Derek nigdy nie sądził, że obaj będą przeglądać się w jego wielkim lustrze w korytarzu, ale Stiles nerwowo poprawiał muszkę, jakby jej położenie naprawdę mu nie odpowiadało. Omega zdawał się wytrącony z równowagi, niespokojny i Derek nie potrafił go winić. Sam czuł się nieswojo i wąski krawat zdawał się go dusić, chociaż węzeł naprawdę nie był mocno zaciśnięty,
- Widziałem, że poluzowałeś guzik – powiedział Stiles i brzmiało to oskarżycielsko.
- Nie lubię oficjalnych przyjęć – odparł Derek, zastanawiając się czy powinien powiedzieć chłopakowi, że ten dobrze wygląda.
Sam nigdy nie widział niczego pociągającego w muszkach, ale dziwnie pasowały do Stilesa. Jednocześnie eleganckie i ekstrawaganckie. Laura zapewne miała pokochać te białe kropki, które dodawały zadziorności muszce.
- Musisz wyglądać porządnie – stwierdził Stiles.
- Wyglądam porządnie, a ty wyglądasz naprawdę… - urwał, zastanawiając się jakiego użyć słowa.
Od kilku dni spali razem. W zasadzie sądził, że Stiles przeniesie się do swojego pokoju, ale omega już następnego wieczoru zapukał do jego drzwi, a potem długo stał w progu, jakby nie mógł się zdecydować czy wejść do środka, czy może jednak nie. Może nie wiedział czy jest w ogóle chciany w jego prywatnej przestrzeni, a Derek nie miał naprawdę nic przeciwko. Drugi pokój został przygotowany, aby Stiles nie czuł się przymuszony do czegokolwiek.
Spali razem, dotykali się często, przelotnie i specjalnie, przypadkowo i krótko, i każde z tych małych muśnięć zaczynało znaczyć coraz więcej. Stiles coraz częściej turlał się w jego stronę, gdy spał, jakby szukał ciepła, a Derek upewnił się, aby temperatura w mieszkaniu została podwyższona.
- Wyglądasz świetnie, nie masz się o co martwić – powiedział do omegi.
Stiles skrzywił się tak, jakby nie wierzył w ani jedno jego słowo.
- Jeśli poczujesz się zmęczony, postaram się wyrwać nas wcześniej – obiecał mu Derek.
Stiles spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Nie możemy wyjść. Masz być alfą tego terytorium, a to znaczy, że podczas przedstawiania swojego partnera jednocześnie siebie masz pokazać jako faktycznego przyszłego przywódcę. Nie wspomnę o tym, że Rezerwat chociaż został przyłączony do waszego terytorium wciąż pozostaje pod moją pieczą. O Iskrach nawet nie będę zaczynał… - ciągnął dalej Stiles.
- Nie musisz się od razu zaperzać. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego jak ważna jest ta kolacja – poinformował go Derek spokojnie. – Nie ma powodu panikować – dodał.
- Nie ma powodu panikować?! – spytał Stiles podniesionym głosem.
- Tak, ponieważ to wyczują. I jeśli zrobisz dwa głębokie wdechy to zdasz sobie z tego sprawę – odparł, wpatrując się teraz w oniemiałego Stilesa. – Obaj nie możemy panikować. Wychowałem się na tych przyjęciach i całym sercem ich nie cierpię, ale jeszcze nigdy nie udało mi się wymigać od żadnego. I zapewne już nie uda – dodał Derek. – I jesteś ponad to, Stiles. Wiem to, bo cię znam. Nie ugiąłeś się, nie pozwoliłeś się złamać przez gorsze rzeczy niż spotkanie z kilkoma podstarzałymi alfami…
Stiles oddychał coraz szybciej, bo w zasadzie nie miało sensu. Powinien się uspokajać. Derek zatem wyciągnął dłoń i ścisnął jego ramię, decydując się w końcu wejść w przestrzeń chłopaka. Zawsze robił to z ociąganiem, woląc, gdy omega przychodził sam, gdy tego potrzebował. Może to trochę pomagało poczuć mu się lepszym – tym, który dawał zamiast oczekiwać i ciągnąć w swoją stronę.
- Dwa głębokie wdechy – powiedział spokojnie Derek i Stiles wpatrując się w niego wziął głębszy wdech.
A potem kolejny. I jeszcze jeden. I zdawał się faktycznie uspokajać.
- Te przyjęcia nie są miłe i kulturalne – ciągnął dalej Derek. – Nie będzie to spotkanie starych przyjaciół przy herbacie i ciastkach.
- Wiem – odparł Stiles. – Alfy mają tendencje do obnoszenia się ze swoją siłą i wielkością… terytorium – dorzucił, sugestywnie robiąc przerwę przed ostatnim słowem.
Derek przewrócił oczami.
- Możesz temu zaprzeczyć? – spytał ciekawie Stiles. – O czym rozmawialiście ostatnim razem z kolegami?
Derek nie mógł sobie przypomnieć. Nie przepadał za ludźmi, co nie było tajemnicą. Jego pozycja w watasze dawała mu pewną popularność i wiedział, że jest miły dla oka, więc i omegi często bywały w jego towarzystwie, ale nigdy nie zwracał uwagi o czym rozmawiają, gdy jest to poza protokołem.
Zresztą od kiedy tylko Stiles wprowadził się, nie wyszedł na piwo z Boydem czy Stevem. Nie miał na to czasu i po prostu lepiej czuł się w mieszkaniu, gdzie wciąż unosił się zapach omegi, nawet gdy Stilesa nie było w środku.
- To jest jedna z tych sytuacji, że wiesz o czymś o czym nie pamiętam? – spytał Derek, marszcząc brwi.
Stiles zbił usta w wąską kreskę.
- Jeśli tego nie pamiętasz, nie będę wracał do tematu – powiedział Stilinski, robiąc kolejny głębszy wdech.
Tym razem Derek nie mógł od niego wyczuć żadnych emocji. Normalnie by go to usatysfakcjonowało, ale w tej sytuacji zaczynał czuć się niepewnie.
- Coś jest nie tak – stwierdził, nie puszczając ramienia Stilesa. – Powiedz mi co – zażądał. – To nie fair, gdy łowisz w ten sposób informacje, a ja nie wiem o czym mówisz.
Stiles odchrząknął odwracając od niego wzrok.
- Po prostu jestem trochę idiotą czasem – przyznał chłopak, drapiąc się nerwowo po karku, a potem spojrzał na niego ponownie.
Derek nie potrafił rozgryźć do końca, co się właśnie stało, ale wciąż czekał cierpliwie na odpowiedź.
- Mam nadzieję, że nie chwalisz się tym, co… - urwał Stiles. – Tym czego w tej chwili nie robimy – odchrząknął zakłopotany. – Znam Scotta, a on ma niewyparzony język. Wiem, że pewnie to uraża twoją męską dumę, że my nie…. – urwał.
- Nie bawią mnie podobne rozmowy – stwierdził krótko Derek i Stiles pokiwał szybko głową, jakby się już tego domyślił.
Omega wziął kolejny wdech i zrobił ostrożny krok w jego stronę, a potem pocałował go miękko w usta, cofając się zanim Derek jakkolwiek zdążył zareagować.
- Dziękuję za uspokojenie mnie. Musimy już iść, bo będziemy spóźnieni – odparł Stiles.
Szeryf wyglądał na równie zakłopotanego, co Melissa, ale oboje uśmiechnęli się na ich widok. Derek rozpoznawał kilka znajomych twarzy z Rezerwatu. Lydia i Danny z kieliszkami w dłoniach stali przy jednym z okien, rozmawiając ze Stevem i Laurą. Anna i Peter nie opuszczali boku jego matki zapewne od dobrych dwudziestu minut. Jego wuj zawsze upewniał się, że będzie przynajmniej świadkiem najważniejszych rozmów.
Derek był trochę zaskoczony, gdy nie zobaczył Deatona, ale za to Chris Argent dołączył do Melissy i szeryfa, wyglądając na mocno znudzonego.
Szum rozmów unosił się nad pomieszczeniem i Derekowi trudno było wyłowić pojedyncze słowa. Dostrzegał kilka alf watah, z którymi podjęli we wcześniejszych latach współpracę i zdał sobie sprawę, że jak pozostała część wilkołaczego społeczeństwa musieli być wpuszczeni do środka terytorium. Nigdy nie spytał Stilesa jak tak właściwie radzili sobie z popiołem i granicą wyznaczoną przez magię. Deaton nie wyglądał na człowieka, który spędzał dzień przy drodze upewniając się, że każdy kto chce i ma do tego uprawnienia wjedzie i wyjedzie z Beacon bez problemów.
Oczywiście istniała możliwość objazdu ich terytorium, ale zawsze lepiej było znaleźć się w mieście.
- A oto i młoda para – powiedział ktoś i Derek odwrócił się w stronę starszego alfy, który spoglądał w stronę Stilesa z widocznym zaskoczeniem.
Omega, jeśli się spiął, nie dał tego po sobie poznać.
- Chcę przedstawić mojego partnera i przyszłego męża – zaczął Derek spokojnie, wiedząc, że wszyscy go usłyszą.
Nie ustalali ze Stilesem czy w ogóle się pobiorą, ale dla wilkołaków była to sprawa drugorzędna. Jednak szeryf był człowiekiem, więc równie dobrze mogli uszanować jego odczucia w tym względzie.
- Stiles Stilinski – powiedział Derek, nie pozwalając swojemu głosowi drgnąć.
- Jeszcze Stilinski – dodał Stiles, uśmiechając się do niego, jakby był jego słońcem na niebie i jedyną gwiazdą prowadzącą go po morzu.
Derek zaczynał powoli podziwiać jego talent aktorski. Zwieść alfę było sztuką, a jego samego przecież Stiles wodził za nos przez tygodnie. Powinien wiedzieć, że dla chłopaka to był chleb powszedni.
Alfa nie był pod wrażeniem tej niby słodkiej narzeczeńskiej uzupełnianki, ale tego też nie oczekiwał. Jego matka machała już w jego stronę, ratując ich z opresji i czekało ich oficjalne przedstawienie. Objął Stilesa ręką w pasie, popychając go lekko w żądanym kierunku. Ten wieczór miał być naprawdę długi.
Stiles prawie nie jadł. Derek nie był zaskoczony. Alfa, którego wataha zajmowała część Teksasu i tuż przygranicze Meksyku zdążył już wytknąć nieobecność Deucaliona przy stole. Stronnictwo było aż nazbyt widoczne i jego matka uśmiechnęła się szeroko, informując go, że zaproszenia zostały rozesłane zgodnie ze zwyczajem.
Stiles wyglądał, jakby miał ochotę wtrącić swoje trzy grosze, ale powstrzymał się. Normalnie mógł dyskutować z jego matką, ale na spotkaniach takich jak to – tylko podważył jej pozycję. Może i ceniono coraz bardziej omegi, ale to geriatryczne towarzystwo łypało w stronę Anny i Stilesa w sposób, który zaczynał drażnić Dereka.
Zaczynał rozumieć, że Peter faktycznie lepiej wpasowałby się w przyszłe obrady starych pryków.
Szeryf korzystał z życia i zabrał się za najcięższe mięsa pomimo napomnień Melissy. Stiles chyba musiał przyznać mu dzień dyspensy albo po prostu omega wziął sobie za punkt honoru w ogóle nie zabierać głosu przy stole. Zdawał się być zbyt nieruchomym jak na niego. Każdy jego gest był wyważony i Derekowi zaczynało brakować jego normalnej gestykulacji, która być może powodowała wypadki, ale jednak stanowiła miłe urozmaicenie.
Samoograniczający się Stiles stanowił tragiczny widok. Jakby całe życie odpłynęło z chłopaka i zostało zastąpione przez metalowe serce maszyny. Roboty zresztą i tak miały zapewne więcej wigoru.
Alfa Austin, a przynajmniej Derekowi wydawało się, że mężczyzna tak kazał się tytułować, nie spuścił ich z oka. Jeśli szeryf wyczuł jakiekolwiek napięcie przy stole, nie dał tego po sobie poznać. W zasadzie mężczyzna nie wydawał się też zaskoczony dogaduszkami, które prowadzono i Derek musiał przyznać swojej matce, że posiadała zaskakującą ilość brudów na pozostałych. Z czego nie korzystała i trzymała w zanadrzu na faktycznie konieczne czasy? Nie był pewien, ale zapewne już niedługo miał zostać z tym zapoznany.
Bliźniacy zajmujący krzesła po obu stronach alfy, wyglądali na znajomych, ale Derek nie potrafił ich umiejscowić. Zresztą nie przestawili się. Nie był nawet pewien czy obaj nie są betami, które Austin przygarnął, aby wykazać się tym, że jego świta – największa przy tym stole – odzwierciedlała faktyczne jego wpływy.
Stiles miał rację. To było nic innego jak chwalenie się, kto ma większego. I kobiety nie ustępowały tutaj mężczyznom, więc to musiała być po prostu alfia kwestia.
Przenieśli się do mniejszego salonu po skończonej kolacji, aby nie przeszkadzać sprzątającym stół. Stiles wciąż nie opuścił jego boku, chociaż zdążyli porozmawiać chociaż z szeryfem i Laurą. Lydia zdawała się znajdować dokładnie w miejscu, w którym powinna i przyjmowała komplementy, jak najbardziej zasłużone, pewnie spodziewając się przyszłych ofert matrymonialnych. Derek nie miał wątpliwości, że każdego z synów tych idiotów odrzuci bez mrugnięcia okiem. Jednak pochlebiali jej, a ona zdawała się uwielbiać komplementy.
- Pójdę do ojca – powiedział Stiles w pewnej chwili. – Wydaje mi się, że alfa Hale chce z tobą porozmawiać w gabinecie – poinformował go szeptem.
Faktycznie jego matka stała w jednym z wyjść i sugestywnie spoglądała w jego stronę.
- Wrócę jak najszybciej będę mógł – obiecał, puszczając chłopaka.
Stiles tylko uśmiechnął się, namierzając swojego ojca i Melissę. Derek nie odszedł daleko, gdy poczuł cudzą rękę na gardle, lekko zdezorientowany, że ktokolwiek zdołał go podejść. Zapach metalu uderzył go w nos i zamarł, ponieważ nikt nie miał prawa wniesienia żadnej broni na ich teren. Jeśli ochrona zawiodła, zamierzał się policzyć z każdym, kto był temu winien.
Instynktownie próbował wyrwać się, ale napastnik trzymał go mocno.
- Jeśli drgniesz, szeryf zginie – powiedział alfa.
Poznał Austina bez problemu. Zdrajca musiał wiedzieć, że nie wyjdzie stąd żywy, bo przywarło do ściany zasłaniając się nim przed pozostałymi, który otoczyli go półkolem z jego matką na czele.
- Jedna próba i będziecie mogli szukać nowego zastępcy – dorzucił któryś z bliźniaków i Derek dojrzał szeryfa, który znalazł się w podobnej sytuacji.
Nie wiedział gdzie znajduje się drugi bliźniak, ale jego matka zaczynała skanować pomieszczenie wzrokiem.
- Czego chcecie? – spytała twardo głosem alfy.
Austin roześmiał się.
- To pozdrowienia od Deucaliona. Żałował, że nie może przybyć osobiście – poinformował ich wszystkich alfa.
Zaczęto wspominać o zdradzie, ale Derek nie mógł przestać patrzeć na Stilesa, który robił się coraz bledszy z każdą chwilą.
- To zdrada – powiedziała Talia. – Nie wyjdziesz stąd żywy, ani twoi pomagierzy – dodała. – Twoje terytorium zostanie przejęte…
- Daruj sobie – zaśmiał się Austin. – Wybieraj czyje życie jest dla ciebie ważniejsze, mała omego. To twój prezent od wuja z okazji zbliżającego się ślubu – dodał alfa.
Stiles spojrzał w stronę ojca, a potem z powrotem na Austina, a jego usta zacisnęły się w wąską kreskę. Derek słyszał wzmagający się szum, nie potrafił rozróżnić słów, ale doskonale poznał gest, który Stiles wykonał. Omega wygiął kark, aby naciągnąć mięśnie, jakby szykował się do ataku, ale to było totalnie bez sensu. Jak wszystko.
- Masz jedną szansę. Uwolnisz mojego ojca i Dereka, a osobiście odeskortuję was do granicy – obiecał Stiles.
Austin zaśmiał się i Derek poczuł, że ostrze, czymkolwiek by nie było, przebiło jego marynarkę.
Srebro.
Zapach krwi rozniósł się w powietrzu i nozdrza Stilesa poruszyły się lekko, gdy wyczuł charakterystyczny metaliczny aromat. Omega zamknął oczy i to wszystko nie mogło trwać dłużej niż sekundę, ale Derek poczuł jak wypełnia go coś dziwnego. Austin wrzasnął, a nacisk na jego gardło zniknął niemal tak nagle jak się pojawił.
Zdążył dostrzec tylko, że szeryf stojący po drugiej stronie pokoju jest jasną pochodnią światła, a bliźniak, który groził mu śmiercią płonie. Sam nie wiedział czy może się ruszyć. Nie chciał nawet spoglądać za siebie aż krzyk usta.
Stiles wygiął usta w półuśmiech satysfakcji, a potem oparł się o Lydię, która przysunęła się w jego stronę w ostatniej chwili.
