Rozdział 11 — Gdybyś tu był
"I will curse, I will pray, I will re-live everyday, I will show through the blame, I'll shout out your name! I will laugh, I will cry, shake my fist at the sky. But I will not say... Will not say goodbye." — Danny Gokey (I Will Not Say Goodbye)
Gdyby ktoś zapytał mnie o najszczęśliwszy dzień mojego życia, nie miałbym problemów z odpowiedzią. Mam dla niego specjalne miejsce i w pamięci, i w sercu. To był luty – wyjątkowo mroźny, pełen burz śnieżnych i chorych uczniów, lądujących w Skrzydle Szpitalnym, miesiąc. Ja w tym roku nie miałem jeszcze zaszczytu tam wylądować i szczerze, to jak najbardziej odpowiadał mi ten stan rzeczy. Lecz nie o tym chciałem opowiedzieć. Nie mam pojęcia co strzeliło mi do głowy, by zaproponować zabawę w śniegu. Ostatecznie mieliśmy już po szesnaście lat i nawet bez doświadczeń takich jak nasze, rzadko widuje się szesnastolatków lepiących bałwany. Lecz myślę, że każde z nas tego potrzebowało. Potrzebowało, by na moment znów stać się beztroskim, niewinnym dzieckiem. Doskonale pamiętam, początkowo sceptyczną minę Rona, która po kilku minutach przerodziła się w szczery śmiech. Lataliśmy po błoniach, jak banda wariatów, obrzucając się śniegiem, piszcząc głośno – sam nie jestem pewien, czy z zimna, czy może z radości. Żadne z nas nie myślało o wojnie. Ron nie myślał o Ginny i mamie, o tym, że więcej ich nie zobaczy. Hermiona nie myślała, że właśnie w tej chwili mogą mordować jej rodziców. Ja nie myślałem o Syriuszu, o tym, że nigdy więcej nie dostanę od niego listu, że już nigdy więcej mnie nie przytuli, że już nigdy więcej mi nie doradzi.
Nie wiem, co takiego specjalnego było w tym dniu, bo jeśli poddać go dokładnej analizie, nie robiliśmy nic wyjątkowego. Ot tak, obrzucaliśmy się śniegiem, lecz dla mnie... dla nas było w tym coś niezwykłego, magicznego. Czuliśmy się sobą, czuliśmy, że żyjemy, że jesteśmy razem i przez krótki moment mogliśmy wierzyć, że razem jesteśmy nie do złamania. Pokochałem to uczucie, choć gościło w moim życiu tak rzadko.
Ron, Hermiono, jeśli nam się uda, jeśli przeżyjemy tę wojnę, kupię nam wielki dom, w którym będziemy mogli zamieszkać razem. Gdzieś daleko, daleko stąd. Byśmy mogli zapomnieć o wojnie, o problemach, o tym całym bólu. Wiecie, kiedyś Syriusz obiecał to samo mnie. Dom, w którym mieszkalibyśmy razem, dom, do którego chciałbym wracać. Nawet, kiedy Łapa był zamknięty w Kwaterze Głównej, nawet wtedy nie straciłem nadziei, że któregoś dnia spełni tę obietnicę. Dziś już wiem, że tego nie zrobi. Czy powtarzam jego błąd? Chcę wierzyć, że nie. Pragnę myśleć, że wszyscy przeżyjemy tę wojnę, że damy radę, że jeszcze niejedna przed nami chwila radości.
Nie chcę wiedzieć jak naiwne jest to z mojej strony, naprawdę nie chcę. Bo jeśli pragnę żyć, dlaczego jestem pogodzony ze śmiercią? Czy istnieje ktoś, kto może mi pomóc? Nie chcę umierać! Nie chcę, ale każda droga, którą obiorę prowadzi właśnie w tym kierunku.
Spoglądam na nasze, moje i Syriusza, zdjęcie. On już nigdy się nie zestarzeje. Na zawsze zostanie młody na tym zdjęciu. Na zawsze zostanie uśmiechnięty i radosny. Teraz, gdy spoglądam na jego zbyt chudą twarz, teraz z całą mocą uderza we mnie tęsknota za nim. Ból jest tak wielki, że przygryzam wargę do krwi. W jednej chwili to, z czym walczę od miesięcy staję się tak boleśnie realne.
Czy naprawdę już nigdy cię nie zobaczę, Syriuszu?
Czy naprawdę już nigdy mi nie doradzisz, już nigdy mnie nie wesprzesz?
Już nigdy mi nie pomożesz, już nigdy mnie nie przytulisz, już nigdy do mnie nie napiszesz? Już nigdy więcej nie usłyszę twojego głosu, nie zobaczę twoich roześmianych oczu?
Dlaczego nie odpowiadasz?! Błagam, odpowiedz mi!
Czemu znów po moich policzkach płyną łzy?! Dlaczego za towarzysza mam jedynie głuchą ciszę?! DLACZEGO MUSIAŁEŚ UMRZEĆ?! Czy nie rozumiesz jak bardzo cię potrzebuję w tej chwili?! Pojawiłeś się w moim życiu tak niespodziewanie i niespodziewanie z niego zniknąłeś. Bez słowa wyjaśnienia, bez obietnicy powrotu. Po prostu odszedłeś. Nawet nie mam do ciebie żalu, wiesz? To tylko pustka wypełnia mnie całego. Czuję się, jakbym krwawił i nie potrafił tego powstrzymać. W miejscu serca mam wielką ranę, której nikt nie potrafi uleczyć. Wciąż milczysz... Zwariowałem, prawda? Próbuję rozmawiać z martwym człowiekiem. Jakiż miałbyś teraz ze mnie ubaw, Syriuszu? Wiesz co? Chyba nadszedł czas, żebym ruszył dalej... Powiedz mi tylko jedną rzecz, Syriuszu; jak mam pozwolić ci odejść?
To wszystko jest takie szare i nudne – przesycone bezlitosną rutyną. Zajęcia, zajęcia dodatkowe, GD i tak w kółko. Luna w tym roku ma SUM'y, więc musi się więcej uczyć – co za tym idzie, ma dla mnie mniej czasu. Powoli nadchodzi Wielkanoc. Osoby z GD radzą sobie naprawdę dobrze i jestem z nich piekielnie dumny, gdy patrzę jak dużo już umieją. Podczas zajęć dodatkowych idzie mi coraz lepiej, choć Lupin twierdzi, że wciąż zbyt wiele od siebie wymagam. Gówno prawda – nie wymagam od siebie choćby połowy tego, czego powinienem. Do innych chyba wciąż to nie dotarło – to ja mam być tym, który zniszczy Voldemorta, a do tego nie wystarczy zwykły oszałamiacz. Zbyt wiele razy widziałem go w akcji, by uwierzyć w taką głupotę. Ale pozwalam wierzyć w nią wszystkim innym – prawdę znam tylko ja, Voldemort i Dumbledore.
Budzę się zlany zimnym potem. Znów śniłem o Departamencie Tajemnic. Minęło ponad pół roku – czy ta rana w moim sercu nie powinna zacząć się goić? Dlaczego wciąż tak mocno boli?
- Harry?
- Tak, Ron?
- Wiem, że nie powinienem pytać o coś takiego, ale... Co byś zrobił, gdyby coś stało się mnie lub Hermionie?
- Zabiłbym tego, kto was skrzywdził.
- A jeśli to my krzywdzilibyśmy siebie?
- Umierałbym z bólu, patrząc na to, ale nie potrafiłbym was powstrzymać.
- To chyba znaczy, że muszę przestać, prawda?
- To twoja decyzja.
- A ty? Zamierzasz przestać?
- Raczej nie...
To zabawne – oglądać, jak po zimie wszystko wraca do życia, kiedy dla siebie samego, ty jesteś martwy. Kocham wiosnę, to taki piękny czas odrodzenia. Może pewnego dnia i ja odrodzę się na nowo? Kto wie...
Złapali Glizdogona, wiesz? Jesteś teraz naprawdę wolny, Syriuszu. Skakałbyś z radości, gdybyś tu był, prawda? Skazali go na pocałunek Dementora. Dumbledore protestował, ale uparłem się i teraz siedzę na twardym krześle obok Lupina i oglądam cały proces. Drży z zimna lub ze strachu, nie wiem. A może z obu tych powodów? Gdy Dementorzy się zbliżają, znów słyszę głos matki, ojca i nawet twój, wiesz? Nie jest to tak intensywne jak kiedyś, nie mam pojęcia, dlaczego. Widząc moje spięcie, Lupin podaje mi kawałek czekolady. Uśmiecham się blado z wdzięcznością.
Obserwowanie tego wszystkiego nie jest zbyt przyjemne, ale sprawia mi dziką satysfakcję. Spójrz, Syriuszu, człowiek, który nam obojgu zniszczył życie, jest już tylko pustą skorupą. Lunatyk nic nie mówi, ale nie trzeba być specjalnie mądrym, by wiedzieć jak mu ciężko. Nie jemu jednemu. Zdaje się, że twoja nieobecność nie tylko mnie rani. Masz pojęcie, jak wiele bym oddał, byś mógł być tu z nami? Byś zarzucił swoimi zbyt długimi włosami, zaśmiał się ochryple i wyśmiał nasz sentymentalizm. Byś po prostu mógł dzielić to wszystko razem z nami. Nie masz pojęcia, Syriuszu, ani o tym, ani o niczym innym. To właśnie cecha ludzi martwych – są słodko nieświadomi wszystkiego.
