Czasami bywają dni niemal całkiem wyjęte z życiorysu. Wczorajszy był dla Sophie właśnie taki. Spędzony w nieswoim łóżku z gorączką i mimochodem mknącym czasem. A wszystko to przez co? Przez jej chęć doświadczenia przynajmniej chwili świętego spokoju, która obecnie równała się absencji pewnego detektywa. Gdy przedwczoraj złapała go na próbie podwędzenia kluczy stwierdziła, że najszybciej i najłatwiej będzie jeśli zgodzi się spełnić jego zachciankę, zamiast spierać się z nim o to do białego rana. Jej krótkowzroczność ujawniła się brakiem zdrowego rozsądku, który powinien oświadczyć jej, iż wieczorne spacery po jakimś cholernym piździ placu w jesienną szarówkę, to nie pomysł, który można nazwać nad wyraz genialnym. Gorączka i spowodowane nią haluny to jedno, ale kaszel chcący wyrwać płuca i ubarwić nimi najbliższą ścianę, to już co innego. Bóg jej świadkiem, że następnym razem, kiedy zobaczy Holmesa, zrobi mu lobotomię, wazektomię i wszystkie inne możliwe omie łyżeczką do tej przeklętej angielskiej herbaty, a potem jako wisienkę na torcie doda jeszcze ze dwie lewatywy.

Jej płuca okazały się być jednak ważniejsze niż Holmesofobia i po tym jak przez kanonadę zarazków wylała na kanapę Davida kakao, postanowiła zadzwonić po Johna, co oczywiście wiązało się z osobą Sherlocka. Watson oświadczył jej pełnym troski głosem, że właśnie są w drodze do kostnicy, ale postarają się szybko uwinąć i niezwłocznie wrócić. Oczywiście reakcją w tle na jego słowa było prychnięcie i wymruczenie czegoś o bezwartościowych Amerykanach.

Sophie westchnęła i rozejrzała się po pustym mieszkaniu. Nie chciała tracić czasu i jedynie czekać na Johna. Ubrała się jak Hawajczyk wybierający się na Sybir i starając się nie paść po drodze na zadek, czy tym bardziej na twarz, przeszła na drugą stronę ulicy, a później przez dziurę w ścianie do mieszkania 221 b, gdzie rzuciła się na kanapę i poszła spać czekając na zbawienie. Nie wiedziała jak długo czekała, ale wedle starej maksymy „czekajcie, a będzie wam dane" w końcu się doczekała. Chłodna ręka dotknęła jej czoła sprawdzając gorączkę. Nie wiedziała po co, bo sama mogła powiedzieć, że jest rozpalona niczym piec hutniczy.

- Co ona robi na mojej kanapie?! - dziewczyna mocniej zacisnęła powieki, mając nadzieję, że jakimś cudem wpłynie to również na wyciszenie detektywa.

- Sherlock - skarcił go John. - Ona ma gorączkę. Przynieś mi moją torbę z pokoju.

- Chyba nie chcesz jej leczyć tutaj - oburzył się Holmes. - To nie szpital.

Watson uśmiechnął się przepraszająco do dziewczyny i łapiąc współlokatora za ramię odciągnął go na stronę.

- Nie wiem, czy kojarzysz, ale istnieje coś takiego jak przysięga Hipokratesa i wyobraź sobie, że ją składałem. Nie mówiąc, że to nasza przyjaciółka - detektyw chciał się oczywiście wtrącić, ale John nie pozwolił mu wydać choćby jednego dźwięku. - W takim razie to moja przyjaciółka i nasza sąsiadka. Przynieś torbę.

Sherlock zrobił minę jakby kazano mu pójść pod okno Mycrofta i śpiewać mu serenady, ale posłuchał Johna. Ze świętym oburzeniem co prawda, ale zawsze to coś. Sophie ledwie powstrzymała śmiech. Za nic nie rozumiała dynamiki w relacjach tej dwójki i wątpiła czy chciała nawet zrozumieć. Oglądanie bruneta sprowadzonego do parteru było wszystkim czego potrzebowała do szczęścia. Sherlock był geniuszem, ale w przyrodzie musi istnieć równowaga i dlatego cały potencjał poszedł mu w jedną część mózgu, całą resztę pozostawiając na pastwę losu. Zwłaszcza te obszary odpowiadające za interakcje społeczne. Postanowiła sobie, że za wszelką cenę musi poznać rodziców braci Holmes. Ich matkę trzeba wynieść na ołtarze. Nikt, kto nie jest na wskroś święty nie wytrzymałby z nimi tyle czasu, nie lądując po drodze w psychiatryku.

- Na pewno nic pani nie jest? - zapytał głos dobiegający z kuchni, którego właścicielem okazał się spotkany poprzednio inspektor ze Scotland Yardu. - Wcześniej sądziłem, że zacznie pani kasłać cegłami.

Dziewczyna przyjęła od niego kubek herbaty.

- Dziękuję, i proszę mówić mi Sophie.

- Greg - przedstawił się i zwrócił się do Johna. - Może trzeba zawieść ją do szpitala.

Norton słysząc to o mało się nie opluła. Szpitali nienawidziła jeszcze bardziej niż Holmesa.

- O, co to, to nie - zaprotestowała chcąc poderwać się z kanapy, ale John powstrzymał ją.

- To nie powinno być konieczne. Osłucham ją, ale sądzę, że to zwykła grypa. Kilka dni w łóżku i aspiryna powinna załatwić sprawę. Jeśli będzie trzeba wypiszę antybiotyk.

- Ja proponuje arszenik - wtrącił detektyw, który właśnie wrócił z torbą Watsona. - Powinien jej pomóc. Moje problemy na pewno by rozwiązał.

- Sherlock! - skarcił go John, wyrywając mu torbę.

- Stwierdzam zaledwie fakt - objaśnił nonszalancko Holmes i spojrzał się na doktora z nieukrywaną irytacją. - Czy nie powinieneś czasem sprawdzać Connie Prince?

- Tylko ją zbadam - odwarknął Watson, czując, że animozje, które brunet okazywał Sophie były coraz bardziej irracjonalne. - Chodź, Sophie, położysz się u mnie w pokoju. W razie czego Sherlock będzie na dole.

- I to niby miało mnie uspokoić? - zapytała dziewczyna, która na każde wspomnienie detektywa stawała się coraz bardziej blada.

- Nie jestem pielęgniarką! - wrzasnął za nimi Holmes i z wściekłością zaczął przyczepiać do ściany zdjęcia z kostnicy.

Lestrade skrzywił się, kiedy brunet wbił pineskę. Nie chciałby być teraz na miejscu tej ściany. Chociaż patrząc na ślady po kulach, to mała akupunktura nie była w jej przypadku chyba niczym wyjątkowym.


Sophie nie mogła zasnąć za żadne skarby świata. Przewracała się z boku na bok po łóżku Johna niczym wściekły zając. Dzięki Bogu, po jakimś czasie pani Hudson nawiedziła ją swą obecnością i gorącym rosołem. Dziewczyna była wdzięczna, ale nie chciała wyjść przed tym napuszonym pacanem na jednostkę ułomną i uparła się, że zje w kuchni. Siorbała zupę, podczas gdy Holmes, Lestrade i pani Hudson dyskutowali o śmierci prezenterki telewizyjnej. Sophie nigdy jej nie spotkała, ale z tego co mówili jej chłopcy była z niej straszna zołza. Wszyscy Princowie musieli być chyba nawiedzeni, bo Jo wspominał jej, że przez dłuższy czas nie mógł zbliżać się do studia, w którym kręconą jej program, bo brat dzisiejszej denatki śledził go jak cień. Podobno miał słabość do Latynosów.

Kiedy uporała się z rosołem pani Hudson z wściekłym uporem chciała wcisnąć jej dokładkę. Dziewczyna bała się, że staruszka zdzieli ją chochlą po głowie, ale w ostatniej chwili okrutny atak na jej czaszkę przerwała osoba, której wcale by o to nie podejrzewała. Sherlock wpadł do kuchni niczym tornado i zamachał jej komórką przed nosem, co spowodowało wrzucenie wstecznego przez niedawno przyswojony obiad.

- Daj mi aparat!

- Hmmyy? - wymruczała, próbując powstrzymać nadchodzący haft.

- Zajmujesz się wszelką kulturą wizualną. Widziałem u ciebie zdjęcia, które wymagają niezłego warsztatu i sprzętu. Musisz mieć profesjonalny zestaw fotograficzny. Jest mi potrzebny.

- Sherlock, nie widzisz, że to biedactwo ledwie siedzi - oburzyła się pani Hudson. - Kochanie, powinnaś się położyć.

Sophie spojrzała spode łba na górującego nad nią detektywa, przypominającego bardziej zbulwersowanego Smauga niż jakąś inną istotę. Nawet głos miał odpowiedni. Będzie musiała zaciągnąć go kiedyś na casting do dubbingu. Tym swoim barytonem zrobiłby międzynarodową karierę… co nie zmieniało faktu, że poważnie rozważała zwymiotowanie mu na garnitur.

- Aparat - nie ustępował.

- Idź się powieś na kaktus.

- To John po mnie dzwonił. Potrzebna mu pomoc, a do tego potrzebny mi profesjonalny aparat.

Amerykanka przygryzła policzek. Niech wszyscy diabli porwą tego przeklętego frajfusa… z jakiej paki wiedział dokładnie, z której strony ma ją podejść, żeby najbardziej ubodło? No dobra, nie było trzeba być do tego geniuszem, a Holmes nim był, ale i tak było to niewymownie wkurzające.

- W mojej sypialni w szufladzie pod modelem De Loreana - przyznała z rezygnacją.

Mężczyzna słysząc to wyszczerzył się jak głupi, ukazując swą wyższość poprzez skrzący uśmiech i bez choćby jednego dziękuję, skocznym krokiem udał się do dziury w ścianie.

Pani Hudson pocieszająco poklepała ją po ramieniu.

- Nie martw się. Sherlock, to dziwny młody człowiek, ale rozsądny. Twój aparat na pewno jest bezpieczny.

- Rozsądny? On?

Staruszka słysząc powątpiewanie w jej głosie roześmiała się wręcz perliście i nalała jej tą przeklętą dokładkę.

- A teraz wcinaj, raz dwa.

Sophie zzezowała wzrok na trzymanej łyżce. Ciekawe, czy można nią było zrobić seppuku?


Wieczorem, kiedy pan doskonały zechciał w końcu wrócić z pogoni za psychopatami z jej aparatem, wiedziała, że coś jest nie tak, odkąd usłyszała trzaśnięcie drzwi. Zamykanie drzwi może powiedzieć o nastroju osoby je zamykającej bardzo wiele. To trzaśnięcie świadczyło o skrywanej wściekłości, która groziła eksplozją mogącą znieść z powierzchni pół miasta. Sophie podkuliła nogi pod siebie i mocniej otuliła się kocem. Od jakiegoś czasu rozwiązywała sudoku w salonie, chcąc być jak najbliżej jednego z jej największych skarbów, gdyby potrzebował on pomocy lub zemsty. Jednak widząc detektywa maszerującego do siebie i bez słowa zamykającego się w pokoju niczym zbuntowany nastolatek, wiedziała, że coś poszło nie tak. Widok zmęczonego Johna jedynie ją w tym utwierdził.

- Co się stało? - zapytała.

Watson westchnął i usiadł koło niej z rezygnacją spoglądając w sufit.

- Zamachowiec wysadził w powietrze kobietę. Sherlock rozwiązał sprawę, ale tamten i tak ją wysadził, a przy okazji także kilka innych osób.

Sophie wciągnęła ze świstem powietrze przez przypchany nos. Oglądając wiadomości czuła, że wybuch gazu, o którym w nich informowali był podejrzany, ale nie przypuszczała, że nowy znajomek Sherlocka będzie wysadzać zupełnie obce osoby. To była jakaś loteria, czy co?! Ze złością spojrzała na zamknięte drzwi, ale nie słysząc zza nich żadnego dźwięku uspokoiła się. Nigdy wcześniej nie widziała go tak wściekłego. Zawsze był zły na kogoś, przeważnie na nią, ale tym razem cała ta nienawiść skierowana była na inną osobę, na Sherlocka Holmesa.

- Myślisz, że nic mu nie będzie? Wydawał się być poruszony.

- Bo jest - przyznał John, również wpatrując się w zamknięte drzwi. - Nie jestem tylko pewny czy z właściwego powodu.

- Co masz na myśli?

- To, że nie wiem, czy Sherlock jest wściekły bo dopuścił do śmierci niewinnych osób, czy dlatego, że przegrał. Czasami nie wiem, czy wszystko to w ogóle go obchodzi i nie jest tylko formą jakiejś pokręconej rozrywki.

- Nie - odpowiedziała z pewnością, zyskując tym sobie pytające spojrzenie. - To największy dupek jakiego znam, ale kiedy cię porwali porządnie nim trzepnęło. Coś go obchodzi, ale obawiam się, że tym cosiem jesteś tylko ty.

Watson błagalnie spojrzał w górę.

- Chociaż ty mogłabyś nie robić mi żadnych insynuacji. Nie jesteśmy parą!

- Wszyscy tak sądzą, nawet pani Hudson - broniła się.

- Nie jestem gejem!

- Dobra, spokojnie kowboju - poddała się unosząc ręce. - Ale nawet Jo i David powiedzieli, że jesteście śliczną parą, AUĆ!

Jak na byłego lekarza wojskowego John Watson świetnie opanował sztukę walenia jaśkiem w twarz.


Przez następne kilka dni wszystko pomału wracało do normy. Udało jej się nawet znaleźć szklarza, na którego wizytę nie trzeba było czekać kilka tygodni. Watson z Sherlockiem latali w te i we w te, ale jej starali się unikać jak diabeł święconej wody. Sophie była im za to bardzo wdzięczna. Wolała nie wpaść w oko ich nowemu bombowemu przyjacielowi. Nie mówiąc już o tym, że za dwa dni wracała do pracy, a praca przy materiałach wybuchowych z drżącymi dłońmi i kaszlem nie była synonimem BHP. Na szczęście czuła się już lepiej i w podzięce dla jej osobistego doktora zrobiła mu risotto, które o dziwo zjadł nawet Holmes. Widocznie włoska kuchnia nie spowolniała jego procesów myślowych, tak jak inne jedzenie. Dziś w południe przylecieli z Ameryki nawet Jo i David, którzy teraz próbowali zapewne wyprać resztki kakao ze swej kanapy. Wszystko wracało do normy… nie licząc masy bezdomnych kręcącej się pod jej domem. Cóż, jak to mówią: nie można mieć wszystkiego.

- Jak się czujesz?

Właśnie oficjalnie dostała zawału.

- Czyś ty do reszty zgłupiał! Chcesz mnie zabić?! - wrzasnęła na stojącego w wejściu do łazienki detektywa, który podstępnie wkradł się do jej mieszkanie przez dziurę w ścianie niczym jakiś cichociemny.

- Chciałem zapytać się jak się czujesz. To chyba normalne?

- Właśnie! A, ty nie robisz normalnych rzeczy. Czego chcesz?

Sherlock chciał zaprotestować, ale widząc jej minę postanowił przejść do rzeczy.

- Potrzebuję…

- Nie dam ci mojego aparatu ani tym bardziej samochodu. Jo wrócił, więc o audi nawet nie myśl.

- Chciałem powiedzieć, że to ty jesteś mi potrzebna.

Sophie chciała mu nagadać, ale słysząc to dosłownie zabrakło jej słów.

- Że co, proszę?

- Jesteś mi potrzebna - powtórzył. - Chodzi o te skradzione dane.

Chciała kazać mu spadać, ale wzrok detektywa powstrzymał ją. Po raz pierwszy nie patrzył się na nią jak na karalucha. Jego obecność nie była także podyktowana złością ani wścibstwem.

- A John? - zapytała w końcu.

- Jest u Sary. Z resztą nie chcę go mieszać.

- A mnie możesz? Wiem, ze nie zależy ci na mnie nawet w jednej dwudziestej tak jak na nim, ale nie uważasz, że to ciut niekulturalne?

- Nie, bo John w przeciwieństwie do ciebie w razie potrzeby nie odjedzie, a głupio rzuci mi się na ratunek.

- No, to żeś mnie zachęcił, nie ma co - drwiła.

- W takim razie wezmę taksówkę - oświadczył i udał się do wyjścia. Tym razem korzystając z drzwi frontowych.

Nie zszedł nawet do półpiętra, kiedy pękła.

- Kurwa mać! - zaklęła i wybiegła za nim.


Siedzenie w samochodzie i czekanie nie wiadomo na co naprzeciwko szkolnego basenu nie było robotą szpiegowską rodem z Bonda. Choć nie sądziła, żeby przeciętny agent jej królewskiej mości latał z jet packiem i wybijał Ruskich jak muchy. Będzie musiała podpytać się o to Croftiego, gdy zobaczy go następnym razem. Walnęła głową w kierownicę. Starszy z Holmesów zabije ją na miejscu, gdy tylko dowie się, że pomogła Sherlockowi w czymś zapewne na wskroś głupim. Oczywiście ona miała tylko czekać w samochodzie i w razie potrzeby wezwać Lastrada i odjechać, ale Sherlock w każdej chwili mógł dostać w czambuł i to tak na amen. Może powinna zadzwonić do Crofta? W końcu za coś jej niby płacił. Poza tym przypuszczała, że prewencja była w tym przypadku ważniejsza niż zdawanie raportów z głupstw jakie popełnił jego brat.

Wyciągnęła komórkę i wybrała numer, który odpowiedział po kilku sygnałach.

„Panna Norton, jak miło, choć muszę przyznać, że nie spodziewałem się…"

- Crofti, to nie czas na fałszywe uprzejmości - wcięła mu się. - Mam wrażenie, że Sherlock zrobił coś głupiego, a ja mu w tym pomogłam.

„Tak?" zapytał już naturalnie, czyli poważnie. „Co znowu on wymyślił?"

- Dokładnie nie wiem, ale ma to coś wspólnego z tymi skradzionymi danymi. Spodziewa się kłopotów, bo kazał mi nasłuchiwać strzałów.

„Gdzie jesteście?"

- Przy… - nie dokończyła, bo przerwało jej pukanie w okno. Przy samochodzie stał Jim z Bartsa, ale wyglądał zupełnie inaczej. Miał na sobie drogi garnitur, który absolutnie nie krzyczał „jestem gejem", a raczej „mam wszystko, a ty nic". Sophie nie przypuszczała, że miała jakiś wybór. Opuściła nieco szybę.

- Panna Norton - powiedział uprzejmie. - Cóż za niespodzianka. Muszę przyznać, że się ciebie tu nie spodziewałem.

- Mogę powiedzieć to samo - przyznała, nie potrafiąc powstrzymać paniki w głosie.

„Sophie, kto to?" zapytał Mycroft, który właśnie wyjątkowo szybko stukał w klawiaturę.

- To pewnie Mycroft - zgadł Jim. - Powiedz mu, że go pozdrawiam.

- Masz pozdrowienia od Jima.

„Sophie, daj mi go do telefonu".

Mężczyzna musiał to usłyszeć bo wyszczerzył się jak neony na Time Square w sylwestra. Z niecierpliwością wyrwał jej telefon, ale zamiast przyłożyć go do ucha, pokazał mu język i wyrzucił za siebie.

- Wolę porozmawiać z tobą niż z tym starym capem. Mam wrażenie, że to będzie dużo bardziej ciekawe.


Ogłoszenia parafialne: Następne rozdziały nieco odejdą od serialu. Wciąż nie mam zamiaru wprowadzać żadnych zmian, ale chcę powypełniać luki w timelinie między pierwszą i drugą serią oraz w czwartym odcinku.