Rozdział XI
Następnego ranka Harry obudził się z potwornym bólem głowy. Był niezmiernie wdzięczny, że dormitorium Slytherinu znajduje się w lochach, gdzie jego wrażliwe oczy nie zostały narażone na zbytnią ilość światła. Jęknął, czując jak jego głowę przeszywają niewidzialne sztylety. Przewrócił się na prawy bok i wychylił lekko znad krawędzi, próbując dosięgnąć do kufra. Zdecydowanie za dużo wypił. Mimo tego, że w wakacje zdarzyło mu się kilkakrotnie kosztować whisky, czy też innych trunków, przy których zwykli zabawiać się jego znajomi, to mimo wszystko nie zdążył przyzwyczaić się jeszcze do spożywania większych ilości alkoholu. Jakby nie patrzeć do tej pory próbował jedynie piwa kremowego, które trudno w ogóle porównać do napojów wyskokowych. Niemal poczuł jak kamień spada z jego serca, gdy odkrył w jednej z przegródek kilka fiolek eliksiru na kaca. Bez specyfiku byłoby z nim kiepsko. Połknął od razu zawartość jednej z nich, odczuwając natychmiastową ulgę. Wstał i zabrał kolejną porcję, wskakując na łóżko Theo, który warknął i ukrył twarz pod poduszką, mamrocząc coś o "okrutnych dręczycielach" i "braku przyzwoitości". Potter parsknął, wciskając mu w dłoń fiolkę. Nott uchylił niechętnie jedno oko, łypiąc złowrogo na współlokatora, lecz gdy tylko ujrzał jaki prezent sprawił mu "okrutny dręczyciel", uśmiechnął się błogo z wdzięcznością przełykając lekarstwo.
- Jeej, skąd to masz?
- Marco uważył mi w wakacje cały kociołek.
- Żartujesz? - mruknął, wyplątując się z pościeli i podchodząc do szafy w poszukiwaniu ubrań. - Ja zazwyczaj o tym zapominam i później pół dnia cierpię.
- Też tak ciężko znosisz kaca?
- W zasadzie to nie, tylko że nie mogę patrzeć na jedzenie. W takich momentach zazdroszczę Blaise'owi.
- Dlaczego?
- On jest niezniszczalny, nawet po całonocnej imprezie wygląda jak nowonarodzony. W przeciwieństwie do Draco - zachichotał, zerkając przez ramię na Harry'ego. - Bez eliksiru przypomina zombie, wystarczy naprawdę niewielka ilość. No, ale nic poza tym mu nie dolega, chociaż dla niego to i tak wystarczająca tragedia.
- Zazdroszczę wam - westchnął Potter, kierując się do łazienki. - Ja rano czuję się jak gumochłon.
- Przyzwyczaisz się - roześmiał się Theo, spoglądając na znikającego za drzwiami chłopaka. - I pospiesz się, okej? Na początku śniadania podają najlepszą kawę.
Dwaj Ślizgoni przekroczyli próg Wielkiej Sali, wesoło gawędząc i śmiejąc przy wspomnieniach z poprzedniego wieczora. Najbardziej rozśmieszało ich małe przedstawienie, urządzone przez Malfoya i Zabiniego. Draco parodiował groźną postawę Snape'a, wiszącego nad kociołkiem przerażonego Neville'a, w którego wcielił się Blaise. Nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że na ich widok w pomieszczeniu zapadła niczym niezmącona cisza, a oczy niemalże każdego ucznia śledzą ich krótką wędrówkę, usiedli przy stole Ślizgonów, jak gdyby nigdy nic zaczynając śniadanie.
- Nareszcie jesteście, ileż można spać - odezwał się Draco, podając im dwa arkusze. - Mam wasze plany.
- Wybacz, panie prefekcie - zasalutował mu Harry, odbierając swój pergamin. - To się więcej nie powtórzy.
- Bardzo śmieszne, Potter. Zamiast się nabijać, zajrzyj lepiej do środka.
- Aż tak źle?
- Nie, ale podejrzewam, że będziesz zachwycony podziałem.
- Skąd ja wiedziałem, że prawie wszystko mamy z Gryfiakami. - Potter spoglądał na plan z wyraźną niechęcią. - Cóż za niespodzianka.
- Przejmujesz się tym? - Zabini uśmiechnął się złośliwie - Będzie okazja im trochę dopiec.
- W zasadzie, to jestem nawet ciekawy tego jak zareagują na moją zmianę domu.
- To Gryfoni, ich reakcje są niesamowicie przewidywalne - parsknął Malfoy, sięgając po grzankę. - Tylko ty stanowiłeś tam jakieś wyzwanie.
- "Jakieś" - prychnął Potter, odkładając arkusz i rozglądając się w poszukiwaniu dżemu. - Przyznaj się, że gdyby nie potyczki ze mną, twoje życie byłoby nudne i bezbarwne. Podasz mi dżem wiśniowy?
- Proszę - odpowiedział, przysuwając mu słoiczek. - Ten z mango jest lepszy. I nie pochlebiaj tak sobie.
- Dziękuję. Nie pochlebiam, taka jest prawda. Mówisz, że lepszy? Jeszcze nigdy go nie jadłem.
- Masz, spróbuj - podsunął mu drugi słoik. - Może i zapewniałeś pewną rozrywkę i faktycznie odrobinę umilałeś mi życie, ale nie przesadzajmy.
- Mmm, rzeczywiście dobry - uśmiechnął się, oblizując wargi. - Sam siebie oszukujesz.
- Mówiłem. Wcale się nie oszukuję.
- A właśnie, że tak.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Chłopaki, wystarczy! Zupełnie jak dzieci - Nott spojrzał na nich, kręcąc z dezaprobatą głową. - Popatrzcie lepiej jeszcze raz na plan. Zaraz mamy Obronę! Ciekawe jaki jest ten facet?
- Nie wiem - mruknął Potter. - Ale znowu wypala mi wzrokiem dziurę w plecach.
- Faktycznie - Blaise zmarszczył brwi, zerkając na nauczyciela. - Tak właściwie, to gapi się na ciebie od kiedy wszedłeś do sali.
- Ciekawe o co mu chodzi? - zastanawiał się Theo, również spoglądając w tamtym kierunku. - Na pewno go nie znasz?
- Wy chyba żartujecie? - Malfoy odsunął talerz. Oparł łokcie na stole i pochylił się, patrząc na nich z niedowierzaniem. - Jak możecie go nie kojarzyć? - rozejrzał się i ściszył głos. - To przecież jeden z naszych.
- Nie? - Potter uniósł brwi w odruchu typowym dla Mistrza Eliksirów. - Salazarze... Poważnie?
- Oczywiście. W zasadzie mogę zrozumieć to, że ty i Blaise nie wiecie, ale ty, Theo? Doprawdy, pomyślałby kto, że...
Potter nie słuchał dalszej tyrady Malfoya, odnośnie niemożliwej do zaakceptowania ignorancji Notta. Zamiast tego odwrócił się, napotykając intensywne spojrzenie piwnych tęczówek. Uniósł lekko kącik ust. A więc nauczał ich będzie śmierciożerca. Znowu. Miał ochotę roześmiać się nad bezmyślnością Dumbledore'a. Staruszek sam kopie sobie grób.
Drzwi otworzyły się równo z dzwonkiem, więc podekscytowani uczniowie wkroczyli do klasy, rozświetlanej jedynie przez kilkanaście wielkich świec. Potter z aprobatą przyjął mroczny wystrój. Patrząc na rozstawione na półkach przedziwne przyrządy, przypomniał sobie czwarty rok, kiedy to nauczał ich Barty Crouch Jr., podszywający się pod Moody'ego. Zgodnie ze zwyczajem Gryfoni i Ślizgoni rozdzielili się zajmując przeciwległe strony sali. Potter podążył za Malfoyem, Zabinim i Nottem do ostatniej ławki, rejestrując kątem oka wściekłe spojrzenie Rona i pełną niedowierzania minę Hermiony. Zapadła cisza, którą przerwał cichy, niski głos, zabarwiony delikatną chrypką, a po chwili z cienia wyłonił się ich nowy profesor.
- Witam. Jak już wiecie nazywam się Alexander Morvant. Nie widzę powodu, by mówić o sobie, ponieważ prawdopodobnie niewiele was to interesuje, dlatego też przejdę od razu do rzeczy. Przede wszystkim pragnę ostrzec, że na moich lekcjach nie będzie łatwo. Jeśli liczycie na głupie wymachiwanie różdżkami i recytowanie bezwartościowych formułek, to jesteście w sporym błędzie. Czeka was ciężka praca, często ponad siły. Nie mam najmniejszego zamiaru głaskać was po główkach i tracić czasu na głupoty, więc lojalnie uprzedzam, że wyleci każdy, kto nie będzie się przykładał. Takie osoby mogą już w tej chwili wyjść - zawiesił głos, lecz nikt się nie poruszył. - Wszyscy zostają? Doskonale. Książki możecie od razu schować, gdyż uznaję tylko praktykę. Jakieś pytania? - żaden z uczniów się nie zgłosił, panowała cisza, niczym na lekcjach prowadzonych przez Mistrza Eliksirów. - Brak? No cóż, w takim razie nie traćmy czasu. Sprawdzę teraz wasze umiejętności. Osoba, którą wyczytam, podchodzi do mnie.
Na pierwszy ogień poszli uczniowie Domu Lwa. Harry obserwował jak profesor rozbraja kolejne osoby, niemalże ze znudzeniem odpierając skierowane ku niemu czary. Z zadowoleniem przyjął, że Gryfoni, którzy uczęszczali ubiegłego roku na spotkania Gwardii Dubledore'a, radzili sobie całkiem nieźle, choć i tak nie mieli szans z tak wykwalifikowanym czarodziejem jak Morvant. Odebrał to z niejaką dumą, uznając, że przynajmniej jego nauki nie poszły na marne. Pozostali polegli praktycznie od razu, wywołując uśmiechy politowania u Ślizgonów i grymas niezadowolenia u nauczyciela. Uczniowie Domu Węża zaprezentowali się o wiele lepiej. Jedynie Crabbe i Goyle polegli stosunkowo szybko, prezentując niezbyt wysoki poziom, ale Harry w zasadzie niczego innego się po nich nie spodziewał.
- Usiądźcie. Nie będę ukrywał, że liczyłem na coś więcej, słuchając historii o walecznych Gryfonach. - Mina Morvanta bynajmniej nie należała do zachęcających, gdy spoglądał srogo na przygaszonych domowników Gryffindoru. - Przyznaję za to pięćdziesiąt punktów Slytherinowi. Dobra robota, choć przed wami jeszcze długa droga. Jesteście wolni.
Pakując swoje rzeczy, Harry znów poczuł na sobie natarczywe spojrzenie profesora. Zerknął na niego znad torby. Mężczyzna nieznacznie skinął głową, nakazując mu żeby został, więc Potter przyciszonym głosem poinformował Theo, by ten zaczekał na niego na zewnątrz. Gdy tylko klasa opustoszała, podszedł do Morvanta, który wskazał mu miejsce naprzeciw biurka.
- Proszę usiąść, panie Potter.
- O co chodzi, profesorze?
- Świetnie pan walczy. To był dość... satysfakcjonujący pojedynek.
- Dziękuję.
- Pozostaje mi tylko mieć nadzieję na to, iż pańskie umiejętności rozwiną się w najbliższym czasie jeszcze bardziej. Widzę przed panem spore możliwości.
- Umm, tak - odparł ostrożnie. - Ja również mam taką nadzieję.
- W zasadzie to już wszystko, panie Potter. Chciałbym tylko dodać, że jeśli będzie pan chciał porozmawiać... Jestem do pańskiej dyspozycji. No, proszę zmykać. Severus nie lubi spóźnialskich - mrugnął do niego. - Do widzenia.
Siedząc w Wielkiej Sali przy obiedzie, Potter musiał przyznać, że właśnie przeżył jedyną w jego życiu lekcję eliksirów, na której czuł się naprawdę dobrze. Po raz pierwszy siedział na przodzie klasy, zamiast jak zwykle chować się z Gryfonami na tyłach, by skryć się przed groźnym obliczem Snape'a. Ważyli dziś eliksir bezsennego snu, który Harry, dzięki wakacyjnym zajęciom z Severusem, był w stanie wykonać z pamięci, nie podpierając się wypisanymi na tablicy instrukcjami. Theo opowiadał mu później, że podobno był tak skupiony, iż nawet nie zauważył pochylającego się nad nim Mistrza Eliksirów, który pokiwał z aprobatą głową, podążając spokojnie dalej, wprawiając tym samym Gryfonów w stan wyraźnie graniczący z szokiem. Najzabawniejszy był jednak koniec drugiej godziny, kiedy to Snape zawisł nad biednym, niespodziewającym się niczego Neville'em, krytykując jego pracę. Mimo współczucia, Potter nie był w stanie powstrzymać śmiechu, gdyż odbyło się to w niemalże identyczny sposób, jak wczorajsza parodia Draco i Blaise'a. Tak swoją drogą, Harry zastanawiał się jakim cudem Neville'owi udało się dostać na tegoroczne eliksiry. To wydawało się niemożliwością. No cóż, niestety nikt nie miał wątpliwości, że Snape wyrzuci biednego chłopaka zanim ten się obejrzy.
Humor psuły mu jedynie natrętne spojrzenia pozostałych uczniów, którzy bez najmniejszego skrępowania komentowali każdy jego ruch. Naprawdę zaczynało to być coraz bardziej irytujące.
- Czy oni muszą się tak na mnie gapić? - Nie wytrzymał w końcu, odsuwając gwałtownie talerz. - Aż się jeść człowiekowi odechciewa!
- Wiesz, to w zasadzie wcale nie jest takie dziwne. - Theo rozejrzał się z niesmakiem po pomieszczeniu. - Zbawca Świata w Slytherinie, trzymający z przyszłymi śmierciożercami. To nawet brzmi niewiarygodnie. Chociaż rzeczywiście przesadzają.
- Dokładnie - wtrącił Malfoy. - Nawet ja czuję się trochę nieswojo.
- Mogliby zachowywać przynajmniej jakieś pozory. - Harry westchnął z rezygnacją. - Co mamy następne?
- Opiekę. Ciekawe, co ten przygłup znowu wymyśli.
- Draco, nie obrażaj Hagrida. On jest naprawdę w porządku - warknął, zarabiając niedowierzające spojrzenie. - Och, daj już spokój. Nie wmówisz mi chyba, że wciąż przeżywasz Hardodzioba?
- Mało nie straciłem wtedy ręki!
- Lekko cię drasnął - parsknął, dopijając sok. - Ooo, a cóż to?
Ślizgoni powiedli za jego wzrokiem, dostrzegając niosące popołudniową pocztę sowy. Jednakże nie to wzbudziło ich zainteresowanie. W sali zapadła cisza, a Harry wytrzeszczył oczy, kiedy piękny, czarny sokół, którego obserwowali, przysiadł na stole tuż przed nim, wyciągając z gracją nóżkę. Zmarszczył brwi, odwiązując od niej maleńką paczuszkę. Ptak natychmiast odleciał, nie czekając na jakikolwiek odzew, czy zapłatę. Potter rozwinął papier, w który zawinięta była przesyłka, znajdując w środku pióro i niewielką karteczkę. Rzucił okiem na wiadomość i zamarł, z trudem powstrzymując gwałtowniejszą reakcję. Przybrał obojętny wyraz twarzy, spokojnie chowając pióro do torby. Podniósł głowę, krzywiąc się nieznacznie na widok szepczących między sobą hogwartczyków.
- Tak, macie rację - powiedział, powoli wstając. - Właśnie dostałem niesamowicie mroczną wiadomość od Lorda Voldemorta, a pióro jest tajną bronią, umożliwiającą podbicie zamku. Chodźcie, chłopaki. Spóźnimy się na zebranie młodych śmierciożerców.
- Potter! - Po wyjściu z Wielkiej Sali, Blaise uwiesił się na jego ramieniu, wyjąc ze śmiechu. - Na Merlina, Potter, to było genialne! Ale mieli miny!
- Oj, tak - przytaknął wesoło Theo. - Wyobraź sobie, że Snape z trudem hamował uśmiech! A Morvant otwarcie się roześmiał.
- A tak na serio, od kogo ta karteczka? - spytał Draco. - Tajemnicza wielbicielka?
- Ekhmm... - Harry odchrząknął, zatrzymując się i rozglądając, czy nie ma nikogo w pobliżu. - Zaczekajcie. Muffliato.
- Muffliato? - Theo zmarszczył brwi. - Co to za zaklęcie?
- Uniemożliwiające podsłuch. Snape mnie nauczył.
- Mhmm. Przydatne, nie powiem. Więc? Od kogo ten liścik?
- Szczerze mówiąc, to naprawdę od Voldemorta.
- Słucham? - Draco spojrzał na niego z co najmniej dziwnym wyrazem twarzy. - Powtórz, bo chyba nie dosłyszałem.
- Musicie mnie kryć. O północy znikam, nie mam pojęcia, kiedy wrócę.
- Potter, to nie jest zabawne.
- Oczywiście, że nie. Jestem jak najbardziej poważny.
- Pozwól, że powtórzę. Wolno i wyraźnie. Czarny Pan przysłał ci pióro i krótki liścik.
- Tak.
- I gdzie masz zamiar zniknąć? Rozumiem, że to jest z tym jakoś związane?
- Powiesz nam o co chodzi? - dodał Nott.
- No przecież właśnie mówię. Pióro to świstoklik. Zabierze mnie prosto do Czarnego Pana.
- Ale numer - szepnął Blaise. - Jasne, że będziemy cię kryć, nie musisz się o nic martwić.
- Uch, jeśli to prawda, to wiedz, że będziemy na ciebie czekać - Theo uderzył go delikatnie w żebra. - Nie myśl, że wywiniesz się od relacji ze spotkania.
- Ale jak nas wkręcasz... - Draco posłał mu groźne spojrzenie. - To jesteś trup, ot co.
- Dzięki chłopaki - uśmiechnął się szczerze. - Przyjmujecie to wszystko zaskakująco dobrze.
- A dlaczego miałoby być inaczej?
Niestety już po chwili Harry miał niezmierną ochotę na bliższe zapoznanie swojej głowy z pobliską ścianą. Jak na złość, tuż przy wyjściu z zamku, natknęli się na grupkę jego byłych przyjaciół. Musieli ich wyprzedzić, gdy zatrzymali się na tę krótką rozmowę. Wyprostował się, postanawiając zignorować ewentualne zaczepki, jednakże mijając rudzielca, ten chwycił go z wściekłością za ramię.
- Puść mnie - syknął, odwracając się do niego.
- Bo co, śmierciożerco? Nie jestem dla ciebie dość dobry? Czego mi brakuje? No czego?! - wrzasnął, zacieśniając uchwyt. Harry był pewny, że zostaną mu siniaki. - No tak, jesteś przecież wielkim Harrym Potterem, bohaterem. Bogaczem. Co cię obchodzą zwyczajni ludzie.
Harry milczał, wpatrując się z niedowierzaniem w wykrzywione obrzydliwym grymasem oblicze Weasleya. To naprawdę był Ron? Jego Ron? Ten sam, który tyle dla niego ryzykował, który w wakacje przed drugim rokiem nie wahał się ukraść ojcu latającego samochodu tylko dlatego, że się o niego martwił? Gdzie się podział jego przyjaciel? Z zamyślenia wyrwał go głos Seamusa Finnigana.
- Co jest z tobą, Harry? Jeszcze w czerwcu, wtedy w pociągu, cię zaatakowali, a ty teraz z nimi trzymasz? - Po tych słowach zwrócił się do pozostałych Gryfonów. - A mówiłem wam już w zeszłym roku, że z nim jest coś nie tak.
Widząc jak Ron przytakuje w Harrym coś pękło. O dziwo, nie ogarnęła go jednak złość, lecz zalała fala dziwnego, nienaturalnego wręcz spokoju. Uśmiechnął się drwiąco do dwójki chłopaków, nie zwracając najmniejszej uwagi na Deana, Neville'a i Hermionę. Tak właściwie, to nie miał nic do Logbottoma i Thomasa. Weasley, do którego dotarło najwyraźniej, że Harry nie zamierza reagować na jego zaczepki, puścił w końcu jego ramię, cofając się o krok.
- Daj spokój, Seam. Skoro woli towarzystwo parszywych śmierciojadów, niż nasze, to...
- To co, Weasley? - Draco nie wytrzymał. - A tak w ogóle przemyślałeś propozycję Pottera odnośnie pracy?
- Jak śmiesz! - Twarz rudzielca przybrała barwę buraka. - Zamknij się, sługusie mordercy!
- Uuu, ktoś tu się wkurzył - Zabini zacmokał z dezaprobatą. - Doprawdy, zero opanowania, czy instynktu samozachowawczego.
- Nikt cię nie pytał o zdanie, śmierciożerco! Wszyscy jesteście siebie warci, powinno się was usunąć z Hogwartu. Nie wiem po co Dumbledore was tu jeszcze trzyma!
- A ja zastanawiam się po co trzyma tu takiego bęcwała jak ty, Weasley. - Draco przesunął się do przodu, wraz z Zabinim zasłaniając odrobinę Harry'ego. - Korzyści z tego żadnych nie ma, bo nie stać cię nawet na porządną szatę.
- Ty... ty!
- Ron! - Hermiona zbliżyła się do chłopaka, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Spokojnie.
- Stajesz po ich stronie? To parszywe sługusy Sama-Wiesz-Kogo, Hermiono! Spójrz tylko na nich!
- Ale Harry...
- Jest jednym z nich! To zdrajca, cholerny śmierciożerca!
- Ech, chodźmy już, co? - westchnął Nott. - On tylko ciągle w kółko o tych śmierciożercach... Może sam chce nim zostać, skoro wciąż o tym mówi?
Ron chciał się rzucić na Ślizgona, jednak w porę złapali go Neville i Hermiona, Dean tymczasem uspokajał Seamusa. Węże skorzystały z zamieszania, oddalając się wolnym krokiem. Gryfoni usłyszeli jeszcze komentarz Złotego Chłopca:
- Wiesz co, Theo? Masz stuprocentową rację. Nie dość, że Weasley jest monotematyczny i ma wybitnie ograniczony zasób słów, to jeszcze posuwa się do rękoczynów, niczym jakiś mugol. Od czego ma różdżkę?
- Może i lepiej, że jej nie używa - dołączył się Malfoy. - Pamiętasz, Potter, jak sam w siebie walnął zaklęciem i wymiotował ślimakami? Jeszcze by sobie coś zrobił.
Harry zerkał niespokojnie na zegarek, czując jak z każdą kolejną minutą jego serce bije coraz szybciej, niemalże wyrywając się z piersi. Splótł ze sobą drżące dłonie, próbując ukryć zdenerwowanie. Ślizgoni spoglądali na niego, szepcząc raz po raz słowa otuchy. Dotrzymali obietnicy. Czekali z nim do samego końca. Równo z wybiciem północy, Potter poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka. Znalazł się w wielkiej, dość mrocznej sali. Ciemność rozświetlało łagodne światło, pochodzące z niewielkich, srebrnych lampionów, zdobiących kamienne ściany. Jedynie na rozległym podeście, pośrodku którego stało coś wyglądem przypominającego tron opleciony przez dwa, szczerzące kły węże, których łby służyły za oparcia, ustawione były potężne kandelabry. Wosk ściekał po nich, tworząc fantazyjne wzory, skapując od czasu do czasu na posadzkę. Rozejrzał się, lecz nie zobaczył nikogo.
- Witaj, Harry. - Niemal podskoczył, gdy usłyszał niski głos, dobiegający zza jego pleców. - Jednak się zjawiłeś.
Potter odwrócił się gwałtownie, stając twarzą w twarz z Voldemortem. Odetchnął, prostując się i spoglądając wprost w szkarłatne tęczówki. Za wszelką cenę postanowił nie okazywać po sobie strachu, choć wszystko w jego wnętrzu krzyczało: uciekaj! Przyjrzał się czarnoksiężnikowi, oceniając mimowolnie całą jego sylwetkę.
- Ostatnio miałeś brązowe oczy - wypalił. Tom uniósł brew. Harry poczuł jak na jego twarz wpływa rumieniec zażenowania. Co też mu strzeliło do głowy?
- Zaklęcie maskujące - wyjaśnił zdawkowo Riddle. - Boisz się mnie.
- Nieprawda.
- Ależ nie ma w tym nic złego, nawet mi to schlebia. Poza tym uważam to za naturalne, śmiałbym nawet stwierdzić, iż bardzo słuszne, aczkolwiek obecnie nie masz się czego obawiać, mój Harry.
- Czyżby?
- Podaj swoją odpowiedź.
- Skąd pewność, że już się zdecydowałem?
- Jesteś tutaj.
- Och, no cóż - zakłopotał się, odwracając wzrok, zaraz jednak spojrzał pewnie w oczy Voldemorta. - Zgadzam się.
- Tak też myślałem. - Tom wykrzywił wargi w czymś na kształt uśmiechu. - Te ciała z wyrytym moim znakiem... Dość spektakularne.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Mortis - zlustrował go wzrokiem, podchodząc bliżej. Harry drgnął, powstrzymując się przed odskoczeniem. - Dlaczego?
- Dlaczego Mortis? Umm, podobno moje oczy są identycznej barwy jak promień Avady. Kojarzą się ze śmiercią.
- To prawda - mruknął Voldemort, wyciągając dłoń. - Medalion.
- Słucham?
- Mój medalion. Wyczuwam go.
- Jak...? - Zszokowany Potter posłusznie spełnił nieme polecenie mężczyzny, wyciągając błyskotkę spod koszuli i podając mu ją. - Twój? Jak to twój?
- Po prostu. Należał kiedyś do samego Salazara. - Szepnął kilka niezrozumiałych dla Harry'ego słów, przykładając dłoń do medalionu. Ten rozbłysł delikatnym, zielonkawym światłem. - To bardzo niemądre, mój Harry.
- Co masz na myśli?
- Nosisz na piersi coś, czego pochodzenia nie znasz.
- Skąd miałem wiedzieć? Kupiłem go w sklepie.
- Mimo wszystko przed założeniem go powinieneś sprawdzić jego pochodzenie oraz ewentualne moce. Są na to odpowiednie zaklęcia.
- Nie wiedziałem - mruknął, coraz bardziej zażenowany.
- Domyślam się, że nie. - Riddle mlasnął z niesmakiem, spoglądając na niego spod długich rzęs. Zbliżył się jeszcze bardziej, zakładając wisior na szyję Harry'ego, po czym znów się odsunął. - Będzie przenosił cię tutaj każdej nocy.
- Co? Nie, to niemożliwe. Dumbledore zorientuje się, że znikam.
- Trochę wiary, Harry. Nie sądzisz chyba, że ryzykowałbym w ten sposób?
- Nie rozumiem.
- Nie musisz.
- Dzięki - burknął. - Wyjaśnij mi przynajmniej jakim cudem udało ci się stworzyć świstoklik, który zabrał mnie z Hogwartu mimo nałożonych barier. I jak będzie omijał je medalion?
- Jestem potomkiem Slytherina, Harry, jednego z założycieli. To, że Dumbledore nałożył zabezpieczenia, przez które, pomimo swego dziedzictwa, nie mogę dostać się do Hogwartu nie oznacza, iż nie potrafię stworzyć czegoś, co dzięki mojej mocy je ominie.
- Czyli jesteś w stanie na przykład wyciągnąć mnie, czy kogokolwiek innego, ale sam mimo wszystko ich nie pokonasz?
- Jeszcze nie, choć to tylko kwestia czasu.
- Okej. - Nagle przypomniał sobie, że miał zapytać Voldemorta o nowego profesora obrony. - Morvant to twój człowiek? Wie o mnie?
- Owszem. Alexander jest członkiem Wewnętrznego Kręgu, który został wtajemniczony w twoje szkolenie. Pozostali śmierciożercy poznają cię, gdy uznam, że jesteś gotowy. Zostaniesz przedstawiony jako Mortis, moja prawa ręka. Będą ci podlegać, prawie tak samo jak mnie. Jeszcze jakieś pytania?
- Jak mam się do ciebie zwracać?
- Gdy jesteśmy sami możesz mówić mi po imieniu. Przy innych zwracasz się z szacunkiem.
- Nie będę nazywał cię Panem. Nie przejdzie mi to przez gardło.
- Jakiś ty problematyczny - westchnął ze znużeniem Riddle. - Mów Lordzie lub Mistrzu.
- Rozumiem. Ale co do ćwiczeń... Przecież po tym, jak zniknę na całą noc, nie będę w stanie funkcjonować w dzień!
- Nie bądź niedorzeczny, poznałeś już chyba zaklęcia czasowe, prawda?
- Ach, no dobrze. W takim razie od czego zaczniemy?
- My? - Voldemort uniósł brwi. - Naprawdę sądzisz, że mam zamiar tracić czas na podstawy?
- Więc...
- Jeden z moich ludzi sprawdzi twoje umiejętności, a następnie uzupełni wszelkie braki. Ja nie mam czasu na zabawy, podejmę się dopiero zaawansowanego szkolenia
- Znam go? - Harry'ego naszły złe przeczucia, kiedy zauważył złośliwy błysk, który pojawił się w oczach czarnoksiężnika. - Kto to będzie?
- Przekonasz się już za moment. - Voldemort uśmiechnął się nieprzyjemnie, kierując się w stronę wyjścia. - Do zobaczenia, mój Harry.
- Co? - Potter wytrzeszczył oczy. - Hej, nie zostawiaj mnie tak! Tom!
Odpowiedział mu jedynie cichy śmiech i dźwięk zamykanych drzwi. Harry sapnął, oburzony i rozejrzał się, zastanawiając nad tym, kogo przydzielił mu Riddle. Naprawdę nie podobała mu się mina czarnoksiężnika, zdecydowanie nie wróżyła nic dobrego. Podszedł do podestu, przysiadając na jego skraju i wpatrzył się w chybotliwy płomień stojącej nieopodal świecy. Zamyślony, nie dosłyszał kroków, zatrzymujących się tuż za nim. Podskoczył, chwytając się za serce, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się niepewnie, zastanawiając się mimowolnie, czy każdy w tym miejscu ma zwyczaj skradania się za plecami.
Przełknął ślinę, przyglądając się stojącemu przed nim śmierciożercy. Był wysoki, postawny, czarnowłosy. Ostre spojrzenie szarych, błyszczących oczu wyrażało niezwykłą pewność siebie, którą pogłębiał dodatkowo kpiący uśmieszek, widniejący na wąskich, jednakże ładnie zarysowanych wargach. Wydawał się wyjątkowo tajemniczy i niedostępny, a otaczająca go aura z pewnością nie należała do tych łagodnych. Harry poczuł dziwny respekt przed tym mężczyzną, który nabrał na sile, kiedy usłyszał pierwsze słowa, wypowiedziane cichym, pozbawionym emocji głosem.
- Witaj, Potter. Nazywam się Evan Rosier.
