Jak było naprawdę

— Witajcie, towarzyszu Bielik — powitał go Karkarow, rozciągając usta w szerokim uśmiechu i błyskając złotym zębem, osadzonym co prawda na dość dalekich pozycjach, ale wciąż widocznym. — Zwracam się do was o pomoc, jako do przedstawiciela bratniego narodu. Pomożecie?

Bogdana nieco oszołomiły te słowa, nie tylko dlatego, że na tym braterstwie z narodem radzieckim Polska nienajlepiej wyszła. Komunizm zasadniczo rzecz biorąc dobiegł końca, ale najwyraźniej na wschodzie wciąż trzymał się jeszcze całkiem mocno.

— Musicie nam pomóc, towarzyszu! W was cała nadzieja! Wy jedni możecie odbudować quidditchową potęgę Durmstrangu, cudotwórco z Zadaru! Skoro piętnaście sekund to dużo czasu, to pomyślcie, co zdołacie osiągnąć w pół roku!

— Pan mnie chyba z kimś myli — odparł Bielik stanowczo.

Ponieważ jednak z szaleńcami należy postępować ostrożnie, postanowił wysłuchać propozycji tego cudaka w białym futrze. Pospiesznie zaprowadził Rosjanina do położonego na uboczu małego pubu, obawiając się, że przeciwnym wypadku jakiś mugol mógłby powiadomić policję, WOP i żandarmerię wojskową, że po ulicach miasta biega luzem niedźwiedź polarny, który zapewne uciekł z zoo. Cudzoziemiec był w tym stroju niezwykle do niego podobny, nie licząc ogromnej, futrzanej czapy z przyczepioną do niej czerwoną gwiazdą.

Nieco później, gdy Karkarow wyłuszczył już całą sytuację, podkreślając, że Durmstrang zajmuje wprawdzie znamienitą przedostatnią pozycję i że liczy się przede wszystkim uczestnictwo, a nie wygrana, to jednak należałoby już skończyć z tymi wygłupami i wziąć się do roboty, by powrócić na słusznie należne Instytutowi miejsce w czołówce. Miał nadzieję, że wielki trener im nieco w tych zabiegach dopomoże.

— Ile jest straty do lidera? — zapytał Bogdan fachowo, upijając nieco cienkiej lury, przez niezwykle dowcipnego barmana nazwanej zapewne dla niepoznaki kawą. Cóż, grunt, że była podana w czystej szklance.

— Niewiele, naprawdę niewiele...

— Ile?

— Cóż to dla trenera waszego formatu, towarzyszu, wszakże w meczu ze Szwecją pod znakomitym przewodnictwa towarzysza trenera wasze orły nadrobiły jedenaście bramek w...

— I l e? — zapytał z naciskiem Bielik.

Karkarow najpierw trochę pobladł, potem odchrząknął, wychylił szklankę zimnej już herbaty do dna, zapominając, że wcześniej mu nie smakowała, i wreszcie wykrztusił z siebie:

— Osiemdziesiąt...

— Osiemdziesiąt punktów?

— Osiemdziesiąt bramek.

Jak łatwo oszacować dawało to okrągłą liczbę ośmiuset punktów, którą należało nadrobić w ośmiu meczach, przystępując do nich po niecałych ośmiu tygodniach treningów. Bogdan pomyślał, że trochę za dużo tych ósemek. Chińczycy byliby zachwyceni, Rosjanie mieli wszelkie prawo, by cyfrę tę szczerze znienawidzić.
Bielik, który szczycił się tym, że zawsze przeprowadza dokładnie rozpoznanie, z niejakim trudem zdołał wyciągnąć z Karkarowa to i owo na temat sytuacji Durmstrangu i ogólnych warunków pracy. Jeżeli jednak chodziło o uzyskanie jakichś bliższych informacji o samej szkole, to dyrektor nabrał wody w usta.

— Gdzie właściwie znajduje się Durmstrang? — zapytał Bogdan.

— Nie mogę tego panu powiedzieć, towarzyszu. To tajne.

— To może chociaż tak w przybliżeniu? Europejska część Rosji? Azjatycka?

— Niestety, tego również nie mogę zdradzić.

— To co pan właściwie może?

— Mogę towarzyszowi trenerowi dać umowę — powiedział Karkarow pośpiesznie, najwyraźniej nabierając przekonania, że negocjacje wkraczają w kluczową fazę. Wyciągnął zza pazuchy futra długi zwój pergaminu i podsunął go trenerowi. Tylko dzięki wyrobionemu refleksowi, nabytemu podczas wieloletniej gry na boisku, Bielikowi udało się go złapać, zanim dostał nim w twarz. Skoro go już złapał, to mógł go równie dobrze rozwinąć, a skoro już rozwinął, to stwierdził, że nie zaszkodzi spojrzeć. Przebiegł wzrokiem tekst umowy i gdy dotarł do wynagrodzenia, jego brwi podjechały ze zdziwienia do góry.

— Nie zgubił pan tu przypadkiem jednego zera? — zapytał z przekąsem.

— Ten punkt umowy jest oczywiście do renegocjacji — powiedział słodko Karkarow. — Zawsze możemy podnieść pensję o kilkanaście galeonów.

Mina Bielika dość jednoznacznie wyrażała, co sądzi o takim skąpstwie.

— Wobec tego może kilkadziesiąt? — pośpiesznie poprawił się dyrektor Durmstrangu.

— Proszę pana, tu nawet nie o wynagrodzenie chodzi, tylko, że tak powiem, o pewne zasady. Niepokoi mnie na przykład punkt mówiący, że nie można wspominać o niczym, co mugolskie, bo to kapitalistyczno-imperialistyczny wróg proletariackiego czarodziejskiego ludu.

Da — potwierdził Rosjanin z poważną miną.

— A czarodzieje mieszający się z mugolami to zdrajcy narodu i wywrotowcy.

— No bo tak jest przecież — odparł z przekonaniem Karkarow.

Bogdan spojrzał na niego wzrokiem człowieka, który był daleki od podzielania tych poglądów.

— Mój ojciec był mugolem.

— Co mówicie, że jest tam napisane, towarzyszu trenerze? — Karkarow pośpiesznie wyrwał mu kontrakt. — Chyba użyliśmy trochę niewłaściwego sformułowania, ostatecznie rodziny się nie wybiera.

Bogdan jednak nie bardzo miał ochotę podjąć pracę w przesiąkniętej komunistyczną propagandą instytucji, gdzie będzie traktowany jako jednostka drugiej kategorii. W dodatku ta podejrzana szkoła znajdowała się zapewne gdzieś na Syberii z dala od wszelkiej cywilizacji, a pensja, którą mu zaoferowano, była nieznacznie tylko wyższa od zarobków ciecia Jastrzębi z Gdyni, pracującego tam na ćwierć etatu.

Karkarow, słysząc odmowę, okazał głębokie zdziwienie. Na nieszczęście okazało się, że niełatwo jest się od niego uwolnić.

— Proszę pana, to naprawdę nie ma sensu — powiedział Bogdan, odrobinę zdenerwowany nałaźliwością gościa ze wschodu. — Już dwadzieścia minut temu powiedziałem panu, że uprzejmie dziękuję za ofertę...

— Doprawdy? Minęło niczym dziewięć — wtrącił dyrektor Durmstrangu.

— ...a pan wciąż nie chce mnie wypuścić.

Gdy Karkarow po raz osiemdziesiąty szósty upewnił się, że Bielik nie jest jednak zainteresowany ofertą Durmstrangu westchnął tak boleśnie i głośno, że wisząca pod sufitem najeżka urwała się ze sznurka i wpadła do zupy klienta, siedzącego przy sąsiednim stoliku, ochlapując wszystkich naokoło.

— Wyrwaliście mi serce, towarzyszu trenerze, i wielce rozczarowali — oświadczył Karkarow, machinalnie wycierając twarz serwetką. — Powiedziano mi, że Bogdan Bielik nigdy nie rezygnuje.

Bogdan, którego cierpliwość, na ogół i tak niezbyt wielka, osiągnęła właśnie swoje granice, podnosił się już od stołu. Nadludzkim wysiłkiem zdołał pożegnać się z tym nieprzyjemnym typem w cywilizowany sposób i skierował się ku drzwiom. Karkarow jednak wypadł za nim i zdołał go jeszcze zatrzymać.

— To może chociaż autograf, towarzyszu trenerze? — zapytał, podsuwając mu mały arkusz pergaminu i pióro. — Młodzież się ucieszy. A potem już się mnie pozbędziecie.

W przypływie trudnej do wytłumaczenia bezmyślności Bogdan dał się to naciąć. Skreślił szybko swój podpis, nie zauważywszy, że Karkarow patrzył mu na ręce wzrokiem wyjątkowo wygłodniałej hieny. Ledwie skończył, dyrektor Durmstrangu łapczywie wyszarpał mu pergamin. Bielika odrobinę to zaniepokoiło. Po chwili zaniepokoił się znacznie bardziej, bo Karkarow, czule przyciskając pergamin do piersi, odtańczył coś, co przypominało trepaka, wydając z siebie triumfujące okrzyki, które spłoszyły wszystkie mewy z całego skweru.

— Czy pan się dobrze czuje? — zapytał Bogdan ostrożnie.

— Towarzyszu Bielik, ja się nie czuję! Ja szaleję z radości, żeście się zdecydowali.

— Na co? — zapytał Bielik, mając jakieś złe przeczucia.

Karkarow machnął pergaminem, pokazując go trenerowi z bezpiecznej odległości. Bogdan zdrętwiał. Narzucone na kartkę zaklęcie maskujące zniknęło, ujawniając, że w rzeczywistości był to ów nieszczęsny kontrakt, pod którym on sam, jak ostatni idiota, złożył podpis.

— Od tej chwili, towarzyszu Bielik, należycie do partii. To znaczy do Durmstrangu — oświadczył uroczyście Karkarow. — Oczekujemy, że towarzysz trener stawi się w Instytucie za trzy dni. Niezbędne dokumenty i przepustkę wraz z pozwoleniem na świstoklik prześlemy pocztą.

I zanim Bogdan zdążył zaprotestować, dyrektor pośpiesznie się deportował. Trener obejrzał się i ujrzał na horyzoncie niezwykle ponuro wyglądający żaglowiec, na którym wciągano właśnie na reje czarne, postrzępione żagle. Na czubku najwyższego masztu powiewała czerwona flaga ze skrzyżowaną różdżką i sierpem.

— Zaprzedałem duszę diabłu — westchnął Bogdan z rezygnacją człowieka, który zdał sobie właśnie sprawę, że wpakował się w nielichą kabałę.

Jak łatwo się domyśleć, do domu wrócił w nienajlepszym humorze. Żona, usłyszawszy całą historię, jak zawsze okazała mu bezcenne wsparcie.

— Nie uważałeś, co robisz, to rób, co uważasz — skomentowała i poszła wyjąć z pawlacza jego kufer podróżny.

Nazajutrz na ganku domu Bogdana pojawił się biały gołąb, który jednak nie trzymał w dziobie gałązki oliwnej, a sporą kopertę, zapieczętowaną czerwonym woskiem ze znanym mu już symbolem. Uprzejma notka, dołączona do papierów, informowała, że gdyby nie wywiązał się z kontraktu, skutki byłyby równie nieprzyjemne jak po niewypełnieniu Wieczystej Przysięgi. Bielik, który mimo wszystko chciał dożyć momentu, w którym polska reprezentacja quidditcha zdobędzie wreszcie złoty medal na mistrzostwach świata, mógł tylko z pewną rezygnacją podjąć wyzwanie. Spojrzał w papiery, by sprawdzić dane, wypisane na przepustce. Potrzebował jej, by przekroczyć granice Rosji. W rubryce, w której powinny znajdować się dane ojca, wpisano „nieznany". Poczuł się ogłuszony doszczętnie.

Nic dziwnego więc zatem, że po przybyciu do Durmstrangu pierwszą rzeczą, którą zrobił, była porządna awantura, dotycząca tej własnej kwestii. Mogli go zmusić do przyjęcia tej pracy podstępem, ale własnego rodziciela wypierać się nie miał zamiaru.

— Przecież to jest kłamstwo — stwierdził z oburzeniem, pokazując dyrektorowi nieszczęsną przepustkę.

— A wolałby się towarzysz trener tłumaczyć tym wszystkim oficjelom z swojego niepoprawnego pochodzenia? — zapytał Karkarow niefrasobliwie. Był w wyśmienitym humorze i zupełnie nie przejął się pretensjami Bogdana. — A tak nie ma ojca, więc nie ma o czym mówić. A teraz porozmawiajmy o szczegółach kontraktu. Założyliśmy, że pierwszym miesiącu wyrobicie trzysta procent normy...

W tym momencie Bogdan ostatecznie utwierdził się w przekonaniu, że będzie to kilka niezwykle ciężkich miesięcy.


Definitywny koniec. Istnieje jeszcze cała lista nawiązań, które pojawiły się w "Mocnych, niezwyciężonych", ale szczerze mówiąc formatowanie tego pod fan fiction net byłoby zbyt czasochłonne, zwłaszcza że linki i tak nie będą działać. Istnieje również Fwooper Bogdana Bielika (magiczny odpowiednik mugolskiego Twittera), na którym Bogdan komentował minione Mistrzostwa Europy, ale w tym przypadku opublikować na fan fiction net tego zwyczajnie się nie da, bo portal ma irytującą tendencję do zjadania znaków specjalnych.