Rozdział dwunasty: Szaleńcy i maniacy
Gdy Ned obudził się, pierwsze, co poczuł, to ciepło promieni słonecznych na jego twarzy.
Potem jednak było już tylko gorzej.
- O Boże, mój łeb… – jęknął głośno, próbując możliwie jak najwolniej wstać. Czuł się niewyspany, poobijany, a przede wszystkim czuł okropną suchość w ustach. Powoli otworzył oczy i jęknął ponownie, gdy jasne światło dnia na moment go oślepiło. Gdy jego oczy już w końcu przywykły do jasnego światła dostrzegł, że nie znajduje się już w tawernie – znajdował się na pokładzie nieznanego mu statku.
- No, wreszcie nasz książę z bajki raczył się obudzić. – usłyszał nagle znajomy głos. Odwrócił się i zobaczył stojącą za sobą Charlotte. Dziewczyna sterowała statkiem i wydawało się, że radzi sobie całkiem nieźle. – Jak już się rozbudzisz, to raczyłbyś na trochę przejąć ode mnie ten ster. Dosłownie padam z nóg.
- Obrałaś już odpowiedni kurs? – spytał się jej Ned. Wstał chwiejnie, łapiąc się dla podparcia burty, po czym otrząsnął się lekko i podszedł powolnym krokiem do dziewczyny. – Wiesz, gdzie płyniesz?
- Mniej więcej. – odparła Charlotte. – Zaklęcie lokalizujące podaje mi tylko ogólny kierunek podróży, nie wskazuje niestety dokładnego miejsca.
- Dobrze… to dobrze… – mężczyzna stanął obok Charlotte, po czym przejął od niej ster. Dziewczyna momentalnie odetchnęła z ulgą i padła na podłogę praktycznie w tym samym miejscu, w którym stała. – Skąd wytrzasnęłaś ten statek? – spytał się jej po chwili milczenia. Nie był on duży ani nowy, ale na ich potrzeby nadawał się wręcz idealnie.
- Jakiś żeglarz w porcie miał dwa statki do sprzedania. Wybrałam ten mniejszy, bo większego w sumie nie potrzebowaliśmy, a w razie czego nie zamierzałam dodatkowo werbować jeszcze jakiejś załogi.
- Całkiem niezły statek wybrałaś, muszę przyznać. – pochwalił ją Ned. Charlotte uchyliła jedną z powiek i spojrzała się na niego. Po chwili uśmiechnęła się słabo, po czym ponownie zamknęła oczy, rozkoszując się ciepłem słońca na swojej skórze. – Chociaż to nie to samo, co Fancy…
Znów zaczyna, jasna cholera. Cały humor Charlotte momentalnie prysł, gdy to usłyszała.
- Przynajmniej zachowałeś swoje życie. – odcięła mu się bez wahania. – To się najbardziej liczy.
- Mamy wciąż jeszcze czas. – Ned nie dawał za wygraną. – Nie odpłynęliśmy w sumie aż tak daleko od Nassau. Wciąż możemy zawrócić i wyrównać rachunki z…
- Nawet mi się nie waż tego robić! – Charlotte otworzyła oczy i usiadła gwałtownie, po czym spojrzała się groźnie na Neda. – Od samego początku moim priorytetem było znalezienie i złapanie mojego brata i jego żony. Tam teraz zmierzamy. Vane i jego ludzie mogą jeszcze trochę poczekać.
Ned nic nie odpowiedział – wiedział, że z tą młodą kobietą nie wygra. W milczeniu płynęli przez kolejnych kilka godzin. Charlotte wykorzystała ten czas, aby przespać się trochę. Wiedziała, że jej moc obudzi ją, gdy tylko zbliżą się wystarczająco do celu ich podróży.
Obudziła się po około sześciu godzinach. Od razu wyczuła, że coś uległo zmianie. Aura, jaką teraz odczuwała, stała się o wiele mroczniejsza i chaotyczna. Nie było to jednak spowodowane przez zły humor Lowa. Aurę ową wytwarzało miejsce, które właśnie pojawiło się na horyzoncie.
- To tutaj. – wyszeptała, wstając i podchodząc szybkim krokiem do burty. – To tam się ukrywają.
- Jesteś tego pewna? – spytał się dziewczyny Ned.
- Tak, jestem pewna. – odparła Charlotte. – Aura tego miejsca… trudno to opisać. Tak, to na pewno tam. Gdzie by się nie udali, zawsze zostawiają po sobie samo zło. To właśnie teraz czuję.
Do brzegu dobili bez żadnych problemów. Nikt ich nie powstrzymał, nikt też ich nie zaatakował. Zeszli bezpiecznie na brzeg i ruszyli w stronę pierwszych budynków.
Niemalże od razu jasnym stało się dla Charlotte, dlaczego wtedy wyczuła aż tak mroczną aurę. Gdy tylko minęli granice miasteczka, jakie znajdowało się na tej wyspie, zaczęli napotykać na swojej drodze ciała zamordowanych tu osób. Z każdym kolejnym metrem liczba ofiar Sama i Priscilli rosła coraz bardziej. Charlotte nie mogła wręcz uwierzyć w to, że to wszystko zrobił ktoś, kogo jeszcze do niedawna nazywała swoim bratem.
- Tak właśnie wygląda krajobraz po zakładzie. – powiedziała cichym głosem, gdy mijali kolejną stertę ciał. – To jest właśnie spuścizna mojego brata i jego kochanej żonki. Nic innego już nie potrafią. Znają już tylko śmierć, gniew i zniszczenie.
Im dalej zagłębiali się w wyludnione miasteczko, tym mocniej ową aurę Charlotte odczuwała. Wiedziała, że są już bardzo blisko. Zaczęła się uważnie rozglądać wokół siebie, oczekując ataku w każdej chwili. Ned dostrzegł to i sam również zaczął się rozglądać. Trzymał przy tym rękę na uchwycie swojej broni palnej.
Nagle Charlotte się zatrzymała. Ned zrobił to samo, po czym spojrzał się szybko przed siebie. Tak jak się spodziewał, wreszcie znaleźli tych, których szukali.
- Witaj ponownie, Charlotte. – Priscilla uśmiechnęła się ironicznie, wyraźnie czymś rozbawiona. – Mój ty mały lilipucie.
Ned spojrzał się z dezorientacją na Charlotte. Ta tylko prychnęła z irytacją, gdy to usłyszała. Dostrzegła jednak spojrzenie Neda i zdecydowała mu się szybko wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi.
- Jako jedyna z rodziny nie osiągnęłam „magicznego wzrostu" powyżej stu siedemdziesięciu centymetrów. Priscilla sądzi, że taką uwagą mnie zdenerwuje. – dodała po chwili, przenosząc spojrzenie z powrotem na swoją szwagierkę. – Tyle że zapomniała już chyba, że wzrost nie idzie w parze z prawdziwą potęgą. Można być drobnym i niepozornie wyglądającym, i wciąż być uznawanym za jednego z najpotężniejszych na świecie. Ale ktoś taki jak ona raczej tego nigdy nie zrozumie.
- Siostro, hamuj się. – odezwał się nagle Sam. Charlotte tylko rzuciła mu pobłażliwe spojrzenie, po czym zaśmiała się gorzko.
- Gdybym była tobą, bracie, to poddałabym się na miejscu. – powiedziała, patrząc mu się prosto w oczy. – No, chyba że chcesz otrzymać ode mnie starodawne powitanie dla zdrajców. Zarezerwowałam je specjalnie dla was, jeśli nie poddacie się po dobroci.
- Prędzej samodzielnie się oskóruję, niż się poddam. – odciął się dziewczynie Sam. – Nie będę się kajał przed kimś, kto nie powinien być spadkobiercą naszego rodu.
Charlotte tylko wzruszyła ramionami na te słowa. W ogóle nie wywarły na niej żadnego wrażenia.
- To nie ja ustalam zasady gry, bracie. – odpowiedziała mu z iście stoickim spokojem. – Jestem tylko kolejnym pionkiem naszego ojca. Różnica pomiędzy mną a tobą jest jednak taka, że mnie ojciec uważa za „ważniejszego, cenniejszego pionka".
Sam uśmiechnął się krzywo po tych słowach. Po chwili przeniósł spojrzenie na Neda, który dotychczas stał w milczeniu i wszystkiemu się spokojnie przysłuchiwał.
- A ty co tutaj robisz? – spytał się go Sam. – Wiem, po co moja siostra tu przybyła. A ty, po co tutaj jesteś?
- Och, chyba bardzo dobrze wiesz, co mnie tutaj sprowadziło. – odparł Ned, uśmiechając się przy tym tajemniczo. – Przyszedłem tutaj, aby wyrównać z tobą rachunki.
To, co stało się zaraz potem, kompletnie zaskoczyło i zszokowało Charlotte. Ned zrobił krok w jej stronę i złapał ją, po czym przyciągnął plecami do siebie. Jednocześnie przystawił jej ostrze sztyletu do gardła i przytrzymał przy sobie, gdy dziewczyna spróbowała się wyrwać.
- Zabiję ją. – powiedział Ned, kompletnie na poważnie. Charlotte otworzyła szerzej oczy, słysząc to. Nie miała pojęcia, co się dzieje, dlaczego Ned to robi, i o co w tym wszystkim w ogóle chodzi. – Nie zawaham się. Zrobię to.
Sam tylko się roześmiał. Zdezorientował tym Charlotte jeszcze bardziej. Nie wierzyła, że jej brat aż tak się zatracił w mroku, że gotów był ją poświęcić, byle tylko udowodnić, że jest „doskonałym złoczyńcą bez uczuć".
- A zrób to, śmiało. – powiedział Sam, uśmiechając się przy tym okrutnie. – Chcę widzieć twoją minę, gdy to zrobisz. No już, śmiało. – dodał po chwili, gdy Ned wciąż stał w milczeniu, niezdecydowany. – Zrób to. Czekam.
Nastąpiła krótka chwila napięcia, podczas której Charlotte wstrzymała oddech. Bała się poruszyć chociaż o centymetr. Odetchnęła jednak z ulgą, gdy zaraz potem poczuła, jak uścisk na jej ramieniu rozluźnia się, a ostrze sztyletu zostaje odsunięte od jej gardła.
Ned odsunął się od niej, pokonany. Dziewczyna od razu dostrzegła nagłą zmianę w jego postawie i zrozumiała wszystko.
Sam wiedział od Priscilli, że Charlotte i Ned współpracowali ze sobą. Z pewnością słyszał od niej o ich pocałunku. Chciał w ten sposób udowodnić Nedowi, że nie będzie on w stanie zabić swojej wspólniczki – nawet jeśli była ona siostrą mężczyzny, którego tak nienawidził.
Muszę zmienić podejście do tego, i to szybko. Charlotte spojrzała się na brata. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę. Jeśli nie zdoła go przekonać go zmiany zdania i stanięcia ponownie po stronie swojej rodziny, nie będzie miała innego wyjścia – będzie musiała z nim walczyć. Tę opcję chciała jednak zostawić na sam koniec.
- Sam, pomyśl o tym, co robisz. – powiedziała najłagodniejszym tonem głosu, na jaki była teraz w stanie się zdobyć. – Priscilla zabiła naszą siostrę, Cassidy. Zabiła ją z zimną krwią, bez cienia wahania. Musisz coś czuć w związku z tym. To była twoja siostra, na litość boską! Była jeszcze dzieckiem, niewinnym i bezbronnym. Naprawdę jesteś to w stanie wybaczyć Priscilli?
- Nie muszę jej tego wybaczać, Charlotte. – przerwał jej nagle Sam. – Już to zrobiłem. Priscilla robiła tylko to, co do niej należało. Zmniejszyła tym kolejkę do tronu i zwiększyła moje szanse na otrzymanie tytułu następcy tronu Arundell.
Matko kochana, on oszalał! Naprawdę wierzy w to, co mówi? Jest gorzej, niż myślałam. O wiele gorzej. Muszę spróbować czegoś innego, i to szybko. Myśl, Charlotte, myśl! Co jeszcze możesz mu powiedzieć? Myśl, dziewczyno!
- A co ze mną? – spytała się nagle Charlotte. Łapała się teraz ostatniej deski ratunku. Jeśli to nie otworzy oczu Samowi, to już nic nie zdoła tego zrobić. – Priscilla chciała zabić i mnie! Tutaj, w tym świecie. Chciała mnie zabić w ten sam sposób, w jaki zabiła Cassidy. Chciała mnie udusić.
- I co z tego? – Sam tylko parsknął gorzkim śmiechem po tych słowach. – Priscilla zrobiła to, bo chciała zapewnić mi i sobie władzę absolutną nad rodem Arundell. Wypełniała tylko naszą misję. Dążyła do spełnienia naszego marzenia. Chciała doprowadzić do tego, aby na tronie naszego rodu zasiadły osoby tego godne.
Charlotte z każdą chwilą oddychała coraz ciężej. Gniew, wściekłość, furia, nienawiść… wszystkie te emocje kumulowały się w niej. Potrzebowały natychmiastowego ujścia. Dziewczyna wiedziała już, że nic tu nie zdziała – jej brata już tu nie było. Człowiek, który przed nią stał, nie był Samem – był potworem, którego musiała się pozbyć. Nie będzie się już ograniczać. Zakończy to i zemści się za wszystko, co ta dwójka zrobiła.
Z wściekłym krzykiem na ustach rzuciła w parę pełnym arsenałem swoich mocy. Nadszedł koniec delikatnej gry – nastała pora na otwartą walkę. Charlotte rzucała kolejnymi zaklęciami, z których każde było silniejsze od poprzedniego. Nie oszczędzała się – czerwone, niebieskie, fioletowe i żółte światła oślepiały, gdy dziewczyna używała kolejnych mocy. Próbowała ich spalić, zamrozić, rozerwać na cząstki pierwsze… chciała sprawić, aby jak najbardziej cierpieli. Zasłużyli na to w pełni.
Sam i Priscilla nie byli w stanie jej zaatakować – dziewczyna była zbyt potężna i szybka, nawet jak dla nich dwojga. Do tego przepełniały ją silne emocje, które dodatkowo zwiększały zakres jej mocy. Po kilku minutach osłaniania się przed kolejnymi zaklęciami Sam zdecydował, że nie da już rady dłużej osłaniać i siebie, i Priscilli. Teleportował się z miejsca walki tuż przed tym, jak Charlotte miała ich zmiażdżyć naciskiem własnej mocy.
Dziewczyna dopiero po chwili zorientowała się, że jej brata i jego żony już tutaj nie ma. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę, krzyknęła głośno, wznosząc spojrzenie ku niebu. Upadła następnie na kolana, oddychając ciężko. Dopiero teraz poczuła, jak ta walka ją wykończyła. Oparła się dłońmi o ziemię i zaczęła brać długie, głębokie oddechy. Zamknęła przy tym powieki, starając się choć trochę uspokoić.
Dotykiem poczuła, jak ktoś koło niej siada. Nie musiała nawet otwierać oczu – wiedziała, że to jest Ned.
Mężczyzna nic nie powiedział. Charlotte wyczuła tylko, że wreszcie zdołała zrobić to, co chyba nikomu się jeszcze nie udało.
Wystraszyła Neda Lowa. Bał się jej mocy i tego, co potrafiła z nimi zrobić. Wreszcie zobaczył, do czego Charlotte jest w pełni zdolna. I zrozumiał też, jak bardzo jej wcześniej nie doceniał.
- Ta dwójka już tutaj nie wróci. – powiedziała słabym głosem dziewczyna. Powoli otworzyła oczy i spojrzała się Nedowi prosto w oczy. – A skoro ich już tu nie ma… dlaczego chciałeś mnie zabić? – spytała się otwarcie. – Co takiego mój brat i Priscilla ci zrobili, że byłeś gotów mnie zabić, byle tylko wyrównać z nimi rachunki? Co takiego ci zrobili?
Ned przez długą chwilę nie odpowiadał. Charlotte czuła bijące od niego emocje. Walczył sam ze sobą, wciąż niepewny, czy powinien jej mówić prawdę. W końcu jednak podjął właściwą decyzję.
- Priscilla zabiła moją młodszą siostrę. – wyjawił jej. – Na moich oczach. W ten sam sposób, w jaki zabiła twoją siostrę. I w jaki chciała zabić ciebie.
