- Moglibyśmy skoczyć do jakuzzi – zaproponował.

Danny źle znosił bezruch. Najwyraźniej każdy normalny mieszkaniec New Jersey powinien posiadać telewizor. Steve był z Hawajów, ale stwierdził, że bezpieczniej będzie o tym na razie nie wspominać. Podobnie jak o tym, że Rachel planuje przenosiny do Kalifornii. Był pewien, że ze wszystkich miejsc na świecie tam akurat nie wyląduje. Naprawdę nienawidził pilotów.

Danny spojrzał na niego zirytowany i wycelował w niego swój palec.

- Ha! Wiedziałem! To jest wasza metoda na zaliczenie drugiej bazy – powiedział jego Przewodnik.

- Nieprawda – mruknął. – To jest doskonałe ćwiczenie na kontrolę nad zmysłami.

- Chcesz mnie tylko macać – oskarżył go Danny.

Temu nie mógł zaprzeczyć, więc strategicznie postanowił milczeć. Może udałoby mu się udać nawet, że wrócił do opcji sprzed aklimatyzacji w cywilizacji. Danny jednak pomimo braku wyszkolenia wydawał się doskonale zdawać sprawę, kiedy był wmanipulowany w coś albo okłamywany. Pewnie do tej pory myślał, że to przeczucia, a nie mutacja genu. Jego Przewodnik był o wiele zbyt spostrzegawczy dla własnego dobra.

- Wiedziałem – powiedział Danny z triumfem w głosie, jakby milczenie tylko podkreśliło jego winę.

- A coś w tym złego? – spytał ciekawie.

Danny przygryzł wnętrze policzka.

- Powinienem wariować – powiedział w końcu jego Przewodnik.

- Nie wiem dlaczego, ale udajmy przez chwilę, że wychowałem się w twoim mocno homofobicznym środowisku – rzucił Steve.

Danny spojrzał na niego zirytowany.

- Nie ma bardziej homofobicznego środowiska niż wojsko – prychnął jego Przewodnik.

- Wiesz jak się śpi w środku dżungli, kiedy zaczyna się pora monsunowa? – spytał retorycznie.

Przewodnik wydawał się zaskoczony.

- Nie potrzebowałem tego obrazu w głowie – stwierdził Danny.

- Jeśli wariujesz, mogę dać ci przestrzeń – rzucił, ponieważ powinien przynajmniej zaproponować.

Danny spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Przestrzeń? – zaśmiał się jego Przewodnik. – Nie byłem sam od pięciu dni i niespecjalnie widzę jak to miałoby się udać skoro stracisz przytomność, kiedy tylko przestaniesz słyszeć moje serce – prychnął.

- Och – wyrwało się Steve'owi. – Czyli nie odbija ci przez to, co robiliśmy wczoraj – stwierdził i trochę mu jednak ulżyło.

- Nie. Wariuję, bo widzę twoją radosną gębę piąty dzień i nie miałem pięciu minut spokoju – warknął Danny. – Poza tym to był seks. Zawsze byłem w tym dobry, kiedy no wiesz… - zaczął i urwał.

- Nie wiem – przyznał kompletnie szczerze.

Danny spojrzał na niego ciężko.

- Właściwie to jak się czujesz? – spytał jego Przewodnik niepewnie. – Wiesz, seks z drugą osobą może być intensywny.

Steve miał ochotę go walnąć.

- Uraziłeś moje uczucia, kiedy zasnąłeś i nie chciałeś się tulić – powiedział starając się brzmieć całkiem poważnie.

- Jesteś takim dupkiem – prychnął Przewodnik. – I nie myśl, że nie wiem, że specjalnie ośliniłeś moją szyję – dodał wkurzony.

- Nie wiem czy to było intensywne – podjął, ignorując go trochę. – Wiele mnie nie dotykałeś. Kiedy robiłeś z tego taką wielką sprawę, spodziewałem się fajerwerków – dodał.

Danny spojrzał na niego z niedowierzaniem. Policzki Przewodnika zaczerwieniły się jak przeważnie, kiedy poruszali taki temat. Tym razem jednak zamiast zawstydzenia pojawiła się dobrze znana złość, do której już przywykł.

- Doszedłeś zanim zdążyłem cię dotknąć - przypomniał mu Przewodnik.

To brzmiało prawie jak oskarżenie. Steve nie miał sobie nic do zarzucenia.

- I, ponieważ jesteś o wiele, o wiele, o wiele mniej doświadczony ode mnie – podjął Danny, ponieważ obaj byli dupkami. – Powiem ci, że mówienie do faceta, że chce się go lizać nie pomaga – dodał.

Steve nie mrugnął nawet okiem, kiedy przewrócił go na łopatki, przyszpilając ponownie do łóżka. Przewodnik spoglądał na niego, jakby zastanawiał się co do cholery. Nie bronił się jednak i nie próbował go kopnąć. Jego stopy były znowu bose, więc może obawiał się, że Steve zacznie się bawić jego zakończeniami nerwowymi. Jego Przewodnik był cholernie wrażliwy.

- Wiesz, że się nie przekomarzałem? – zaczął Steve. – Tak działają moje zmysły.

Oczy Danny'ego rozszerzyły się lekko.

- Mógłbym udawać, że to nie jest seksualne, ale naprawdę dobrze pachniesz i wiem, że ci się to spodoba – dodał.

Danny przełknął ciężko.

- Spodobało ci się to co robiliśmy wcześniej? – spytał cicho.

- Tak – przyznał Danny. – Dalej sądzę, że powinienem jakoś przejąć inicjatywę – przyznał i to najwyraźniej było źródło jego niepokoju.

Steve odmawiał nazywania tego skrępowaniem. Czuł wyraźnie na wysokości bioder ciepło drugiego ciała, które budziło się do życia. Wstyd tak nie działał.

- Nie mam z tym problemu – odparł spokojnie. – Nigdy nie miałem okazji tak naprawdę poznać kogoś moimi wszystkimi zmysłami. Zazwyczaj słyszę i widzę. Czasami dochodzą do mnie zapachy, które muszę przeanalizować, ale dotykanie… - urwał sugestywnie.

- Nowa sprawa – stwierdził Danny. – Czyli jestem jak twój nowy plac zabaw? – spytał niepewnie mężczyzna.

- Raczej daj mi się poznać, żebym przypadkiem nie miał epizodu, kiedy mnie czymś zaskoczysz – odparł Steve. – Będzie chyba sporo sytuacji, w których zapoznam się z twoim smakiem albo dotkniesz mnie…

- Stop! – powiedział Danny, pospiesznie wysuwając się spod niego. – Stop! Ani słowa. Odmawiam zostania w tych czterech ścianach, żeby uprawiać z tobą odzwierzęcy, prymitywny seks, który na pewno będzie cudowny, ale musimy się ogarnąć, bo wariuję, ponieważ spędziłem z tobą pięć dni. Pięć dni, Steven i nie zadzwoniłem do rodziców, żeby powiedzieć im, że wygrali los na loterii – wykrzyczał Danny na jednym wdechu. – A jeśli chcę zostawić u nich część moich rzeczy, wypadałoby ich uprzedzić. A to znaczy z kolei, że muszą cię poznać. I nie będzie lepszej okazji niż pierwszy dzień mojego zawieszenia.

Steve nie bardzo wiedział jak się w tym odnaleźć.

- Co? – spytał tylko.

- Jedziemy do moich rodziców, więc lepiej, żebyś miał jakąś koszulę i przyzwoite spodnie – odparł Danny.

- Zostajemy tam na noc? – spytał ostrożnie.

- Nie – prychnął Danny. – Potem wrócimy tutaj, żebyśmy mogli uprawiać seks przy zgaszonych światłach – dodał.

- Nie jesteśmy małżeństwem – przypomniał mu Steve. – Nie widzę powodów, dla których miałbym to robić przy zgaszonych światłach – prychnął. – Lubię to jak wyglądasz – dodał, ponieważ komplementy utorowały mu już niejedną drogę.

- Ale ja widzę jeden wyraźny. Nie żartowałem z paranoją. Jeśli jeszcze jeden dzień będę wgapiał się w twoją głupią gębę to komuś stanie się krzywda – przyznał Danny.

Steve skinął głową.

- Rozumiem twój punkt widzenia – odparł ostrożnie. – Podobnie jest czasem na łodziach podwodnych.

- I co wtedy robią? – spytał się ciekawie Danny.

- Widziałem tylko artykuły o zamordowanych – przyznał.

ooo

Clara Williams spoglądała na niego niepewnie już od samych drzwi. Jej perfumy były zbyt ciężkie, a dom pachniał tłumem ludzi. Miał wrażenie, że te ściany rezonowały nadal od niedawnego śmiechu. Pstrokate tapety sprawiały, że nie za bardzo miał się na czym skupić. Na domiar tego ojciec Danny'ego otwarcie się na niego gapił.

- Więc to jest Steve – powiedział jego Przewodnik, jakby nie uprzedził telefonicznie rodziców, że pojawią się we dwójkę. – Pracujemy razem – dodał i ponownie zapadło nieprzyjemne milczenie.

Jeśli Danny zamierzał wyjawić rodzicom jakie zmiany zaszły w jego życiu, kiepsko mu szło. Steve nie zamierzał się wtrącać. Takie sprawy należało załatwiać samemu. Może nawet powinien wyjść.

- Jesteś Strażnikiem – powiedział nieoczekiwanie Eddie Williams i spojrzał przez okno zdezorientowany, jakby spodziewał się, że w samochodzie naprzeciwko dojrzy kogoś jeszcze. – Gdzie twój Przewodnik? – spytał tata Danny'ego.

Steve przybrał swoją najlepszą minę, po której każdy rozpoznawał, że nie wyciągnie od niego więcej zeznań. Tylko Danny uważał ją za zaproszenie do przesłuchania, ale Williams miał kiepski instynkt przetrwania. Poza tym był jego Przewodnikiem, a to dawało mu pełen immunitet. Steve czuł, że znienawidzi chwilę, w której mężczyzna zorientuje się jak wiele może.

- No więc… - zaczął Danny, nagle nerwowo drapiąc się po szczęce. – Ja jestem jego Przewodnikiem. Okazało się, że mam gen – dodał.

Clara uchyliła szerzej usta, ale żaden dźwięk się przez nie nie przedostał. Eddie wydawał się natomiast całkiem spokojny. Skinął jedynie głową, jakby fakt, że nie zostawili kogoś w samochodzie w zasadzie wiele wyjaśniał. Przynajmniej wiedział już po kim Danny odziedziczył logiczne myślenie.

- Ale jak? – spytała Clara.

- Przypadek jeden pewnie na kilka tysięcy – rzucił Danny, jakby to była dla niego nie pierwszyzna.

Jakby jeszcze kilka dni temu sam nie świrował z tego powodu.

- Na kilka milionów – wtrącił Steve.

- Ale to znaczy, że pojedziesz na wojnę? – spytała Clara przerażona.

- Nie, Ma, nie ma mowy – zaśmiał się Danny. – Steve jest SEAL, ale ja nie mam przeszkolenia. Najwyraźniej ukończenie akademii policyjnej z moim wzrostem to niedostateczny dowód na to, że jestem twardym facetem – prychnął.

- Nie lubisz dżungli – przypomniał mu Steve. – Oraz wody. Byłbyś idealnym SEAL. Terroryści słyszeliby cię z kilku kilometrów. Danny narzekający na to, że idziemy za szybko. I w zasadzie dlaczego musieliśmy tutaj dopłynąć? – spytał i przewrócił oczami. – Jesteś twardym facetem. Po prostu chronię przed tobą resztę oddziału. Jeśli przesłuchujesz tak podejrzanych to nic dziwnego, że łamią się po kilku minutach – dodał.

Eddie zaczął się śmiać i nie mógł się ewidentnie opanować. Clara starała się brać głębsze wdechy, ale najwyraźniej wizja przedstawiona przez niego była dostatecznie plastyczna, żeby wyobrazili sobie syna w khaki, jojczącego przez cały czas. To nie tak, że Danny często się zamykał. Wyglądał zresztą teraz na urażonego.

- Nie słuchajcie go – prychnął jego Przewodnik. – Uwielbia, kiedy do niego mówię – dodał.

- Oczywiście, skarbie – uspokoiła go matka.

- Dzięki za wsparcie – mruknął Danny. – Mam Grace, nie wybieram się nigdzie – powiedział z pewnością w głosie i coś skręciło się w żołądku Steve'a. – Bardziej mnie interesuje skąd tata wiedział, że Steve jest Strażnikiem. Zachowuje się jak nienormalny, ale wyjątkowo postawił się do pionu, żeby was poznać.

Steve miał ochotę naprawdę mocno ścisnąć jego kolano, ale siedzieli na kanapie w salonie i Williamsowie widzieliby wszystko. W tym związku to Danny znęcał się nad nim, ale pewnie nikt by mu nie uwierzył na słowo.

Jego Przewodnik przez całą drogę tutaj pachniał jak seks, a potem zmusił go do siedzenia na kanapie swoich rodziców. To powinno być karalne.

- Pracowałem kiedyś ze Strażnikami – przyznał Eddie Williams.

Steve spojrzał na niego zszokowany.

- Wywiad? – zdziwił się.

Jego matka nie wspomniała o tym ani słowem, więc musiał być pod naprawdę głęboką przykrywką, co nie miało kompletnie sensu, bo inaczej nie wspomniałby o tym teraz.

- Jestem strażakiem. Obecnie na emeryturze – przyznał Eddie z lekkim uśmiechem, który jednak szybko znikł. – Jedenastego września wezwali wszystkich strażaków, kogo się tylko dało – podjął ojciec Danny'ego i nie musiał podawać mu roku ani miejsca, do którego tak pędzili. – Pięciu Strażników pojawiło się dwa dni później. Dostali rozkazy, że mają się wycofać. Macie podobno problemy z zapachami i hałasem, i wszystkim wokół, ale nie chcieli odejść. Nie było łatwo. Cały czas wiercono, żeby dostać się przez gruzy do ciał. To jest coś niesamowitego, to co potraficie – dodał ojciec Danny'ego.

- Myślałem, że mieliście ten sprzęt do dźwięków – rzucił jego Przewodnik niepewnie.

- Ale on potrafił określić niewiele. Facet, który stał najbliżej mnie, kiedy przeszukiwaliśmy gruzy, wskazał palcem pod siebie i powiedział, że słyszy krztuszącą się kobietę, że zaczyna jej brakować powietrza i dlatego nie krzyczy o pomoc. Sprowadziliśmy dźwig, powiedział nam nawet kiedy jej serce przestało bić. Uratowaliśmy ją. Karetka była na miejscu – wyjaśnił Eddie. – Kawał dobrej roboty, ale nie wyobrażam sobie takiego życia – przyznał z westchnieniem. – Poza tym ci Strażnicy chyba dostali wpisy do akt. Jakiś tam generał stawił się osobiście, żeby ich zaciągnąć z powrotem do bezpiecznego budynku – dodał Eddie.

Steve nie mógł się nie uśmiechnąć szerzej.

- Każdy jeden ma notkę w aktach – przyznał. – Z datą – dodał. – To raczej w naszych kręgach powód do dumy. Kilka osób było nieprzytomnych, kiedy zdarzył się atak. Hałas był tak wielki, że trudno było sobie z nim podobno poradzić, ale najgorsza była późniejsza cisza – wyjaśnił. – W ciszy bardzo wiele słychać. Trudno mi sobie to wyobrazić, nie było mnie wtedy nawet na tym kontynencie.

- Cieszę się, że wtedy nie wykonaliście rozkazu – przyznał Eddie. – Nie wiem tylko jak odnieść się do tego, że mój syn jest Przewodnikiem. Nie ukrywam, że nie lubię waszej Organizacji – dodał. – Będzie jak tamci stał koło ciebie i pilnował, żebyś nie odleciał, kiedy będziecie zbierać trupy? – spytał wprost.

Steve nie był pewien jak odpowiedzieć na to pytanie. Nie był pewien jak Danny znosi śmierć. Cath miała z nią początkowo problem, a potem po prostu skupiła się bardziej na nim, spychając całą resztę za siebie.

Jego Przewodnik był jednak cholernie emocjonalny. Krzyk na razie pomagał, ale może faktycznie musieli zacząć jakieś ćwiczenia nie tyle dla niego co dla świętego spokoju Danny'ego.

- Tato – jęknął jego Przewodnik. – Czy ty widziałeś, żebym zrobił cokolwiek, co mi się nie podoba?

- Tak, ale o tym usłyszeliśmy – rzucił Eddie.

- I co z Grace? – wtrąciła Clara niepewnie. – Co Rachel o wszystkim myśli?

- Rachel nie wie – przyznał Danny. – Dobra wiadomość jest taka, że Steve to chodzący wykrywacz kłamstw, więc na pewno rozprawa odbędzie się na całkiem innych zasadach. Grace zresztą go uwielbia – dodał jego Przewodnik i ewidentnie tego pożałował.

- Poznałeś Grace? – zdziwiła się Clara. – Kiedy poznałeś Grace?

- Mniej więcej wtedy, kiedy Rachel próbowała mnie znowu wyrolować – wtrącił się pospiesznie Danny i westchnął, przecierając nagle twarz. – Tylko nie świrujcie – poprosił ich. – Mieszkamy razem, bo jako Przewodnik Steve'a jestem… - urwał. – Musimy mieć większy kontakt z sobą. A Steve nie może przebywać w miejscach, które nie są dostosowane do niego. Żadnych mrugających świateł, podejrzanych zapachów – wymienił. – Dlatego chwilowo zamierzam zwolnić swoje mieszkanie. Trochę się przyczynił do tego facet, który miał laboratorium mety w moim budynku – dodał. – Czy istnieje szansa, że przetrzymacie część moich rzeczy? – spytał z nadzieją.

Clara nie spoglądała już jednak na Danny'ego, ale wprost na Steve'a, jakby chciała sprawdzić co jest grane. Czy czegoś czasem nie kombinował. Mniej się bał tureckiego więzienia niż wzroku tej kobiety.

- Mieszkanie Danny'ego było gówniane – wyrwało mu się.

Kąciki ust Eddiego Williamsa drgnęły lekko.

- Język – powiedziała Clara. – I faktycznie – przyznała.

- Hej! – zaprotestował Danny, ale został zignorowany.

ooo

Danny uderzył głową o kierownicę. Steve oddał mu kluczyki tylko dlatego, że Przewodnik o nie wyraźnie poprosił i zaczynał tego żałować. Danny wydawał się jeszcze bardziej zestresowany niż wcześniej.

- Chyba poszło dobrze – stwierdził Steve.

- Teraz będą szperać, żeby sprawdzić co się dzieje – jęknął jego Przewodnik.

- Twój ojciec darzy szacunkiem Strażników – przypomniał mu Steve. – Organizacja nie tknie cię palcem, a nawet może pomogą przy rozwodzie z Rachel, kiedy będą wiedzieli, co mogą zrobić. Takiej sytuacji nie było nigdy wcześniej.

- Mój ojciec widzi w tobie obrońcę uciśnionych, a nie maniaka z maczetą – prychnął Danny.

- Mogę udawać normalnego raz w tygodniu na niedzielnym obiedzie – odciął się.

Danny przygryzł wargę i spojrzał na niego z wyrzutami sumienia wypisanymi na twarzy, co było czymś nowym.

- Ciężko przeżywają rozwód – oznajmił mu Przewodnik. – Nie wiem czy oni zdają sobie sprawę, że jesteś na stałe – dodał.

- Dlaczego im nie powiedziałeś? – spytał ostrożnie i Danny zakrył twarz rękami.

- To jest nowe – odparł Przewodnik. – To jest cholernie nie fair w stosunku do ciebie, ale nie mogłem im powiedzieć tak po prostu. Niech powoli się przyzwyczajają. Za kilka dni wpadniemy znowu na kolację. Przyniesiemy może coś, co umiesz ugotować – zaproponował. – Organizacja wypożyczy nam kuchnię? – zainteresował się.

- Nie potrafisz nic ugotować, prawda? – spytał Steve. – Chcesz, żebyśmy zasugerowali im, że jesteśmy razem – odgadł bez problemu. – Ale bez mówienia im tego? Jak wspólne niedzielne obiady? Przynoszenie jedzenia. Wspominanie, że razem mieszkamy.

Danny wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami.

Steve nie bardzo wiedział co z tym zrobić. Niespecjalnie miał z tym problem, a jednak coś go szturchało w klatkę piersiową.

- Jesteśmy razem? – spytał cicho Danny.

- Ty mi powiedz – odparł.

- Ja się rozwodzę z kobietą, która urodziła mi dziecko. A sądziłem, że skoro połączyliśmy nasze DNA to nas nic nie rozdzieli – przyznał jego Przewodnik.

- To nie była twoja wina – odparł spokojnie. – I nie zakładasz zbyt wiele – westchnął. - Jeśli chcesz być ze mną, ja chcę być z tobą. I to nie tylko dlatego, że tylko z tobą mogę uprawiać seks – dodał tylko w połowie żartując.

Danny spoglądał na niego przez chwilę w milczeniu, a potem znowu walnął głową w kierownicę.

- To nie może być tak proste – powiedział jego Przewodnik.

- I nie jest – przyznał Steve. – Martwisz się, że zaczniemy się kłócić. Już się kłócimy, ale nie przeszkadza mi, że krzyczysz – odparł. – Nie przeszkadza mi, że nazywasz mnie neandertalczykiem. Tobie tak naprawdę nie przeszkadza, że uciąłbym temu terroryście rękę. Po prostu musiałeś ponarzekać. Wiem kiedy robisz to na serio, a kiedy mamroczesz tylko dla mamrotania – dodał.

- To nie jest normalne – warknął Danny.

- Nie, ale to jest część nas. Nie jesteśmy normalni. Jesteśmy niecałym procentem populacji – przypomniał mu. – Nie próbuj nas zmierzyć według standardów, które znasz. Wyznaczamy własne ,nawet w więziach naszego typu. Organizacja nie ma pojęcia co z tobą zrobić. Masz dziecko. Masz żonę. Wiesz jakie mam szczęście, że się rozwodzisz? – spytał.

- Czyli twierdzisz, że to małżeństwo było z góry skazane na porażkę? – warknął Danny. – Bo jestem Przewodnikiem?

- Setki par się rozwodzi i nie mogą tego zwalić na geny. Rachel również, bo ty byłeś w stosunku do niej w porządku – przypomniał mu Steve. – Mam szczęście, że się rozwodzisz, bo pewnie teraz Cath zmieniałaby mi kroplówkę na jakimś specjalnym oddziale.

- Zwariowałeś? Nie pozwoliłbym… - zaczął Danny.

- Prawda jest taka, że nie wiesz co zrobiłbyś – westchnął Steve. – Z jakim poczuciem winy żyłbyś dłużej? Jako mąż, który rozbił swoją rodzinę? Przewodnik, który pozwolił umrzeć Strażnikowi? Masz cholerne szczęście, że nie musisz podejmować tego wyboru - rzucił.

W milczeniu weszli do swojego pokoju i Steve miał wrażenie, że coś znowu się między nimi zmieniło. Danny był niemal spokojny, co tylko denerwowało go bardziej, bo to nie był naturalny stan dla jego Przewodnika. Sam też się uczył dopiero Danny'ego na pamięć. Mężczyzna był jak huragan.

Nie spodziewał się, że zostanie objęty ciasno ramionami. Zaczynał naprawdę lubić specjalny uścisk Williamsów. Najwyraźniej sięgał kilka pokoleń wstecz, bo Eddie i Clara pożegnali tak syna, zostawiając na nim swoje zapachy. Steve nawet nie nienawidził ich tak bardzo.

- Pomiędzy mną i Rachel zaczęło się psuć wcześniej – westchnął w końcu Danny.

- To nie ma znaczenia dla mnie – przyznał Steve.

- Wiem, ale jeśli ty tu jesteś to ja też – odparł Przewodnik. – Nie chcę, żebyś pomyślał, że odbijam sobie na tobie mój rozwód. Faktycznie nie spałem z nikim od czasu Rachel. Nie wiem co w tobie jest takiego specjalnego – prychnął.

- Jestem przystojny – odparł Steve bez zająknięcia.

Danny w końcu go puścił i wyprostował się, patrząc na niego z niedowierzaniem.

- Ja rozpoczynam wyznania, a ty co? – spytał jego Przewodnik z irytacją w głosie.

- Też jestem szczery – odparł Steve.

Danny potrząsnął głową, jakby nawet nie starał się znaleźć odpowiedzi na kolejną zaczepkę. Kiedy jednak zaczął ściągać z siebie ubranie, wydawał się o wiele bardziej odprężony.

- Na następnym obiedzie u moich rodziców będziemy się trzymać za ręce i jak ktoś zwróci na to uwagę, obaj udajemy głupich, że przecież im mówiliśmy wcześniej – rzucił jego Przewodnik.

- Mówiłem już, że jesteś twardym facetem? – spytał Steve. – Ta twoja odwaga i radzenie sobie w trudnych sytuacjach… - zaczął, po czym oberwał poduszką w głowę.