„Księżyc"
Warning : Dla Usagi~
Niji ty mendo społeczna, masz teraz go kochać i nie opuścić do śmierci :c Bo inaczej wpierdol. Ykhm, ale pomijając emocje to ładnie wyszło *sobs* Nawet mi się podoba, cud się stał, możecie to zapisać w kalendarzach x'''D Motywem napędzającym pseudo fabułę było zamówienie „NijiHai + złamana ręka Haizakiego" – tylko byście mi Shou krzywdzili, chujaszki ;_; Jak sobie pomyślę, że z tej serii miały być krótkie miniaturki nie przekraczające 1000 słów to mam ochotę wyć, jak zwykle prawie wszystkie rozrosły się prawie do długości moich rozdziałów. Nah, ja naprawdę nie umiem w krótkie formy''''
Zawsze uważał, że potrafi się całkiem dobrze bić, ba! Że gdy wpada w szał jest nie do pokonania. Jeszcze nigdy nie wyszedł z walki z większym uszczerbkiem na zdrowiu, nie licząc paru siniaków czy zadrapań, które potem zdobiły jego skórę. Traktował je jak trofea zdobyte w bitwie, uważał że dodawały mu uroku i tajemniczości. Nie, żeby jakoś specjalnie lubił swój wygląd, a raczej uważał się za totalnego przeciętniaka, jednak ze swoich blizn był naprawdę dumny. Gdyby spojrzeć na to obiektywnie oszpecały one jedynie jego dobrze zbudowane ciało, jednak miały w sobie coś, co powodowało, że mężczyzna z każdą kolejną szramą stawał się coraz silniejszy. Podbudowywało go to na tyle, że był w stanie zacisnąć zęby i poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością.
Dość chore podejście do sprawy, wiedział o tym, ale taki właśnie już był. Chodząca zagadka. Sprzeczność na sprzeczności. Kompletne przeciwieństwo okładkowego charakteru ułożonego paniczyka z nienagannymi manierami. Jedno, wielkie, wybuchowe, niewiadome nic.
I wszystko byłoby piękne i malownicze niczym umalowana morda Kise, gdyby nie jedna, bardzo ważna rzecz. A mianowicie, dlaczego go nigdy nikt nie poinformował, że złamana ręka tak mocno potrafi napierdalać? Gdyby o tym wiedział, na pewno nie szarżowałby tak i nie rzucał jak ostatni idiota na pięciu uzbrojonych mężczyzn.
Nigdy nie grzeszył zbytnią cierpliwością, więc próbował sobie wmówić, że to wcale nie jest jego wina. To oni po prostu stanęli mu na drodze, kiedy wracał lekko wstawiony z imprezy u kumpla. No przecież nie mógł puścić im tego płazem – już pal licho wyzwiska, okraść się nie będzie dawał, szczególnie jakiejś bandzie kretynów z poziomem inteligencji upośledzonej mydelniczki.
Zwykła szarpanina przerodziła się potem w prawdziwe pobojowisko, a Shougo dziękował w duchu, że jakimś cudem udało mu się uniknąć wszystkich ataków nożem. Chociaż było cholernie blisko, żeby przez te pieruńskie ostrza stracił prawe oko. Dzięki dobrej strategii udało mu się skopać mordy napastnikom, ale żeby tego dokonać musiał poświęcić jedną rękę, która teraz bolała go tak bardzo, że miał ochotę usiąść na środku ulicy i zawyć niczym poraniony wilk.
- Jak wilk, cóż za kurwa, wybitne porównania, skoro już się wczuwam to może dodam, że dzisiaj jest ładny księżyc – wywarczał Haizaki, wgapiając się rozeźlonym wzrokiem w jasną gwiazdę i ocierając kapiąca mu z brody krew pomieszaną ze śliną.
Oparł się zdrowym barkiem o ścianę budynku, żeby chociaż chwilę odpocząć. Zmęczył się jak jakaś starowinka, która poszła na zakupy bez nieśmiertelnego wózeczka na kółkach, dzięki któremu mogła dźwigać ciężkie zakupy. Ah, cholera, naprawdę od tego wszechogarniającego bólu zaczynało mu się kręcić w głowie i chrapliwie walczył o każdy, głębszy oddech. Płuca paliły go niemiłosiernie, a gardło było dziwnie zaciśnięte, przez co miał nieprzyjemne poczucie, że się zaraz udusi.
Zerknął lekko zamglonymi oczami na swoją lewą rękę, która żałośnie zwisała wzdłuż tułowia i wyglądała, jakby ktoś ją krzywo doszył. Krew na koszuli zaczynała powoli zasychać, ale nadal czuć było charakterystyczną słodko – metaliczną woń, od której jeszcze bardziej zakręciło mu się w głowie. Jęknął cicho przyklejając czoło do zimnej ściany, mając nadzieję, że uda mu się dojść do domu we względnie jednym kawałku. Jeszcze tego brakowało, żeby w połowie opadł z sił i zemdlał, pozostawiony na pastwę losu albo okolicznych, bezpańskich psów. Minusy mieszkania w miarę cichej, żeby nie powiedzieć wyludnionej, okolicy.
- Wyglądasz gorzej niż żałośnie, aż chyba zacznę ci współczuć.
Chłopak drgnął lekko, słysząc lekko sarkastyczny głos, jednak nie miał na tyle siły, by odwrócić się w stronę z której dobiegał. Jeszcze tylko jego tutaj brakowało, zaklął w myślach, słysząc nieśpieszne kroki. Uchylił ciężkie powieki, żeby móc chociaż dostrzec zarys jego wysokiej sylwetki, kiedy poczuł, że jest blisko niego.
- No, no, naprawdę niewyraźnie wyglądasz, Haizaki.
- To niesamowite, że zawsze pojawiasz się w takich momentach. Śledzisz mnie? – odgryzł się, będąc zbyt wypompowanym z energii, aby bardziej się na niego wkurzyć.
- Oczywiście, bo ja nie mam nic lepszego do roboty – Nijimura stanął obok niego wsuwając kciuki w kieszenie swoich spodni – Akurat tędy przechodziłem.
- Jasne, bo ci uwierzę. Jest dobrze po czwartej w nocy, nie wmówisz mi, że wybrałeś się na samotny spacer, szczególnie że mieszkasz dobry kawałek stąd – warknął, nie mogąc znieść jego luzackiej postawy.
Dawny kapitan Teikou wrócił z powrotem do Japonii akurat w momencie rozgrywania się Winter Cup i od tego momentu dosłownie co chwila wchodził mu w drogę. Znaczy cieszył się, że jego ojcu się poprawiło na tyle, aby mógł sobie na to pozwolić, jednak czuł się lekko oszukany i samotny. To co kiedyś między nimi było zostało bardzo szybko doszczętnie zniszczone, wręcz wyrwane z korzeniami i spalone, aby nie mogło się już nigdy odrodzić. Doskonale pamiętał przecież oschły ton, jadowite słowa które zostały rzucone i ból spowodowany celnymi uderzeniami. Oczywiście nigdy nie powiedział o tym głośno, ale złamało go to. Długo leczył rany i kiedy mu się w końcu udało stanąć z powrotem na nogi, nieznośne uczucie wróciło wraz z widokiem tego wiecznie pogardliwego uśmiechu.
Wzdrygnął się na wspomnienie ich niektórych zbliżeń. Oh, kurwa.
- Nie musisz mi wierzyć, ale mógłbyś chociaż podziękować, że się tobą zainteresowałem – Shuuzou wzruszył ramionami i zmrużył niebezpiecznie oczy – Wyglądasz jak ostatnia ofiara losu, co się stało?
- Nic, zrywałem sobie kwiatki w parku – sarknął chłopak, jednak gdy zobaczył niebezpieczny błysk w stalowych tęczówkach, szybko się zreflektował – No to chyba jasne, że wdałem się w bójkę. Frajerzy chcieli mnie okraść, a ja niezbyt dobrze oceniłem sytuację.
- I dlatego masz złamaną rękę? – ciemne brwi podjechały do góry w wyrazie niedowierzania.
- Tak jakoś wyszło.
- Rany, ale z ciebie idiota.
- Dzięki, kurwa, jeśli to wszystko to możesz już sobie iść, zagradzasz mi drogę!
Nijimura westchnął przeciągle, nie mogąc uwierzyć w ogrom uporu chłopaka i nie pytając nawet o pozwolenie, niemal siłą odkleił go od ściany. Olał krzyk protestu, przerzucając sobie przez kark jego zdrowie ramię, a wolną ręką łapiąc w pasie, żeby uzyskać względną równowagę i nie wypieprzyć się już przy pierwszym kroku.
Shougo próbował się jakoś uwolnić, ale szarpanie powodowało jedynie silniejszy ból w uszkodzonej kończynie i kolejne zawroty głowy. Chcąc, a raczej bardzo nie chcąc, musiał przyjąć narzuconą mu pomoc, jednak w duchu dziękował niebiosom za przysłanie tutaj mężczyzny. Bez niego pewnie nie dałby rady sam dalej iść, szczególnie że już teraz opierał się o niego praktycznie całym ciężarem ciała, a i tak ciężko mu było unieść nogi.
- Naprawdę myślałem, że po tym spotkaniu z Aomine dasz sobie spokój z bezsensowną przemocą.
- Hooo, a więc widziałeś tą farsę - Haizaki prychnął niczym rozjuszony kot - Daj mi spokój, nawet nie chcę sobie o tym przypominać. Pieprzony mudżyn broniący dupy swojej blond księżniczki.
- Niefortunnie się złożyło, że byłem tego świadkiem.
- Ta, niefortunnie...
- Bardziej mnie jednak ciekawi czemu mu nie oddałeś? – Shuuzou kontynuował, kompletnie olewając wszystkie, zgryźliwe komentarze - To nie wyglądało na jakiś miażdżący szczękę cios, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę twoje, że tak to ujmę, doświadczenie w bojach.
- Ładny księżyc.
- Proszę, proszę, kto by pomyślał, że jesteś romantykiem.
Chłopak spojrzał na niego z góry z zaciekawieniem, poprawiając zsuwające się ramię z barku. Shougo poczuł jak bebechy wywalają mu się na drugą stronę i ma ochotę zwymiotować. Stalowy błysk czający się w kącikach jego oczu przywrócił drażliwe wspomnienia, o których starał się zapomnieć. Nigdy nie lubił mu się tłumaczyć, z niezadowoleniem odkrywając, że nawet jeśli milczy to i tak w końcu Nijimura domyśli się o co tak naprawdę chodzi. Nie potrafił go zwodzić, a tym bardziej bezczelnie kłamać, nie było w tym zresztą żadnego sensu. Nigdy nie czuł się przy nim bezpiecznie, a dzisiejsza niespodziewana bliskość tylko mu o tym boleśnie przypomniała.
Westchnął ciężko, starając się ignorować gęsią skórkę, która pojawiła się na szyi, gdy poczuł na niej ciepły oddech.
- Nie musisz się celowo nachylać, żeby zwiększyć presję, zboczeńcu – odparł, uśmiechając się krzywo – Po prostu nie widziałem w tym sensu. Ja zrobiłem coś paskudnego, dostałem za to po ryju, historia zatoczyła pełne koło, zakończyła się. Po chuj to drążyć? – zestresował się, szybko ucinając swoją wypowiedź, którą wcześniej ułożył sobie w myślach.
- Cóż za gest. Dobroć się wręcz z ciebie wylewa.
- Daruj sobie sarkazm to samo w sobie jest dość upokarzające. Nadal mnie ręce świerzbią, żeby mu przywalić z nawiązką.
- I tak tego nie zrobisz.
- ... stul pysk.
Shuuzou parsknął z zadowoleniem, odkrywając że go porządnie zawstydził. Nic się nie zmienił. Nadal potrafił wyczuć jego wahania nastroju i prawdziwe intencje, kierowane poszczególnymi czynami, które dla większości mogły się wydawać dość brutalne. To było na swój sposób uspokajające.
- Tak naprawdę jesteś nadal tak samo uroczy jak kiedyś – oznajmił po chwili i pogłaskał go kciukiem po obitym policzku.
Haizaki zesztywniał lekko, międląc w ustach przekleństwo. Zdecydowanie za bardzo się z nim spoufalał. Tak samo jak za dawnych, gimnazjalnych lat. Kiedy razem sprzątali duszną salę gimnastyczną, a pot lał się im z czoła strumieniami. Jasnoniebieskie koszule od mundurka doklejały do pleców, oczy zachodziły mgłą. Dłonie zamiast trzymać miotły nie potrafiły wypuścić drugiego, rozgrzanego ciała z uścisku.
Oh, kurwa, niedobrze.
- Wow, nawet nie protestujesz, miła odmiana!
- Powinienem. Nie wiem co ty próbujesz tym uzyskać, ale jeśli przesadzisz to przytoczę ci twoje dawne słowa.
- Ah. Tak, wiem, zjebałem wtedy i to bardzo. Nie powinienem tak...
- Nie chcę tego słuchać.
- Jesteś na mnie wściekły, prawda?
- Ładny księżyc.
Mężczyzna, próbował nawiązać kontakt wzrokowy, ale niezbyt mu to szło. Nie dziwił się, że został tak potraktowany, pamiętał aż za dobrze tamten przeklęty dzień, w którym stracił dosłownie wszystko na czym mu zależało. Nie umiał sobie z tym poradzić, nie był na tyle dojrzały aby podejść do tematu na spokojnie. Najlepszą obroną jest atak – tak uczył go jego mistrz karate, jednak tym razem osiągnął taką postawą odwrotny efekt i bezsenne noce spędzone na rozmyślaniach. Szczególnie o słodkim zapachu wydzielanym przez skórę chłopaka, błyszczących oczach, miękkości warg, smaku... ykhm, oh kurwa. Wzdrygnął się na samo wspomnienie, mimowolnie wzdychając cierpiętniczo.
- Cóż... ale nie może być, aż tak źle skoro pozwalasz się dotykać.
- Bo nie mam jak się bronić, jakbyś nie zauważył to ci uświadomię, że ledwo idę.
- Co ty gadasz - Nijimura zaśmiał się widząc jego zabójcze spojrzenie – Kiedy w końcu pozbędziesz się tych nigga warkoczyków?
- Nigdy.
- Ale przecież one są paskudne.
- Ładnemu we wszystkim ładnie, poza tym zostawię je celowo, żeby cię denerwować.
- Niesamowicie niecny plan, jutro idziemy do fryzjera. Może uda mu się odzyskać twój naturalny, szary odcień włosów.
- Po chuj?
- Lubiłem twój stary busz.
- A ja nie, teraz mi wygodniej.
- Ty nie masz prawa głosu.
- Niby z jakiej racji?
- Ładny księżyc.
Shougo chciał już po raz kolejny żywo zaprotestować, ale został dźgnięty palcem w zdrowy bok, przez co udało mu się tylko wysyczeć wiązankę przekleństw. Zawsze tak było. Mężczyzna ładował mu się buciorami w życie, przekręcał o sto osiemdziesiąt stopni, apodyktycznie targając go wszędzie za sobą, a potem nagle znikał pozostawiając po sobie przeraźliwą pustkę. Która nie dość, że nie dawała się zignorować to jeszcze cholernie bolała, przy każdej nawet najprostszej czynności.
Przejebaństwo.
- Nie papuguj mnie! I tak, pewnie, zadzieram kiecę i lecę, a potem znowu sobie pójdziesz w diabły – wycedził chłopak – Dziękuję, postoję.
- Nie wiem czy postoisz, bo już jesteśmy przed twoim mieszkaniem o ile mnie pamięć nie myli.
Rzeczywiście zatrzymali się przed domkiem jednorodzinnym, który wydawał się być uśpiony, jakby próbując się dostosować do reszty osiedla. W żadnym z okien nie paliło się światło co było dość dziwne, bo najczęściej jego mama pracowała po nocach. Na jego szczęście, chyba musiała pojechać dzisiaj do biura, co w tym momencie cholernie go cieszyło. Przynajmniej upiecze mu się pogadanka na temat szlajania się po mieście i wdawania w nikomu niepotrzebne bójki. Nie, żeby nie miała racji, jednak za którymś razem z kolei jej wywody stawały się tak nudne, że aż irytujące, a jednak wrzeszczeć na nią bardzo nie lubił, szczególnie mając na uwadze fakt ile w życiu przeszła – niestety czasami mu się to zdarzało, przez zbyt impulsywna naturę. Chociaż i tak jego starszy brat był o wiele gorszy. Bardzo dobrze, że wyjechał na studia na drugi koniec Japonii i odwiedzał ich tylko podczas większych przerw.
- Możesz mnie już w takim razie puścić – wymamrotał Haizaki, czując się nagle cholernie niezręcznie ze świadomością, że ręka bruneta spoczywa na jego biodrze.
- Nie ma mowy, o własnych siłach nie dojdziesz do drzwi.
- Ha? Aż tak słaby nie jestem – oburzył się.
- Ktoś przed chwilą bał się, że pójdę w diabły – Nijimura pochylił się znacząco do przodu i oparł swoje czoło o jego – Nie pozwól mi na to.
Orzechowe oczy rozszerzyły się w szoku, jednak po kilku sekundach chłopak odzyskał dawny rezon. No tak. Przecież Shuuzou był mistrzem niedopowiedzeń przeplatanych słodkimi słówkami, które potrafiły usidlić nawet największego uparciucha. I weź się potem domyśl co tak naprawdę siedzi takiego debilowi w głowie. Chyba naprawdę miał zadatki na masochistę skoro postanowił po raz kolejny mu zaufać.
- Nie umiesz przepraszać.
- I przyznawać się do błędu. Tak, zgadza się.
- Chociaż tyle.
- No to jak? Wpuścisz mnie?
Shougo długo patrzył się w te cholerne, stalowe tęczówki, które teraz zabarwione były niecierpliwym oczekiwaniem. Czy wspominał już, że naprawdę nie potrafił długo się na niego wściekać? Ostatecznie znowu skapitulował. Niech się dzieje co chce.
- Cóż... skoro tak, to może wpadniesz do mnie na herbatę?
- Herbata brzmi dobrze – białe zęby błysnęły w półmroku – Już myślałem, że nigdy mi tego nie zaproponujesz.
Jedynym świadkiem ich nieśmiałego pocałunku po latach był naprawdę ładny księżyc.
