. Jak to mawiają? Kłopoty chodzą… jak? Stadami?
- Lawinami. – mruknął ponuro Take. Jemu też nie podobała się sytuacja. – Zgaduję, że mamy przygotować się do misji odbicia Bijuu?
- Nie. – Satsu potrząsnął głową. – Szósty zostaje na miejscu.
Yoshiro uniósł zdziwiony brwi.
- Na razie nie nadajecie się do wykonania takiej misji. – wytłumaczył Satsu z brutalną szczerością. – Zostajecie tutaj i zajmiecie się przeszkoleniem tych dzieciaków.
Yoshiro i Take wymienili spojrzenia. I nagle wybuchnęli śmiechem.
- Mogę zapytać, co was tak bawi? – Satsu zmrużył oczy ze wściekłości. Zaczynał mieć tego powyżej uszu. Sytuacja była naprawdę groźna, a tych to bawi.
- Nie, nic, braciszku. – zdołał wykrztusić Yoshiro, zanim ponownie zgiął się ze śmiechu.
- Po prostu wyobraziliśmy sobie reakcję Itsu jak się dowie, że musi niańczyć dzieciaki, a inni wybiorą się na taką misję. – dokończył smok.
Mimo wzburzenia i niepomyślnych wieści, które wydawały się nie mieć tego dnia końca, młody daimyo nie mógł się powstrzymać i także się roześmiał.
- Jeżeli sądzicie, że TO było zabawne, to poczekajcie aż się dowie, komu ta misja przypadła. – zdołał dorzucić.
- ŻE CO?! – reakcja Itsu była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażali. Stalowy Shinobi nie mógł znieść myśli, że zamiast wybrać się na misję będzie musiał zająć się szkoleniem.
- Dokładnie to, co słyszałeś. – odparł spokojnie Satsu. – Jak na razie wasz oddział nie spisał się najlepiej. – dodał, nawiązując do ich pierwszej wizyty w Trzecim Świecie. – Mieliście za zadanie przechwycić dwóch zbiegów. Tymczasem obaj uciekli, a jedna z shinobi, których mieliście ochraniać o mało co nie zginęła. Dlatego, dopóki nie przekonacie mnie że odzyskaliście swoją normalną sprawność bojową, zawieszam wasz udział w jakichkolwiek zadaniach bojowych, poza bezpośrednią ochroną obozu. Czy to jasne? – zapytał tonem nie dopuszczającym jakiejkolwiek dyskusji.
Itsu przełknął pierwszą odpowiedź która cisnęła mu się na usta. Spojrzał na twarz Satsu, przypominającą teraz lodową rzeźbę i w skinął głową. – Zgoda. Do diaska, dzieciaku, ty naprawdę dojrzałeś. – dodał z uznaniem. Przypomniał sobie jak przed kilkoma laty Satsu trafił do niego jako rekrut. Było to krótko po tym, jak Szósty Szturmowy oficjalnie zakończył służbę, a on trafił do korpusu szkoleniowego. Przyszły daimyo był wtedy wylęknionym, małym dzieciakiem, z którego wszyscy nabijali się z racji nikczemnego wzrostu. Kto by pomyślał, że w tej mikrej postaci krył tak wielki charakter.
- Doskonale. – głos Satsu wyrwał Stalowego ze wspomnień. – To by rozwiązywało jeden z problemów. Ufam, że sobie poradzicie.
- No raczej. – Itsuruko wzruszyła ramionami. – Tylko mam pytanie – jak daleko możemy się posunąć podczas wstępnej selekcji i później podczas szkolenia?
- Tak daleko, jak uznacie za konieczne. – Satsu wzruszył ramionami. – Nie zamierzam udawać, że znam się na szkoleniu shinobi, więc zostawiam to wam. Postarajcie się tylko, żeby nie było żadnych ofiar ani permanentnej demencji. Ciebie dotyczy to w szczególności, Iwashi. – dodał ostrzegawczym tonem.
- Jasne. – wymieniony kiwnął głową. – Postaram się ocenić ile wytrzymają ich psychiki, zanim walnę czymś w stylu Sądu. Tylko wiecie, przeciwnicy nie będą na tyle mili.
- Dlatego to wy będziecie decydować jak daleko możecie się posunąć. – odparł Satsu.
- Mamy zwracać uwagę na coś szczególnego? – Kachiko wyraźnie zastanawiała się już nad planem szkolenia.
- Oceńcie które z tych dzieciaków nadawałyby się do waszej grupy.
Yoshiro podniósł wzrok. To było coś nowego. – Mamy ich włączyć do Szóstego Szturmowego?
- Po pierwsze, nie wiem, czy odzyskacie swoją starą nazwę. Ale to szczegóły… Na razie to tylko plan, ale Rada sugeruje, że można by stworzyć mieszane oddziały – częściowo z tutejszych, częściowo z naszych. – Satsu westchnął ciężko. – Mnie też średnio się to podoba, ale jest w tym trochę racji.
- Jeżeli to ma działać, to chcę mieć pierwszeństwo w wyborze potencjalnych członków oddziału. – Yoshiro wzruszył ramionami. – Nie wiem, czy to wypali, ale jeżeli oni mają z nami współpracować, to potrzebujemy takich, którzy będą w stanie dotrzymać nam kroku.
- Jasna sprawa. – Satsu kiwnął głową. – Jeżeli to was pocieszy, jesteście jednym z czterech oddziałów które są brane pod uwagę jako potencjalne podstawy "mieszańców".
- Kto jeszcze? – Kachiko na moment oderwała się od planowania.
- Dwunasty i Dwudziesty Trzeci Specjalne i Sześćdziesiąty Dziewiąty Szturmowy.
- Szajbusy? Poważnie? Planujecie ich reaktywować? – Itsu był zbyt zdziwiony by powstrzymać się od użycia potocznego określenia, jakie nadano jedynemu Oddziałowi Szturmowemu w całej historii Klanu który rozwiązano. Jego członkowie byli najbardziej niebezpieczną zbieraniną jaką można było sobie wyobrazić. W końcu uznano ich za niemożliwych do opanowania i oddział rozwiązano.
- Jak by nie patrzeć, mieli imponujące wyniki. Jako całość prawdopodobnie byliby w stanie nawiązać z wami równorzędną walkę.
- Co nie zmienia faktu, że to socjopaci. – mruknęła Itsuruko. Podniosła wzrok i spojrzała na Satsu. – Nawet jeżeli oni mają wrócić, to na pewno nie jako część jakiejś większej grupy.
- Zawsze jest szansa, że trafimy tu na zdolnego wariata. – Satsu wzruszył ramionami. Jemu też niezbyt podobał się ten pomysł.
- Tak czy owak, to na razie bez znaczenia. - Yoshiro podsumował z westchnieniem. – Z tego co pamiętam, tutejsi mają się zgłaszać jutro?
- Dokładnie. – Satsu skinął głową. – Dzisiaj wieczorem lub jutro rano mają dotrzeć kandydaci z pozostałych osad.
- Następna sprawa. Jak liczne wsparcie otrzymamy ze strony Legionu? – zapytała Kachiko.
- Na razie nie wiemy. – skrzywił się Satsu. – Wygląda na to, że zamiast mniej więcej połowy Legionu, do nas dołączy jedynie jakiś korpus ekspedycyjny.
- Ekstra. Coraz lepiej, normalnie. – Itsu pokręcił głową. – Yoshi, co na ten temat mówi Togashi?
- Nic. Jest zajęty i kazał nie przeszkadzać.
- Wścieknie się, jak okaże się że to go ominęło. – ostrzegła Kachiko.
- Bardziej się wścieknie jak ktoś mu przeszkodzi w prywatnej rozmowie. – odparował Yoshiro.
- Prawda. – Kachiko skinęła głową. – Satsu, ile mamy czasu na szkolenie?
- Mało. – zapytany skrzywił się. – Wygląda na to, że Nowemu Przeznaczeniu się spieszy. Nie wiem, czy będziemy mieli miesiąc.
- W takim razie równie dobrze możemy sobie odpuścić. – Itsu obojętnie pokręcił głową. – Najzwyczajniej nie ma opcji, żebyśmy zdążyli. Szkolenie wstępne powinno trwać dwa miesiące.
- Będziecie musieli sobie poradzić. –Satsu wzruszył ramionami.
- Ktoś tu ma najwyraźniej przesadzone mniemanie o Oddziałach Szturmowych. – westchnął Iwashi. – Ja wiem, że rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki…
- …a cuda w terminie do dwóch dni. – dokończyła Itsuruko zamyślonym tonem. Najwyraźniej coś jej chodziło po głowie. – Braciszku, co zajmuje najwięcej czasu na szkoleniu?
- Treningi kondycyjne. – odpowiedział Itsu bez wahania. – Sporo czasu zabiera też wkuwanie teorii, ale to wyrobienie odpowiedniej formy zajmuje najwięcej czasu.
- Hmmmm… Słuchajcie, wiem, że to sprzeczne ze wszystkim, czego nas uczyli, ale… Może, zamiast wyrabiać im kondycję tradycyjnymi metodami, sięgnąć po techniki modyfikacji organizmu?
Itsu był tak bardzo zdziwiony pomysłem siostry, że nie zdołał nic powiedzieć. Może i lepiej – w pewnych kwestiach był nieugiętym tradycjonalistą. Głęboko wierzył w pewne aksjomaty, przekazywane wśród instruktorów z pokolenia na pokolenie. Jednym z najważniejszych było „im więcej potu, tym mniej krwi".
Zanim Stalowy Shinobi zdążył otrząsnąć się z zaskoczenia, głos zabrał Yoshiro. – To mogłoby się udać.
Itsu pokręcił głową. – Świat się kończy. Jeszcze chwila i zaczniemy werbować kryminalistów.
- Zabawne, że o tym wspomniałeś. – Iwashi wyszczerzył zęby. – Chciałem właśnie zapytać o możliwość rozszerzenia rekrutacji.
- Masz na myśli kogoś konkretnego? – zapytał Satsu zbolałym tonem. Wyobrażał już sobie do czego mogą doprowadzić dziwaczne pomysły Iwashiego.
- Jedną osobę w tej chwili, możliwe, że więcej. – przytaknął chłopak. – Chodzi mi o Uchicha Itachiego, posiadacza Kalejdoskopowego Sharingana.
- I jesteś zdania, że możemy go zabrać z frontu? Jeśli dysponuje Amaterasu, albo jeszcze lepiej, Susano'o, to jest cenniejszy niż dwa zwykłe oddziały liniowe. – Satsu nie był przekonany.
- Dysponuje obydwiema technikami, ale sprawa jest bardziej złożona. – Iwashi pokręcił głową. – Popytałem trochę tu i tam. Wygląda na to, że odegrał znaczną rolę w zmasakrowaniu swojego klanu, a następnie dołączył do Akatsuki. – Iwashi przerwał, żeby zebrać myśli. – Z tego, co się dowiedziałem, miało to związek z zagrywkami politycznymi Uchichów i działał na zlecenie Rady osady. Niemniej, w oczach większości tutejszych jest zdrajcą i mordercą. Niewielu zdaje sobie sprawę z tego, jak było naprawdę.
- Jak udało ci się tego wszystkiego dowiedzieć? – Satsu był pod wrażeniem. Jemu powiedziała to Hokage, ale zaznaczyła, że te informacje są ściśle tajne.
W odpowiedzi Iwashi uśmiechnął się wieloznacznie. Daimyo odpuścił. Znał go na tyle długo, by wiedzieć, że ten nie wyjawi swoich metod. – Dobra, nieważne. Jeśli Itachi się zgodzi, ja nie widzę przeszkód, ale muszę zapytać o to Hokage. Czy to wszystko?
- Ostatnia sprawa. Kto dostanie misję odbicia Bijuu? – zapytał cicho Itsu wstając.
Satsu zwiesił głowę, usiłując zamaskować szeroki uśmiech. Reszta oddziału już wiedziała. I pozakładała się o reakcję Itsu. Zanim zdobył swój przydomek, miał dość choleryczny charakter. Później zaczął się lepiej kontrolować, ale bywało, że dawny Itsu o sobie przypominał.
- Shoju.
Itsu zamarł w połowie ruchu. Świadomość, że na misję, która ich ominęła wybierze się jeden z tych ludzi, których nie cierpiał najbardziej, była ciężka do zniesienia. Podniósł powoli głowę. – Aramoro Shoju? – wyszeptał złowróżbnie.
- Ten sam. – Satsu skinął głową.
Itsu wstał, odwrócił się, odszedł od stołu i walnął w ścianę, wybijając w niej dziurę. W milczeniu opuścił pokój.
Itsuruko rozejrzała się po zgromadzonych. – Noooo, przyjął to lepiej niż podejrzewałam.
- Cóż, zmienił się odkąd zakończyliśmy wspólną działalność. – odpowiedział Iwashi z uśmiechem samozadowolenia. – Wygląda na to, że wygrałem.
- Nie do końca. – Kachiko uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Obstawiałeś, że rozwali stół. Ja stawiałam na ścianę.
Iwashi przez chwilę myślał, po czym z wyraźnie rozżaloną miną sięgnął za pazuchę płaszcza i wyciągnął garść monet. Przeliczył je i rzucił kilka z nich w stronę młodej Aramoro.
- Właśnie, płacimy, płacimy. – Kachiko wyciągnęła ręce w stronę Itsuruko i Yoshiro.
- Sama nie wiem, czy fakt, że nie przejęli się tym zbytnio powinien mnie cieszyć, czy wręcz przeciwnie. – stwierdziła Hitomi, obserwując przekomarzających się członków Szóstego Szturmowego opuszczających pokój.
- Cóż, wkrótce się dowiemy. – odparł Satsu, masując w zamyśleniu skronie. – Chodź, siostra. Może, zanim nastąpi kolejny kryzys, zdążymy skoczyć gdzieś na coś dobrego.
- Lody?
- Brzmi nieźle. – odparł, wstając.
Następny dzień minął pod znakiem gorączkowych preparacji, czynionych przez członków Szóstego Szturmowego, mających na celu przygotowanie od zera całego szkolenia.
Yoshiro pokręcił głową. Kilkukrotnie już szkolił młodszych shinobi, jednak do tej pory zawsze współpracował z bardziej doświadczonymi instruktorami, którzy mieli swoje metody, gotowe plany szkolenia. Teraz musieli przygotować wszystko od zera. Dobrze, że mieli ze sobą Kachiko – dzięki swojej edukacji, była świetnie przygotowana do zarządzania. I to czymś więcej niż prosty program szkoleniowy.
Cóż, na szczęście były też jaśniejsze punkty. Zwiadowcom udało się namierzyć trzon sił Nowego Przeznaczenia w Trzecim Świecie. Przeciwnicy nadal zbierali oddziały. Według sztabu, mieli mniej więcej tydzień, zanim zaczną się działania wojenne z prawdziwego zdarzenia.
Tydzień. Możliwe, że trochę więcej, jeśli sabotażystom się uda. Diabelnie mało czasu. Cóż, jak to mawiali w Szturmowych „gdyby to było wykonalne, nie wołaliby do tego nas". Faktem było, że jakoś radzili sobie z najróżniejszymi przeciwnikami, więc z tym też powinni sobie poradzić.
Yoshiro uniósł głowę, słysząc jak ktoś wchodzi do pokoju.
- Kachiko? To ty?
- Nie przeszkadzam? – zapytała, przechodząc przez drzwi.
- Ty? Nigdy. – uśmiechnął się szeroko, kiwając zapraszająco głową. – Coś nie tak? – zapytał, kiedy usiadła obok.
- Nie, wszystko w porządku. – odparła, siadając obok.
- Przecież widzę, że coś jest nie w porządku. Hej. – odłożył zwój, który przeglądał i odwrócił się w jej stronę. – Co jest? – zapytał miękko.
- Sama nie wiem. –potrząsnęła głową. – Mam złe przeczucia, ale nie potrafię powiedzieć czego dotyczą.
Yoshiro w milczeniu objął ją. Martwił się. Przeczucia Kachiko zwykle się sprawdzały. Siedzieli tak przez dłuższą chwilę.
Naruto rozejrzał się w zamyśleniu. Nie spodziewał się, że chętnych będzie aż tylu. Z Konohy zgłosili się wszyscy obecni na tamtym zebraniu u Hokage. Z Suny przybyło drugie tyle shinobi. Do tego mniejsze grupy z Ame i Kuso, kilku samurajów…
- To oko tygrysa, to dreszcz walki, podejmowanie wyzwania swego rywala; a ten, kto przetrwa do końca, po nocy będzie śledził ofiarę, i obserwował nas wszystkich przez oko tygrysa…
- Iwashi-sensei! – tego podśpiewywania nie dało się pomylić.
- Siemka wszystkim! – po raz pierwszy zobaczyli go bez bandaży zasłaniających oczy. Teraz wszyscy tłoczyli się, aby móc się przyjrzeć. Trzeba przyznać, że widok był niecodzienny – oczy Iwashiego były jedną wielką zmianą. W jednej chwili zielone, zaraz przechodziły w błękit, aby następnie zabłysnąć żółcią po drodze do czerwieni. Barwy zmieniały się nieustannie, ale nawet tempo tych zmian nie było stałe – raz jeden kolor przechodził w drugi w mgnieniu oka, a chwilę później wydawało się że tym razem tęczówki zdecydowały się wreszcie.
Białka oczu również podlegały zmianom, ale subtelniejszym. Stale trzymały się kolorów zbliżonych do białego – perłowe, srebrne, kościane, kremowe…
Można było spędzić godziny na podziwianiu nieustannego tańca barw.
Iwashi skrzywił się. Dobrze wiedział, jakie wrażenie wywołują jego oczy. Wydawało mu się, że przywykł do zainteresowania innych, ale najwyraźniej przez te pięć lat się odzwyczaił. Cóż, nie przyszedł tu żeby dawać widowisko. Obejrzał się na przyjaciół, którzy przyszli razem z nim.
Itsu, stojący kawałek za przyjacielem, wsadził dwa palce do ust i zagwizdał, żeby zwrócić na siebie uwagę. Skutecznie.
- Dziękuję wszystkim za przybycie. Jak wiecie, Klan Smoka zobowiązał się wyszkolić ludzi, którzy sformują drużyny, przeznaczone do wykonywania zadań specjalnych podczas tej wojny. – w miarę, jak mówił, wszyscy coraz bardziej skupiali się na jego słowach. – Zanim jednak zaczniemy was uczyć, musimy się upewnić, że podołacie temu wyzwaniu. Dlatego przeprowadzimy małą próbę. – odwrócił się i spojrzał na Yoshiro, który wystąpił do przodu.
- Selekcja składa się z dwóch etapów. Najpierw – wskazał na stojące w zenicie słońce – musicie wytrzymać do jutrzejszego zmierzchu. Zasady drugiego etapu poznają ci, którzy zaliczą pierwszy. Sugeruję, żebyście sięgnęli po swoje najsilniejsze techniki i walczyli tak, jakbyście chcieli nas zabić. Na razie nie dacie rady, a dzięki temu będziecie mieli sporo większe szanse na to, że wyjdziecie z tego w jednym kawałku. – zakończył śmiertelnie poważnym tonem.
Wśród młodych shinobi przebiegła fala podnieconych szeptów. Opowieści o starciu w strażnicy rozniosły się szeroko, rozpowszechniane zarówno przez shinobi Konohy, jak i tych z Ame. Piątka pierwszoświatowców zaczęła krążyć wśród kandydatów, odpowiadając na pytania i rozpraszając wątpliwości.
- Naruto! Pozwól na chwilę! – Uzumaki rozejrzał się, próbując zorientować się kto go woła. Po chwili zauważył Yoshiro machającego do niego ręką.
Kiedy podszedł, zauważył Hinatę, stojącą obok Ryuugana. Uśmiechnęła się do niego.
- Dobra. Skoro oboje już jesteście, posłuchajcie mnie przez chwilę. Chcemy przetestować WASZ potencjał, nie to, jak skutecznie współpracujecie z Kuramą. Dlatego macie nosić to. – podał im po naszyjniku z dwoma bezbarwnymi kryształami. – To specjalne kryształy. Wchłaniają chakrę. Te konkretne zostały dostrojone do Kuramy – waszej chakry nie ruszą.
Kiedy założyli, kiwnął głową. – Dobrze. Nie zdejmujcie ich. I powodzenia.
To powiedziawszy, odwrócił się i dołączył do reszty swojego oddziału, zbierającej się już na wzniesieniu.
- Wszyscy gotowi? – zapytał cicho Itsu, gdy Yoshiro dołączył.
- Ja tak.
- Możesz na mnie liczyć.
- Gotowa.
- Zaczynajmy tą imprezkę!
Itsu pozwolił sobie na wilczy uśmiech, gdy odwracał się w stronę oczekujących shinobi.
Seshi, przyznam się szczerze, że niezbyt ogarniam jak działa ta strona i nie mam pojęcia jak udzielić normalnej odpowiedzi. Dlatego zrobię to tak, a jak będę wiedział, że przeczytałeś, to usunę ten fragment.
Odpowiadając na Twoje pytanie dotyczące Menmy - czyli Ciemnego Naruto - zainspirowała mnie postać z filmu Road to Ninja. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, obejrzyj.
Cóż, ty masz wenę na pisanie komentarzy, a ja wenę na pisanie następnych rozdziałów. Wzajemnie się nakręcamy :D A, możesz mi powiedzieć, co miałeś na myśli w pierwszym komentarzu? Jak wskazałeś błąd? Bo chyba nie widzę o co ci chodzi...
