Pokonana przez wroga unosi dumnie głowę. Znów cię to dziwi. Wygląda na kruchą i delikatną, łatwą do złamania. Jednak uparcie wstaje po każdym upadku. Jest czas łez i czas uśmiechu. Czas zgiętego karku i czas dumy. Idzie, choć zraniona. Zaciska zęby i nadal stoi dumnie. Silniejsza niż ktokolwiek inny.


Wszyscy szykowali się do wojny, choć nie wiedzieli jeszcze, kiedy wybuchnie. Czy to perspektywa kilku najbliższych dni czy miesięcy. Nie mogli jednak ukryć zamieszania i podniecenia nadchodzącą walką. Nerwy wszystkich były napięte do granic wytrzymałości.

Jednak ten widok zaskoczył każdego, kto był jego świadkiem. Shinigami na moment przerywali swe zajęcia i przyglądali się jej sylwetce. Jedni ze zdziwieniem, inni ze współczuciem, a jeszcze inni z radością. Nie zwracała na nich zbytniej uwagi. Miała określony cel do osiągnięcia i tylko to się liczyło.

– Pani vice-kapitan.

Straże przy bramie Trzeciego Oddziału zasalutowały jej, jakby nic się nie zmieniło. Uśmiechnęła się do nich i kiwnęła głową na powitanie. Chwilę później pewnym krokiem weszła do biura, gdzie zastała dowódcę.

– Shiroyama-san, co ty tu robisz?

Ichimaru był dość zaskoczony pojawieniem się podwładnej, skoro wczoraj nadal nie wyglądała najlepiej. Teraz stała przed nim dumnie wyprostowana i z zaciętością na twarzy.

– Moje rany już się zagoiły i pozwolono mi wrócić do obowiązków. Nie dostałam pisma ze zwolnieniem ze stanowiska czy służby – wyjaśniła.

Krytycznie spojrzała na górę raportów, które Gin ledwo ruszył. Te dni przypominał jej czas tuż po śmierci Kiry i ten, gdy dołączyła do Oddziału jako vice-kapitan. Wszystko wyglądało tak samo, a ona czuła się bardzo podobnie – zagubiona, choć nadrabiająca miną.

– Nie zwolniłbym cię ze stanowiska bez ustalenia tego z tobą, Shiroyama-san – odparł. – Nie sądziłem jednak, że będziesz chciała tak szybko wrócić.

– Martwiłam się o Oddział.

Ichimaru uśmiechnął się do niej. Tym razem bez ukrytych intencji czy ironii. Dla niej Trzeci Oddział był domem, za który brała pełną odpowiedzialność. Kochała to miejsce i tylko z tego powodu jeszcze nie odeszła mimo jego zachowania, które doprowadzało ją do szału. To w niej najbardziej cenił. Mógł powierzyć jej dowodzenie w każdym momencie i sobie poradzi, a ich podwładni jej ufali. Może nie zbliżała się do nich za bardzo, lecz zawsze mogli powierzyć jej problemy i swoje życia. Miała te cechy, których jemu brakowało.

– Podejrzewam, że tylko siłą mógłbym cię nakłonić do jeszcze jednego dnia odpoczynku – stwierdził.

– Nie chcę odpoczywać, kapitanie. Chcę pracować i zająć czymś głowę. Pomóc dorwać tego białowłosego skurwysyna, który odebrał mi Yuki – odparła szczerze.

Nie miała pewności, czy powinna mu to powierzać. Zaryzykowała, żeby nie oszaleć. Nie mogła siedzieć i tylko się przyglądać, przecież może jakoś pomóc i wykorzystać to, co jeszcze jej zostało. Z Yukikaze była potężna, ale bez mocy Zanpakutou też dawała radę silnym przeciwnikom. W tej chwili i tak najbardziej brakowało jej obecności ducha miecza i jej gadania – nie sądziła, że kiedykolwiek będzie za tym tęsknić.

– Za godzinę jest spotkanie dowódców – poinformował ją.

– Wiem, Isane-san mi powiedziała.

Powrót Corrie do obowiązków także dla pozostałej części kadry dowodzącej był dość zaskakujący, lecz tutaj więcej było uśmiechów pełnych ulgi. Może nadal nie była w pełni sił, lecz miała na tyle uporu, by wstać po porażce. Żadnemu z pozostałych poszkodowanych shinigamich to się nie udało. Mimo że fizycznie zdrowi, były dla nich niewielkie szanse na powrót do służby. Siedzieli i biadolili nad swoim losem, bezskutecznie nawołując duchy swych mieczy.

Corrie też się tak na początku zachowywała, dla niej było to jeszcze dotkliwsze, bo zajmowała najwyższe stanowisko ze wszystkich ofiar. Nie do końca miała pewność, co może się z nią stać. Jednak pierwszy szok minął i się podniosła. Może trochę chwiejnie, lecz o własnych siłach, prosząc o pozwolenie na powrót do obowiązków, skoro fizycznie czuje się zdrowa.

– Trzeba czegoś więcej, żeby cię złamać, co? – Usłyszała jeszcze przed wejściem do sali narad.

– Nie czas na depresję, Renji. Mamy stan wojny. – Spojrzała na niego krótko.

– Ranni powinni być w Lecznicy – odparł Abarai.

– Nie martw się. Poradzę sobie. – Przystanęła na swoim miejscu za Ichimaru.

– Bez sprawnego Zanpakutou? – odezwał się Omaeda, uśmiechając się złośliwie.

– Bez Yuki nadal jestem sprawna bitewnie. Zanpakutou to nie jedyne, co tworzy vice-kapitana – odparła spokojnie. – Inaczej każdy mógłby się ubiegać o nasze stołki.

Omaeda miał coś odpowiedzieć, lecz w tym momencie pojawił się Kapitan-Dowódca i wszelkie rozmowy ucichły. Corrie mogła się tylko domyślać, co vice-kapitan Dwójki chciał powiedzieć, na pewno nie było to nic miłego, bo nigdy za nią nie przepadał i wątpił w jej zdolności. Nic to, że w tych kilku stoczonych pojedynkach to ona wygrywała bez większego problemu.

– Kapitanie Ukitake, co ustaliłeś?

– Dzięki zeznaniom vice-kapitan Shiroyamy natrafiłem na starą legendę dotyczącą mściwego ducha znanego jako Fuyu no Jougi oraz grupie Sarurecco. Jeszcze przed powstaniem Gotei 13 siali postrach, który ukrócił Niebiański Strażnik i inne opiekuńcze duchy Soul Society. Mówi się, że Fuyu no Jougi miał zostać duchem jednego z Zanpakutou.

– Yukikaze – odezwał się Hirako.

– Na to właśnie wychodzi. Jeśli wierzyć legendzie, potrzeba siedmiu dni, aby ograniczony przez duszę shinigami Fuyu no Jougi odzyskał pełnię mocy. Wtedy będzie nie do powstrzymania.

– Zostały nam dwa dni – zauważył Kyoraku. – Znamy już lokalizację kryjówki Sarurecco?

– Prawdopodobnie chroni ich jakaś stara bariera, przez co nie można ich wykryć – odparł Kurotsuchi. – Jednak zważywszy na wszystkie dotychczasowe ślady, mogę śmiało stwierdzić, że przyjdą ze Wschodniego Rukongai.

Stuknięcie laską o podłogę uciszyło ewentualne pytania. Wszyscy spojrzeli na Kapitana-Dowódcę, oczekując rozkazów. Te padły bardzo szybko tak, aby każdy wiedział, co ma robić.

Corrie w pewnym momencie przestała słuchać. Bardziej interesowało ją to, czego dowiedziała się o Yukikaze. Zawsze wiedziała, że Zanpakutou kocha destrukcję, ale nie sądziła, że mogłaby zniszczyć wszystko, czego dotąd broniła. Nie odeszła przecież z własnej woli, lecz została uprowadzona przez jakiś tchórzliwych desperatów, którym się wydaje, że mają prawdo mścić się na Seireitei, wykorzystując jej moc. Czy jej Zanpakutou byłaby do tego zdolna?

– Nie chmurz się tak. – Hisagi trącił ją lekko w ramię, gdy wychodzili.

– Powiedział ten, co na co dzień ma do czynienia z psychopatą – mruknęła.

– Nie ja go wybrałem, a ty nie odpowiadasz za Yukikaze, odkąd zostałyście rozdzielone.

– To moja Zanpakutou. Nieważne, kim była tysiące lat temu. To ja powinnam to zakończyć.

– Zadania zostały rozdzielone. Wątpię, żeby któryś z vice-kapitanów dał radę, skoro przeciw Yukikaze pójdą kapitanowie.

– Corrien. – Usłyszeli za plecami.

– Tak, kapitanie Hitsugaya? – Shiroyama spojrzała na dowódcę Dziesiątego Oddziału.

– Będziemy potrzebować informacji o zdolnościach Yukikaze.

– Rozumiem. Kiedy będzie chciał mnie pan widzieć?

– Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.

– Oczywiście.

Spojrzała na Hisagiego niemal z rozpaczą. Najchętniej nic by nie mówiła, to były ich wspólne tajemnice i czuła się tak, jakby zdradzała własną Zanpakutou. Tylko czy teraz mogła wierzyć, że są po tej samej stronie? Gdy przyjdzie do walki, Yukikaze może uderzyć w shinigamich wszystkim, co ma, a to niebezpieczne. Znała ją i jej zapędy. Nie będzie miała oporu przed atakowaniem osób, które dotąd były jej sojusznikami.

– Nie musisz tego robić – szepnął Shuuhei.

– Muszę. Nadal jestem shinigami i muszę bronić tego miejsca. Sama wiara, że Yukikaze nie zrobi nikomu krzywdy, niewiele zmienia.

To nie było łatwe, ale opowiedziała o wszystkich technikach swej Zanpakutou, które sama poznała. Nie było osoby, której pokazałaby cały wachlarz swych umiejętności, trzymała to raczej w tajemnicy, bo niekoniecznie zgadzała się z Yukikaze co do ich zastosowania. Zawsze miała mieszane uczucia wobec tej mocy, która raczej pasowała do jakiegoś zabijaki niż do niej, ale ją zaakceptowała. Dla wrogów przecież nie było litości.

Po powrocie z Dziesiątego Oddziału próbowała zająć się zaległościami, które pojawiły się przez jej pobyt w Lecznicy. Widziała nieudolne próby Ichimaru zapanowania nad tym chaosem, ale papiery go pokonały albo on szybko się tym znudził. Dobrze, że chociaż o inne sprawy zadbali oficerowie. W innym wypadku ten Oddział już dawno by przepadł.

Nie potrafiła się skupić. Co chwilę myśl o Yukikaze odciągała ją od raportów. Coś w środku buntowało się przez pozostawieniem tego w rękach Hitsugayi i reszty, ale co ona mogła zrobić? Prawdopodobnie nie miała szans w starciu ze swoją Zanpakutou, dałaby się tylko zabić. Choć może gdyby udało się jej odzyskać władzę nad Yukikaze, wróg straciłby największy atut.

To był bardziej impuls niż racjonalna, przemyślana decyzja. Jak większość rzeczy w jej życiu, co musiała przyznać z pewnym rozbawieniem. Najwyraźniej to emocje nią rządziły, a nie odwrotnie, chociaż była osobą dość rozsądną. Każdy miał wady.

Nie lubiła wchodzić na teren Dwunastego Oddziału, ale czasami było to konieczne. Nie wszystko mogli za nią załatwić niżsi stopniem. Teraz też tak było. Miała tylko nadzieję, że nie natknie się na Kurotsuchiego, bo to mogło się dla niej źle skończyć. Ze wszystkich kapitanów jemu życia by nie powierzyła, już nawet Zaraki i Ichimaru byli bardziej godni zaufania niż ten szalony naukowiec.

– Akon. – Szczęśliwie szybko dostrzegła rogatego Trzeciego Oficera.

– Nie mam teraz czasu – odparł.

– Nigdy nie masz czasu – mruknęła, słysząc tę samą śpiewkę, co zawsze. – Potrzebuję wyników badań nad tymi skradzionymi Zanpakutou.

– Dobrze wiesz, że nie mogę ci ich udostępnić, Corrie. Nie proś mnie o to.

– Ja nie proszę. – Uśmiechnęła się słodko.

– Znasz zasady. Nie mogę ci ich udostępnić, póki myśli kapitana wokół nich krążą.

– Ostatnim razem ci to nie przeszkadzało.

– A potem mało to nie wyszło na jaw.

– Akon, jeśli każesz mi się powtórzyć, może mi się coś wypsnąć, a tak możesz tylko zyskać. Jak zawsze, mój przyjacielu.

– Za dużo czasu spędzasz z kapitanem Ichimaru. Chodź. – Ustąpił w końcu.

– Dziękuję.

Zabrał ją do centrum dowodzenia, które było puste. Dość wyjątkowo chyba, ale nie zaczynała tego tematu. Akon wyszukał najnowsze badania swojego dowódcy i wskazał Corrie.

– Masz pół godziny. Inaczej ktoś nas przyłapie i oboje skończymy jako próbki.

– Zdążę.

Nie robiła tego pierwszy raz, więc wiedziała, czego powinna szukać w tym naukowym bełkocie. Połowa tych rzeczy była nie do końca potrzebna, więc nieujawniona, ale dla niej każda wskazówka była ważna.

Nie skończyła czytać, kiedy usłyszeli alarm. W centrum dowodzenia zaraz zrobił się ruch i ledwo udało jej się skasować swoją obecność w systemie – już jakiś czas temu Akon pokazał jej jak. Nikt jednak nie zwrócił na nią uwagi.

– Idą – pisnął któryś z naukowców.

– Zawiadomić kapitanów – polecił Akon, nie tracąc głowy. – A ty stąd zmykaj i postaraj się nie robić niczego głupiego.

Corrie tylko się uśmiechnęła i popędziła do Trójki. Miała nadzieję, że nie zapanował chwilowy chaos, który trzeba będzie opanować pod nieobecność dowódcy. Rozkazy były dość jasne. Do Rukongai miała wyjść grupa kapitanów i ich zastępców, żeby zająć się Fuyu no Jougim i nie dopuścić, aby postawili choć krok w Seireitei. Oddziały zaś były zobligowane do walki, gdyby wróg przedostał się jednak za mur. Bez swego mściwego ducha bowiem Sarurecco mieli być niezbyt groźni.

Przy bramie czekali na nią Trzeci i Czwarty Oficer ze świeżymi wieściami.

– Oddział jest gotowy do walki. Według wytycznych mamy zająć pozycje razem z Oddziałami Piątym i Siódmym w trzeciej linii.

– Kapitan się pojawił? – zapytała.

– Czeka na panią w biurze.

– Dobrze. Dopóki do was nie dołączę, dowodzicie. Niech Oddział zajmie swoje pozycje. Wszyscy w gotowości.

– Tak jest.

Corrie poszła do biura niezbyt zadowolona z zachowania Ichimaru. Miał iść z Hitsugayą i pozostałymi do Rukongai. Pewnie na niego czekają, gdy on tu marnuje czas. A wystarczyło wysłać Piekielnego Motyla, skoro miał coś do powiedzenia.

– Co ty tu jeszcze robisz? – zapytała od progu.

– Gdzie byłaś, Shiroyama-san?

– To nie jest teraz ważne.

– Zanim pójdę, musisz mi coś obiecać – powiedział spokojnie.

– Niby co?

– Że zostaniesz w Seireitei, choćby nie wiem co. Najlepiej tutaj, w barakach.

Spojrzała na niego jak na idiotę. Rozkazy były jasne, Oddział już wyruszył, a ten chce, żeby została z tyłu? Naprawdę, w takiej chwili musiał się zgrywać?

– Nie będę ci składać żadnych głupich obietnic – warknęła zniecierpliwiona.

– Więc to jest rozkaz, vice-kapitan Shiroyama. Masz zostać w Seireitei jak najdalej od walk.

Zacisnęła pięści rozzłoszczona jego zachowaniem, lecz musiała się ugiąć, gdy poczuła nacisk jego reiatsu na własny organizm. Nie była w stanie złapać głębszego oddechu czy się poruszyć, kiedy Ichimaru zatrzymał się obok niej. Nigdy dotąd nie użył przeciw niej tego argumentu.

– Zrozumiałaś, Corrien? – zapytał poważnym tonem.

– Tak jest, kapitanie – wyszeptała.

To sprawiło, że nacisk zniknął, a Ichimaru wyszedł. Oparła się ciężko o własne biurko, żeby nie upaść, kompletnie bez sił. Naprawdę był w stanie zmusić ją do uległości bez żadnego problemu i to musiała mu przyznać. Wystarczyło, że tego chciał. Musiała się dostosować.