fanka77 dzięki za komentarze, wiele dla mnie znaczą...


Minęło prawie cztery i pół miesiąca, kiedy znowu odważył się wejść do laboratorium, które kiedyś było Sam, a teraz za przechowalnie większych artefaktów przed ich opuszczeniem do strefy 51. Jack wrócił właśnie z Minnesoty, gdzie prawie trzy miesiące spędził na łowieniu ryb i spędzaniu czasu z przyjaciółmi. Daniel i Teal'c dopilnowali, aby przestał rozpamiętywać stare dzieje i obwiniać się o śmierć Sam. To oni namówili go, aby zaprosił Gertrude na kolacje twierdząc, że życie toczy się dalej. „Szczerze, to spiknięcie mnie z Gertii, było jednym lepszych pomysłów Kosmicznej Małpy." Wyszczerzył zęby na samą myśl o promiennej twarzy kobiety, z którą spotykał się od ponad dwóch miesięcy. Nie był to jakiś bardzo poważny związek, ale pozwolił mu pomógł mu odzyskać chęć do życia. Nie kochał Gertrude, nie tak jak Sam, ale była ona droga jego sercu. Zależało mu na jej szczęściu, przy niej czuł się potrzebny, szczęśliwy. Oczywiście Gertrude darzyła go głębokim uczuciem, jednak przyjmowała do wiadomości, że nie jest pierwszą kobietą w sercu Jacka.

O'Neill stanął przy dawnym biurku Carter i westchnął na samo wspomnienie kobiety. Brakowało mu jej, to oczywiste. Ich mała rodzina nigdy nie będzie już taka sama, bez techno bełkotu Sam każda misja była po prostu kolejną misją, a nie nową przygodą. Daniel stał się bardziej zamknięty w sobie, jakby także obwiniał się o śmierć przyjaciółki. A Teal'c, no cóż, był taki sam jak przed tragedią, jednak i w jego spojrzeniu można było dostrzec ból i tęsknotę. Ich trójka może i pogodziła się już ze śmiercią Samanthy, jednak nigdy jej nie zapomniała. Czasami mówili o kobiecie, o wspólnych przygodach, sukcesach i porażkach, jednak za każdym razem, kiedy tak się działo, popadali w melancholię, która trwałą czasami i kilka dni.

- Jack? Co robisz?- z zamyślenia wyrwał go ciepły głos. Odwrócił się i ujrzał stojącą w drzwiach Gertrude. Uśmiechnął się, po czym podszedł do kobiety. Pocałował ją w policzek, gasząc przy tym światło w laboratorium.

- Wspominałem. Czasami…

- Wiem, chcesz pobyć sam, by pomyśleć. Zastanowić się, co zrobiłaby major Carter. Rozumiem, Jack. Naprawdę - odpowiedziała chwytając go za dłoń.

„Jakim cudem na nią zasłużyłem! Na jej uczucie?" pomyślał, kiedy trzymając się za rękę przeszli korytarz.

- Miałaś do mnie jakąś sprawę, czy po prostu się stęskniłaś?

- Mam sprawę, chociaż to pierwsze nie wyklucza drugiego. Daniel prosił abyś przyszedł do jego gabinetu, chciał ci coś powiedzieć.

Jack westchnął, kiedy para zatrzymała się przed windą. Spojrzał na swoją dziewczynę. Jej kiedyś krótkie, brązowe włosy, teraz były długą kaskadą loków, upięte w kok, aby nie przeszkadzały przy pracy. Miała na sobie biały fartuch lekarski, a pod nim (Gertii pracowała, jako cywilna pielęgniarka) jeansy i zielony sweterek z dzianiny, podkreślający intensywny kolor jej zielonych oczu. Nie wyróżniała się jakąś zjawiskową urodą, była jakby to określić pospolita. Jej sylwetka także nie należała do idealnych, posiadała trochę zbędnych krągłości tu i ówdzie. Mimo to Jack nie dbał o to czy była trochę pulchna, czy też nie. Nie musiała być pięknością, nie była przecież jego Carter. Wystarczyło mu, że jest zabawna, pogodna, dobra w łóżku, wierna, przepełniona miłością i kochała Simpsonów, jak on. Reszta była nie ważna.

- Widzimy się dzisiaj?- zapytał.

Kobieta tylko kiwnęła głową, po czym musnęła usta ukochanego, zanim weszła do windy. Jack poczekał, aż drzwi się zamknęły, po czym nucąc pod nosem i planując wieczorną kolację, udał się do biura przyjaciela. Wszedł do pomieszczenia równo z Teal'ciem, który uniósł brew na widok uradowanego przyjaciela.

- Cześć Kosmiczna Małpo. Co tam?- powiedział siadając na biurku. Daniel zmarszczył brwi.

- Myślałem, że przestałeś już mnie tak nazywać.- powiedział spoglądając na pułkownika. Gdy zobaczył jego uśmiechnięty wyraz twarzy, dodał.- No jasne, na co ja liczyłem. Wracając do ważniejszych rzeczy. Generał Hammond otrzymał wiadomość od Tok'ra, chodziło o Çatal Höuyck…

- Planeta, gdzie zginęła Carter.- wyszeptał Jack.

- Tak, tylko, że po planecie nie ma śladu.

- Nie rozumiem, Danielu Jackson.- odparł zdziwiony Teal'c.

- Generał mówił coś o wysłaniu statku Tok'ra, aby przeskanować planetę, kiedy jeszcze Sam była uznana za zaginioną w akcji.- wytłumaczył Jack.- Nie wiedziałem, że po jej pogrzebie nie porzucili misji.

- Tak, tak właśnie. Zameldowali, że po wyjściu z nadprzestrzeni zastali jedynie pozostałości po wybuchu oraz tworzącą się supernową. Selmack odleciał. Jeśli kiedykolwiek mielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o śmierci Sam, to nasza szansa właśnie przepadła.

Całe SG-1 umilkło. Samo wspomnienie ich dawnej towarzyszki wzbudziło zadumę. Minęło już sporo czasu, a jednak wciąż zbyt mało. Tęsknili za Sam, to oczywiste, w końcu w pewnym stopniu SG-1 tworzyło rodzinę. Kiedy Carter odeszła, generał długo nie wspominał o jakimkolwiek zastępstwie, ale w końcu musiał przydzielić kogoś swojej flagowej drużynie. I tak miejsce Sam zajął kapitan Adam Nelson. Mimo, iż zaakceptowano nowego członka w zespole, to nigdy nie uważano go za część rodziny. Nie zapraszano na urodziny czy czwartkowe wypady na steki i piwo, o wędkarskich weekendach i nocach filmowych nie było nawet mowy.

- Dzisiaj po raz pierwszy weszłam do jej laboratorium od powrotu z urlopu. Nadal czuć tam jej obecność.- westchnął Jack.

- Ile to już czasu minęło?

- Siedem i pół miesiąca od jej śmierci. Kto by pomyślał, ja nadal nie mogę uwierzyć, że nie ma jej wśród nas.-odparł Daniel, po czym wyprostował się i spojrzał na pułkownika, który teraz bawił się małym pudełeczkiem. Archeolog od razu je poznał. To samo, które widział przed misją, która odmieniła ich życie. To właśnie w nim znajdował się diamentowy pierścionek.

Teal'c także je zauważył, gdyż w swój charakterystyczny sposób uniósł brew, pytając:

- O'Neill, ufam, że Gertrude jest w dobrym zdrowiu.

- Tak, T. Spotykamy się dzisiaj. Zabieram ją do tej nowej włoskiej restauracji.

- Naprawdę? Chcesz się oświadczyć, skoro mi tak machasz pierścionkiem pod nosem?- zapytał doktor Jackson.

- Nie, Kosmiczna Małpo. Ale myślałem, aby ze mną zamieszkała. W końcu spotkamy się od dwóch miesięcy, tak na poważnie. Znamy jeszcze dłużej. Dobrze nam ze sobą, a ja nie robię się coraz młodszy. Czas się ustatkować, pomyśleć o psie… Gertii jest wspaniałą kobietą, nie jest Carter, ale przecież nikt nam nigdy jej nie zastąpi. Może nie kocham jej w takim stopniu, jakim powinienem, ale bardzo mi na niej zależy.

- Cieszę się, że chcesz sobie ułożyć życie. Lubię Gertrude, to wspaniała kobieta. Wiesz, że na nią nie zasługujesz?

- Zdaje sobie z tego sprawę, ale nie będę czekać tak jak z Sam. Gertii jest dla mnie bardzo ważna, jeśli mnie zechce to ją poślubię. Chcę mieć kogoś, z kim mogę spędzić życie. Sam już tutaj nie ma. Zawsze będę ją kochać, ale to przeszłość. Gertii to moja przyszłość!- powiedział.- Czas, abyś i ty Kosmiczna Małpo wziął sprawy w swoje ręce, wiem jak się ślinisz do naszej dobrej pani doktor. Zresztą z wzajemnością. Odłóż te skały i zaproś ją na kolacje!

Daniel przewrócił oczami szukając wsparcia u Teal'ca. Ten jednak się tylko uśmiechnął.


TBC