~o~
Ze ściągniętymi w wyrazie zmartwienia brwiami pochylił się ponad swoim raportem. Przebiegł oczami kilka linijek. Westchnął ciężko. To, nad czym biedził się przez ostatnią godzinę, nie nadawało się do wysłania. Kolejny raport, który wymagał od niego bardzo subtelnej redakcji. Cullen nienawidził kłamać, ale gdyby posłał do swoich przełożonych szczegółowy opis wydarzeń zeszłego tygodnia, z pewnością zostałby szybko zastąpiony jakimś bardziej „zdrowym psychicznie" człowiekiem. Wystarczająco nadszarpnął swoją pozycję opisem wypadków, które miały miejsce w Katowni. Po jego wyczerpującym raporcie musiał odpisywać na całą stertę zapytań. Czuł się tak, jakby to on był podejrzewany o szaleństwo, a nie opętana przez lyrium kobieta, która wcześniej zasiadała za tym biurkiem.
Z cichym westchnieniem zanurzył pióro w kałamarzu i przystąpił do korekty.
…na prośbę sekretarza Branda postanowiłem udzielić wsparcia Wicehrabinie. Uzdrowiciel, który został wyznaczony do pomocy przy chorej, to Horacy Amara, straszy zaklinacz przetransferowany do odbudowanego Kręgu Kirkwall z Ostwick. Rekomendacje, jakie przedstawił, oraz sposób działania, jaki miałem okazję obserwować już wcześniej, określał go jako idealnego kandydata do tego zadania. Wraz z nim do Rezydencji Amellów w Górnym Mieście udała się sześcioosobowa eskorta templariuszy, w której oprócz dwóch rekrutów i dwóch pełnoprawnych templariuszy, uczestniczył również kapitan Keran oraz ja.
Już przed schodami do rezydencji Wicehrabiny dosłyszeliśmy odgłosy walki. Zostawiając eskortowanego maga pod opieką kapitana Kerana oraz dwóch templariuszy, ja i dwaj rekruci weszliśmy do środka.
Wewnątrz trwała walka. Towarzysze lady Hawke, którzy przebywali w domu, toczyli zażartą walkę z chodzącymi szkieletami. Sięgając poprzez moje zdolności zbadałem obiekty, które gdy tylko nas dostrzegły, rzuciły się w naszą stronę, odczułem mocny wpływ magii. Podkreślam przy tym, że nie mógł być to w żaden sposób niekontrolowany wypływ magii lady Hawke. Wicehrabina po powrocie z niewoli tempariuszy–renegatów pozostawała w bardzo złej kondycji. Oceniłem, że odbudowa jej many w ilości wystarczającej do rzucenia przeciętnej mocy zaklęcia, zajmie jej około trzech do sześciu dni.
Nie mogło być to również niekontrolowane, czy też świadome działanie naszego maga. Niezależnie od jego zdolności, każdy z nas byłby wstanie wyczuć moment, w którym przerwał Zasłonę.
Po powaleniu ośmiu atakujących nas przeciwników, oceniłem pole walki. Wewnątrz było około trzech tuzinów chodzących zwłok. W większości były to ciała zmumifikowane, w zbrojach z okresu panowania Tevinter, w różnym stopniu rozkładu. W wewnętrznej sali głównej dostrzegłem stawiającym im opór: Varica Thetrasa, członka tutejszej gildii kupieckiej oraz Avelinę Valen – kapitan Gwardii Kirkwall… Dalej w holu stała dalijska opiekunka klanu, Merrill…
Cullen skrzywił się patrząc na całą tę stronę, mruknął sfrustrowany i przekreślił cały ostatni ustęp. Dłoń przyłożył do czoła, masując skroń. Gdy na chwilę zamknął oczy, obraz tamtego wieczoru był wciąż żywy.
– Merrill, uważaj! Z prawej! – Po wysoko sklepionej komnacie poniósł się krzyk Aveliny. Elfka odskoczyła w bok, milimetr od jej głowy, w ścianie, uwięzło szerokie ostrze dzidy. Cullen poczuł w powietrzu podzwanianie magii. Jego zmysły zwróciły się ku drobnej Dalijce. Z jej dłoni wyprysł zielonawy snop światła. Nagle na środku pomieszczenia pojawiły się splątane korzenie unieruchamiające żywe trupy. Fenris, który stał w korytarzu wiodącym ku tylnej części rezydencji, wykorzystał szansę. Sprytnie unikając ostrzy unieruchomionych przeciwników, przedostał się na schody, gdzie kilku szkieletowych łuczników celowało swoimi omszałymi ze starości łukami w Varrica stojącego za Aveliną, w progu biblioteki.
Cullen otrząsnął się z chwilowego osłupienia, on i jego przyboczni szybko zaczęli roztrzaskiwać unieruchomione bestie. Zaklęcie jednak przestało działać i nim dotarli do połowy holu, szkielety uwolniły się z okowów i zaczęły atakować templariuszy. Avelina, stojąc przed Varrikiem i Merrill, nie pozwalała któremukolwiek z napastników dostać się za nią. Fenris z wielkim trudem starał się przebić na pierwsze piętro.
Cullen dopiero po chwili pojął czemu. Z góry dochodziło głośne chrobotanie i dudnienie, tak jakby coś potężnego waliło w drzwi. Dopiero wówczas pojął rzecz oczywistą. Hawke była na górze, leżała w swoim łóżku złożona chorobą, bezbronna. Cullen wytężył swoje zmysły. Nie wyczuwał w powietrzu jej magii, mogło to oznaczać, że bestie jeszcze się do niej nie przedarły albo dopadły ją już wcześniej.
Templariusz skoncentrował się. Zebrał w sobie potężny zasób energii. Jego uderzenie było silne i rozlało się nagłym błyskiem oślepiającego światła. Szkielety wkoło, napędzane jakąś ciemną magią, zafalowały i zachwiały się. To dało Cullenowi wystarczająco czasu, by dobrnąć do schodów i wraz z Fenrisem przebić się poprzez rzędy umarlaków tłoczących się na każdym stopniu.
Gdy stawiali swe stopy na ostatnim schodku, do ich uszu dobiegł głośny łomot i trzask. Fenris wydał z siebie zwierzęcy warkot i gdy Cullen zablokował kolejny atak trupa wysoko ponad swoją głową, elf dał nura pod ramieniem napastnika, w locie podciął dwóch następnych, roztrzaskując im obnażone kości nóg, stanął już na korytarzu pierwszego piętra. Podczas gdy templariusz zajmował się szkieletami, które nadal niemrawo starały się podnieść z posadzki, Fenris płynnym cięciem od góry rozpłatał mumię ubraną w rozpadające się szaty maga i przestępując nad nieporuszającym się już truchłem, wpadł biegiem do pokoju, który zajmowała Hawke.
Gdy Cullen, ocierając dłonią pot z czoła dobrnął wreszcie do sypialni wicehrabiny, elf był już przy niej. Siedział na łóżku przytulając do siebie mocno wybladłą i roztrzęsioną kobietę. Templariusz nie miał jeszcze okazji zobaczyć jej po powrocie. Wychudłe, blade policzki i głębokie cienie pod oczami były testamentem kaźni, jaką przeszła za sprawą jego byłych podwładnych. W tym momencie Cullen nie żałował Casley'a, którego trup, od wczorajszego świtu, dyndał na długim postronku ponad boczną bramą Katowni.
…po dochodzeniu przeprowadzonym we współpracy z Gwardią Kirkwall, odkryliśmy źródło owych niepokojących napaści. Pod częścią zburzonego zakonu znajdowały się katakumby z czasów, gdy Tevinter obejmowało swoim zasięgiem Kirkwall. Podczas wybuchu struktura wrót pieczętujących została naruszona. Podobnie Zasłona została mocno naruszona. W Mrokowisku, mimo szeregu przeszukań i rewizji, może znajdować się nadal pewna liczba apostatów wrogo nastawionych do Wicehrabiny. Wszystko to mogło wpłynąć na szereg nienaturalnych zjawisk, przypadkowo lub celowo wymierzonych w Wicehrabinę Hawke.
~o~
Sebastian zmierzył wzrokiem elfa rozpartego wygodnie na miękkim fotelu przed kominkiem. Leniwy uśmiech i swobodne zachowanie gościa nie zdołałoby go zwieść. Księże znał Zevrana na tyle, by wiedzieć, że nawet wyglądając na nieco znudzonego otoczeniem, Kruk jest nadal czujny.
– Mam uwierzyć, że mogę mu zaufać? – zapytał elfa.
Zevran uśmiechnął się delikatnie.
– Roland to dobry polityk i nieodrodny syn Starkhaven. Myślę, że możesz być go pewny.
Sebastian wstał zza swojego biurka. Dłonią przeczesał włosy, teraz znacznie dłuższe i bardziej falowane.
– Mimo twoich zapewnień uważam, że to jest podejrzane.
– Zapewniam cię, że nie bardziej niż sposób, w jaki twój kuzyn pozbył się starszego brata Rolanda.
Vael parsknął.
– Nie pojmuję, jak ten kretyn wytrwał na tronie tak długo. Kto przy zdrowych zmysłach podcina gałąź, na której siedzi? Goran musiał wiedzieć, co się stanie, gdy rodzina MacCoy'ów dowie się o jego zleceniu na Thomasa.
– Przypuszczam, że nie przewidział, że zabójca będzie tak ślamazarny. Gdyby nie spartaczył roboty, nikt by się nie domyślił, kto był zleceniodawcą.
Książę zmierzył wzrokiem skrytobójcę. Coś w zachowaniu Zevrana, coś w jego uśmiechu, kazało mu przypuszczać, że ta historia to jedynie czubek góry lodowej.
– Zapewne Goran liczył na to, że wina spadnie na ciebie.
– Doprawdy niesamowity zbieg okoliczności, że właśnie wtedy znalazłeś się w odpowiednim miejscu, by znaleźć winnego – mruknął łucznik.
– Och, ja tylko pojmałem zamachowca, niestety został przy tym śmiertelnie ranny – Zev uśmiechnął się drapieżnie. – Los bywa przewrotny.
Sebastian nic na to nie odparł, ciągle jednak zastanawiał się nad rolą Zevrana w całej tej historii. Czy to możliwe, by Mistrz nie wiedział o zamachu wcześniej? Czy nie mógł zainterweniować? Zginął w końcu niewinny człowiek. Sebastian potarł czoło. Gdyby nie to zlecenie, armia MacCoy'a dybałaby teraz na niego. Mężczyzna stwierdził, że niewiedza w tym wypadku będzie lepsza niż drążenie tematu.
Wielki Mistrz Gildii Kruków nie fatygowałby się osobiście do jakiejś zapchlonej twierdzy w górach, gdyby nie miał w tym żadnego interesu.
Była oczywiście sprawa przyszłego sojuszu. Teraz, gdy Hawke została wicehrabiną i Sebastian był coraz bliżej osiągnięcia celu, wszystko nabierało realnych kształtów.
Zevran twierdził, że ma w tym osobisty interes, w końcu król Fereldenu uratował mu życie. Słyszał jednak pogłoski, że Goran bardzo „niemiło" obchodził się z antivańskim kupcami. Poważne rody Antivy traciły na tym majątek. Gdyby Zevran przyłożył dłoń do poprawy obecnego stanu rzeczy, z pewnością stałby się najbardziej wpływowym Mistrzem Gildii w całej historii Antivy.
Vael spojrzał jeszcze raz na elfa rozważając w myślach, czy powinien mu ufać. Ostatecznie za jego osobą przemawiała rekomendacja Hawke. Reiven znała go lepiej, ufała mu. Było więc naturalne, że Sebastian zawierzył jej ocenie tego dziwnego osobnika.
Myśl o Reiven spowodowała, że znów poczuł ten dziwny ucisk w piersi. Nie miał od niej wieści od miesiąca. Niepokoiło go to, ale przecież kurier mógł mieć trudności z odnalezieniem go. Ostatni tydzień był istnym szaleństwem. Forsowny marsz górskimi przełęczami ku dolinom doprowadził ich w dorzecze Minanteru. Do stolicy mieli nie więcej niż tydzień drogi.
Książę obrócił się ku oknu obserwując łagodne pagórki, jeden za drugim pokryte zielenią. W oddali dostrzegał stada owiec spędzane do zagród na noc przez pastuchów.
Ten widok nieodzownie wiązał się z jego wspomnieniami o domu. Teraz jednak, gdy powrócił, czuł jakby czegoś mu brakowało. Był tutaj, ale nie miał się z kim podzielić wspomnieniami, myślami, radością i smutkiem. Brakowało mu przyjaciela, powiernika. Brakowało mu Hawke. Westchnienie samo wyrwało mu się spomiędzy ust.
– Miałeś jakieś wieści z Kirkwall? – zapytał w końcu, odwracając się do swojego rozmówcy.
Zevran pokręcił głową.
– Najwyraźniej nic godnego uwagi nie zdarzyło się w tym mieście, odkąd u władzy jest nasza piękna Wicehrabina.
Sebastian przytaknął. Zapewne brak jakichkolwiek niepokojących wieści był skutkiem tego, że Hawke jak mało kto umiała sobie radzić z kłopotami. Mimo to ciągle nie był wstanie przegnać cienia zalegającego w jego duszy ilekroć myślał o Reiven, a ostatnimi czasy zdarzało się to często. Zastanawiał się, na ile jego złe przeczucia mogą mieć związek z realnymi niebezpieczeństwami, a na ile wiązało się z pewnym wytatuowanym elfem, który pozostał w Kirkwall.
– Czyżbyś obawiał się konkurencji? – zagadnął Antivańczyk, spoglądając sponad swojego pucharu wina na niespokojnego księcia. – Jakiegoś wytatuowanego elfa na przykład?
Vael nic nie odparł. Ostatecznie uznał jednak, że nie ma sensu zastanawiać się nad rzeczami, nad którymi nie miał kontroli.
– Wydaje mi się, że sprawa jest przesądzona. Kobieta nosi twój pierścionek na palcu, sam widziałem.
– Reiven nie dała mi jeszcze odpowiedzi, jeśli już musisz wiedzieć.
– Niemniej jednak przyjęła tytuł Wicehrabiny, to prawie jak deklaracja, czyż nie?
Sebastian spojrzał pytająco na elfa.
– No mój drogi, chyba nie myślisz, że Wicehrabina poślubi byłego niewolnika, a pomiędzy kolejnymi audiencjami będzie się zajmowała swoimi małymi, zielonookimi dzieciaczkami. Bądźmy realistami. Gdyby miała zamiar zostać z wytatuowanym ponurakiem, arystokracja natychmiast podniosłaby wrzawę. Wicehrabina bardzo szybko przestałaby nią być. Szlachta Kirkwall przymyka oko na jej talenty magiczne, ale to chyba jest próg ich wytrzymałości.
Sebastian zamyślił się przez chwilę. Nigdy nie patrzał na to od tej strony. Reiven jednak musiała być tego świadoma, a jeśli nie była, Sebastian mógł liczyć na to, że Varric ją oświecił.
Może wobec tego nie miał się czym przejmować. Może sprawa była przesądzona.
– Władza to potężny afrodyzjak – dorzucił Aranai. – Potrafi złączyć trwalej niż uczucie.
Vael prychnął.
– Ty chyba nie wiesz, co to miłość?
Przez twarz skrytobójcy przebiegł cień, ale szybko został zastąpiony płomykiem rozbawienia.
– Ech, my skrytobójcy mam serca z kamienia – rzucił, uśmiechając się krzywo. – Z twoją oblubienicą książę, niech wam się wiedzie – podniósł kielich do ust i opróżnił go duszkiem.
~o~
Spod półprzymkniętych powiek śledziła postać elfa wyraźnie odcinającą się od okna, przy którym stał. Był ciągle nieświadom, że jest obserwowany. Wśliznął się po cichu do jej komnaty na parę chwil przed świtem. Najwyraźniej nie chciał jej obudzić. Przez długi czas obserwowała go, jak przechadzał się niemal bezgłośnie po jej pokoju. Był zaniepokojony, zmartwiony i spięty. Czytała to w jego ruchach, w charakterystycznej postawie ciała, gdy każdy obchód jej pokoju kończył patrząc przez okno na panoramę miasta.
Zastanawiała się, co tak bardzo go niepokoiło. Nie było przecież powodów. Wiedziała, że przez ostatnie tygodnie musiał się o nią martwić. Niezależnie od tego, jak go traktowała, jak bardzo go zraniła unikając jego osoby, nadal się o nią bał. Wczorajszy, nagły najazd umarlaków jedynie rozjuszył nieco uspokojone nerwy Reiven i jej przyjaciół. Gdy wydawało się, że już jest po wszystkim i nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, w salonie pojawił się tuzin na wpół rozkładających się ciał. Na samą myśl o tej okropnej nocy serce Hawke podchodziło do gardła. Ostatecznie jednak nic się nie stało. Nikt nie został ranny. Ona sama, dzięki troskliwej opiece magów Kręgu, dochodziła do siebie, szybciej niżby można by było się tego spodziewać. Tymczasem Fenris wydawał się być kłębkiem nerwów.
Parę chwil po wschodzie słońca miała już dość nieustannego pochodu elfa. Z trudem podciągnęła się na stercie poduszek przyniesionych przez Oranę. Fenris obrócił się do niej twarzą, słysząc szelest pościeli. W zielonych oczach widać było czułość, ciepło, gdy patrzył na nią. Tak, jak tamtego ranka, tydzień temu, gdy obudziła się w jego ramionach, na statku Isabeli, bezpieczna.
– Co się dzieje Fen? – Jej głos był cichy i spokojny. Elf pochylił głowę, grzywa białych włosów opadła mu na twarz skrywając oczy.
Ciężko mu było patrzeć na nią, taką wymizerowaną i bladą, i wierzyć, że wszystko będzie dobrze. W jego głowie nadal tysiące myśli. Był o włos od jej stracenia. Znowu. Chwila później i nigdy więcej nie spojrzałby w jej srebrzysto–niebieskie oczy, nie usłyszał jej głosu.
Jeszcze dobrze nie otrząsnął się z wydarzeń poprzedniego tygodnia. Widok jej wiotkiej postaci w okowach, spętanej jak niewolnica na łasce swojego pana, prześladował go przez cały ten czas, gdy pozostawał przy łóżku nieprzytomnej. Wczoraj, gdy wpadł do jej sypialni, niepokój walczył w nim z furią, furią nie na krwiożercze zwłoki, ale na siebie.
Czuwając przy jej posłaniu nocami, gdy nie widziała go, umykając w dzień, gdy budziła się, czuł się winny. Powinien być przy niej, zawsze. Gdyby nie jego idiotyczne poczucie dumy, nie pozwoliłby się odepchnąć kolejny raz. Powinien czuwać nad nią chociażby z daleka, gdyby nie chciała go przy swoim boku. Powinien ją chronić. Tymczasem opuścił posterunek i Reiven została mu wykradziona, tuż spod nosa. Te dwa tygodnie katorgi były jego winą. Elf bał się, że w końcu Hawke to dostrzeże i każe mu odejść. Dlatego nie było go przy niej wczorajszego wieczoru, gdy zaatakowały umarlaki. Był blisko jej domu, snuł się po uliczkach niczym cień. Gdy z drugiego końca placu dosłyszał dźwięk rozbijanych szyb, a zaraz potem na zewnątrz wypadło truchło wyrzucone z impetem przez Avelinę, nim się zastanowił, biegł ku rezydencji Amellów. Jego umysł skupiony na jednym pragnieniu – dotrzeć do Hawke – nie zarejestrował nic z całej utarczki w głównym holu i na schodach.
Wpadł do sypialni Reiven dysząc. Widok przed nim zmroził mu krew w żyłach. Reiven wtulona w poduszki patrzała na obwiniętą w bandaże mumię o płonących czerwienią ślepiach. Stwór trzymał łapy na jej szyi, nie zaciskał kościstych palców, po prostu trzymał. Pochylał się nad nią jakby chciał się jej przyjrzeć albo… pocałować.
Wystarczyło jedno cięcie i głowa trupa potoczyła się w kąt, reszta ciała opadła bezwładnie na posłanie przygniatając chorą. Jednym pociągnięciem ręki zerwał ohydne truchło z jej posłania.
Reiven patrzała na niego szeroko rozwartymi oczami, z twarzą białą jak płótno. Trzęsła się, była przerażona. W tamtej chwili mógł tylko wziąć ją w ramiona. Przywarła do niego, kurczowo chwytając dłońmi jego koszulę, a jedyne, o czym mógł myśleć, to to, że znów nie było go, gdy był potrzebny. Znów się spóźnił, by ochronić ją przed strachem i cierpieniem.
A teraz ona patrzyła na niego swoimi czystymi, ufnymi oczami i pytała się go, o co chodzi.
– Przepraszam – wymruczał, zbliżając się do posłania. Uniosła na niego zdziwioną twarz.
Nie rozumiała, nie winiła go za to. Przez te wszystkie lata ani razu nie winiła go o cały ból, który na nią sprowadzał, o cierpienie, któremu nie zdołał zapobiec.
– Zawiodłem cię.
Pokręciła głową energicznie, zaprzeczając. Wyciągnęła ku niemu dłoń. Uchwycił ją w swoje obie ręce. Pociągnęła go lekko do przodu i opadł przy jej łóżku, sadowiąc się na samym skraju.
– Nie masz za co przepraszać – wyszeptała cicho. Wiedział, że patrzy na niego, ale nie mógł spojrzeć w jej oczy, nie teraz, gdy były tak wyraziste w bladej, wychudłej twarzy, podkrążone i zmęczone. Zamiast tego podniósł dłoń do ust, całując miękką skórę. Dosłyszał ciche westchnienie, które wyrwało się z ust czarodziejki. Gdy odłożył dłoń Reiven i chciał wstać, przytrzymała go.
– Zostań – cichy głos był niczym najgłośniejszy gong bijący w rytm serca, głęboko wewnątrz jego duszy.
– Zostanę – wyszeptał bezgłośnie – jak długo nie każesz mi odejść – dodał w myślach.
