Rozdział 11 Tumbling Down
Tłumaczenie: MonicMay
Beta: Rodzynka_
No one's gonna love you more than I do
But someone
They should have warned you
When things start splitting at the seams and now
The whole thing's tumbling down
Things start splitting at the seams and now
If things start splitting at the seams and now,
It's tumbling down
Hard
No One's Gonna Love You, by Band of Horses
BPOV
– Och, Bello, nie powinnaś poprawić sobie fryzury? – zapytała moja mama. Jęknęłam wewnętrznie.
Ostatnie dwa dni spędziłam w domu moich rodziców. I bawiłabym się dobrze, gdyby tylko moja mama nie naprzykrzała mi się takimi gównami, jak mój wygląd.
Włosy związałam w niedbały kucyk, miałam na sobie dresowe spodnie, podkoszulkę i bluzę z kapturem Edwarda.
Niedługo miałam zamiar się wynosić, więc nie wiedziałam dlaczego tak bardzo interesował ją mój ubiór czy fryzura.
– Och... nie. Przez cały czas będę w samochodzie. Nie będzie komu zaimponować. – Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Miałam dosyć imponowania komukolwiek. Nawet nie miałam zamiaru inaczej się ubrać, aby zaimponować Edwardowi. Wyraził się jasno, że wygląd nie był dla niego rzeczą pierwszorzędną.
Rany, ale za nim tęskniłam.
Zbierałam wszystkie moje rzeczy. Dzisiaj było Halloween, chciałam więc dotrzeć do domu, aby móc je spędzić z Edwardem i Alice. Odkąd ją poznałam minęło parę tygodni, a ostatnio oboje z Edwardem widywaliśmy się znacznie częściej. Dosłownie stał się moim przyjacielem. Jedyne czego brakowało mi w naszej przyjaźni, to, że chciałabym czegoś więcej.
Jasna cholera, czy ja chciałam czegoś więcej? Czasami się zastanawiałam, czy rzeczywiście go kochałam.
– No cóż, to twoja decyzja – odparła, jakby się zawstydziła.
Nie przejęłam się.
– Gdzie jest tata? – spytałam.
– Właśnie wychodzi spod prysznica.
– No dobra. To poczekam, aż skończy, żebym mogła się pożegnać – odparłam.
Poszłam do pokoju gościnnego i usiadłam na białej, skórzanej kanapie. Dom był nieskazitelnie czysty i taki kompletnie inny od mojego i dziewczyn mieszkania. Nie mogłam uwierzyć, że dorastałam w tym miejscu. Nie było tu żadnych śladów rodzinnego życia. Na ścianie wprawdzie wisiały moje zdjęcia, ukazujące mnie w różnym wieku, ale wszystko było takie właściwe. Nie wiedziałam. Zdawało się, jakby nikt tu nie mieszkał. Było całkowicie inaczej niż u Edwarda, gdzie walały się zabawki, kolorowe obrazki wisiały na ścianach, a żywe rysunki Alice były dosłownie wszędzie.
Mama usiadła przy mnie i wygładziła swoją spódnicę.
– A w ogóle to skąd masz tę bluzę? – zapytała, patrząc na nią, jakby miała ją zaatakować.
Uśmiechnęłam się. – Przyjaciel mi pożyczył.
– To jak wielki jest ten twój przyjaciel? – parsknęła z obrzydzeniem, tylko dlatego, że ubranie było na mnie ciut przyduże.
Wiedziałam, że myślała o jakiejś dziewczynie z nadwagą. Cieszyłam się, że nie odziedziczyłam po niej tego genu. Wiecie, tego, który kazał jej oceniać każdą napotkaną osobę. Naprawdę się cieszyłam, że nie oceniałam ludzi po wyglądzie. Przynajmniej już nie.
– To chłopak, który jest wyższy ode mnie i co jest oczywiste, ma posturę większą niż ja.
– Chłopak?
– Tak, mężczyzna pożyczył mi tę bluzę.
– Czy to twój chłopak? Dlaczego w ogóle o nim nie wspomniałaś, Bello?
– To nie mój chłopak. To przyjaciel. Przed chwilą właśnie to powiedziałam.
– Jest przystojny? – ciągnęła.
Całkowicie wciągnęła się w temat. Zaśmiałam się. Przejmowała się najmniej istotnymi rzeczami. Nie przeszkadzało mi to jednak.
– Tak, ale to tylko przyjaciel.
– Ile ma lat?
– Dwadzieścia trzy. – Nie miałam zamiaru ze szczegółami opowiadać jej o Edwardzie, ale nie widziałam nic złego w tym, aby co nieco jej zdradzić. Mieszkała od nas kawał drogi, więc nie mogła nękać go przez cały czas, jak mogłyby to zrobić dziewczyny. Nadal będę musiała sobie przemyśleć, kiedy im wszystko powiedzieć.
– Czy nie jest trochę za stary?
– Żartujesz, mamo? Jest starszy ode mnie o cztery lata. To wcale nie tak dużo. Poza tym to tylko przyjaciel.
– Jak ma na imię?
– Edward.
– Och! – Roześmiałam się z powodu jej podekscytowania. Lubiłam ją taką. Lubiłam, gdy pozwalała sobie być sobą i pokazywała prawdziwe emocje. W tym momencie była całkowicie szczera, a nie zawsze tak było. Cieszyła się, słysząc o moim nowym "znajomym", a znałam ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że pragnęła abyśmy byli czymś więcej niż tylko przyjaciółmi. Ponieważ uważała, że nie powinnam być sama. – Brzmi wyrafinowanie.
Parsknęłam. Edward? Wyrafinowany? Nie...
– Właśnie, że tak brzmi. – Chyba nabrała chęci do zadania więcej pytań, ale ja nie miałam ochoty na nie odpowiadać. Na szczęście tata zbiegł po schodach, ratując mnie z tej niezręcznej sytuacji. Miał nadal mokre włosy. Na sobie białą koszulę zapiętą pod samą szyję, którą wciągnął w jeansy.
– Już wyjeżdżasz, Bells? – zapytał.
Podniosłam się z kanapy. – Tak, powinnam już się zbierać. – Rozłożył ramiona do uścisku, a ja nie widziałam przeszkód, aby mu go dać. Objął mnie i pocałował w czubek głowy. Kochałam mojego tatę.
– Bądź grzeczna – powiedział.
Zaśmiała się. – Tak, tato. Ponieważ jestem bardzo niedobra.
Zachichotał. – Nigdy nie wiadomo. – Przewróciłam oczami i odwróciłam się do mamy. Płakała. Westchnęłam i przytuliłam ją.
– Będę strasznie za tobą tęsknić, kochanie.
Mówiła, jakbym miała zniknąć na zawsze. – Też będę za tobą tęsknić, mamo.
– Zadzwonisz, tak?
– Oczywiście. – Cofnęłam się, aby się odsunąć, ale z powrotem mnie przyciągnęła.
– Renee, puść już dziewczynę. – Odezwał się zza mnie ojciec. Czy już wspominałam, jak bardzo go kochałam?
– Kocham cię, mamo. Zadzwonię. Obiecuję.
– No dobrze. Ja też cię kocham, skarbie. – Wypuściła mnie z objęć, a ja udałam się po moją torbę.
Oboje podążyli za mną do drzwi i ponownie uściskali. Kochałam ich, ale do cholery jasnej. Czy dziewczyna nie może wydostać się z domu bez przyduszenia? Położyłam torbę na tylnym siedzeniu, a sama usiadłam za kierownicą. Wyjęłam telefon i postanowiłam napisać do Edwarda, że właśnie wyjeżdżałam. Wyszukałam Dupka wśród moich kontaktów i wysłałam wiadomość.
Przed chwilą uwolniona ze szponów nadopiekuńczych rodziców. Poproszę o owacje. B
Poczekałam, aż mi odpisał, aby nie prowadzić i zerkać w telefon jednocześnie. Nie potrafiłam robić dwóch rzeczy na raz. Tyle już o sobie wiedziałam. Mój telefon zadźwięczał.
Widzisz? Mówiłem, że przetrwasz. Powinnaś mnie częściej słuchać. E
Uśmiechnęłam się i przewróciłam oczami. Szaleńczo za nim tęskniłam.
Taaa, siedź cicho panie Wiem–Wszystko. Za parę godzin jestem z powrotem. Nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć. B
Odpisałam. Zastanawiałam się czy nie cofnąć tej drugiej części. Nie wiedziałam, jak Edward zareaguje na moje słowa. Naprawdę nie mogłam się doczekać, żeby go zobaczyć, więc po co miałam kłamać? Zdecydowałam, że moim mottem będzie "nie żałować" i wysłałam.
Nie odpisał od razu, więc ruszyłam. Wariowałam, prowadząc samochód. A co jeśli ta druga część była przesadą? Nie, to znaczy przyjaciele tak do siebie mówią, prawda? Za Angelą i Tanyą także tęskniłam, a były moimi przyjaciółkami. Jednak Edwarda brakowało mi bardziej, co nie zmieniało postaci rzeczy.
Czy dziwne było, że myślałam o nas, jak o parze w niedalekiej przyszłości? Mogłabym go pocałować, on mógłby uczynić to samo. Moglibyśmy robić inne rzeczy, nieco inne niż całowanie, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Moglibyśmy się pobrać i mieć małe dzieciaczki, wyglądające, jak on i zachowujące się, jak on. Czy ja naprawdę chciałam mieć dzieci podobne do Edwarda? Zawsze dokuczające i nabijające się ze mnie? Nie, myślę, że jeden Edward wystarczy. Ale czy jeden mały chłopiec z brązowymi włosami i zielonymi oczami nie byłby uroczy?
Mój telefon zadźwięczał. Dzięki Bogu. Już zaczynałam wychodzić z siebie. Nawet nie wiedziałam, czy go kochałam. A czy tak było? Tak myślę. Prawdopodobnie. Byłam pewna, że gdyby tak było to bym o tym wiedziała. Chciałam dobrać się do mojego telefonu, ale prowadziłam i nic nie mogłam na to poradzić. Nie byłam, aż tak utalentowana.
Przez jakiś czas musiałam go ignorować. Ale wtedy trafiłam w sam środek wielkiego korka. O jejku. Uwielbiałam, gdy ruch był taki duży. Byłam wtedy tak bardzo szczęśliwa. Jęknęłam, gdy utknęłam w miejscu. Zdecydowałam, że wyjmę telefon. Sprawdziłam wiadomość.
Tak samo. E
O rany, jak to możliwe, że zadziałały na mnie tylko dwa słowa. Nie denerwowałam się już tak bardzo. Wyglądało na to, że nie miał nic przeciwko. A właściwie to też się nie mógł doczekać. Gdybym nie siedziała teraz w samochodzie to bym właśnie odprawiała jakiś durny taniec szczęścia. Chyba jednak się w nim zakochałam. Nie było innego wytłumaczenia moich uczuć do niego.
Nie lubiłam być daleko od niego. Dostawałam gęsiej skórki, gdy był w pobliżu. Gdy byłam z nim, mogłabym się cały czas uśmiechać. Wystarczyły cztery dni z dala od niego, żebym zaczęła tęsknić. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Uwielbiałam, gdy trzymał mnie za rękę. Rozśmieszał mnie za każdym razem. I chciałam go całować, bez przerwy. To musiało oznaczać miłość, prawda?
Ruch wcale się nie zmniejszał. Lepiej żebym się streszczała, bo musiałam się zobaczyć z Edwardem.
A on chciał zobaczyć mnie.
O mój Boże. Nienawidzę korków.
W końcu udało mi się ruszyć. Byłam już blisko jego mieszkania, więc zadzwoniłam.
– Halo? – Wydawał się zmęczony i dość poważny.
– Hej, wszystko w porządku?
Westchnął. – Tak, Alice ma jeden ze swoich humorków.
– A co to jest za humorek?
– No wiesz, ten "nie-cierpię-mojego-brata- i-nie-będę-go-słuchać-tylko-po-to-żeby-go-wkurzyć".
Zachichotałam z powodu jego doboru słów. – Przykro mi to słyszeć. Może jest po prostu niecierpliwa i nie może się doczekać zabawy "cukierek albo psikus".
– Nie wydaje mi się... – odparł. W tonie jego głosu nie dało się słyszeć żadnej wesołej nuty. Dziwne to było. Edward zazwyczaj żartował na różne tematy. Zwłaszcza o Alice. Zawsze mówił o niej lekkim tonem.
– Jesteś pewien, że wszystko jest w porządku?
– Taaa.
– No dobrze, niedługo będę.
– Świetnie. Do zobaczenia.
– Na razie, koleś.
– Na razie, laska. – Brzmiał zupełnie, jak nie on.
Czułam się dziwnie niespokojna. Musiało być coś na rzeczy, co spowodowało u niego taki nastrój. Wcześniej wydawało się, że wszystko jest normalnie, ale przecież nie rozmawialiśmy.
No cóż, przez tę rozmowę jeszcze bardziej chciałam być już na miejscu i trochę mocniej nacisnęłam na pedał gazu. Nie pędziłam na złamanie karku, ale dojechałam dosłownie w parę minut.
Sąsiad Edwarda posłał mi dziwne spojrzenie. Siedział u siebie na werandzie i palił Bóg-wie-co. Nie podobało mi się to, jak na mnie patrzył. Niewygodnie się z tym czułam, ale zlekceważyłam to. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie, jak na przykład bardzo ważny przyjaciel, który był w dziwnym nastroju.
Zaczęłam wbiegać po schodkach do jego mieszkania, a on już stał przy drzwiach z palcem na ustach, sugerując mi, abym była cicho. Zatrzymałam się i resztę stopni przeszłam na paluszkach. Nie wyglądał na rozdrażnionego moją nagłą zmianą ruchów i pospiesznie wszedł do środka. Miałam ochotę go odwrócić. Nigdy nie miałam dość jego twarzy. Tęskniłam za nią. Podążyłam za nim do mieszkania, a dokładniej do pokoju gościnnego. Przyglądałam się, jak przykrywał małą, śpiącą dziewczynkę różowym kocem.
Wyglądała tak spokojnie i niewinnie. Rączki trzymała pod policzkiem, a usteczka lekko ściągnęła. Miała na sobie czapeczkę Edwarda, jasnoniebieską sukienkę i jakieś dziwaczne kapcie-świnki. Wyglądała uroczo i strasznie słodko nawet, gdy spała.
Edward delikatnie zdjął jej swoją czapkę i przygładził włosy. Twarz miał napiętą, ale z oczu dosłownie wylewała się miłość. Niemożliwe było, żeby tego nie zauważyć.
Odwrócił się do mnie i przeszedł obok, udając się do kuchni. Podążyłam za nim, stał przy zlewie, opierając się rękoma o blat. Jego ramiona były tak duże, że aż widziałam zarys mięśni. Był bardzo atrakcyjny. Doprowadzało mnie to do szału.
Podeszłam do niego i położyłam mu rękę na plecach. Jego mięśnie się lekko rozluźniły na mój dotyk, więc zaczęłam kreślić kółka.
– Co się dzieje? – zapytałam.
Odwrócił się do mnie. Gdy spoglądałam w jego zielone oczy, mogłam stwierdzić, że kłamał mi wcześniej przez telefon. Nic nie było w porządku. Coś powodowało to smutne i zakłopotane spojrzenie.
– Poczekaj. Najpierw, jak tam twoja podróż? – powiedział. Jego głos brzmiał o wiele lepiej, gdy byłam w tym samym pomieszczeniu.
– Może być. Miło było zobaczyć moich rodziców, ale sam wiesz, nie jestem zwolenniczką ich nadopiekuńczości.
Kiwnął w zrozumieniu. – Cieszę się, że wróciłaś.
– To tak, jak ja. A teraz mów co się dzieje. Wyglądasz, jakbyś się zastanawiał i myślał o czymś.
– Tylko o Alice. Chyba za bardzo się tym przejmuję.
– Co się stało?
– Nic nadzwyczajnego – odparł.
Wiedział, że nie było to za dobre wytłumaczenie. Zdziwiłam się, gdy złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę stołu. Była to krótka podróż, ale wielbiłam każdą jej sekundę. Złapał mnie za rękę! Robił postępy. Gdy usiedliśmy nie puścił jej, więc uniosłam drugą i chwyciłam go oburącz. Zaczęłam kreślić jakieś dziwne wzorki na jego dłoni.
– Wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć, tak?
– Wiem.
– Więc nie chcesz teraz o tym rozmawiać?
– Nie, chyba ci o wszystkim powiem. – Przytaknęłam i dalej bawiłam się jego dłonią. Próbowałam zachowywać się, jakby to była normalna rzecz, ale dla mnie było to coś niesamowitego. Cieszyłam się, że mógł o wszystkim ze mną porozmawiać.
– Okej.
Wziął głęboki wdech. – Alice ma ADHD.
Chciałabym móc powiedzieć, że byłam zdziwiona, ale tak nie było. Przebywanie w szkole, jako nauczyciel, sprawiło, że potrafiłam dostrzec oznaki ADHD. A Alice miała wiele z nich. Miała problemy w nauce, była strasznie żywiołowa i zawsze przeskakiwała z jednego tematu na drugi.
– Jestem pewien, że już to zauważyłaś – oznajmił Edward.
– Zauważyłam. Ale to nie oznacza czegoś złego. Są na to leki i na pewno może zażywać, któryś z nich.
– Wiem. Bierze już jeden. Ale ostatnio wydaje się, że nie działa on zbyt dobrze. Może jest już za duża na tę dawkę, sam już nie wiem.
– To całkiem możliwe. Po prostu zapisz ją do lekarza.
Patrzył mi prosto w oczy. – Wiem. Chodzi o to, że nie chcę zwiększać jej dawki. Już na początku byłem przeciwko temu wszystkiemu, ale przez poczucie winy się zgodziłem. Początki były straszne. Przez dłuższy czas w ogóle nie była sobą, ponieważ leki doprowadziły ją do punktu, gdzie myślałem, że zaczęła popadać w depresję. Czy naprawdę warto, żeby znowu przez to przechodziła?
– Jak bardzo źle wtedy z nią było?
– Naprawdę ciężko. Nie słuchała mnie. Miała pracę domową, której w ogóle nie chciała robić. Próbowałem ją zmuszać, ale cały czas płakała. Jak mogłem siedzieć i kazać jej coś robić, podczas gdy łzy lały się strumieniami? Popierdolone to wszystko.
– Wiem, że będzie ciężko, ale przejdzie jej.
– Nie obchodzi mnie to. Mnie nie przejdzie. Nie chcę zmuszać jej do robienia czegoś, na co nie ma ochoty.
– Ale szkoła jest ważna.
Jęknął. – Wiem o tym, Bello. Nie wiem już co robić. Nie chcę, żeby mnie znienawidziła. Wszystko jest do dupy, bo wiem, że ona tak naprawdę nad tym nie panuje.
– To prawda. Mogę spróbować pomóc jej sobie jakoś poradzić. Mogę pomóc, jeśli tylko chcesz
Spojrzał na mnie, jakby był małym, zawstydzonym chłopcem. – Mogłabyś?
– Oczywiście.
– Nie jestem stworzony do tego gówna – parsknął i podniósł się z krzesła, zabierając ode mnie swoją rękę, którą przebiegł po swoich włosach.
– Co masz na myśli?
– To całe wychowywanie. Zawsze mi się wydaje, że robię coś źle.
– Hej, nie mów tak. Jak dotąd super sobie radzisz. Alice jest świetna.
– Wiem, że jest. Czy w takim razie nie zasługuje na coś więcej, niż kolesia, który przez większość czasu improwizuje?
Podeszłam do niego i w pocieszającym geście pogładziłam po ramionach. – Po pierwsze, nie jesteś jakimś tam kolesiem. Jesteś jej bratem i ona bardzo cię kocha. A po drugie, to jestem pewna, że inni rodzice również przez większość czasu improwizują.
Westchnął. – Sam nie wiem. Czuję, jakbym wszystko robił źle. Bev tyle mi pomaga i wydaje mi się, że to ona wykonuje wszystkie ważne czynności. Tak, ja mogę się z nią pobawić i coś tam nauczyć, ale... sam już nie wiem.
– A ja uważam, że za dużo o tym wszystkim myślisz. Świetnie ci idzie. Alice cię uwielbia, słucha i co jest oczywiste, jest między wami bliska więź. Nie stawiaj się w aż tak złym świetle.
– Chyba tak, skoro tak mówisz.
Uśmiechnęłam się do niego i podeszłam bliżej. – Właśnie tak mówię i zawsze mam rację.
– Uch... ja tego nie powiedziałem... jakby co.
Roześmiałam się. – Wiesz, że pomyślałeś.
Przewrócił oczami. – Kobieto, nie schlebiaj sobie za bardzo.
Uśmiechnęłam się i rozłożyłam dla niego ramiona. Podszedł do mnie i oplótł mnie swoimi. – Chodź no tu. Tęskniłam, ty wielki głupolu.
Zaśmiał się i mocno mnie do siebie przytulił. W tym momencie nie było innego miejsca, w którym chciałabym się znaleźć. Czułam się wyjątkowo komfortowo i bardzo ckliwie w środku.
– Czy przed chwilą nazwałaś mnie głupolem? Dlaczego odnoszę wrażenie, że była to obelga?
– Możesz to interpretować dowolnie.
– Więc uważam to za sposób, aby nazwać mnie głupkiem czy coś w tym stylu.
Wzruszyłam ramionami. Było mi tak dobrze, że mogłabym zasnąć w jego ramionach, byłam w pełni zadowolona. – No cóż. Może i miałam to na myśli. Nigdy się nie dowiesz.
– Jesteś okrutna – oznajmił i mnie puścił.
Niechętnie wypuściłam go z objęć, nie chcąc wyglądać, jak "przyjaciółka" przylepa, ale z łatwością mogłabym tak zostać przez kolejną godzinę. Pachniał tak dobrze, a jego klatka piersiowa wydawała się tak silna i... taaa. Mogłabym tak zostać o wiele dłużej. Lepiej zostawić to tak, jak jest, zanim mój mózg postawi się w sytuacji, w jakiej nie powinnam się znaleźć z moim "przyjacielem".
– Więc, za kogo się przebierasz na Halloween? – zapytałam, siadając przy stole.
– Za księżniczkę – odparł poważnym tonem z poważnym wyrazem twarzy. Oczywiście żartował (miałam taką nadzieję). Wystarczyło mi to jednak, żeby sobie wyobrazić Edwarda ubranego w strój księżniczki i przepadłam.
Nie śmiałam się tak od czterech dni i wydawało mi się, że było tak, ponieważ nie było go przy mnie. Sprawiał, że śmiałam się niedorzeczną ilość razy i byłam niemożliwie szczęśliwa. Edward także się troszkę śmiał, ale do ust przystawił palec, dając mi do zrozumienia, żebym była cicho. Starałam się. Naprawdę się starałam.
– Jesteś... s–strasznie... dziwny.
– A ty jesteś moją przyjaciółką, więc to tobie powinno być głupio, laska. – Oparłam głowę o stół i parsknęłam śmiechem, tak cicho jak tylko potrafiłam, aby nie obudzić Alice. – Za nic się nie przebieram na Halloween – odpowiedział na moje pytanie.
Uniosłam głowę i spojrzałam na niego. Starał się chociaż troszkę przygładzić swoje włosy, ale nie za bardzo mu to wychodziło, co bardzo mnie cieszyło. Tęskniłam za jego twarzą.
Zdawałam sobie sprawę, że brzmiałam jak jakaś wariatka, ale nie kontrolowałam tego. Było zupełnie, jakby moje ciało i umysł musiały znajdować się blisko niego, aby móc się skupić albo czuć całkowite zadowolone. To było strasznie obezwładniające uczucie, które nie chciałam, aby minęło.
– Ja też nie. A co z Alice?
Zachichotał i spojrzał na mnie z podziwem, gdy zapytałam. – George Washington.
Również się zaśmiałam. – Poważnie? – Przytaknął. – Jeśli mnie pytasz to uważam, że jest to całkiem niezły pomysł. – Nie codziennie widuje się sześcioletnią dziewczynkę przebraną na Halloween za George'a Washingtona. Powinnam się była domyśleć, że ktoś tak szczególny, jak Alice nie wybierze normalnego przebrania księżniczki czy czegoś w tym stylu... jak jej brat. Frajer.
– Też tak myślę. Szukaliśmy w Internecie jakichś kostiumów i żadne dla dziewczynek jej się nie podobały, więc patrzyliśmy na te dla chłopców i to jest jeden, który wybrała. Nie mogła się zdecydować między tym, a Ponurym Żniwiarzem1.
Zaśmiałam się. – Ale wybrała sobie zakres, co?
Uśmiechnął się. – Oj, tak. I poczekaj, aż ją zobaczysz. Wygląda uroczo.
Roześmiałam się i powiedziałam, że nie mogę się do czekać. Wydawał się spokojniejszy i cieszyło mnie to. Już nie mogłam się doczekać, żeby spędzić resztę dnia z nim i z Alice.
Edward powiedział, że mogę być z nimi podczas "cukierek albo psikus" i już mogłam stwierdzić, że będziemy się świetnie bawić. Przynajmniej tak myślałam.
Edward miał rację.
Alice, jako George Washington była najsłodszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam. Miała na sobie białą bluzkę koszulową z żabotem, zapiętą pod samą szyję, a na to jasnobrązową kamizelkę. Edward pomagał jej założyć niebiesko–złotą kurtkę. Miała brązowe spodnie i buty, sięgające kolan i białą perukę, która była naprawdę świetna, a do tego kolonialny kapelusz, który dodawał animuszu. Wszystko wyglądało po prostu zajebiście.
– Co o tym myślisz, Bello? – zapytała. Edward właśnie wiązał jej buty, a uśmiech nie znikał z jego twarzy.
– Uważam, że twój kostium jest najlepszy, jaki kiedykolwiek widziałam.
– Co nie? Uwielbiam George'a Washingtona. Wiedziałaś, że był naszym pierwszym prezydentem? – Kiwnęłam głową. – Urodził się dwudziestego drugiego lutego 1732 roku w Virginii. Miał żonę, Marthę Danbridge... jak się nazywała, Ecy? – zapytała, spoglądając w dół na Edwarda.
– Custis.
– Tak! To jest to. Custis. Był prezydentem od 1789 do 1797 roku, chyba... tak, Ecy?
– Tak, bardzo dobrze.
Ponownie spojrzała na mnie. – Na jego cześć nazwali jeden stan! Jedyny nazwany na cześć Amerykanina!
– Łał, wiele o nim wiesz, prawda?
Przytaknęła, a Edward się podniósł. – Tak, Ecy mi opowiadał. On uczy mnie wiele rzeczy.
Chłopak poszedł po kapelusz, a następnie włożył go jej na głowę. – Co jeszcze cię nauczył?
– Wszystko o całym świecie! Najbardziej lubię, jak uczy mnie różnych języków. To strasznie śmieszne!
Łał! Inne języki? A jaki inny język on zna? Nigdy mi o tym nie mówił.
– Mówisz w innym języku? – zapytałam Edwarda.
– Sí seńora2 – odpowiedział i posłał mi uśmiech.
O jasna cholera. Tego było już za wiele; Edward mówiący do mnie po hiszpańsku. Kurwa mać, nie wiedziałam czy chciałam słuchać więcej. Nie chciałam, aby opętała mnie chęć skoczenia na Edwarda przy Alice, będącej w pokoju. Było coś atrakcyjnego w facecie, mówiącym różnymi językami, zwłaszcza tak pięknym, jak hiszpański.
– Tylko hiszpański?
Alice się zaśmiała. – Nie głuptasie! On umie ich osiem!
Kurwa. Może powinnam przestać, póki jeszcze byłam w stanie. Wydawało mi się niemożliwe, aby podobał mi się bardziej, niż teraz i wtedy słyszę to gówno? Wkurzało mnie to. Naprawdę miałam nadzieję, że nie ma już więcej żadnej rzeczy, przez którą byłby jeszcze bardziej atrakcyjny. To było niesprawiedliwe. Przez niego byłam bezradna, kiedy chodziło o kontrolowanie swoich hormonów, a już zwłaszcza, kiedy zachowywał się w ten sposób. Cholerny Edward.
– Osiem? – zapytałam zdumiona.
– Tak jest! Angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, szwedzki, portugalski, irlandzki i włoski – odpowiedziała. Łał. Kiedy on w ogóle znalazł czas, żeby się tego wszystkiego nauczyć? Osiem języków? Ja znałam jeden i tylko troszkę hiszpańskiego, ale to dlatego, że musiałam się go uczyć w szkole. – Mnie też uczy! Znam francuski. Chcesz usłyszeć?
– Oczywiście!
– Je vais recevoir plein de bonbons ce soir et je ne vais pas laisser mon frčre en avoir un seul parce que c'est un perdant3 – powiedziała, a Edward parsknął śmiechem. Szczęka mi opadła. Była w tym naprawdę dobra! Jej akcent wywarł na mnie wielkie wrażenie. Nie wyglądała, jakby się w ogóle zastanawiała nad tym, jak to poprawnie wypowiedzieć czy cokolwiek. A miała sześć lat!
– C'est ce que tu crois. Je suis plus vieux que toi donc respecte tes ainés et laisse moi avoir un bonbon.4 – O mój Boże, zamknij się, Edward. Nie wytrzymam. Przestań mówić po francusku tym seksownym głosem, bo zaraz pocieknie mi po nogach. Naprawdę, dlaczego on musiał być tak idealny i pociągający? To było niesprawiedliwe, w ogóle. Sprawił, że było to niemożliwe dla mnie, aby codziennie pamiętać, że byliśmy dla siebie jedynie przyjaciółmi.
– Hę? – wydukałam. Oboje się zaśmiali.
– Powiedziałam mu, że nie dostanie moich cukierków, a on, że szkoda. Ale miałam rację.
– To jest świetne! Chciałabym znać jakiś inny język.
– Niech cię Ecy nauczy!
Spojrzałam na Edwarda.
– Mógłbym, jeśli byś chciała – oznajmił.
– Tak, być może byś mógł. – Brzmiało na świetny pomysł. Jedyny problem to, że prawdopodobnie wskoczyłabym na niego w samym środku lekcji.
– No dobra, zbierajmy się. Nie chcę wychodzić zbyt późno – powiedział Edward.
Alice złapała swoją torbę na cukierki, a chłopak moją rękę. Poważnie, to się musiało skończyć albo przestanę brać odpowiedzialność za moje czyny. Moje ciało i umysł, powoli, ale skutecznie zaczynały pracować i funkcjonować dla Edwarda i przez Edwarda.
Chwyciłam jego dłoń i udaliśmy się z Alice u boku w kierunku drzwi. Wsiedliśmy do jego ciężarówki i pojechaliśmy w okolice, w których chciał, żeby Alice mogła zbierać swoje słodkości. Nie uważał, aby jego sąsiedztwo było dobrym do tego miejscem. Zgadzałam się z tym w stu procentach. Udaliśmy się do miejsca oddalonego dziesięć minut drogi od domu Edwarda. Kręciło się tam już sporo dzieciaków. A kiedy mówię sporo, to naprawdę mam na myśli sporo. Przed niektórymi domami poustawiały się kolejki.
Alice wybiegła przed nas.
– Alice! Stój! – krzyknął chłopak. Brzmiał na przerażonego, jednak rozumiałam jego odczucia. Halloween to świetna zabawa, ale dzieciaki powinny przez cały czas mieć jakiś opiekę. Dziewczynka zawróciła i stanęła u boku swojego brata. – Ani mi się waż zrobić tak jeszcze raz, Alice, albo wracamy do domu. I nie żartuję – parsknął.
– Przepraszam, chciałam tylko już iść – tłumaczyła.
Edward westchnął, po czym poszliśmy w kierunku pierwszego domu. Wędrowaliśmy po różnych mieszkaniach. Przy każdym Alice była niesamowicie podekscytowana. Przy niektórych musieliśmy poczekać w kolejce, ale nie było znowu tak źle. Dziewczynka przez większość czasu paplała, co tylko ślina jej na język przyniosła, dzięki czemu mieliśmy niezłą rozrywkę. Na szczęście nie zachowywała się źle. Po prostu nie mogła się doczekać słodyczy. Nie byliśmy nawet na półmetku, a jej torba była już w połowie pełna.
Świetnie się bawiliśmy, dopóki sprawy nie zmieniły się na gorsze.
Czekaliśmy właśnie przed jednym z domów na naszą kolej. Trzymałam się Edwarda, a głowę opierałam o jego ramię. Sprzeczali się z Alice o jakieś tam słodycze, a ja słuchałam ich uśmiechając się.
– Hej, czy to ty? Alice Cullen? – Mały chłopiec stanął przed Alice. Był przebrany za policjanta, a obok niego stała trójka jego kolegów.
– Tak, to ja. Cześć, Justin – powiedziała. Chodzili razem do szkoły. Zdawało mi się, że widziałam go parę razy.
– Za co się niby przebrałaś? – zapytał niegrzecznie.
– Za George'a Washingtona! – odparła dumnie z uśmiechem na ustach.
Cała czwórka zaczęła się głośno śmiać. – Żartujesz? Przecież on był chłopakiem – powiedział Justin.
– No i co z tego?
– Ty jesteś dziewczyną! Chyba, że chciałabyś być chłopcem...
– Nie! Nie chcę być chłopcem!
– Co za dziwoląg! – krzyknął jeden z chłopców.
Spojrzałam na Edwarda. Kipiał ze złości. Nigdy nie widziałam go tak wkurzonego.
– Sam jesteś dziwolągiem! Zamknij się, ty półgłówku! – wrzeszczała za nim Alice. Sama umiała się obronić. Co za dzielna dziewczynka.
Widziałam, że Edward już chciał jakoś zareagować, ale co mógł powiedzieć sześciolatkowi?
Justin sapnął. – Tato! Tato! Ta dziewczyna mnie przezywa – powiedział. Wtedy mężczyzna spojrzał najpierw na swojego syna, a następnie na Alice i Edwarda, który położył rękę na jej ramieniu.
– Czy to ta dziewczynka? – zapytał, na co Justin przytaknął. – Przepraszam – zwrócił się do Edwarda. – Czy mógłby pan panować nad swoją córką? Nie może ona tak po prostu wyzywać mojego syna jakimiś przezwiskami.
– Pierdol się – oznajmił Edward, dysząc. Naokoło było pełno dzieci... – Pański syn i jego mali przyjaciele zadzierali z nią. Proszę się najpierw upewnić, zanim zacznie pan kogoś oskarżać.
Mężczyzna wydawał się zaszokowany wybuchem Edwarda, co go jedynie rozjuszyło. – Chcesz powiedzieć, że mój syn się myli? Ile ty w ogóle masz lat?
– To nie twój zasrany interes! – Edward przeklinał trochę za bardzo, jak na miejsce, w którym się znajdowaliśmy, pełne małych dzieci.
– Edwardzie, uspokój się – uspokajałam go. Sama zaczynałam się denerwować. Nigdy go takiego nie widziałam. Całe jego ciało się napięło i nie miałam wątpliwości, że chciał uderzyć tego człowieka. Spojrzałam na Alice, która była równie zdenerwowana, co i ja.
Chłopak spojrzał na mnie, a ja mogłam dostrzec buzującą złość w jego oczach, po czym ponownie zerknął na faceta. – Powinieneś nauczyć swojego dzieciaka paru dobrych manier. Wiesz, jak traktować z szacunkiem kobiety i inne takie.
Mężczyzna zrobił krok naprzód. Wyglądał na równie wnerwionego. – Nawet się nie waż, aby mnie pouczać, jak mam wychowywać swoje dziecko.
– Więc nie dawaj mi powodu. Gdybyś go pilnował, to byś wiedział, że naśmiewał się z mojej siostry i jej kostiumu, a ona się ledwie broniła, wyzywając go. – Powiedział Edward przez zęby. Był strasznie wkurzony, a ja byłam w szoku.
Mężczyzna nie zripostował, tylko odwrócił się do syna. – Czy on mówi prawdę?
Dzieciak wiedział, że nie mógł zaprzeczyć, bo wszystko było widać na jego twarzy. – Tak.
Jego ojciec westchnął i zwrócił się do Cullena. – Bardzo przepraszam. Porozmawiam z nim.
– Taa. I może na przyszłość najpierw pomyślisz, zamiast oskarżać sześciolatkę o coś, o czym nie masz zielonego pojęcia – parsknął Edward przez zaciśnięte zęby. Zaczynał już urządzać scenę.
– Edwardzie, przestań – powiedziałam. Jego ostatni komentarz był zbędny.
Chłopak nawet nie zauważył, że się odezwałam, wpatrując się w faceta. Ten już się nie odezwał, na szczęście, ponieważ Edward nie był w nastroju do zakończenia nieporozumienia.
– Ecy – powiedziała nerwowo Alice skrzeczącym głosem. Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. Edward spojrzał na nią. – Chyba mam już dość tej zabawy.
– Nie, nie pozwól, żeby jakiś dzieciak zepsuł ci dzisiejszy wieczór, Alice.
Dzięki Bogu mężczyzna zignorował Edwarda. Nie wiedziałam, co w niego wstąpiło. Owszem, to co zrobił ten dzieciak było okrutne w stosunku do Alice, ale żeby od razu wszczynać bójkę?
– Nie, to nie o niego chodzi. Jestem zmęczona – wyjaśniła.
Spuściła wzrok, aż w końcu Edward dał za wygraną. Przecież nic by się nie stało, gdybyśmy już sobie poszli. Alice miała mnóstwo słodyczy. Prawdopodobnie będzie miała zapas na najbliższych parę tygodni.
– W porządku. Chodźmy – oznajmił Edward. Wyciągnął do niej ręce, na co ona z ochotą dała mu się podnieść. Objęła go ramionami za szyję, a ja wzięłam od niej jej torbę.
Szli przede mną, dzięki czemu mogłam patrzeć na jej twarzyczkę, spoczywającą na jego ramieniu. Z oczu cichutko płynęły jej łzy i wyglądała na przerażoną. Byłam skołowana jej reakcją, a chyba najbardziej tym dlaczego mój słodki, zabawny Edward był takim złym i pobudliwym człowiekiem.
Gdy dotarliśmy do samochodu, Alice wdrapała się na tylne siedzenie, a my zajęliśmy nasze miejsca z przodu.
– Czy dasz wiarę temu skurwielowi? – zapytał. Nadal był tak strasznie wściekły. Martwiłam się, czy powinien w tym stanie prowadzić.
– Edwardzie, musisz wyluzować. Przecież przeprosił.
– Nie interesuje mnie to! Ludzie są tak pojebani, że aż mnie mdli. Jego synalek to zwyczajny gnojek, a on śmiał obwiniać Alice? Obrzydlistwo! – parsknął. Jego głos ociekał jadem i nienawiścią. Mocniej nacisnął na pedał gazu, a samochód wypruł do przodu.
– Edward! Zwolnij! Musisz się natychmiast uspokoić. Jezu.
– Zostaw mnie w spokoju, Bello – powiedział ze złością. Nie ma tak! Nie będzie wyładowywać na mnie swoich nerwów. Nic mu nie zrobiłam, więc nie miał prawa się na mnie wyżywać.
– Naprawdę musisz ochłonąć, Edwardzie. Całkowicie przesadzasz w tej chwili.
– Zamknij się, Bello. – Sapnęłam. Gdzie, do cholery, podział się mój Edward?
– Bella, po prostu przestań się do niego odzywać. Proszę – poprosiła Alice z tylnego siedzenia.
Odwróciłam się do niej, a ona starała się powstrzymywać szloch, przez co całe jej ciało drżało. Zdjęła kapelusz i perukę, a rękawem wycierała łzy. Strach na jej twarzy dał mi do zrozumienia, że coś mi umknęło. Nie rozumiałam całkowicie. co było grane miedzy Alice i Edwardem, ale zdecydowałam się ich wysłuchać.
Odwróciłam się z powrotem i poczekałam, aż dojechaliśmy do mieszkania Edwarda. Nic bym nie osiągnęła, starając się go jakoś uspokoić, tyle już wiedziałam po tym, jak Alice kazała mi dać sobie spokój. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Edward był tak bardzo wściekły, ale wiedziałam, że chodziło o coś, czego nie było widać na pierwszy rzut oka. Może to było to, o czym wspominał, mówiąc mi, że było coś, czego o nim nie wiedziałam. Przypuszczałam, że miał dość trudny charakter, gdy przyznał się do swoich wyskoków w barach, ale nigdy do tego stopnia. Nie wyglądał, jakby miał się uspokoić.
Reszta naszej drogi do domu upłynęła praktycznie w ciszy. Jedyne dźwięki, jakie dało się słyszeć to płacz Alice i mamrotanie pod nosem Edwarda. Ledwo go słyszałam. Mówił bardzo szybko i jeśli mam być szczera, to chyba w innym języku.
Gdy zaparkowaliśmy, wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiczkami. Pomaszerował do drzwi i nawet nie poczekał na mnie i Alice. Dziewczynka kompletnie załamana siedziała na tylnym siedzeniu. Pochyliłam się, aby ją pocieszyć i wyciągnęłam do niej ramiona, na co ona rzuciła się w moje objęcia.
– Alice, słoneczko, co się z nim dzieje? – zapytałam.
– O-on... on się bardzo wkurza cz-cz-czasa-ami – wydusiła, łkając.
Nadal nie miałam pojęcia, co się działo, ale nie chciałam przesłuchiwać Alice. Wiedziałam, że było to coś okropnego, ponieważ dziewczynka była w całkowitej rozsypce. Usłyszałam za nami samochód, Alice również się odwróciła.
– Bev! – krzyknęła i wyrwała się z moim ramion. Podążyłam za nią. – Bev! – ponownie wrzasnęła, na co Beverly spojrzała ze strachem. Przykucnęła i przytuliła Alice.
– Och, Cukiereczku, co się stało? Gdzie jest twój brat? – zaniepokoiła się. Dziewczynka mocniej wtuliła się w kobietę i spojrzała na mnie.
– Ecy... Ecy... jest zły, Bev. Tak bardzo zły! – powiedziała.
Nowy rodzaj zrozumienia pojawił się na twarzy Beverly, który mogłam sobie przetłumaczyć, jako tryb ochronny. Podniosła się, nadal trzymając Alice przy boku. Spojrzała na mnie, jakby wcześniej nie zauważyła.
– Och... Bella – powiedziała.
– Tak cześć, Bev... umm... Edward... właściwie to nie wiem co się stało. W jednej chwili wdał się w walkę słowną z facetem, a w następnej się do nas nie odzywał... i kompletnie się wściekł – dukałam.
Być może to przez moje nerwy albo początkowy szok, ale otępienie powoli zaczynało ustępować. Naprawdę chciałam się już znaleźć przy Edwardzie i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. To nie było tak, że mój Edward się wkurzył z powodu Alice przed domem w sąsiedztwie. Ten sam mężczyzna, zaledwie parę godzin wcześniej był całkowicie rozbity i przekonany, że wszystko co robił, robił źle. Kochał ją kompletnie. Ale teraz przepadł w tym... gniewie. Sama już nie wiedziałam.
Bev podeszła do mnie z płaczącą Alice uczepioną jej nogi i w pocieszającym geście położyła mi ręce na ramionach.
– Kochanie, spójrz na mnie – powiedziała.
Uniosłam głowę i utkwiłam wzrok w jej troskliwej twarzy, gdy po policzku popłynęła mi łza. Szok mnie opuszczał, ale za to ustępował miejsce panice. Nie byłabym tak emocjonalna, gdybym nie podejrzewała przez zachowanie Bev i Alice, że z Edwardem poważnie coś się działo. Przerażało mnie to na śmierć.
– Czy wszystko z nim będzie w porządku? – zapytałam.
– Bello, zależy ci na nim, prawda?
– Oczywiście. – Kocham go.
– Więc sugerowałabym, że lepiej dla niego byłoby, gdybyś poszła, dobrze?
– Co? Nie ma mowy. Muszę się upewnić, że nic mu nie jest... – Nie mogła mnie zmusić, żebym go zostawiła. W tym momencie wiedziałam, że chodziło o coś więcej, niż jego zły humor.
– Zaufaj mi. Jedyny sposób w jaki mu w tej chwili pomożesz, to gdybyś poszła do domu. Zadzwonię do ciebie później. Mogłabyś zostawić mi swój numer?
– Bev, nie mogę tak po prostu sobie iść. Oczywiste jest, że dzieje się tutaj coś, o czym mi nie mówisz.
– Owszem, jest coś. Ale to nie ja powinnam ci o tym powiedzieć. Czy więc mogłabyś uszanować decyzję Edwarda i po prostu iść. Oddzwoni do ciebie, dobrze?
Jak mogłabym się z tym kłócić? Chciałam. Jezu, naprawdę chciałam, ale nie miałam zamiaru stawiać Bev w niewygodnej pozycji. Ufałam jej, ponieważ wiedziałam, że nieważne co, ona dobrze się nimi zajmie, ale strasznie chciałam. A może to wcale nie była taka znowu wielka sprawa. Może spodziewałam się gorszego, niż było w rzeczywistości. Coś mi mówiło, że jednak się myliłam, ale tłumaczyłam sobie, że to tylko póki co. Musiałam sobie to wmówić, jeśli miałam go na razie opuścić.
– Okej... dobra. Ale proszę powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił i przekaż, że będę o nim myślała, dobrze?
Bev przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała w czoło. Pogłaskała mnie po policzku, wycierając łzy. – Cieszę się, że ma ciebie, kochanie. Wszystko mu przekażę.
– Dziękuję – odparłam i spojrzałam na Alice. – Do widzenia, skarbie – powiedziałam lekko.
– Pa, Bello. Dzięki, że z nami pojechałaś – oznajmiła. Przyklęknęłam i cmoknęłam ją u nasady włosów.
Posłałam spojrzenie w kierunku budynku, w którym zniknął Edward, mając nadzieję, że zaraz z niego wyjdzie kompletnie normalny, uśmiechnie się i rzuci jakimś oklepanym kawałem czy coś w tym stylu. Jednak tak się nie stało. Skierowałam wzrok na Bev, a następnie poszłam do mojego samochodu. Kiedy wsiadłam i włączyłam silnik, jeszcze raz spojrzałam na dom i zobaczyłam Bev i Alice biegnące do mieszkania.
Nie chciałam odjeżdżać. Zastanawiałam się czy nie zostać. Myśli krążyły po mojej głowie. A gdybym tak jej nie posłuchała? To byłoby złe. Nie mogłam jej tego zrobić. Powiedziała, że tego chciałby Edward. Ale co z moimi pragnieniami? Czy to nie było niesprawiedliwe, że zostałam z tym wszystkim sama? Z Edwardem było coś nie tak. Nie wiedziałam co... ale coś było nie w porządku. Czy właśnie to miał na myśli? I co to w ogóle było?
Miałam właśnie zbierać swoje cztery litery i odjeżdżać, gdy usłyszałam łamiący serce i najbardziej przerażający dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam. Rozbrzmiewał w moich uszach i sprawił, że ciarki przeszły po moim ciele. Nagle poczułam mdłości, a moje serce zakuło mnie w piersi. Ten dźwięk... ja pierdolę, ten dźwięk.
Krzyk Edwarda.
Wszystkie moje zmysły wyleciały przez okno. Nie mogłam siedzieć sobie w samochodzie albo odjechać, jakby nic się nie stało, po tym jak go usłyszałam. To było niemożliwe. Nie chciałam postępować wbrew prośbie Bev, ale ani się spostrzegłam, jak wypadłam z samochodu i pędziłam do domu. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, że przebierałam nogami, a łzy spływały mi po policzkach, przez co prawie nie widziałam dokąd biegłam.
Przeskoczyłam schody i dopadłam drzwi. Dało się słyszeć walenie i wrzaski. Bev stała na zewnątrz i trzymała klamkę.
– Bev! – krzyknęłam.
Spojrzała na mnie z paniką w oczach. – Bello, proszę cię, odejdź. Mam tu wszystko pod kontrolą. – Nie brzmiała przekonująco, jak słowa, które wypowiadała.
– Nie, Bev. Muszę się z nim zobaczyć... proszę, wpuść mnie do środka.
– To nie jest dobry pomysł, kochanie. Proszę, zaufaj mi.
– Ale ja muszę. Nie mogę go teraz opuścić. – Edward znowu krzyknął, na co zacisnęłam ręce w pieści, starając się zmniejszyć ból w klatce piersiowej. – Proszę – błagałam.
– Bello, nie mogę ci na to pozwolić. – Znowu krzyknął, a po chwili dało się słyszeć kolejne walnięcie.
– Bev, proszę! Ja go kocham! Nie mogę tego znieść... Muszę się tam dostać. Proszę cię... tak bardzo go kocham. – Trzęsłam się.
Edward powinien pierwszy to ode mnie usłyszeć, ale nic na to nie mogłam poradzić. Musiałam go zobaczyć. Nie było możliwości, żebym odeszła. Wydawało mi się to kompletnie niemożliwe.
Moje słowa musiały wywrzeć na kobiecie mocne wrażenie, ponieważ była w szoku. Przyglądała się mojej twarzy, a ja dosłownie wychodziłam z siebie. – Ty naprawdę go kochasz, prawda? – Przytaknęłam i wytarłam łzy. – Okej – odparła. – Okej... może to będzie dla niego lekcja. On potrzebuje pomocy.
Czy było, aż tak źle, że potrzebował pomocy? Co mu się stało?
Było tyle pytań, które chciałam jej zadać, ale przyciągała mnie obecność Edwarda po drugiej stronie drzwi. Musiałam się z nim zobaczyć i upewnić, że wszystko będzie dobrze.
– Dziękuję, Bev – powiedziałam. Kiwnęła głową i odsunęła się, umożliwiając mi dostęp do drzwi. Wzięłam głęboki wdech i przycisnęłam klamkę.
Stęknęłam.
O mój Boże.
1 http :/www .purecostumes .com/ mm5/ graphics/ 00000001/ 00310_full_
2 Tak, proszę pani
3 – Dostanę dzisiaj dużo cukierków, ale nie dam mojemu bratu ani jednego, bo jest głupkiem.
4 – To ty tak sądzisz. Jestem starszy od ciebie, więc musisz się mnie słuchać. Starszym też należy się coś słodkiego.
AN Mam nadzieję, że rozdział wam się podobał :) Miło będzie jeśli podzielicie się swoimi odczuciami... naciskając przycisk niżej będziecie bliżej tego niż zwykle ;p
Jeśli chcecie możecie śledzić mnie na twitterze: Koainka - wiem bardzo twórcze.
Za przetłumaczenie tego rozdziału należy podziękować MonicMay, a za betę Rodzynce. :)
I już teraz zapraszam was na kolejny rozdział, który mam nadzieję zostanie dodany niebawem.
Pozdrawiam!
