Mój wzrok spotkał się z jego spojrzeniem.

- River...

Widziałam w jego oczach ból i radość, jakby jednocześnie pamiętał o tym, jak długo był ode mnie odsunięty i jak bardzo cieszył się, że mnie odnalazł.

Zamrugałam kilkakrotnie, aby odpędzić zbyt szybko napływające łzy. On nie żył od piętnastu lat. Zginął. Zostawił mnie i mamę, kiedy miałam dwa lata. On nie żyje, wołał mój rozsądek. Obudź się, River. To nie jest rzeczywistość. Dalej jesteś w komnacie Lokiego, a on ma lada moment się obudzić.

Nie pamiętałam dobrze ojca. Jedynie parę niewyraźnych wspomnień i jego nieostra, kilkanaście lat młodsza twarz utrwaliły się w mojej pamięci. Chciałam go spytać, kim był i czego ode mnie chciał. Co robił w Niflheimie? Jakim cudem żył? Dlaczego nas zostawił? Nie mogłam jednak zmusić ust do ruchu, coś wewnątrz blokowało moją krtań.

Nie miałam pojęcia, ile tak stałam. Patrzyłam na jego twarz, na jego ciało i szukałam jakiejkolwiek odpowiedzi na moje pytania. Pamiętałam go tylko ze zdjęć, jednak nie miałam problemu z rozpoznaniem jego twarzy. Wiele godzin spędziłam na wpatrywaniu się w te fotografie - kiedy trzymał mnie na rękach, gdy zaczynałam chodzić, a on pomagał mi ustać na nogach. Później zaczęłam szukać między nami podobieństw. Oczywiście jako dziecko je znajdywałam.

Kiedy patrzyłam jednak na ojca, nie widziałam w sobie jego odbicia.

Byłam otumaniona. Nie docierały do mnie żadne dźwięki, dopóki ktoś nie zmaterializował się bliżej przed moimi oczami. Dzieliły mnie od niego może dwa metry.

- River... - ponowił. - Wiesz, kim jestem? Pamiętasz mnie? - na jego twarzy zagościł ból, ale szybko rozwiałam jego wątpliwości.

- Pamiętać cię? Mam cię pamiętać? Jak? Odszedłeś, kiedy miałam dwa lata! - wrzasnęłam, a mój ton poniósł się przerażającym echem po przynajmniej kilku piętrach pałacu. - Myślałyśmy, że zginąłeś! Że... Jak mogłeś ją tak okłamać?!

Na wspomnienie mojej matki nagle zacisnął usta i spuścił wzrok. Może zrozumiał, jaką krzywdę jej - nam - wyrządził przez sfingowanie śmierci. Odebrał naszej rodzinie jej filar, jej głowę. Dał nam żyć z bólem i świadomością straty.

- Ona wie - powiedział tak cicho, że ledwo to usłyszałam. Może jednak dobrze się stało, że jego słowa były takie niewyraźne. Inaczej nie pohamowałabym swojej reakcji.

- Co? - zmarszczyłam brwi, poczułam, jak zbiera się we mnie gniew, którego nie sposób pohamować. - Co ty powiedziałeś?!

Poczułam, jak ktoś łapie mnie za prawe ramię. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stoi koło mnie Fandral. Nie wiedziałam jednak, ile usłyszał. Również Thor zajął miejsce koło nas, gotowy do ewentualnego... ataku?

- Co się dzieje? - zapytał. Spojrzał na mojego ojca. - Kto to jest?

Wbiłam wzrok w ziemię, aby ostatecznie zażegnać chęć zrobienia krzywdy osobie stojącej przede mną. Musiałam wydobyć z niego wszystko, co wiedział. Mógł nam pomóc. Był potrzebny.

Przestawałam być pewna, że tylko dla dobra Asgardu nie rzuciłam się na niego i nie wydrapałam mu oczu.

Uniosłam wzrok w momencie, w którym Fandral nagle wyciągnął szablę i skierował jej koniec ku szyi mojego ojca. Bóg spojrzał na niego jak na kogoś, kogo za moment skróci o głowę. Nie wiedział przecież, co ten człowiek robi w pałacu. Automatycznie czyniło to Dariusa Dewhursta wrogiem, a wrogowie nie mieli prawa bytu w asgardzkiej siedzibie króla, tym bardziej niebezpiecznie blisko syna władcy, pełniącego aktualnie funkcję króla.

- Fandral - stanęłam przed nim i zetknęłam się lewym ramieniem z zimnym ostrzem. Mój głos był zadziwiająco spokojny. I pewny. Byłam już pewna, że nie mogę pozwolić, aby ojca wtrącono do Lochów, albo ukatrupiono. - Nie rób mu krzywdy. To mój ojciec. Może nam pomóc.

Złotowłosy cofnął szablę po chwili i schował ją za pasem. Nie spuścił ojca z oczu nawet na sekundę. Nie ufał mu. Zdradzały to jego lekko uniesione ramiona i przygarbione plecy, całe ciało miał gotowe do walki, do bójki na pięści. Nigdy nie schodził ze służby.

- Jak cię zwą, bracie? - spytał, wciąż niepewnie. Nawet jeśli uważał mnie za przyjaciela, to mój ojciec nie musiał mieć dobrych zamiarów. Świetnym przykładem rodzicielskiej odmienności był Malekith.

Mroczny Elf ze wspomnień Lokiego. Mój ojciec.

Przestałam wierzyć w tę bajkę. Mój prawdziwy ojciec przecież stał naprzeciwko mnie. On mieszkał ze mną, on był wpisany jako rodzic na akcie urodzenia, on kupował mi pieluchy. On był na zdjęciach w albumie, a nie Elf. Prawda była nierealna i druzgocząca i gdyby nie Eter pod moją skórą, to nigdy bym nie uwierzyła, że coś łączy mnie z białoskórym mieszkańcem Svartalfheimu.

- Nie jestem twoim bratem, ani przyjacielem, ani towarzyszem. Trzymaj to żelastwo przy sobie, jeśli chcecie, żebym wam pomógł - odparł nieprzyjemnym głosem ojciec. Fandral zacisnął usta i cofnął się o krok. Atmosfera między nim, a bogiem wojny stawała się napięta i zwiastowała rychłą bitkę.

- Spokojnie - między nich wszedł Thor. Rozdzielił obu panów. Chwycił Fandrala lekko za ramię i poprowadził do drzwi. Szepnął coś przyjacielowi do ucha i ten wyszedł, zostawiając nas w czwórkę. Loki nadal był nieprzytomny. Zaczynałam się martwić, to trwało za długo.

- Thor, zaprowadź go na dół i niech ktoś się nim zajmie, niech dadzą mu coś do jedzenia i picia. Ja przyjdę za dziesięć minut - poleciłam Gromowładnemu. Pokiwał głową i spełnił moją prośbę.

Ojciec nie oponował, kiedy syn Odyna również jego wyprowadził z komnaty Zielonookiego.

Usiadłam koło Lokiego i oparłam głowę na jego torsie.

- Obudź się, błagam cię, musisz mi pomóc - wyjęczałam i położyłam roztapiający się worek z lodem na jego rozgrzanym czole. Nie było jednak już tak gorące, jak wcześniej.

Loki przez kolejne kilka minut nie wykazywał chęci do wstania, więc okryłam go kocem i wsunęłam kosmyki jego włosów za ucho. Skierowałam się do wyjścia, a ogniska zaczęły powoli gasnąć. Pomieszczenie spowiła ciemność.

Miałam nadzieję, że kiedy wrócę, on będzie już w pełni świadom.

...

Ojciec siedział przy jednym z długich stołów w Jadalni. Obok, wedle mojego polecenia, czuwał Alistar nad pucharem z winem, a w progu Fandral rozprawiał z Thorem. Minęłam ich. Wszyscy w środku sali byli podenerwowani.

Usiadłam naprzeciwko ojca i splotłam ręce na blacie. Spojrzałam na niego chłodno.

- Co wiesz o więzach Hel? - spytałam, siląc się na beznamiętny ton głosu.

- Pochodzą z silnie trujących roślin rosnących w Helheimie i Muspelheimie - diabelskich pędów. Obarczone są klątwą, nie sposób ich przeciąć bez polecenia tego, kto je zawiązał albo bez odpowiedniego narzędzia. Trzy rodzaje istot są w stanie je bezpiecznie dotykać. Mroczne Elfy, Lodowi Olbrzymi i Mgliści Olbrzymi oraz ci, którym pozwoli na to Hel.

- Więc czemu mnie oparzyły?

- Nie jesteś chyba Olbrzymką, prawda? - zakpił sobie. Mój gniew rósł niepokojąco szybko i nachalnie.

- Nie wiesz nic o mnie, prawda? Nie wiesz, kto jest...

- Wiem, River - uciął i wrócił do jedzenia zachęcająco pachnącego mięsa i ogromnych, bulwiastych ziemniaków polanych brązowym sosem.

Azynka podeszła do naszego stołu i postawiła na blacie drugi talerz.

- Smacznego - rzekła z uśmiechem. Alistar podsunął mi kielich z winem. Opróżniłam go kilkoma łykami i poczułam palącą w gardle gorycz trunku. Nie miałam pojęcia, jak mogli to pić tak często.

- Skąd się wziąłeś w Niflheimie? - zabrałam się za jedzenie, ale nie dałam ojcu spokoju. Sam chciał nam pomóc.

- Mam swoje sposoby na znalezienie odpowiednich osób w odpowiednim czasie - odparł niezrozumiale.

- Czyli przez półtora dekady siedziałeś sobie spokojnie w którejś z Krain, a dzisiaj nagle zachciało ci się mnie odwiedzić, tak?

- Nie. Mój plan pomocy Asgardczykom obejmuje również ciebie, a dzisiaj nadeszła pora, kiedy moja pomoc okazała się być niezbędna do walki z Evidunem.

Zamarłam, słysząc imię więźnia. Ojciec jednak kontynuował:

- Śledziłem go po uwolnieniu z celi. Wiem, że szykuje się do ataku i zbiera armię. Wszystko to, co tu widziałaś, czyli opętanych Asów i tych żołnierzy, to jego sztuczki. Chce was złamać. Chce, abyś oddała mu... - wskazał na moją dłoń. Zrozumiałam, że ma na myśli Artefakt. O tym też wiedział.

- Skąd o tym wszystkim wiesz? - zmarszczyłam brwi. - Jesteś człowiekiem.

- Maz rację. Jestem człowiekiem - łyknął wino.

- Śmiertelni nie mają wstępu do którekolwiek z Krain - wzdrygnęłam się. - Musisz mieć korzenie którejś z ras.

- Moi rodzice należeli do grupy śmiertelników, którym Bor podarował wiele boskich przywilejów. W ten sposób powstali Cerberzy. Strażnicy - wyjaśnił, ale nadal miałam duże trudności w zrozumieniu, o czym mówi. - Opiekowali się oni nadnaturalnymi sierotami, dziećmi, które mieszkały w Midgardzie, a nie były ludźmi. Lub nie w stu procentach, jak ty.

I nagle wszystko stało się jasne. Ożenił się z moją matką i grał mojego ojca, bo takie miał zadanie. Opieka nade mną. Sprawowanie pieczy. Ochrona.

- Więc to była fikcja? Nasza rodzina? - słowa z trudnością wydostawały się na zewnątrz z moich ust.

Poczułam ból w sercu, mówiąc o rodzinie.

- Nie. Kochałem twoją matkę, a ona pozwalała mi mieszkać z wami, dopóki nie musiałem oddalić się od was. Inaczej byłybyście w niebezpieczeństwie. Tylko tak uchroniłem was przed zdemaskowaniem. Muszę prosić cię o wybaczenie i zrozumiem, jeśli zachcesz nigdy więcej mnie nie widzieć. Jednak teraz - wstał od stołu. - Pozwól mi robić swoje. Muszę pomóc Asgardczykom.

Przerwałam jedzenie, choć prawie kończyłam. Ojciec wyjął niespodziewanie zza pasa broń. Alistar podskoczył, ale ja nawet nie drgnęłam.

Ostrze, a raczej sztylet, nie przypominał żadnej znanej mi broni. Był stary, zniszczony, ale wyglądał na bardzo ostry. Rękojeść zdobiły wyrzeźbione w drewnie pędy jakiejś rośliny.

Spojrzałam przelotnie na nóż i wróciłam do kończenia posiłku. Do Jadalni weszła Jane Foster, w eskorcie dwóch Einherjarów, których odprawiła. Podeszła do Thora. Usiedli razem przy stole po naszej prawej i zaczęli rozmawiać.

- Kiedy rozetnę te pędy... - zawahał się. - Mam szukać u ciebie wybaczenia? - rzekł, nadal stojąc przy stole. Nie podniosłam wzroku. Nie chciałam na niego patrzeć.

- Szukaj wybaczenia u mojej matki. Przepraszanie mnie nic nie zmieni - wbiłam złoty widelec w pozostały kawałek mięsa.

- Mogę odpowiedzieć na każde twoje pytanie, jeśli tylko zechcesz - dodał.

- Kilka chwil temu myślałam, że mój ojciec zginął. Teraz stoi przede mną Strażnik, który udawał mojego ojca, bo mój prawdziwy ojciec był Elfem, do tego Mrocznym. Dodajmy jeszcze sprawę Eteru, który po nim odziedziczyłam i wiesz, co wyjdzie? Dobra fabuła książki.

- Wyjaśnię ci, dlaczego zniknąłem. Tylko daj mi szansę.

- Czemu cię tak bardzo obchodzę? - uniosłam cynicznie wzrok. Ściągnęłam brwi. - Ile dzieci strzegłeś?

Zawahał się przed odpowiedzią, a dla mnie znaczyło to, że nie byłam jedyna.

- Więc czemu ja jestem twoim pupilkiem? - wycedziłam. - Co, innych nie dało się uratować? Taki z ciebie Strażnik?

Moje słowy ociekały jadem. Alistar zerkał ostrożnie to na mnie, to na ojca.

Złapałam w rękę nóż leżący na stole i podałam go nachalnie ojcu.

Moje słowa mocno go zabolały, bo oparł wolną rękę na stole. Zabrał z powrotem ostrze i po chwili odszedł bez słowa pożegnania.

Nie miał pewnie nic więcej do dodania. Jasno mu przekazałam, że nie chcę jego wyjaśnień, ale to było kłamstwo. Walczyłam ze sobą, aby nie pobiec za nim i nie rzucić się na jego szyję.

Thor pocałował Jane w policzek i dołączył do Fandrala i mojego ojca. Opuścili Jadalnię. Alistar został i nadal wpatrywał się we mnie, bo czułam spojrzenie jego brązowych oczu na sobie.

- Jak się czujesz? - zapytałam, odwracając się przez ramię.

- Lepiej - odparł.

- A jak twój bark? - nie dawałam za wygraną. Nie dałam się zbyć krótkimi odpowiedziami. Był mi winien dokładne opisanie swojego stanu.

- Zrósł się - Azynka dolała wina do jego pucharu. Postawiłam kielich przed nim. Mi już i tak huczało w głowie od tej odrobiny alkoholu.

- To dobrze - ucięłam i usiadłam. - Jane! - zawołałam. - Usiądź z nami!

Kobieta wzięła swój talerz i szybko zajęła miejsce koło mnie.

- Jestem River - podałam jej rękę. Ciepła, drobna dłoń astrofizyczki uścisnęła ją mocno. Wróciły jej siły, jak wnioskowałam.

- Jane Foster - uśmiechnęła się. Błyszczała w asgardzkich szatach, eleganckich tkaninach i prostym, ale zaskakującym kroju szmaragdowej sukni oraz narzuty. - Winna ci jestem podziękowania, bo...

- Nie musisz mi dziękować - uśmiechnęłam się, będąc lekko zakłopotana. Słyszenie podziękowań za uratowanie życia było jak chwalenie świetnego artysty za dobry obraz. Zrobiłam to, co powinnam i co mogłam. Nie potrzebowałam ani zachęty, ani wdzięczności. Robiłam to, bo tak nakazywało mi serce i rozum. Zapewniało mi to też spokój ducha.

- Thor opowiadał mi o tobie. Mówił, że... - spojrzała na moją rękę. Oczywiście chodziło jej o Eter.

- Nie zrobię wam krzywdy - zapewniłam ją. - Nie pozwolę, żeby coś wam się stało. Zatrzymam Eviduna.

- Mam więc nadzieję, że zostaniemy sojuszniczkami - uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam jej radość. - Może nawet przyjaciółkami.

Pokiwałam głową. Przyjaźń z Jane Foster mogła być namiastką mojego starego, ludzkiego życia w Springfield. Ona, w przeciwieństwie do każdego innego znajomego mi mężczyzny, czy kobiety w tym miejscu, była w stu procentach człowiekiem.

- Miałabyś ochotę na spacer? - zaproponowałam jej. Pojednawcza przechadzka mogła odwrócić naszą uwagę od ogromu problemów, choć rozwiązanie jednego z nich było tylko kwestią czasu.

- Oczywiście - odłożyła sztućce na pusty już talerz i wstała. Nim zdążyłam znaleźć się koło niej, zgięła się w pół i złapała za brzuch. Alistar był szybszy ode mnie - podtrzymał ją, a ja zjawiłam się obok dwie sekundy później.

- Wszystko w porządku? - zlustrowałam jej bladą twarz spojrzeniem.

- Tak - uśmiechnęła się, choć lekko panicznie. - To nic - położyła dłoń na brzuchu, lecz nie na wysokości żołądka, a niżej.

Jane stanęła prosto i podziękowała Alistarowi. Podałam jej ramię - dla pewności - i opuściłyśmy Jadalnię.

- Rośnie bardzo szybko. Szybciej, niż można by się spodziewać - powiedziała cicho, lecz ja zrozumiałam wcześniej. Jane Foster mówiła o dziecku. Dziecku w jej łonie.

Mieszanki ras nie był może powszechne, ale się zdarzały. Lecz rzadko słyszało się o krzyżówce śmiertelnego z Asem. Ja też byłam swoistym wyjątkiem. Ludzie nie mieszali się z Elfami.

W holu zauważyłam Lokiego i przeprosiłam na moment Jane, która usiadła na kamiennej ławce.

- Jak się czujesz? - spytałam.

- Dobrze - odparł. - Czemu pytasz?

- Dopiero się obudziłeś - odpowiedziałam. Dziwne pytanie.

- Racja. Długo spałem? - usłyszałam kolejne nieracjonalne pytanie.

- Kilka godzin. Nie pamiętasz?

- Czego? - zmarszczył brwi. Serce skoczyło mi do gardła. Stracił pamięć?

Zaraz po tym Loki wybuchnął śmiechem. Żartował sobie ze mnie.

- Ty! - trzasnęłam go w ramię. - Kłamco!

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, słysząc moje wyzwisko.

- Wiesz, gdzie jest mój brat? - twarz Lokiego była blada, ale powoli wracały delikatne rumieńce na jego policzkach.

- Twój brat zajmuje się więzami Hel - odparłam, pomijając zupełnie fakt, że pomaga mu mój ojciec. Ziemski ojciec. - Przejdziesz się z nami?

- Chciałbym, ale muszę ich znaleźć. Muszę z nim porozmawiać - zerknął na prawo, w kierunku, w którym udał się Gromowładny. - Ale to potrwa tylko chwilę.

- Thor ci wszystko powie - zapewniłam go i oddaliłam się w kierunku Jane Foster.

...

Powiedziałam Jane o wszystkim, co działo się zanim tu przybyła. Wysłuchała mnie i lepiej zaczęła rozumieć, z kim mamy do czynienia. Zyskałam kolejnego sojusznika. Łatwiej było mi z nią rozmawiać, kiedy była wtajemniczona, a Thor nie miał czasu wszystkiego tłumaczyć ukochanej. Powiedział jej tylko w skrócie, że Asgard ma problem.

Odprowadziłam Jane pod jej komnatę i wróciłam na parter. Nigdzie nie widziałam Lokiego, więc postanowiłam poczekać na jakieś wieści o wyswobodzonych wojownikach.

Oparłam się o ozdobną balustradę i omiotłam wzrokiem cały dziedziniec niknący w mroku. Było późno i powinnam iść spać, ale dopóki Loki albo Thor nie wrócili, nie ruszyłam się z miejsca.

W końcu usłyszałam kroki boga oszustw.

- Czemu mi nie powiedziałaś? - oparł się rękoma o tę samą balustradę, co ja.

- Co miałam ci powiedzieć? Przedstawić cię? - chwyciłam jego dłoń. - Loki Laufeysonie, to jest mój ojciec, który tak naprawdę nie jest moim ojcem.

Uśmiechnął się, nie odsłaniając zębów i spojrzał na dziedziniec, który ja również chwilę wcześniej podziwiałam. Ciemność spowiła niezwykłe drzewa i resztę roślin kilka godzin temu, zaczynając się długim zachodem słońca, potem przeszła w półmrok, aż w końcu zapadła noc. Spokojna i cicha asgardzka noc.

Loki położył dłoń na kamienny mur oddzielający taras od dziedzińca, obejmując moją talię z lewej strony. Westchnął.

- Skończyli? - spytałam cicho.

- Skończyli - odparł jeszcze ciszej.

Znaczyło to dla mnie, że ojciec prawdopodobnie opuścił już Asgard. Coś zakłuło mnie w boku.

- Wiesz, czego mi najbardziej brakowało na wygnaniu? I w więzieniu? - zaczął.

- Czego?

- Tego - wskazał podbródkiem dziedziniec.

- Brakowało ci murów i piachu? - zażartowałam.

- Nie. Brakowało mi tego spokoju i ciszy. Jako mały chłopiec bawiłem się tu z Thorem każdego dnia. Przez całe dzieciństwo nie opuściliśmy ani jednej bitwy na drewniane miecze i budowania zamków z piasku. Codziennie tu byliśmy. Valentine też tu bywał.

- Ciekawe. Nie wiedziałam, że Asgardczycy też budują zamki z piasku.

Loki wzruszył ramionami.

- Nie jesteśmy aż tak bardzo inni od ludzi. Nie tak bardzo, jak mi się wydawało.

Mówił cicho, ale słyszałam świetnie jego słowa i oddech, gdyż stał tak blisko, że jego usta niemalże stykały się z moimi włosami.

- Kiedyś myślałem tylko o wojnie z ludźmi. Nie mogłem nawet podejrzewać, że kiedyś... - zamilknął na moment.

- Że kiedyś co? - odwróciłam się plecami do balustrady. Widziałam jego twarz w pełnej okazałości.

Nie odpowiedział, ale pocałował mnie. Wspięłam się na palce i objęłam jego szyję ramieniem. Kiedy przestałam go całować, oparłam czoło na jego ramieniu.

- Mogę ci opowiedzieć o jednej z moich wypraw z Thorem i Sif w roli głównej - wyszeptał z nutą ironii w głosie. Przystałam na jego propozycję. Usiedliśmy pod wielkim drzewem o grubych konarach i korzeniach.

- Zamieniam się w słuch - oparłam się o jego tors i przymknęłam oczy. Cieszyłam się wówczas spokojem. Evidun wydawał się być tak odległy, że zaczęłam wątpić w jego istnienie. Pod drzewem z wielkimi korzeniami żadne zło nie mogło mnie dosięgnąć.

Nie minęła długa chwila, zanim mimowolnie skoczyłam na równe nogi, czując w głowie tępy ból. Tak okropny, że dziedziniec zawirował przed moimi oczami.

- W porządku? - spytał Loki. Wstał. Tak mi się przynajmniej wydawało.

- Tak. Zaraz mi przejdzie - nie słyszałam, co mówię. Na moment straciłam słuch. Dostrzegłam kątem oka Valentina i Volstagga robiących obchód. Skinęli do mnie równo głowami.

W tym samym momencie chwyciłam się za głowę. Ból zaczął uparcie jęczeć w mojej głowie. Ktoś wbijał mi igłę w sam środek oczu. Ktoś inny powoli wkłuwał nóż w potylicę. Nie słyszałam swojego krzyku. Słyszałam tylko pisk. Przeraźliwy, głuchy pisk i trzask.

Rozrywaną linę.

Rozbijane szkło.

Pożar trawił moją głowę.

Kiedy na moment odzyskałam świadomość, zobaczyłam rozmazaną twarz Valentina i Volstagga. Dalej wrzeszczałam wniebogłosy. Ból osiągnął swój apokaliptyczny zenit.

Uderzyłam kolanami o korzenie i zdarłam z nich skórę.

Urywkami zaczęłam widzieć twarz Eviduna. Jego obślizgłe ciało uformowało się z leżących na ziemi lin.

Więzy Hel. Diabelski pęd. Zaklęcie.

- On tu jest! - udało mi się wrzasnąć. - Evidun tu jest!

Nagle pisk ucichł. Ból zniknął. Dźwignęłam się z kolan.

Czułam jego zapach. Widziałam jego twarz, choć nie był na tyle blisko. Może jeszcze był w Podziemiach, może już zmierzał do nas. Nie miałam pojęcia, co chciał zrobić, ale udało mu się dostać w sam środek pałacu królewskiego.

Najlepiej strzeżonego miejsca we wszystkich Dziewięciu Krainach.

- Więzy Hel są obarczone zaklęciem. Przeniósł się do Podziemi - wyjaśniłam im. Z rogu na dziedzińcu wyszedł Alistar i szybko do nas podbiegł.

- Wezwij Fandrala! - polecił mu Valentine. - Niech trzeci legion obstawi Portal, piąty i siódmy do środka, ósmy na dziedziniec!

Wokół mnie zaczęła się krzątanina. Alistar pognał do środka pałacu. Loki pomógł mi wejść do środka za nim. Posadził mnie na kamiennym murku.

Na dziedzińcu połyskiwały ostrza noży i włóczni, gdzieniegdzie i mieczy. Złote zbroje odbijały światło zapalonych szybko ognisk i pochodni. Peleryny powiewały niesione przez lekki, ciepły wiatr.

Nie miałam pojęcia, że w tak krótkim czasie dziedziniec może się zapełnić gotowymi do obrony pałacu wojownikami. Pojawiło się co najmniej kilka legionów. Na niebie widać było księżyc w pełni.

- Musimy znaleźć Jane - powiedziałam, usiłując przebić się przez hałas zbierających się na placu wojowników.

- Thor też musi wiedzieć. Powiedział, że idzie do ojca. Kazał sobie nie przeszkadzać.

Spojrzałam na zamieszanie na dziedzińcu. Gdzieś w pałacu czaił się Evidun i nikt nie wiedział, co zrobi.

- Rozdzielimy się - powiedziałam.

- Nie zostawię cię - zaoponował.

- Idź do Thora, ja znajdę Jane! - wykrzyczałam, chociaż i tak huk był zbyt głośny.

Niebo zaczęło stopniowo jaśnieć. Nagle zrobiło się widno jak za dnia. Zerknęłam na strzelisty łuk, przez który wychodziło się na plac.

Loki złapał mnie za ramiona i rzucił się na mnie w tej samej chwili. Przygwoździł mnie ciałem do podłoża. Potem usłyszałam jeszcze głośniejszy huk.

Serce podskoczyło mi do gardła. Loki szybko poderwał się z ziemi i pomógł mi wstać.

- Szybko! - wrzasnął i złapał mnie mocno za rękę. Zaczęliśmy biec do środka pałacu. Za nami ktoś - Evidun lub jego armia - zdetonował swego rodzaju granat? Bombę?

Ogień zaczął rozprzestrzeniać się nie tylko na dziedzińcu. Wdzierał się do środka.

Wszystko działo się jednocześnie szybko i w zwolnionym tempie. Biegnący żołnierze. Uciekające do środka Azynki. Nie zauważyłam więc od razu, że na dziedzińcu pojawił się jeszcze ktoś.

Odwróciłam głowę w biegu.

Wysokie, zakapturzone istoty unosiły się kilka centymetrów nad ziemią. Byli uzbrojeni w długie szable o zakrzywionych końcach. Przy bokach mieli zawieszone pulsujące czerwienią - jak wywnioskowałam - granaty lub ładunki.

Nie widziałam, aby którykolwiek z nich miał widoczną twarz albo nogi. Nie widziałam ich ciał. Może ich nie mieli. Może to były dusze.

"Żyjącej".

Zrozumiałam, co Evidun miał na myśli. Hel dała mu nieśmiertelną armię, która nie mogła umrzeć, ale nie żyła. Pewnie sposoby na ich zabicie można było policzyć na palcach jednej ręki, o ile w ogóle istniały.

- Uważaj! - wrzasnął Czarnowłosy. Odskoczyłam na lewo, a on na prawo. Między nas wpadła wielki kawałek sufitu. Cegły i kamienne bloki sprawiły, że straciłam Lokiego z oczu.

- Loki! - wrzasnęłam, szukając go wokół siebie, ale nikt mi nie odpowiedział. Wszyscy krzyczeli, ktoś przeklinał, każdy gdzieś biegł, więc ja też zaczęłam biec. Znalazłam się u wejścia do sali tronowej. Przekroczyłam jej próg, ale nie wiedziałam, gdzie szukać Jane. Mogła być wszędzie.

Tu i ówdzie słychać było odgłosy walki. Wojownicy najwyraźniej dostali od Valentina rozkaz obrony pałacu. Możliwe, że wszyscy byli w tym momencie skazani na śmierć, jeśli armia Eviduna - armia Hel - pochodziła z zaświatów.

Obejrzałam się wokół. Żar dochodził z każdej ze stron i palił moją skórę. Panika zaczęła odciskać swoje piętno na moim ciele. Coraz trudniej było mi oddychać.

Mogę im pomóc. Mogę użyć Eteru.

Spojrzałam na swoje roztrzęsione dłonie. Uniosłam prawą, lecz zbyt mocno drgała, abym mogła nad nią zapanować.

Loki, Loki, Loki, wołał mój umysł.

- Nie szukasz przypadkiem mnie? - usłyszałam za sobą najokropniejszy głos, który kiedykolwiek było mi dane słyszeć. Należał do wroga Asgardu, wroga Midgardu, wroga każdej żywej istoty, której życiu zagrażał. Był uosobieniem całego zła, które kiedykolwiek kryło się w szczelinach ostrych, svartalfheimskich skał. Był moim krewnym.

Z żelaznym wyrazem twarzy odwróciłam głowę w jego kierunku. Evidun stał w miejscu i patrzył na mnie. Nie trzymał w rękach broni. Najwyraźniej nie chciał mnie atakować.

- Jeśli teraz się poddasz, obiecuję, że będę wobec ciebie delikatny - powiedział. - Przerwę atak i uratujesz dzięki temu życie swoich przyjaciół. Nie spiszesz Asgardu na straty. Chcę jedynie Eteru. Nie skazuj biednego Lokiego na śmierć przez swój egoizm. Pałac nie musi się zmieniać w zgliszcza przez twoje widzimisię.

Krew w moich żyłach zabulgotała. Wściekłość dała mi nową siłę - wystarczającą, aby go zabić tu i teraz.

- Nie testuj mnie - warknęłam. - Wiesz, że stąpasz po cienkim lodzie.

- Czyli nici z umowy? - przerażająco zachichotał. - Szkoda. Mogłaś pożyć jeszcze kilka lat.

Spóźniłam się o zaledwie ułamek sekundy, który wystarczył mu, aby znaleźć się obok mnie.

Pchnął mnie z całej siły, łapiąc w pasie. Uderzenie plecami o ziemię wypompowało mi z płuc powietrze, a ciężar Elfa nie pozwalał znów go zaczerpnąć. Nie zdążyłam złapać odłamka szkła.

Mroczny wycelował w moją głowę nożem, na co ja skrzyżowałam ręce, zatrzymując ostrze na centymetry przed twarzą. Po kolejnym machnięciu nóż wylądował kilka centymetrów od mojego ucha. Kopnęłam go w piszczel, ale wydawało mi się, że żaden ból do niego nie docierał. Może sojusz z Hel dawał mu kolejne umiejętności, które wykorzystywał do walki i o których nikt z nas nie wiedział.

Elf złapał moją prawą dłoń i przydusił ją do ziemi, udaremniając próbę obezwładnienia go źródłem mocy.

Eter zaczął przenikać jego rękę. Zawył z bólu i puścił ją. Nóż nadlatujący z lewej strony wbił się w ciało Elfa. W naszym kierunku biegł Alistar.

- Alistar, uważaj! - zdążyłam wrzasnąć.

Ciało Eviduna rozpłynęło się i zmaterializowało kilka metrów dalej. Młody bóg nagle wyrwał mu z dłoni nóż i kopnął z taką siłą, że Mroczny wyrył dziurę w podłodze kilka metrów od nas.

Podał mi rękę i pomógł wstać. Żyła na skroni bóstwa walki pulsowała w szybkim rytmie.

- W porządku? - zapytał.

Odwrócił głowę i zamarł. Coś wylądowało pod naszymi nogami. Zanim dostrzegłam jakikolwiek kształt, Alistar złapał mnie w pasie i pchnął do tyłu prosto na wysokie schody. Wybuch czarnej energii nastąpił przed tym, jak spadliśmy w dół.

Siła eksplozji poniosła go dalej ode mnie. Szkło w okiennicach rozbiło się w drobny mak.

Krzyk i huk były ostatnimi bodźcami, które odebrałam. Później czaszkę przeszył mi ból. Uderzyłam tyłem głowy o kant schodka.