23 lipca, Southerdown, plaża
Obudziłem się w nocy sam. Bez budzików i takich innych.
Chmury.
Wobec tego zasnąłem. Z problemami - zza okna dochodziły odgłosy. Rozmów. I gry w coś tam. Przez moment myślałem nawet, że to nasze mamy i znajoma cioci Wither, które dość głośno gawędziły, kiedy wieczorem usiłowaliśmy usnąć - ale to nie były one.
Chciałem sobie coś poczytać, skoro nie mogłem zasnąć. Niestety - już kilka nocy wcześniej okazało się, że latarka, moja wielka, srebrna, wspaniała latarka, specjalnie pakowana na wypadek ciemnic (ma się te szczątki szóstego zmysłu, Trinny nie zgarnęła wszystkiego) i temu podobnych, przestała działać. Chciałem wtedy kogoś zamordować. Najlepiej tego samego kogoś, kto ją ode mnie pożyczał w pociągu, żeby wyłowić coś spod krzesła. Włączoną włożył do plecaka! Odkryłem to dopiero podczas wypakowywania się i byłem, co łatwo przewidzieć, wściekły.
Innych latarek, oczywiście, nie mieliśmy. Trudno wymagać, żeby kuzynki o nich pamiętały, James zaś najwidoczniej liczył na moją (no, zgadnij, kto nie umie jej wyłączać). A baterie - za drogie.
Kolejna pobudka przypadała na godzinę ósmą. Tym razem najdłużej spała Trin. Po powrocie ze śniadania również padła na łóżko - tyle że świeciło słońce, więc nie dane jej było pospać. Została siłą zaciągnięta na plażę i jest dzisiaj bardzo nie w humorze. Nieprzytomna. Ledwie dotarliśmy na plażę i zajęliśmy jakieś miejsca, pobiegła na spacerek brzegiem morza i nie wiadomo za ile wróci.
Biedna kuzynka. Tosterek malutki.
Wczoraj grała sobie w którąś z moich gier z Zonka. Skusiła i wydała z siebie dziwny dźwięk, coś pośredniego między piskiem a warczeniem.
James wybuchnął śmiechem.
- Tak? - zapytała Trin.
- Niic... - wciąż chichotał. - Przypominało mi to mały, wściekły toster.
- Toster?! - zachłysnęła się Trinny.
- No... taki mały, podskakujący. Na nóżkach.
Więc Trinny jest tosterem...
Wróciła. Zostawiliśmy ją z książką i poszliśmy się kąpać. Z kołem. Z tym że koło zaczęło być wykorzystywane dopiero po przyzwyczajeniu się do temperatury wody. A że woda dziś znowu tak zimna, że aż patrzy... Nie, gapi się. Lodowata. Udawanie, że jest jeszcze zimniejsza było niezłą zabawą. Zanurzaliśmy się zatem powoli, kroczek po kroczku, z wrzaskiem...
- Popełniam samobójstwo - oznajmił wreszcie James i zanurzył się po szyję. Spojrzeliśmy na niego ze zgrozą.
- Hehehehe! - zaśmiał się, wynurzając. - Teraz już nie będzie mi zimno!
Chwilę poczekałem. Poważnie przemyślałem sprawę: podejmowanie tak wielkiego ryzyka bez uprzedniego rozważenia wszystkich "za" i "przeciw" nie licowało z moim zwykłym rozsądkiem. W końcu zdecydowałem się.
Zatkałem sobie nos i usiadłem na dnie. Jak już się zabijać, to porządnie.
- Chory! - jęknęła z przerażeniem Star.
- To teraz już tylko ty zostałaś... - posłaliśmy jej z Jamesem szerokie uśmiechy.
- Nie, nie, nie! Nigdy! Za nic! Nie podchodźcie do mnie! Nie! Bo wrócę na brzeg!
W końcu jednak i ona się zanurzyła. Powoli: po piersi, po szyję, po pas. Kiedy już cała była mokra, uściskaliśmy jej dłonie.
- Dzielna Gwiazdka.
Na mieliznę nie popłynęliśmy - James i Starrie nie chcieli. Ale przy brzegu też można było się bawić.
James w pewnym momencie zaczął - w kole, oczywiście - udawać, iż pływa. Troszeczkę mu nie szło.
- James nie umie pływać - powiedziała Star dziecinnym głosikiem. - Głupi James, bo tonie.
Otóż to. Tylko niech mi ktoś wyjaśni, jakim cudem on nie potrafi pływać, skoro mieszka nad morzem, ja zaś, londyńczyk, potrafię?
Okopaliśmy się dzisiaj porządnie, mury zbudowaliśmy solidniejsze niż poprzednio. Podczas usypywania wałów wydobyłem z piasku coś twardego.
- O, pręt - zauważyłem, oglądając badyl.
- Widzę tu tylko jakiś stary patyk - powiedział James krytycznie.
- Więc przyjmij do wiadomości, że to to samo - odparła Starrie spokojnie.
A po obiedzie zagrałem ze Star w wojnę. Zna tylko ją i oszusta (w którego nieustannie wygrywa), mnie zaś nie chce się tracić czasu na uczenie jej czegoś jeszcze.
Star zaczęła się - jak i wczoraj - zachwycać kartami. Tymi z bardziej lubianej talii, z karykaturami . profesorów. Popularnością cieszą się przede wszystkim Dumbledore i Holz. Z tym że Stary nazywa się na tych kartach nieco inaczej...
- Merlinie! - zawołała wczoraj Star, oglądając każdą kartę po kolei. - Co. To. Jest?
- Na pewno nie Merlin - mruknąłem. - Merlina wcale nie ma, pewnie uznali, że Grindelwald lepszy. To jest Dumbledore.
- Wygląda, jakby miał kręćka - przeżywała Star wyjątkowo nieudany rysunek. - Ś w i r a!
I tak oto nasz kochany dyrektor został Świrem.
Dzisiaj gra przebiegała szybko. Starrie natychmiast straciła połowę kart. W tym asa.
- On mi skasował jednorożca! - wydarła się Gwiazdka. - Oszukuje!
- Wcale nie!
- Wcale tak!
- Oszukuję tylko wtedy, kiedy gram z nim - przyznałem wreszcie, wskazując na Jamesa.
- No a ze mną nie grasz prawie wcale - wtrącił James natychmiast.
- Nieprawda! Oszukujesz zawsze - przeżywała Starrie. - Znam cię trzynaście lat i wiem!
Hm.
- Mam Świra - zawołała wkrótce potem Star.
- Jakiego Świra, to Holz jest.
- To jest Świr Drugi - oznajmiła spokojnie. - Zobacz, cieszy się z tego eliksiru jak psychiczny.
- Ty też byś się z niego ucieszyła - odparłem, wykładając kolejną kartę.
- A co, on ma zamiar otruć Trelawney?
- Ma.
- Hurra!!
Później Starrie przyjrzała się karcie z Holzem uważniej.
- Z bliska to on wygląda, jakby go ogarniało obrzydzenie na widok tego kociołka...
- Może to eliksir ucznia? - zasugerowałem.
- Remusa. Albo twój - zdecydowała Starrie. - Chociaż może był też Petera. Albo Jamesa. Wy wszyscy jesteście wybitnymi antytalenciami w tej dziedzinie...
- O, przepraszam! - oburzyło się ostatnie z wymienionych antytalenci. - Ja jestem z naszej czwórki najlepszy.
- To, że jesteś najlepszy, nie oznacza, że jesteś dobry - odparowałem.
James udał, że się obraził.
Graliśmy sobie dalej.
- Sowa podarła książki! - Wyzywam cię na pojedynek! - Bierz te monety, szóstka jest większa od piątki, jeśli nie zauważyłaś - Mam Świra! - Hooch porwała Trelawney! - McGonagall miała zamieniać się w ładnego kota! - A zmienia się w ogóle? - Nie miałaś z nią animagii? - O, McGonagall zjadła szczura! - Aaaa! Hipogryf pokonał jednorożca!
Ponieważ hipogryf i jednorożec były asami, o które toczyła się wojna, Star zaczęła się kiwać. Z rozpaczą. Teraz nie miała już żadnych...
Każdy z okrzyków określał, oczywiście, kartę - a raczej dwie karty, zwycięską i przegraną.
- Mam świra! - wołałem, odbijając kolejny raz Dumbledore'a.
- Przecież to słychać - wtrąciła półgłosem Trinny. - Cicho.
Wygrałem ja. W wojnę. W oszusta - znowu! - Star.
97. Czyżby jutro należało ogłosić święto narodowe?
