Odsłona XI
Zakochany wilkołak

Say you'll share with me one love, one lifetime
Let me lead you from your solitude
Say you need me with you here, beside you
Anywhere you go let me go too
That's all I ask of you
(PHANTOM OF THE OPERA: All I Ask of You)


Następnego dnia Yenlla ocknęła się z potwornym bólem głowy, a jej wyschnięte na wiór gardło wydawało się jednocześnie wypełnione tajemniczym kwasem, który próbował wypalić sobie drogę na zewnątrz. Oczy piekły i szczypały nieznośnie niby zasypane ziarenkami piasku. Zmaltretowany żołądek miał wielką chęć opuścić dotychczasowe miejsc zamieszkania i udać na wielką włóczęgę w sobie tylko wiadomym kierunku, przy czym był w swych poczynaniach nadal nieco niezdecydowany, a mięśnie i nerwy ogłosiły zbiorowy strajk i teraz urządzały energiczne demonstracje w kolejnych kluczowych ośrodkach pracy. Przyzwyczajona ostatnimi czasy do miękkiego, wygodnego i wielkiego łóżka Snape'a Yen ciężko zniosła pierwszą od wielu dni noc na średnio wygodnej kanapie. Uwierało i bolało ją wszystko, nawet te części ciała, o których istnieniu nie wiedziała. Pozwijana karkołomnie na wersalce ani mogła się ruszyć, ani miała na to ochotę. Zresztą i tak była pewna, że właśnie kona, więc wykonywanie jakichkolwiek ruchów było w tej sytuacji pozbawione sensu... „Ech, niech już nawet przyjdzie śmierć, byle szybko", przemknęło przez umęczoną głowę pani Snape-O-Ile-Jeszcze.

Śmierci jednak jakoś się nie spieszyło, za to w międzyczasie uwagę Yen zdołało zwrócić nagłe poruszenie w pokoju. Spróbowała otworzyć oczy. Powieki ważyły chyba tonę i mimo podjętych wysiłków nie uniosły się ani o cal. Akcja ta całkowicie wyczerpała jej nadwątlone siły. Kolejną próbę podjęła dopiero po chwilowej regeneracji, gdy przyrodzona ciekawość zaczęła brać górę nad skrajnym wycieńczeniem.

Kiedy Yen udało się pokonać opór powiek, jej oczy przeszył blask jaskrawego światła przewiercającego się bezlitośnie przez mózg i w jakiś dziwny sposób wywracającego go na drugą stronę. Przynajmniej tylko w ten sposób dawało się opisać to szczególne uczycie. Yen jęknęła rozdzierająco.

– Nie po oczach – poprosiła żałośnie. – Kto zapalił światła?

– Przepraszam, proszę panien... pani. Jakie światła? Już pozasłaniałam okna, ale... ale pan je ciągle odsłania, kiedy przechodzi. – Usłyszała nad sobą dzikie wrzaski.

– Nie tak głośno – wymamrotała, próbując nasunąć na głowę poduszkę, na którą natrafiła ręką.

– Przepraszam, proszę panienki.

Yenlla spróbowała skupić oślepiony, rozbiegany wzrok na tajemniczym krzykaczu i rozpoznała pochylającą się nad nią zatroskaną twarz Błyskotki. Laser, który przed chwilą o mało nie wypalił jej oczu, okazał się połyskującym czubkiem nosa skrzatki. Pani Snape-O-Ile-Jeszcze rozjęczała się na dobre, odwracając się i wtulając w oparcie kanapy.

– Dlaczego tak krzyczysz?

– Przepraszam. Naprawdę już ciszej nie mogę – szepnęła Błyskotka przez palce, którymi aktualnie zakrywała skrzętnie usta, aby jeszcze bardziej stłumić i tak ledwie słyszalny głosik. – Odwykłam. Przepraszam.

– Co się stało?

– Och! Eee...

– Hm?

Błyskotka odchrząknęła elegancko, przykładając do czoła swojej cierpiącej niewymowne katusze pani zimy kompres.

– No więc wrócili państwo bardzo późno i potem chyba mieli państwo jakąś znaczącą różnicę zdań, bo pan bardzo głośno krzyczał, a panien... pani jeszcze głośniej i wybuchło straszne zamierzanie. Potem pan zdemolował drzwi do sypialni i wybuchła kolejna awantura, a później pani... Khm, khm... Później pani dostała Ataku. – Ostatni wyraz nieszczęsna skrzatka wymówiła z drżeniem, spuszczając uszy po sobie.

Yen wydała z siebie kolejną porcję jęków i westchnień, zanim udało jej się zapanować nad wirującym pokojem oraz swoim w nim miejscu, i wyartykułować:

– O nie! Atak? Przy nim?

– Obawiam się, że on i tak wie, proszę panien... pani.

– Oczywiście. ON zawsze wszystko wie.

– Tego nie wiem, proszę panienki.

– A gdzie ON jest?

– W laboratorium, proszę panien... pani.

– I niech tam sczeźnie – wymruczała mściwie Yen, zakrywając się w całości kocem. – Tak jak ja umieram.

– Nie umiera panienka. To tylko kac.

– Nie pomagasz.

– Przepraszam.

– I krzyczysz.

– Przepraszam. – Zagubiona i zatroskana skrzatka miała łzy w oczach, ponieważ teraz już prawie bezgłośnie poruszała ustami i sama siebie nie słyszała. – Przepraszam.

§§§

Yen umierała, usilnie starając się choć na moment stracić przytomność i przestać czuć wszystko to, czego obecności w swoim ciele porządny człowiek nie powinien się nawet domyślać. Niestety, po raz kolejny przekonała się o tym, że w życiu nie ma tak łatwo. W ciągu kilku minionych lat spokojnej naukowej egzystencji zdążyła zapomnieć, jak to jest, gdy żyje się ciekawie, i teraz ponosiła tego konsekwencje, cierpiąc niejako podwójnie. Yenlla nie miała kaca od dobrych kilku lat i właśnie boleśnie przekonywała się na własnej skórze, że zbyt długie przerwy rzeczywiście szkodzą.

Błyskotka wypadła tymczasem ze swej zwyczajowej roli kaznodziejki i starała się ulżyć pani na wszelkie możliwe sposoby. Szkoda, że ani pani, ani skrzatka nie posiadały żadnego gotowego specyfiku na tego rodzaju dolegliwości. O ile przepis jeszcze mógłby się znaleźć gdzieś pośród papierów Yen, problemem pozostawał brak kociołka do uwarzenia eliksiru. Niestety, w jedynym zdatnym w tej chwili do użytku i jednocześnie najbliższym laboratorium szalał teraz urażony Nietoperz, który z pewnością nie był obecnie skłonny do aktów miłosierdzia.

Jeżeli zaś chodzi o samego Severusa Snape'a, ten krążył po domu niespokojnie, tupiąc i waląc czym popadło, czyli ogólnie hałasując i wzniecając takie zamieszania, jakby w jego mieszkaniu odbywał się właśnie doroczny Międzynarodowy Przemarsz Towarzystwa Eliksirycznego. Najwyraźniej, i na nieszczęście Yenlli, tym razem role się odwróciły.

Yen jęczała, zwijała się w sobie i klęła gorzej niż niejeden z mieszkańców Śmiertelnego Nokturnu, lecz na niewiele więcej mogła się w tym stanie zdobyć. Wybawienie nadeszło dopiero wieczorem i to z najmniej spodziewanej strony. Newton przysunął się ukradkiem do wersalki i z bardzo zaaferowaną i jednocześnie przestraszoną miną wsunął jej w rękę jakąś fiolkę.

– Co to? – zapytała ledwie słyszalnym i absolutnie pozbawionym nadziei głosem.

– Proszę wypić – polecił, wpatrując się z napięciem w drzwi gabinetu Severusa i podskakując nerwowo.

– Ale...

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że to ukradłeś? – wtrąciła Błyskotka.

– Szybko, szybko – zapiszczał, popędzając Yen niecierpliwymi ruchami rąk i uszu.

– Newton! – oburzyła się skrzatka.

– Mój bohater! – pochwaliła czule pani.

Chwilę później nowo narodzona Yen porwała zarumienionego po czubek nosa wybawcę w ramiona i zawirowała z nim po salonie, obcałowując raz po raz, wychwalając instytucję skrzaciej edukacji i obiecując Newtonowi w przyszłości, w lepszych czasach, własny telewizor z anteną satelitarną i tyle kilogramów pistacji dziennie, ile tylko zdoła zjeść.

§§§

W domu państwa Snape zapanowały ciche dni. Ciche i ciężkie. Przerażająco ciche i ciężkie. Był to stan niepodobny do niczego, co dotąd miało miejsce w trakcie ich, jakże urozmaiconego, wspólnego pożycia. Państwo Snape ze sobą nie rozmawiali, państwo Snape na siebie nie patrzyli, państwo Snape w żaden sposób nie dawali po sobie poznać, że zauważają wzajemnie swoje istnienie. Gdy jedno wchodziło do pokoju, drugie demonstracyjnie wychodziło. Mijali się tak, czy też może ścigali obłędnie, z salonu do kuchni, z kuchni do łazienki i z powrotem. W tym szalonym pościgu Yen starannie omijała sypialnię. Od kilku dni nocowała na kanapie, przewracając się z boku na bok, odgniatając sobie wszystko, co tylko się dało odgnieść, i marudząc.

§§§

Mniej więcej tydzień po pamiętnym sylwestrze Yenlla, jak zwykle w południe, siedziała w szlafroku na fotelu, wpatrując się uparcie w lusterko i poświęcając mnóstwo wysiłku na niezauważanie pętającego się tu i tam Snape'a, podczas gdy Błyskotka układała jej włosy. Tkwiła tak absolutnie nieporuszona, nie odrywając się przekornie od swego odbicia, mimo że Severus tłukł się cały dzień w sposób nie tylko irytujący, ale na tyle tajemniczy, że wzbudziłby niechybnie zainteresowanie kamienia, nie wspominając nawet o ciekawskiej z natury Yen. Nie dała jednak po sobie poznać, że cokolwiek zauważyła. Irytowała tym niepomiernie mistrza eliksirów, który miał wielką ochotę w ramach rewanżu ukłuć ją szpilką.

W niedługi czas potem, rzecz zaiste rzadko spotkana pod tym dachem, rozległo się pukanie do drzwi. Severus spojrzał na nie nieufnie.

– Co, do...?

Zbliżył się, otworzył i zszokowany ujrzał po drugiej stronie bardzo zakłopotanego Remusa Lupina.

– Ty?

– Wybacz, Severusie. Pilna sprawa.

Naczelny wilkołak Hogwartu, czy to z powodu zdenerwowania, czy może onieśmielenia, niezdecydowanym ruchem to wkładał, to wyjmował dłonie z kieszeni płaszcza. Sprawiał wrażenie trochę zagubionego. Zapewne nigdy wcześniej nie odwiedzał Snape'a w domu. Raczej nikt z Zakonu Feniksa specjalnie się do tego nie palił.

– Dyrektor dał ci adres?

– Tak.

– Bez mojej zgody?

– Przyszedłem cię ostrzec. Istnieje podejrzenie, że przekaźniki mogą być na podsłuchu. Musimy je wymienić.

– Czy to wszystko? – zapytał Severus, najwyraźniej mając zamiar zamknąć Remusowi drzwi przed nosem.

– Nie, jest jeszcze coś. Mogę wejść?

Mistrz eliksirów niechętnie i z wielką łaską nieznacznie odsunął się od drzwi, robiąc Lupinowi przejście i wreszcie wpuścił go za próg.

– Dzień dobry.

Remus skłonił się w stronę Yenlli, która powitała go jednym ze swych najbardziej promiennych uśmiechów. Kiedy i Severus na nią spojrzał, odkrył, że trzymane przez nią lusterko nagle i niespodziewanie przemieniło się w bardzo grubą i uczenie wyglądającą księgę, a grzebień skrzatki w pióro, które właśnie podawała swej pani wraz z pergaminem. Zamrugał oczami ze zdziwienia. Tymczasowa i wielce obrażona żona odpowiedziała mu na to pierwszym od kilku dni spojrzeniem o sile i intensywności zdolnej powalić średniej wielkości trolla górskiego. Zgrzytnął zębami.

– Yen, czy mogłabyś łaskawie...

– Nie.

– Yen – warknął ostrzegawczo.

– Nie! – powtórzyła. Była w buntowniczym nastroju i na pewno nie zamierzała w ciągu kilku najbliższych eonów umilać mu życia. – Jeżeli nie chcesz, żebym usłyszała coś nieprzeznaczonego dla moich uszu o sprawach wagi państwowej czy innych bzdurach, po prostu rzuć na mnie Silencio. JAK ZWYKLE.

– Mimo to nalegałbym...

Krukonka prychnęła, wzruszając ramionami i zakrywając się książką. Jednak po namyśle wyjrzała jeszcze na moment zza okładki, zwracając się do Remusa z krótkim, lecz doprawdy uroczo brzmiącym:

– Przepraszam.

Słówko to wydawało się bardzo potrzebne w tej chwili Remusowi, który, znalazłszy się niespodziewanie pośrodku tej uroczej małżeńskiej sceny, zdawał się lekko kulić z zakłopotania. Nie miał bladego pojęcia, jak ma się zachować w podobnej sytuacji, więc tylko przyglądał się obojgu badawczo, a na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka. Severus uznał, że lepiej nie siłować się publicznie ze żmiją i z bólem serca wprowadził Lupina do gabinetu.

Po omówieniu pilnej sprawy Snape już-już ponownie zabierał się do wyrzucenia gościa za próg, gdy o czymś sobie przypomniał i postanowił za jednym zamachem wywiązać się ze swojego comiesięcznego zobowiązania wobec wilkołaka.

– Czekaj – rzucił w jego stronę ostro, prawie agresywnie i ponownie zniknął za drzwiami swojego sanktuarium, klnąc pod nosem. Gdyby chciał się specjalizować w kuracjach dla magicznych mieszańców-popaprańców, lata temu udałby się do Munga, a nie Hogwartu. Przynajmniej miałby przyzwoitą pensję i pozycję społeczną.

Kiedy ponownie zawitał do salonu ze sporej wielkości niestygnącą flaszką wywaru tojadowego, zastał Yen szczebioczącą i wdzięczącą się namiętnie do Remusa. Z pewnością nie próżnowała. Szelmie w trakcie tej przyjemnej pogawędki oczywiście zupełnie przypadkowo zdążył się rozchylić szlafrok, a jedno ramiączko spłynęło kusząco z ramienia. Severus miał dziwne wrażenie, że skądś to zna. Niezrażony zbliżył się do uroczej parki i zaczął nad nimi pochrząkiwać niecierpliwie, chcąc jak najszybciej pozbyć się niechcianego gościa i tojadu, od zapachu którego automatycznie robiło mu się niedobrze. Yen zmierzyła go, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej nieprzychylnym spojrzeniem i na sam koniec, zbijając z tropu za jednym zamachem obu mężczyzn, stanęła na palcach i z życzeniami powodzenia cmoknęła Remusa w policzek, zupełnie jak Lucjusza Malfoya nie tak dawno temu.

Resztę dnia Severus Snape spędził, wyraźnie czymś się gryząc i pielgrzymując ze zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami od biblioteczki do pracowni i z powrotem. Yen śledziła go ukradkiem spojrzeniem chabrowych oczu, wymachując od niechcenia lusterkiem i krzywiąc śliczne usteczka. Przewróciła oczami i westchnęła ciężko. Dojrzewała do decyzji.

I miała już plan.

Nie jeden.

§§§

– Szlag! – sapnął Severus, szarpiąc się z własną szatą.

Porządnie już wnerwiony pociągnął mocniej, niż nakazywałby zdrowy rozsądek i usłyszał odgłos dartego materiału. I jeszcze raz. Wyrwany z muru przeklęty zardzewiały gwóźdź zadzwonił o bruk Nokturnu.

Niech to wszyscy diabli! Jak to możliwe, że tak źle wymierzył? Nigdy dotąd nie zdarzyła mu się aż tak żałosna aportacja, doprawdy! Powinien chyba bardziej skupić się na tym, co robi. Gdyby tylko to było takie proste!

Coś się działo. Coś tajemniczego i niezbyt dobrego. Severus od kilku dni miał wrażenie, że gdziekolwiek by się nie ruszył, zaraz musi wpaść na kogoś z Zakonu. Coraz bardziej przypominało to manię prześladowczą, ale przecież sobie tego nie wyobrażał, na Salazara! Fakt pozostawał faktem. Podobnie dzisiaj pierwszym, co mu się przydarzyło jeszcze w Dziurawym Kotle, i co prawdopodobnie nie pozostało bez wpływu na teraźniejsze fatalne lądowanie po teleportacji, było spotkanie oko w oko z wirującym implantem Szalonookiego. A spotkanie oko w oko z okiem Moody'ego stanowiło akurat jedną z niewielu rzeczy, która potrafiła mistrza eliksirów na długo wytrącić z równowagi. Jakkolwiek nie próbowałby sam sobie przemówić do rozsądku, Moody zawsze działał na niego tak samo. Ostatecznie wspomnienia z ich długoletniej znajomości nie nastrajały optymistycznie.

Gdy tylko udało mu się pozbyć Moody'ego, podczas krótkiego spaceru po Pokątnej zdołał natknąć się na Arthura Weasleya i Tonks.

Severus Snape znajdował się na granicy wytrzymałości. To nie mógł być przypadek, że Zakon Feniksa nagle tak bardzo się nim interesuje – i to bez żadnego sensownego powodu. Człowiek, który spędził choć odrobinę czasu w towarzystwie Yenlli Honeydell, szybko wykreślał ze swojego słownika słowo „przypadek". To musiała być jej robota. Severus jedynie mgliście przewidywał, w jaki sposób i dlaczego to zrobiła, ale był pewien, że właśnie szelma stoi za wszystkimi tymi dziwnymi spotkaniami. Nie wątpił, że miała kontakt z Zakonnikami. Posiadała własny przekaźnik i był pewien, że potrafiła go wykorzystać. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości po ostatniej wizycie na Grimmauldzie. Lupin przyglądał mu się wyjątkowo dziwnym wzrokiem, pomijając nawet fakt, że od kilku dni, czyli dokładnie od wizyty w domu Snape'a, w ogóle nie odwracał od niego tego przeklętego, uważnego spojrzenia. Swoją drogą, kundel też miał podejrzaną minę. Coś na granicy wścieku i samozadowolenia. No tak, Yen nawet nie musiała wychodzić z domu, żeby zapaprać mu papiery.

Severus przynajmniej od czasu do czasu starał się być w stosunku do siebie obiektywny. Doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji życiowej i krążących o nim opinii. Rozumiał, że dla większości społeczeństwa z definicji nie jest wart ani krzty zaufania, a jego egzystencję można było przyrównać do niekończącego się okresu próbnego. Pozycja mistrza eliksirów była tak krucha, że wystarczyła drobna rysa, aby rozbić w proch wszystko, co udało mu się osiągnąć. Jedno czy dwa szepnięte przez żmiję w odpowiednim kontekście słówka i wszystko, czego dokonał przez ostatnie lata, może sobie wsadzić. Komu w ostatecznym rozrachunku dadzą wiarę? Łatwo się domyślić. Czy doprawdy jego osobista wartość była tak niewielka, że wystarczy jedno słowo byle lafiryndy, aby stracił wszystko?

Jeżeli Yen postanowiła popracować nad jego pozycją w Zakonie i wzajemnymi stosunkami z Feniksjanami, może tylko albo od razu ją zamordować, albo zacząć się pakować.

Po tych niespodziewanych spotkaniach, nie mając ochoty sprawdzać, co będzie dalej, natychmiast teleportował się z Pokątnej na Nokturn i właśnie ponosił tego opłakane skutki. Zreperował starannie szatę, otrzepał się z kurzu i z dumną miną wymaszerował z zaułka. Nawet się specjalnie nie zdziwił, kiedy zaraz po wyjściu na ulicę owionął go jedyny w swoim rodzaju, rozpoznawalny wszędzie na świecie dekadencki aromat Mundungusa Fletchera.

– Cześć, Snape. Jak leci?

§§§

Zmęczony Severus dotarł wreszcie do domu i stanął jak wryty tuż za progiem. Przy wielkim dębowym stole, który Yen ustawiła sobie w salonie, otoczona ze wszystkich stron ciężkimi tomiszczami i stosami kartek huśtała się na krześle jedna z najpaskudniejszych wiedźm, jakie miał okazję w swoim życiu oglądać. Na głowie miała plątaninę blond włosów przypominającą stóg siana, na środku nieciekawej twarzy pękaty czerwony nos, prawie identyczny jak u Fletchera, i powitała pana domu takim zezem, że oprócz spoglądania na niego zdawała się jeszcze rykoszetować po całym pokoju.

– Co...? Kim...? – zająknął się kompletnie zszokowany.

– Och, daj sobie spokój. – Wszystkie cztery nogi krzesła uderzyły o podłogę, a równocześnie kołtuny kobiety wydłużyły się w hebanowe loki, nos zmalał i zadarł się lekko, a spojrzenia oczu spotkały w jednym punkcie.

Wciąż oszołomiony Snape zagapił się na nią bezmyślnie, kompletnie nic nie rozumiejąc z tego widowiska. Fuknęła, odwracając się do niego bokiem.

– Co to miało znaczyć? – chciał wiedzieć.

– Pracuję – rzuciła na odczepnego Yen, zastawiając się ciężkim starodrukiem i przysuwając do siebie kałamarz.

– Najwyższa pora – odgryzł się pogardliwie.

– Coś ci się nie podoba?

– Chciałem tylko zauważyć, że rzeczywiście powinnaś się wreszcie zająć swoim słynnym doktoratem, o ile oczywiście nie była to kolejna bajeczka.

Zezłoszczona Yenlla podniosła się z miejsca, zbliżyła do niego i zamachała przed nosem trzymanym w dłoni plastikowym kwadracikiem. Mistrz eliksirów przyjrzał mu się uważnie, ale z niczym mu się nie skojarzył. Rzucił jej pytające spojrzenie.

– Moja praca, Snape, jest od dawna gotowa. Bardzo dawna. Zostały tylko drobne poprawki.

– Tak? Więc gdzie ona niby jest?

– Tutaj. – Potrząsnęła znowu kwadracikiem.

– Bardzo zabawne.

– Nie wiesz, co to jest, prawda? – Uśmiechnęła się ironicznie.

Severus zmilczał, nie mając najmniejszego zamiaru się do tego przyznać.

– To dyskietka, Snape. Słyszałeś o czymś takim? A na niej cała praca, zapisana w... – zawahała się – elektronicznym pliku. Wiesz, co to plik? Widziałeś kiedyś komputer, skarbie?

– Mugolskie bzdury.

– Owszem, Snape. Kto teraz pisze jakiekolwiek prace ręcznie? Na pewno nie mugole. Świat idzie naprzód. Nawet moje skrzaty potrafią obsługiwać sprzęt techniczny, tylko ty aż po sam Armagedon będziesz tkwił przy tych swoich zaśniedziałych kociołkach – wyrzuciła z siebie, wznosząc głos na coraz wyższe rejestry.

– Czy to miało mi dać do myślenia?

– Chyba nie sądziłeś, że przez cały ten czas naprawdę nic nie robiłam? – kontynuowała, puszczając jego uwagę mimo uszu. – Jeżeli tak, to jesteś wyjątkowo naiwny. Miałam porzucić wszystkie swoje zajęcia, bo... – zawiesiła głos, po czym znowu go zaatakowała: – Bo co? Bo byłam tak bardzo zajęta twoją osobą? Zejdź na ziemię, Snape. Co miałam tu robić całymi dniami? Siedzieć i marzyć o chwili, kiedy wrócisz do domu i znowu się do czegoś doczepisz? Litości! Świetny żart! Codziennie powstawały kolejne fragmenty, które Błyskotka oddawała do przepisania. Mój prywatny sprzęt został w Kruczym. Chyba Remus nie uznał go za interesujący.

Stojący przed nią Severus spurpurowiał, a w jego oczach pojawił się złowrogi błysk. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku laboratorium. Znowu.

Lecz Yen nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

– Mogłabym napisać doktorat dziesięć razy szybciej, gdyby nie ten twój wybujały temperament – dodała złośliwie na koniec. – Zupełnie nie wiem, jak radziłeś sobie beze mnie.

Mistrz eliksirów trzasnął drzwiami z taką siłą, że z sufitu posypały się płaty tynku. Yen otrzepała się i ochłonęła.

– Severus to jednak była zła inwestycja – stwierdziła spokojnie.

Pokręciła się chwilę niezdecydowana po salonie, obejmując się ramionami, postukując dyskietką w brodę i intensywnie nad czymś rozmyślając, aż wreszcie opadła na kanapę. Na jej twarzy pojawił się wyraz osobliwej zawziętości.

– Herbaty, proszę panien... pani? – zapytała uprzejmie Błyskotka, pojawiając się obok niej z tacą.

– Snape to pomyłka – powtórzyła Yen, nie zwracając na nią uwagi.

– Proszę pani?

– Nie chcę herbaty – rzuciła zniecierpliwiona, wstając ponownie, gdyż najwyraźniej nie mogła sobie znaleźć miejsca.

– To bez sensu – szepnęła po raz kolejny sama do siebie. – A co robią mądre dziewczynki w takich sytuacjach? – zapytała retorycznie Yenlla, po czym zanuciła:

.

Matchmaker, matchmaker, you know that I'm
Still very young. Please, take your time.
Up to this minute I misunderstood
That I could get stuck for good.
Dear Yente, see that he's gentle,
Remember you were also a bride.
It's not that I'm sentimental,
It's just that I'm terrified.

.

Matchmaker, matchmaker, plan me no plan,
I'm in no rush, maybe I've learned
Playing with matches a girl can get burned...
So... bring me no ring,
Groom me no groom,
Find me no find,
Catch me no catch,
Unless he's a matchless match!

.

Wraz z piosenką od razu poprawił jej się humor. Śpiew zakończyła, pochylając się nad przywróconym do naturalnych rozmiarów największym kufrem, z którego wydobyła bardziej twarzową szminkę i ciaśniejszy gorset. Uśmiechała się przy tym do siebie szeroko.

§§§

Bardzo zły i nabzdyczony Severus krążył po pracowni, hałaśliwie przestawiając sprzęty i szeleszcząc papierami. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę, dlaczego to robi, ale było mu dzięki temu jakoś lżej na duszy. Zakładając, że ją jeszcze posiadał, jak przemknęło mu niespodziewanie przez głowę.

Atmosfera, jaka od kilku dni panowała w jego własnym domu, była nie do zniesienia. Yenlla chodziła nadęta jak hipogryf i prychała na niego jak kotka za każdym razem, gdy ją mijał. Naprawdę można było się wściec. Prawdziwa huśtawka nastrojów.

Nie trzeba chyba wspominać, że mistrz eliksirów nie widział w kobiecych demonstracjach urazy nic poza jej zwykłymi fanaberiami i nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia, jeżeli chodzi o noc sylwestrową. Właściwie prawie nic nie pamiętał z kłótni, która wtedy wstrząsnęła całym domem. Dla niego żadna z rzeczy, które zostały wtedy powiedziane, nie miała większego znaczenia. W jego osobistym wszechświecie to Yen snuła się obrażona po domu, demonstrując swoje humory, a on wcale specjalnie nie odsłaniał okien ani hałasował, gdy był pewien, że śpi. Z pewnością nie.

Miał tego serdecznie dosyć. I jej, i całego tego zamieszania, jakie zawsze ściągała wszędzie za sobą. Tak samo te przeklęte skrzaty... Dwa! Nie mógł być jeden, o nie. Nie w wypadku Yen. Musiały być DWA. Cholera wie, po co, doprawdy! Severus chętnie ukatrupiłby chociaż jednego. Pierwszy włóczył się bezczynnie po domu z katalogiem sprzętu RTV, udając, że umie czytać i zostawiając wszędzie skorupki po orzeszkach, a ta cała Błyskotka od pewnego czasu patrzyła na niego w taki sposób, jakby... jakby przynajmniej posiadała własne zdanie i zdolność do analizowania sytuacji. Zresztą, nie było się specjalnie czemu dziwić, Yen ze swoim talentem potrafiłaby puścić z dymem nawet i skrzacią dyscyplinę, jakkolwiek wydawałoby się to niewykonalne.

I feel pretty – dobiegło go nagle zza drzwi.

– A to co znowu, do cholery?

.

Oh, so pretty,
I feel pretty and witty and bright,
And I pity
Any girl who isn't me tonight

.

Zasłuchany w niespodziewanie radosne śpiewy dochodzące z salonu Severus zastygł nieruchomo przy kociołku, dopóki eliksir z sykiem nie wykipiał mu z kotła prosto pod nogi. Udało mu się odskoczyć w samą porę i teraz obserwował, jak substancja radośnie przeżera się przez podłogę do sąsiadów. Podobny wypadek zdarzył mu się dotąd tylko raz, a kołomyja z aurorami z sekcji wymazywania pamięci nie zachęcała do dalszych nieostrożności. Mag, który zdołał w skromnym mugolskim M2 wytworzyć tak przemawiającą do wyobraźni atmosferę mrocznych lochów, czasami sam miał problemy z uświadomieniem sobie obecności innych lokatorów czynszówki.

Yen śmiała się i nuciła za ścianą, burząc jeszcze bardziej spokój mistrza eliksirów użerającego się z rozlaną na podłodze żrącą substancją, która stapiała kamienie jak masło. Co mogło jej się stać tym razem? Przed chwilą miotała się rozzłoszczona, a teraz nagle nuci radośnie?

.

I feel charming,
Oh, so charming –
It's alarming how charming I feel

.

Z tym ostatnim Severus był nawet w stanie się zgodzić. Zachowanie Yen z pewnością nie zapowiadało dla niego nic dobrego. Mimo rozlicznych wątpliwych przyjemności, jakie do tej pory jej zawdzięczał, to brzmiało jeszcze kilka razy gorzej...

§§§

Żmija musiała się nieźle postarać, skoro Zakon postanowił zawracać mu głowę nawet w szkole. A na widok Lupina dostawał już żywcem drżączki. Dzisiaj również wilkołak przybył do niego z jakąś niecierpiącą zwłoki sprawą, choć Severus znajdował się aktualnie w Hogwarcie i w każdej chwili był pod ręką, gdyby dyrektor go potrzebował, bez konieczności słania tak szczególnych posłańców. Profesor Snape właśnie próbował się go pozbyć, zasłaniając lekcjami, lecz nie okazało się to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Lupin miał tu coś do zrobienia i koniec. Snape z kolei miał serdecznie dosyć. Był permanentnie wykończony psychicznie i fizycznie, odkąd wrócił na dawne stanowisko, a piekło urządzane codziennie przez Yenllę tylko go dobijało. Zaiste najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby zwyczajne pochlastanie się. Tu i teraz.

– O co właściwie chodzi, Lupin? – zapytał zmęczonym, pozbawionym nadziei tonem.

– Nie rozumiem.

– Nie rób ze mnie idioty. Albo, jeżeli już, to stań w kolejce.

– Ale Severusie, ja naprawdę...

– Myślicie, że niczego nie zauważyłem? Mam już serdecznie dosyć tego ciągłego pilnowania i kontrolowania. Nie mogę się obrócić, żeby nie wpaść na kolejnego członka Zakonu, który za mną łazi.

W tym momencie mistrz eliksirów faktycznie odwrócił się z zamiarem odejścia, zamaszyście zamiatając i szeleszcząc szatą, i... zderzył z kimś czołowo.

– Uważaj, jak łazisz, do cholery – rzucił, biorąc pod uwagę charakter miejsca, mało pedagogicznie, chwytając się za czoło. Zerknął w dół i osłupiał.

U jego stóp leżała rozciągnięta Miss Hogwarts we własnej, obecnie lekko oszołomionej osobie. Patrzyła na niego, w identyczny sposób rozmasowując czoło.

– Cześć, Sever – zagaiła nieśmiało.

Z nieznanych względów sprawiała wrażenie przestraszonej. Miła odmiana. Ciekawe, czym spowodowana. Severus nie był pewien, czy naprawdę chce się tego dowiedzieć.

– Ty? – warknął agresywnie. – Czego tu chcesz? I bardzo chciałbym wiedzieć, jak wydostałaś się z mieszkania.

– Ja... wiesz... tego...

– Czyli nic i nijak, tak? Typowe.

– Przyszłam do ciebie – dokończyła.

– Kto ci pozwolił wyjść?

– Bo...

– I po jaką cholerę tu przylazłaś?! Ktoś cię o to prosił?

– Nie, ale...

– Czy ja posługuję się językiem obcym?

– Ja...

– Bo mnie zaraz krew zaleje! Jak wyszłaś?

– Mógłbyś pomóc mi wstać? – poprosiła cichutko, ignorując agresywne pytania, którymi ją ostrzeliwał.

Snape natychmiast się uspokoił i spojrzał na nią drwiąco. Demonstracyjnie ukrył dłonie w obszernych rękawach szaty, dając do zrozumienia, że umywa ręce.

Stojący do tej pory jak zamurowany i nieśmiejący się między nich wtrącić Remus Lupin szybko zbliżył się do Yen i podał jej dłoń. Zachwiała się, więc chwycił ją za ramiona i przytrzymał. Zanim zorientował się, co się dzieje (i w zasadzie nie bardzo wiedząc, jak i dlaczego), już trzymał ją w ramionach. Drżała na całym ciele.

Severus spojrzał na nich krytycznie. Chyba powoli zaczynał rozumieć szczwany plan Yen. Był naprawdę wściekły. Wściekły do tego stopnia, że nie potrafił się powstrzymać. Nie poprzestał na tym, co już zrobił i powiedział. Szarpnął szelmę za rękę z taką siłą, że głowa poleciała jej do tyłu, a potem przyciągnął do siebie.

– Mam cię dosyć, wiesz? – wysyczał do niej z furią. – Serdecznie. Ostatnio przechodzisz samą siebie. Miałem się z tobą rozmówić w domu, ale skoro przestało ci być tam wygodnie, możesz nie wracać.

Oczy Yen zapłonęły gwałtownie, gdy wyrwała się z jego uścisku, krzycząc:

– Chcesz się mnie pozbyć? Znakomicie, znam jeden świetny sposób!

Wyszarpnęła z kieszeni swoją różdżkę i wcisnęła mu do ręki.

– Avada Kedavra! Jedno zaklęcie i koniec. No, dalej, zrób to! – Zadarła podbródek i popatrzyła na niego wyzywająco.

Histerie Yen bywały doprawdy imponujące, ale w tej chwili Severus Snape powinien już zacząć podejrzewać, że coś w tej historii nie jest zupełnie takie, jakim się wydaje. Niestety, był zbyt zły, aby to na spokojnie przeanalizować.

– Nie dramatyzuj, bardzo cię proszę.

Uśmiechnął się do niej ironicznie, zmieniając taktykę, i ani drgnął. Tymczasowa żona stała przed nim zirytowana i zdenerwowana, a na jej twarzy odbijała się coraz większa desperacja. Jednak w obliczu kompletnego braku reakcji z jego strony w końcu skapitulowała, spuściła głowę i szybko zawróciła w stronę wyjścia.

– Czekaj, nie zapomnij swojej różdżki – zawołał za nią Snape, a w jego ustach zabrzmiało to wyjątkowo złośliwie.

Remus Lupin czuł się strasznie zakłopotany. Nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie mu być świadkiem podobnej sceny, nawet po preludium w mieszkaniu Severusa. Wcale mu się to nie podobało i zanim zdołał się powstrzymać, powiedział:

– Nie traktujesz jej dobrze.

– To nie twój interes, Lupin – uciął mistrz eliksirów.

– Ona jest...

– Moją żoną – podkreślił. – A poza tym prezentem, o który nie prosiłem i który coraz częściej zaczyna wychodzić mi bokiem. Wypróbowaliście na mnie innowacyjne metody uszczęśliwiania na siłę i tyle z tego wyszło, więc z łaski swojej odwal się.

Severus już miał wsunąć różdżkę Yen do kieszeni i odejść, gdy nagle Remus odebrał mu ją zdecydowanym ruchem.

– Och, daj mi to – rzucił i ruszył w stronę schodów, najwyraźniej planując podążyć za zgnębioną panią Snape.

– W porządku, bierz. Właścicielkę też możesz sobie wziąć! – krzyknął za nim Severus.

§§§

Yenlla Honeydell-Chyba-Jeszcze-Snape siedziała na zwalonym pniu pod rozłożystym dębem i patrzyła martwo przed siebie. Miała mocno zaciśnięte usta i zmarszczone brwi. Pogrążona we własnych myślach nawet nie zauważyła, gdy padł na nią cień przybyłej właśnie osoby.

– Zostawiłaś coś. – Remus wyciągnął do niej dłoń z różdżką.

– Dziękuję.

– Yen, zastanawiam się nad tym cały czas, od samego początku. To moja wina. To ja cię namówiłem, żebyś...

– Nie. Dumbledore i tak jakoś by mnie do tego skłonił. Nie obwiniaj się. Już mi wszystko jedno.

– Yen, to nie jest wszystko jedno. – Usiadł obok niej.

– A co ja mogę zrobić?

– Byłem pewien, że jakoś się między wami ułoży, że jednak... Gdy przychodziliście razem na Grimmauld...

– Staram się, jak mogę, naprawdę! – zapewniła gorąco Yen, odwracając się do niego. – Próbowałam już wszystkiego, ale nic na to nie poradzę. Najgorsze jest, że czasami mam wrażenie, że prawie mi się udało, że niewiele brakuje, a on zachowuje się jakby inaczej, ale potem wszystko wraca do normy.

Oboje milczeli przez chwilę, zanim pani Snape podjęła szeptem:

– Ty nie wiesz, jak to jest... Jak to jest znosić podobne traktowanie dwadzieścia cztery godziny na dobę! Robię, co mogę. Przepraszam, że zawracam ci głowę, Remmy.

– Nie, nie. Mów. Rozumiem.

Yenlla przysunęła się do niego. Zauważył, że jej oczy zwilgotniały.

– O sobie już dawno zapomniałam. Poświęcam się temu... jemu... całkowicie. I co z tego? To, że się na mnie wyżywa? Sam widziałeś. Za wszystko i bez przerwy.

Pociągnęła nosem. Remus miał już przygotowaną chusteczkę. Przyjęła ją i wzięła go w podzięce za rękę. Miała taką gładką, drobną i delikatna dłoń. Była taka krucha i śliczna.

– Ciągle tak jest. Przez cały dzień. A potem...

– Tak. – Ścisnął ją mocniej za rękę. – Powiedz, poczujesz się lepiej.

– Potem... Remusie, przecież wiesz! Muszę wypełniać swoje obowiązki, prawda? Wszystkie. Robić to, czego ode mnie wymaga. Syriusz miał rację. Zawsze dziwka.

– Yenlla...

– A ja nie jestem... – załkała rozpaczliwie. – Nigdy nie byłam!

– Oczywiście.

– Tylko tańczyłam w kabarecie, czy to zbrodnia? A zmuszanie mnie do...

– Nie musisz tego robić. Nie wracaj tam. Odejdź.

– Nie. To nie jest takie proste. Skończę to, co zaczęłam, skoro tego się ode mnie oczekuje.

– Yen, jeżeli on cię krzywdzi...

Wyglądała tak mizernie. Na ten widok aż serce się krajało. I to, co mu powiedziała. Remus przecież nigdy by nie pomyślał, że... Nigdy nie przyszłoby mu to do głowy. To było przerażające! Był pewien, że Severus Snape mimo wszystko... Przecież to była tylko kobieta! Mała i słaba, i taka... taka...

Remus ujął pocieszająco obie jej drobne dłonie w swoje.

– Pomogę ci – zapewnił.

Żona Snape'a łagodnie oswobodziła ręce i ujęła w nie twarz Lupina. Uśmiechnęła się do niego blado, cały czas patrząc mu głęboko w oczy. Yen miała tak piękne, duże chabrowe oczy i jasną twarz okoloną wijącymi się czarnymi splotami. Była tak cudowna i wspaniała, taka słodka.

Remus poczuł się jak we śnie. Zupełnie jak wtedy, gdy tańczył z nią walca w kuchni Łapy. Nie panował nad tym, co się z nim dzieje. Władzę nad nim przejęła jakaś nieziemska siła, która popychała go coraz bardziej w stronę tej prześlicznej kobiety. Jej twarz niespodziewanie znalazła się tuż obok jego. Oczy jak gwiazdy oślepiły go i przeniosły w inną rzeczywistość. Czas płynął wolno, obrazy przesuwały się klatka po klatce. Niekończąca się chwila, wiekuisty moment. Jego ramiona same zaplotły się wokół jej szczupłej talii. Czuł jej oddech na swoich ustach, już prawie dotykał jej różanych, miękkich warg swoimi. Pierwsze lekkie zetknięcie niczym ucałowanie skrzydeł motyla. Nie potrafił tego zatrzymać. Za późno.

– Nie musiałeś brać tego, co ci powiedziałem, aż tak dosłownie – usłyszał nad sobą sarkastyczny ton Severusa Snape'a.

– S-Severusie – zaczął zdezorientowany Lupin, wciąż zawieszony pomiędzy światami z wdzięcznym ciałem Yenlli w ramionach.

– Łapy precz od niej! – warknął mistrz eliksirów, po czym zwrócił się do żony. – A ty wstawaj!

Yen podniosła się gwałtownie, omal nie przewracając przy tym Remusa, i z wykrzywiona z wściekłości twarzą dopadła do Snape'a.

– Zostaw mnie w spokoju! Przecież powiedziałeś, że masz mnie dosyć, więc o co ci chodzi?! Nienawidzę cię, nienawidzę! Nawet nie wiesz, jak bardzo! ZOSTAW MNIE W SPOKOJU!

Uniosła rękę, zamierzając go uderzyć, jednak Severus błyskawicznie chwycił ją za ramię i wykręcił.

– Bardzo bym chciał – wysyczał. – Wierz mi, ale jest pewien drobny problem. Mianowicie TO. – Uniósł jej rękę, podsuwając przed oczy srebrny krążek tkwiący na serdecznym palcu lewej ręki. – Niestety, bardzo mi przykro.

– Puść mnie, to boli!

– I powinno! Sama wepchnęłaś to sobie na palec, tak? Nikt cię o to nie prosił. Pora ponieść konsekwencję.

– Severusie, przestań – wtrącił zdecydowanie Remus.

– Prosiłem cię, żebyś się odwalił, Lupin! To nasza sprawa. Yen jest moją zabawką i tylko ja będę się nią bawił. Oczywiście, jeżeli chcesz, możesz ją dostać, ale dopiero za kilka miesięcy.

– Puść ją, ostrzegam cię!

– To moja żona! Znajdź sobie własną. Idziemy. – Szarpnął znowu Yenllę i przyciągnął do siebie, wyciągając jednocześnie różdżkę.

– Remusie, proszę cię, nie mieszaj się w to – wyszeptała Yen, nim oboje się teleportowali.

§§§

Gdy Severus aportował się pod drzwiami swojego mieszkania, a potem pchnął je z całej siły, Yen miała nie dające się odpędzić wrażenie déja vu. Mistrz eliksirów trzymał ją mocno wpół i wciągnął za sobą do środka, ignorując zwyczajowe próby gryzienia i drapania.

– Puszczaj mnie! – piszczała histerycznie. – Oszalałeś! Puść!

Nie da się ukryć, że materiał na kolejną dziką awanturę zbierał się pod ich dachem już od dawna, spokojnie przybierając na wadze. Bomba tykała cichutko, ale wskazówki na zegarze przesuwały się nieuchronnie, więc wszystko to prędzej czy później po prostu musiało eksplodować.

Severus potrząsnął nią mocno, a następnie szarpnięciem odwrócił ku sobie, aby stanąć z nią twarzą w twarz. Zaciskał z całej siły dłonie na jej ramionach, aż syknęła z bólu, jednocześnie nieugięcie próbując spalić go wzrokiem. Jeżeli Severus był powszechnie uważany za mężczyznę z bazaltu, to na nieszczęście trafiła mu się kobieta z żelaza.

– Co to miało być? Co to za przestawienie?

– Zostaw mnie! – krzyczała uparcie.

– Nie, dopóki mi czegoś nie wyjaśnisz.

– W życiu ani mi się śni!

– Co miał znaczyć wypad do Hogwartu?

– To moja sprawa. – Nadal rozpaczliwie próbowała się od niego uwolnić.

– Jeszcze nie skończyłem! Jak się wydostałaś z domu, co robiłaś...

– To nie jest mój dom!

– ...co robiłaś w szkole, co to wszystko ma na celu i gdzie w tym wszystkim jest Lupin?

Yen wbijała w niego paznokcie, kopała i wiła się jak piskorz, próbując wyzwolić z uścisku, ale Snape ani myślał zwracać na to uwagę. Jednak kiedy nadal uparcie odmawiała odpowiedzi i tylko krzyczała w bezsensownych próbach stawienia oporu (co było przecież z definicji niemożliwe), odepchnął ją od siebie gwałtownie. Na twarzy Yenlli na moment zagościł wyraz niedowierzania, gdy straciła równowagę i upadła na podłogę. Wreszcie umilkła, patrząc na niego z nienawiścią i masując obity łokieć.

– Brutal – syknęła.

– Mam powtórzyć któreś pytanie?

Nie odpowiedziała.

– Nie wystawiaj...

– ... mojej cierpliwości na próbę. Tak, tak, wiem. Zawsze to mówisz, a ja zawsze to robię. I?

– Co za „i"?

– Dokąd to nas prowadzi? – Twarz pięknej pani Snape przybrała dziwny wyraz.

– Nie zmieniaj tematu. – Głos Snape'a, o ile to możliwe, stał się jeszcze głębszy i groźniejszy, tyle że cichszy. A im cichszy stawał się jego głos, tym było gorzej.

– Pchnąłeś mnie.

– Nadal czekam.

– Czekaj sobie do śmierci!

Ruszył w jej stronę i zanim zdążyła odskoczyć, już opadł na kolana tuż obok niej i chwycił ją za ręce.

– Zostaw!

– Dość tej dziecinady i udawania idiotki. Ty coś knunujesz. Zaczęłaś grę na własny rachunek, kochanie, a to bardzo, bardzo źle. Fatalnie wręcz.

Im bardziej Yen próbowała się wyrwać, tym silniej Severus ją trzymał, aż wreszcie cała scena zaczęła wyglądać naprawdę groteskowo.

– ZOSTAW MNIE!

– Nie, dopóki nie odpowiesz.

– Co cię to obchodzi?

– Nie lubię być zaskakiwany.

Severus Snape był zbyt rozwścieczony, aby zdawać sobie sprawę z komizmu sytuacji. Żmija dobrała się do jego najbardziej prywatnej sprawy – działalności w Zakonie Feniksa – i był absolutnie przekonany, że próbowała mu tam zaszkodzić. Poza tym miał mgliste przeczucie, że to dopiero początek, a Yen planuje coś, czego on nie jest w stanie do końca zrozumieć. Do powyższego bałaganu dochodził jeszcze niedający się odpędzić sprzed oczu obraz pochylającego się nad nią wilkołaka...

– Wyciągnę to z ciebie – obiecał. – Prędzej czy później, ale na pewno skutecznie.

– A skąd nagle takie zainteresowanie tym, co robię i myślę?

– Bo jesteś moją własnością! – wypalił, zadziwiając ją i siebie.

Yen znieruchomiała, dłonie mężczyzny też nareszcie opadły. Popatrzyli na siebie pełni furii i zaskoczenia.

– Nie – powiedziała Yenlla przez zaciśnięte zęby i wstała. – Nie jestem niczyją własnością. Zapamiętaj to sobie, Snape!

– Doprawdy? Mam w tej kwestii odmienne zdanie.

– Tak? A to nowość. Od kiedy zaczęło ci na mnie zależeć?

– Tego nie powiedziałem.

– I całe szczęście, bo jeszcze byś się udławił tymi słowami, zimny bydlaku.

– Dlatego zmieniłaś obiekt? – zapytał, czując, jak znowu niebezpiecznie rozwiązuje mu się język. Również wstał.

W reakcji na jego słowa, Yen prychnęła niecierpliwie.

– Doprawdy!

– Jeżeli spróbujesz...

– Na litość boską! – zwróciła się gwałtownie ku Severusowi, celując w niego zaostrzonym paznokciem. – O co ci chodzi? Nie chcesz mnie, prawda?

– Ja...

– Więc nie stój mi na drodze, tak?

– To teraz stoję ci na drodze? Przypominam, że to nie ja to wszystko zacząłem, To nie ja wpakowałem się...

– ... tobie do łóżka. Wiem. I bardzo żałuję, że się w to władowałam, w porządku? A Remus...

– Nadal nosisz moje nazwisko.

Yen zaśmiała się trochę niekontrolowanie.

– Roweno, to jakiś absurd! Już niedługo, Snape. Chyba nie będziesz mi miał za złe, że próbuję zadbać o swoją przyszłość? Ja też chcę coś ugrać na tej wojnie. Nie mogę dłużej marnować czasu, ja... – nieoczekiwanie zamilkła.

Odsunęła się od niego i usiadła na kanapie. Nie wyglądała już na taką silną i wojowniczo nastawioną

– Dlatego – kontynuowała po chwili – nie wyskakuj mi teraz z idiotycznymi pretensjami. Nie życzę sobie wtrącania w moje sprawy. Chcesz się ode mnie uwolnić? Świetnie, zamknij się i pozwól mi działać, a jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem... Zresztą, nie muszę ci niczego tłumaczyć. Po prostu pozwól mi robić swoje, dobrze?

W salonie zapanowała martwa cisza. Severus niespodziewanie poczuł się odrobinę nieswojo.

– Miałeś swoją szansę, Sever.

– Co takiego?

– Jeżeli na całym świecie istniał facet, z którym byłam szczera, to byłeś nim ty.

– Szczera? Szczera?! Bardzo zabawne! Z dziesiątkami uzasadnień każdego postępku, bezustannymi kłamstwami, wykluczającymi się nawzajem opowiastkami i listą twoich byłych i przyszłych powiewającą mi bezustannie przed oczami. Zawsze zmyślałaś i kłamałaś, zapewne nawet i w tej chwili.

– Być może – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Podniosła się i zbliżyła. – Ty za to powinieneś mieć na tyle dobrego wychowania, aby mi tego nie wypominać. Teraz przemyśl to sobie i zastanów się, dlaczego to wszystko wiesz. I co wiedzieli tamci.

Skierowała się do kuchni, ale zanim wyszła, odwróciła się na progu.

– Świstokliki zwrotne już dawno temu dał mi Fletcher.

– Zwrotne? To prototyp!

– W każdym razie działają, bo, jak widać, nadal jestem w jednym kawałku. Zwariowałabym, gdybym przejmowała się wszystkimi twoimi zakazami, nakazami i złośliwymi uwagami. Możesz przeszukać mieszkanie i sobie je wziąć. Dostanę nowe. Zawsze. A co robiłam w Hogwarcie, to moja sprawa. Aha, i swoją pracę doktorską też przepisałam sama. W kafejce.

§§§

Albus Dumbledore odsunął od siebie plik papierów, które studiował od dobrych kilku godzin, i zmęczonym ruchem przetarł oczy. Zerknął w stronę okna na szalejącą wokół szkoły śnieżną zamieć. Zima w tym roku nie odpuszczała. Jeszcze niedawno cieszył się z tego, zwłaszcza w święta (święta bez śniegu to zupełnie nie to samo), ale z przyjemnością zobaczyłby znowu słońce. Jasność w gęstniejącym wokół nich mroku.

Westchnął i sięgnął po kubek gorącej czekolady o lekko cytrynowym smaku. Sączył ją powoli, wpatrując się w połyskujące złotawo w blasku świec pióra towarzyszącego mu feniksa, zasłuchany w delikatne pykanie zgromadzonych w gabinecie alembików. Wbrew wszelkim trapiącym go zmartwieniom w tej cudownej chwili poczuł jednak coś na kształt rozlewającej się po całym ciele błogości. Ten moment spokoju był czymś, czego od dawna potrzebował.

Wtem rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę.

Do komnaty wsunęła się cicho podenerwowana profesor McGonagall.

– Słucham cię, Minerwo. O co chodzi? – zapytał serdecznym tonem, wskazując kobiecie fotel naprzeciwko siebie.

Nauczycielka przez chwilę mierzyła go niezbyt pewnym, rzecz niesłychana, wzrokiem, ale wkrótce zebrała się w sobie i zaczęła zdecydowanie, ze stalowym, nieugiętym błyskiem w oku:

– Albusie, musimy poważnie porozmawiać.

– Tak, tak, słucham. Dropsa?

– Poprosiłeś, więc czekałam. I milczałam. Lecz tak dłużej być nie może! Powiedziałeś, że wszystko się ułoży, ale się nie ułożyło, a ja nie chcę i nie będę dłużej patrzeć na to przez palce. Ośmielam się prosić... Stanowczo domagam się – skorygowała – interwencji.

– Ależ droga Minerwo! Uspokój się. W jakiej sprawie?

– Yenlli Honeydell, oczywiście! – zawołała szczerze oburzona, że sam się tego nie domyślił.

– Minerwo, przecież...

Przerwało im kolejne pukanie. Drzwi lekko skrzypnęły i w szparze pojawiła się pobladła, wymizerowana twarz Remusa Lupina.

– Wejdź, mój chłopcze.

– Przepraszam, że przeszkadzam, dyrektorze – powiedział, stojąc wciąż w otwartych drzwiach, skinąwszy profesor McGonagall.

– W porządku. Co się stało?

– Ja tylko na słowo. Chodzi o Yen...

Zanim zdążył dokończyć, za jego plecami rozległ się miarowy stukot czegoś drewnianego o kamienne schody, a potem chrapliwy głos zawołał ostro:

– Lupin, zdecyduj się: wchodzisz albo wychodzisz.

Lunatyk odsunął się, robiąc przejście Alastorowi Moody'emu.

– Wiesz, Dumbledore, że ja się w te twoje strategie za bardzo nie wtrącam, ale teraz to mi się naprawdę przestaje podobać. Znaczy się, mówię o tej małej od Śmierciojada. Słyszałem co nieco i...

– Dobrze, rozumiem – przerwał mu zmęczonym tonem dyrektor. – Proszę, usiądźcie wszyscy.

§§§

Przyjemnie byłoby rzec, że po przemowie, jaką zaserwowała mu Yenlla, światopogląd Severusa Snape'a uległ rewolucyjnej przemianie, że niespodziewanie dla samego siebie wiele rzeczy zrozumiał, że jej słowa zmusiły go do przemyślenia kilku spraw, ujrzenia rzeczy w zupełnie nowym świetle i że otwarło się przed nim całe siódme niebo możliwości. Że Severus i jego życie ulegli od tej chwili stałej zmianie na lepsze. Nic podobnego jednak się nie stało, a bezwzględna prawda przedstawiała się tak, że mistrz eliksirów zaiste niewiele z tego wszystkiego pojął. Od czasu nieszczęsnego balu sylwestrowego u Malfoyów, podczas którego zaszło tyle nieprzewidzianych czy wręcz tajemniczych zdarzeń – więcej niż zauważył, tego był pewien – nie rozumiał kompletnie nic z tego, co Yen robiła i mówiła. Jakby posługiwali się różnymi językami! A już sofistyczny wywód sprzed chwili zupełnie go dobił.

Wiedział, że szelma coś kombinuje, że mota coś po swojemu, tak jak tylko ona to potrafi – rzucił jej to prosto w twarz, lecz wiele się nie dowiedział. Kobieta najpierw solidnie powrzeszczała, a potem odeszła z miną męczennicy, zostawiając mu po sobie na pamiątkę stek idiotycznych wyrzutów i informację, że do spółki z naczelnym alkoholikiem Zakonu Feniksa przez cały czas robiła z niego kretyna, co zdecydowanie nie było tym, co Snape chciałby kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszeć, a już na pewno nie od niej.

Yen miała głęboko gdzieś starania o jej własne bezpieczeństwo, a jego dobre rady i wysiłki najzwyczajniej w świecie wyśmiała. Jak się okazało, pod pretekstem wykonywania obywatelskiego obowiązku, zwanego inaczej odgrywaniem roli potulnej żoneczki, załatwiała swoje własne sprawy o bliżej nieokreślonym celu. Cóż, szelma zawsze potrafiła się doskonale ustawić. Miała dar. Ostatecznie nawet Severusa od czasu do czasu udawało jej się wodzić za nos. Wprawdzie – zakładając, że w tym, co mówiła tkwiło choć ziarnko prawdy – okoliczności, które doprowadziły ją do zostania panią Snape, powoli zaczynały się wyjaśniać, ale jej motywy nadal pozostawały tajemnicą.

Zresztą to już i tak nieważne. Byle to wszystko skończyło się jak najszybciej, a jeżeli żmija wyjątkowo powiedziała prawdę, może rzeczywiście nastąpi to już niedługo. Oby.

Snape był niezwykle zmęczony zaistniałą sytuacją. Ogólnie od pewnego czasu był chronicznie przemęczony, niewiele pomogła nawet krótka przerwa podczas świąt. Zakon, Mroczny i szkoła to zdecydowanie nie były sprawy, które dawały się łatwo i bezboleśnie połączyć, a napięta atmosfera w domu nie pomagała. Severus był na nogach od czterdziestu ośmiu godzin, a i wcześniej rzadko mógł sobie pozwolić na więcej niż trzy, cztery godziny snu. Taki tryb życia dawał się we znaki. Ostatecznie nie stawał się młodszy...

Teraz też, jak na złość, nie potrafił zasnąć. Być może powoli się odzwyczajał. Wędrował więc nocą po domu, nadrabiając zaległości, a tych nigdy mu nie brakowało. Yen spała na wersalce pozwijana jak jej własna falbanka. Gdyby przez kilka ostatnich dni nie doprowadzała go do szału, może nawet by jej pożałował. Tym bardziej, że miała ma sobie koszulkę, przez którą było widać absolutnie wszystko, a to zazwyczaj wzbudzało sympatię w męskich sercach. Jednak to już nie była jego sprawa. Niechże się Wilkołak troszczy o Miss Hogwarts. Nietoperz, zdaje się, wykorzystał już swój limit godzin.

§§§

– Mocniej – poleciła Yenlla, zaciskając zęby.

– Ale proszę panien... pani! Ja naprawdę nie uważam, żeby...

– Masz robić, co mówię!

– Ale już bardziej nie można!

– Można. Postaraj się trochę.

– Dobrze – westchnęła Błyskotka, ciągnąc za tasiemki gorsetu. Drobne nóżki ślizgały jej się na pościeli.

– Pora podjąć zdecydowane działania – zauważyła Yen, pudrując sobie z wielkim zajęciem dekolt. Skrzatka kichnęła. – Nie zostanę tutaj ani chwili dłużej. Nie po czymś takim.

– Chciałam tylko zauważyć, proszę panienki, że nie uważam tego za szczególnie rozsądne.

– A co mam zrobić?

– Czy na pewno dobrze to pani przemyślała?

– Bardzo dobrze, a wnioski są takie, że najwyższy czas się stąd wynieść.

– Więc dlaczego nie wrócimy do Krucz...

– Cicho!

– Ale...

– Nie! Po prostu mi zaufaj.

– Nie lubię, kiedy panienka tak mówi. To zawsze źle się kończy.

– Prosiłam, żebyś się nie wtrącała. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, już dzisiaj będzie po wszystkim.

– Ale...

– CICHO! – krzyknęła Yenlla i wróciła do wydłużania rzęs przy użyciu różdżki. – Cicho. Wystarczy już tego. Ściśnij jeszcze.

– Czy jest pani pewna?

– Ciągnij!

§§§

Wbrew dramatycznej wymowie zdarzeń dnia poprzedniego i całej tej przetragizowanej gadaniny Yenlli już nazajutrz wszystko zdawało się wracać do normy. Gdy Snape rutynowo wybierał się na Grimmauld, żmija czekała na niego gotowa do drogi. Miała na sobie dobrze skrojoną suknię z czarnego aksamitu ozdobioną poprzyszywanymi tu i ówdzie cekinami i była tak ściśnięta w pasie, że każda inna niewiasta uległaby już dawno zaduszeniu. Co nie oznaczało bynajmniej, że wykorzystanie gorsetu w charakterze imadła było błędnym posunięciem. Przeciwnie, wyszło Yen bardzo na korzyść... tu i tam. Severus zauważył też, że jego żona jest blada i to o wiele bardziej niż zwykle (wliczając nawet gorset), a miejscami wręcz szarawa. Aha, i oczywiście się do niego nie odzywała ani na niego nie patrzyła – nie, żeby mistrzowi eliksirów aż tak bardzo na tym zależało. Dodatkowo szczelnie owinęła się grubym szalem. Może była chora? Zresztą, co go to w ogóle obchodzi?

§§§

Wszyscy powoli się rozchodzili, tylko Severus Snape ociągał się i czekał. Dyrektor uprzedzał, że nie pojawi się na zebraniu i złożył wszystko w ręce zastępcy, ale miał zajrzeć tam chwilę później i prosił, aby mistrz eliksirów został nieco dłużej. Dumbledore chciał zamienić z nim kilka słów na osobności, a to oczywiście nie mogło poczekać, mimo że widywali się praktycznie codziennie, a Snape mógłby akurat mieć coś innego do roboty... bo i zawsze coś miał. W porządku, nieważne. Tyle usłyszał od Minerwy – nie, żeby się tego nie spodziewał. Macki Yen sięgały daleko, w końcu dotarła do najwyższej instancji. W dalszym ciągu wszędzie natykał się na śledzących go Zakonników. Może wreszcie dowie się, o co w tym wszystkim chodzi. Dyrektor z pewnością udzieli mu wyjaśnień. Ktoś musi.

Dumbledore się spóźniał, a Severus denerwował. W domu czekał na niego stos testów do sprawdzenia i nowe do przygotowania, a w pracowni warzyło się kilka eliksirów, z których dwoma powinien zająć się najpóźniej o osiemnastej, jeżeli nie mają się przemienić w kolorowy magiczny ser. Wreszcie mistrz eliksirów stracił cierpliwość. Ile można czekać?

Trzasnął zamaszyście drzwiami kuchni i ruszył do salonu, gdzie zdążyła się z pewnością rozgościć Yenlla ze swoim wilkołakiem. Nie zamierzał jej tutaj zostawiać – to byłoby zwyczajnie zbyt proste. Nie ma znaczenia, co żmija mówiła, rogów na pewno mu nie przyprawi. Nie odważyłaby się.

Yen siedziała na sofie obok Remusa, który klepał ją po dłoni i szeptał coś pocieszającego z nieobecnym wzrokiem i zmarszczonymi w zamyśleniu brwiami. Jeden policzek drgał mu miarowo. Severus mógłby przysiąc, że szelma miała wilgotne oczy, ale z jakiego (powinien dodać: tym razem) powodu? Och, to zaiste wielka tajemnica, albowiem...

Dopiero teraz to do niego dotarło, trafiło jak grom z jasnego nieba. Dlaczego wcześniej tego nie zauważył? Przez dwa tygodnie, które minęły od sylwestra, Yen urządzała mu w domu piekło na ziemi, prezentując nastroje o wiele bardziej burzliwe i bojowe niż tutaj. Dla mistrza eliksirów była ostra, oschła, agresywna, cięta, natomiast publicznie, zwłaszcza u Blacka, dziwacznie i zupełnie bezsensownie kuliła się w sobie i przemykała cichutko i pokornie z kąta w kąt. Żmija! Wiedźma! Zło wcielone! Jeżeli na niego bezustannie szczekała, a wilkołakowi moczyła szatę, to kto obecnie cieszył się jej łaskami? Może kundel, który leżał owinięty miękko wokół jej stóp, strzygąc uszami i przysłuchując się uważnie toczącej się nad nim konwersacji, z nosem wetkniętym pod kieckę Yen.

Prawdziwa sielankowa scenka rodzajowa! Piękna, Bestia i jeszcze pies na dokładkę. Severus zaczynał żałować, że nie zabrał ze sobą pędzla i akwareli.

– Do domu! – rzucił, przekraczając próg. – Już!

To był taki mały test. Yen oblała. Nawet nie pisnęła w odpowiedzi, a to było mniej niż nieprawdopodobne. Westchnęła tylko bezgłośnie i grzecznie podreptała w jego kierunku. Wydawała się przy tym jakby mniejsza i jeszcze bledsza. No tak. Chwycił ją wpół, dosłownie wypchnął na korytarz i trzasnął drzwiami. Słyszał, jak po drugiej stronie dwaj mężczyźni zrywają się na równe nogi. Pociągnął Yen w stronę schodów.

– No nie! – prychnęła dopiero teraz. – Znowu to samo!

– Zamknij się.

– Puść mnie! – Broniła się.

Severus zbiegał szybko po schodach. Yenlla omal nie spadła, gdy szpilka skręciła w przeciwną niż ona stronę na poluzowanym dywaniku.

– Nic nie rozumiesz! – wrzasnęła, przytrzymując się szczebelków, gdy mąż ciągnął ją w dół. Z boku musiało to wyglądać dość interesująco. W pewnej chwili Yen poczuła, jak puszczają kolejne tasiemki jej gorsetu.

– Obawiam się, że rozumiem aż za dużo. Koniec przedstawienia.

– Nic nie wiesz.

– Wiem, w co chcesz mnie wrobić.

– Ja ciebie?! W nic!

– Rzeczywiście!

– To dla wspólnego dobra!

Remus i Syriusz pojawili się na półpiętrze. Zinterpretowali sytuację dokładnie tak, jak wyglądała.

– Snape! – ryknął Black.

– Severusie, zostaw ją – dodał nieco spokojniej Lupin.

– Nie wtrącajcie się!

Mistrz eliksirów szarpnął o jeden raz za dużo. Dłonie Yen ześlizgnęły się ze szczebelków i piękna szelma z piskiem wylądowała na nim, przygniatając go do przeciwnej poręczy. Gorset eksplodował wraz ze szwami na tyle sukni, schody zalał deszcz błyszczących guzików. Twarz Miss Hogwarts wreszcie znalazła się na tyle blisko Snape'a, aby mógł jej się dobrze przyjrzeć.

– Co ci się stało w oko? – zapytał odruchowo, a zaraz potem jego własne źrenice przysłoniła zasłona z czerwieni.

– YEN – warknął.

– Zabieraj od niej łapy, Snape! – wrzeszczał dalej Syriusz.

– Yen, nic ci nie jest? – dopytywał troskliwie jego przyjaciel.

– CO TO JEST?!

– Sever, kochanie, opanuj się, ja...

– Pytałem, co zrobiłaś sobie w oko. Nie miałaś tego rano.

– Snape, nie udawaj idioty.

– Odwal się, Black!

– Pobiłeś ją, gnoju!

Syriusz ruszył w dół schodów, ale Lupin przytrzymał go stanowczo. Wciąż nie był pewien, czy zdecydowane wkroczenie jest taktowne. Ostatecznie, to jednak nie była ich sprawa i... może... tak jakby...

– Nie zrobiłaś tego – powiedział Severus cicho i nisko. Bardzo groźnie.

Yen cofnęła się pod ścianę.

– Sever, to jest... To nie jest tak, jak myślisz...

– NIE ZROBIŁAŚ TEGO!

Yenlla usiłowała czym prędzej uciec jak najdalej od niego, ale przytrzymał ją, a potem zerwał jej szal. Łabędzia szyja i dekolt były pokryte wstrętnymi siniakami – część z nich miała kształt odciśniętych rąk, które przebijały wyraźnie spod grubej warstwy jasnego pudru.

– Zabiję – syknął.

Yen odepchnęła go od siebie, a w następnej chwili poślizgnęła się na jednym z własnych guzików i z krzykiem spadła z ostatnich kilku stopni, lądując mało elegancko, lecz bardzo boleśnie, na kości ogonowej.

Ostatnie wydarzenie otrzeźwiło nieudolnych obrońców pani Snape, którzy właśnie tracili czas na przepychanki z sobą nawzajem. Widząc Yen rozłożoną na podłodze i Snape'a w wyraźnym ataku furii, ponownie odczytali wszystko po swojemu i na łeb na szyję rzucili się z odsieczą, również ślizgając na nieszczęsnych guzikach.

Severus właśnie stał nad wyjątkowo szczerze przerażoną Yen, wykrzykując kolejne groźby. Pierwszy dopadł do niego Lupin i odwrócił ku sobie, ale Nietoperz tylko machnął na niego lekceważąco ręką, ledwie zwracając uwagę. Kto przejmowałby się oswojoną bestyjką, kiedy w pobliżu znajduje się stwór o wiele groźniejszy, choć aktualnie nieco zszokowany upadkiem? Wtedy łagodny, opanowany i anielsko spokojny Remus Lupin zrobił ostatnią rzecz, jakiej ktokolwiek – ze Snape'em na czele – by się po nim spodziewał. Zanim Severus zdążył się od niego odwrócić, naczelny wilkołak Hogwartu uniósł pięść i – w ramach zemsty za Yen chyba – wymierzył wyjątkowo celny cios prosto w jego lewe oko. Mistrz eliksirów absolutnie nie był na to przygotowany, więc zarówno pod wpływem zadziwiającej siły uderzenia, jak i zaskoczenia zatoczył się do tyłu, następnie potknął o Yenllę i zwalił na podłogę jak kłoda.

„Umarłem i trafiłem do cyrku", przemknęło mu w tym samym momencie przez myśl.

Yen natychmiast wydała z siebie dziki pisk, gdy wreszcie przejrzała na oczy i wcale nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Zrozumiała, że przeholowała i że to już nie są żarty. Skoczyła na równe nogi i zachwiała się, ponieważ załamała się pod nią skręcona na eleganckich szpilkach kostka, a przez obitą część wstydliwą przeszedł tak ostry impuls, że aż zawyła – dla odmiany – z bólu. Wreszcie odzyskała chwiejną równowagę i już-już chciała się rzucić pomiędzy Severusa i Remusa, ale w tej samej sekundzie poczuła, jak silne ręce chwytają ją mocno w pasie, a ona sama traci kontakt z podłożem. Jej nagie, bo uwolnione z gorsetu i tyłu sukni, plecy zostały przyciśnięte do czyjegoś wilgotnego podkoszulka. Do nozdrzy Yenlli doszedł zapach piwa i psiej sierści.

– W tej chwili mnie postaw, Black!

– O nie, słońce. Spokojnie, to tylko syndrom sztokholmski.

– CO?

– Syndrom...

– Przerwij im, do ciężkiej cholery!

– Nigdy. – Trzymające ją ręce zwiększyły uścisk, a nawet pojechały odrobinę wzwyż. Yen wbiła w nie komplet paznokci. – Remus właśnie zostaje mężczyzną, nie?

– Zabieraj łapy!

– Godryku, jaka ty jesteś miękka – zauważył Syriusz, który chyba znalazł się już w innej rzeczywistości. Natrętne dłonie podjechały jeszcze wyżej...

– BLACK!

Zaledwie krok dalej stał Remus, z bardzo niepewną miną i wielkim zaskoczeniem przyglądając się swoim rękom. Nie wierzył, że to zrobił. Jeszcze nigdy dotąd nikogo nie uderzył. Nie w taki żałosny sposób. Nawet w szkole. Zaraz ochłonął i pochylił się nad Snape'em, chcąc pomóc mu wstać.

Bardziej od przeciwnika nawykły w życiu do bójek – przynajmniej obserwacyjnie – Severus naturalną koleją klasycznej komedii omyłek zrozumiał ten ruch opacznie. Mając do wyboru odejście stąd z twarzą i godnością oraz zrobienie z siebie kompletnego kretyna, oczywiście wybrał drugą opcję (pewnie nie bez znaczenia była obecność Yen Honeydell jako świadka zdarzeń). Chwilę później zdecydowanie chwycił Remusa za fraki.

Nietoperz i wilkołak tarzali się po podłodze niczym najprymitywniejsi mugole, a Yenlla wyła jak wysokiej klasy banshee, podczas gdy Syriusz z coraz intensywniej objawiającą się ciekawością badał jej ciało, wygłaszając raz za razem wątpliwej jakości komplementy. Doprowadzona do ostateczności kobieta odrzuciła niespodziewanie głowę do tyłu, waląc z całej siły prześladowcę w czoło, aż sama przez chwile widziała tylko upragnione gwiazdki ze słynnego bulwaru. Korzystając z tego, że uchwyt nieco zelżał, kopnęła go w łydkę, a na koniec z rozmachem wbiła szpilkę w jego bosą stopę. Usłyszała obrzydliwy chrzęst. Nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że Black może wydobyć z siebie tak wysokie dźwięki. Ciekawe, jak zareagowałby, gdyby udało jej się trafić wyżej...

Uwolniona wpadła pomiędzy walczących i zaraz oberwała w ucho i biodro. Potem z wibrującym okrzykiem, od którego zadrżały szyby w oknach, rzuciła się Severusowi na szyję, nieostrożnie go przewracając, a gdy już wylądowali na podłodze, rozłożyła się na nim, starannie go zakrywając i zdecydowanie osiągając tym szczyt komizmu. Mężczyźni totalnie zbaranieli.

– Nie – wydyszała w stronę Remusa. – Nie. To. Nie. Tak.

Rozjuszony Snape zrzucił ją z siebie, lecz znowu się w niego wczepiła.

– On... On... – wychrypiała, nie mogąc złapać oddechu. – Nic mi nie zrobił. To tylko makijaż – wyartykułowała wreszcie i roztarła charakteryzacyjny przejaw geniuszu w postaci siniaków i podbitego oka, który i tak powoli spływał z niej kolorowym potem.

Remus Lupin oklapł, opadając na podłogę obok nich.

– Przepraszam – szepnęła Yen.

Severus z wściekłością zacisnął dłonie na jej szyi, teraz rzeczywiście zostawiając odciski dłoni zaraz obok zagojonych malinek. Jednocześnie na jej głowę posypała się soczysta wiązanka pełna przeklętych dwulicowych mątw i żmij. A były to zaledwie najbardziej eufemiczne epitety, które akurat wpadły mistrzowi eliksirów do głowy. Później i epitetów, i motywów przewinęło się znacznie więcej.

– Coś ty im naopowiadała?!

– Przepraszam!

– Ty...

– Przecież chciałeś rozwodu!

– Słucham? – zapytał osłupiały.

– A myślisz, że co to wszystko miało na celu? To był najlepszy sposób, kochanie. Jedyny!

Wtem drzwi od ulicy otworzyły się i doleciał ich stamtąd kolejny kobiecy krzyk. W sam środek tego zamieszania wkroczyli Albus Dumbledore i Molly Weasley. Dyrektor ogarnął szybkim spojrzeniem korytarz wejściowy domu przy Grimmauld Place 12, strzępki sukni Yenlli, dwójkę swoich ludzi w różnym stopniu uszkodzeń ciała i zakrwawioną stopę wyjącego obłędnie trzeciego z nich, po czym zgarnął całe towarzystwo do salonu.