Minerwa McGonagall stała zgarbiona w strugach padającego deszczu, ubrana w ciężkie, czarne szaty, z ciemnym welonem, przysłaniającym twarz.
Od pamiętnej kłótni z Albusem minęły dwa miesiące – ich relacje do tej pory nie uległy poprawie.
Minerwa, po nocy spędzonej w rezydencji McGonagallów na niszczeniu rodowych kryształów, była już spokojniejsza, gdy następnego dnia wróciła do Hogwartu. Gniew i złość jednak nadal kursowały w jej żyłach – zeszła na śniadanie sama, zrywając z tradycją schodzenia do Wielkiej Sali z Albusem. Przez cały posiłek ignorowała zatroskane spojrzenia Poppy. Dyrektora spotkała w holu głównym – minęła go bez słowa, choć odnotowała jego kiepski stan – poszarzała twarz, ciemne cienie pod oczami, ostrożny chód. Nie rozmawiali ze sobą tydzień. Jednak w piątek przyszła do jego gabinetu, na partię szachów.
Bez względu na to, jak bardzo nawzajem się zranili podczas tamtej kłótni, musieli współpracować – dla Hogwartu, dla Zakonu, dla społeczności czarodziejów. Minerwa nie była samolubna – przełknęła dumę, co wiele ją kosztowało, ale zrobiła pierwszy krok w kierunku pogodzenia. Nie było to wiele – podczas tej rozgrywki prawie wcale się do siebie nie odzywali. Minerwa wygrała, ale to zwycięstwo miało cierpki, okropny smak.
Ona potrzebowała Albusa, on potrzebował jej. A jednak nie mogli na siebie patrzeć, bez przypomnienia brutalnych słów, zawiedzionych nadziei, gorzkich rozczarowań. Jakoś funkcjonowali, prowadząc uprzejmą konwersację przy śniadaniu, profesjonalnie kreśląc plany ochrony Hogwartu, planując misje Zakonu. Lecz to nie wystarczało- ponosili klęskę na każdym gruncie.
Dziś stali ramię w ramię, ubrani w żałobne szaty, składając hołd niedawno zamordowanym braciom Prewettom.
Minerwa nie mogła skupić myśli na przemowach Alastora i Artura Weasley'a, szwagra zamordowanych. Wciąż miała przed oczami dwójkę rudych braci – pełnych życia, energii i entuzjazmu. Jej uczniów, dopiero smakujących prawdziwego dorosłego życia. Chłopców, którzy przynosili jej kwiaty na dzień nauczyciela, ukradzione z cieplarni Pomony . Nieustraszonych żołnierzy Zakonu, walczących o lepszą przyszłość. Ostatnich synów rodu Prewettów, zabitych z zimną krwią przez piątkę śmierciożerców jako ,,zdrajcy krwi".
Zadrżała z gniewu. Gdyby tylko dopadła Dołohowa i jego kompanów – połamałaby im kości i obdarła ze skóry. Obok niej Albus wzdrygnął się – pewnie winił siebie za kolejne nieszczęście.
Zakon był słabszy niż kiedykolwiek. Śmierć Prewettów była jedynie przypieczętowaniem ich beznadziejnej sytuacji. Nikt nie wiedział, czy mają przed sobą jakąkolwiek przyszłość – czarodzieje powoli tracili nadzieję.
W pierwszym rzędzie żałobników stała szlochająca Molly Weasley, siostra zamordowanych. Była w ciąży z siódmym dzieckiem- zaokrąglony brzuch ukryła pod warstwą ciemnych ubrań. Piątkę młodszych dzieci zostawiła pod opieką ciotki Muriel – miejsce pogrzebu było dodatkowo chronione, ale i tak nie było zbyt bezpieczne dla małych dzieci. Minerwa uczyła Molly w Hogwarcie – darzyła dużą sympatią uprzejmą, miła, rudowłosą dziewczynę, nieco spokojniejszą niż jej bracia, ale niepozbawioną odrobiny temperamentu. Jako dobrze poinformowana zastępczyni Albusa, Minerwa kibicowała związkowi Molly i Artura Weasley'a i nawet przybyła na ich ślub, dwanaście lat temu. W tym roku z otwartymi ramionami przyjęła najstarszego syna pary, Billa, w Gryffindorze.
Teraz Minerwa nawet nie potrafiła znaleźć słów pociechy dla kobiety, która nagle utraciła dwójkę ukochanych braci.
Ceremonie pogrzebowe dobiegały końca, gdy nagle Minerwa wyczuła lekkie ukłucie na swoją świadomość, dochodzące jakby z lewej strony. Błyskawicznie odwróciła się w tamtym kierunku – ponad kamiennym murem wiejskiego cmentarza dostrzegła szarą mgiełkę patronusa. Delikatnie pociągnęła Albusa za rękaw – odwrócił się w wskazanym przez nią kierunku ze zmarszczonymi brwiami.
Szara mgła zbliżyła się na tyle, że teraz zauważyli ją już wszyscy. Tuż obok mównicy zatrzymała się, by przybrać postać kozy.
- Aberforth. – wyszeptała Minerwa.
- Nadchodzą. Idą na Hogwart. Wracajcie. – z widmowego pyska zwierzęcia popłynęły głębokie, pełne wyczuwalnego lęku słowa brata Albusa.
Minerwa, podobnie jak wszyscy, odwróciła się do Albusa. Dyrektor na chwilę przymknął oczy, a potem wyciągnął różdżkę.
- Min, świstoklik, szybko. – mruknął.
Minerwa błyskawicznie zdjęła swój żałobny welon i podała Albusowi.
- Portus. – mruknął czarodziej. Chusta rozjarzyła się niebieskim światłem, zadrżała i znieruchomiała.
- Świstoklik za kwadrans teleportuje członków Zakonu do obrony Hogwartu wprost pod chatkę Hagrida. Dopilnuj, by byli zorganizowani. – Albus szybko podał welon Alastorowi, który w lot zmaterializował się u jego boku.
- Jakieś plany? – zapytał przerażony Alastor. Albus, wyraźnie zniecierpliwiony, odpowiedział:
- Ja i Minerwa teleportujemy się natychmiast, by przeprowadzić ewakuację uczniów. Ty masz zebrać resztę Zakonu – naszym planem jest obrona Hogwartu do ostatniej kropli krwi.
Alastor wydawał się bardziej przerażony, niż zmobilizowany. Minerwa posłała mu pełne współczucia spojrzenie, a potem skupiła uwagę na Albusie. Dyrektor wyciągnął do niej dłoń:
- Jesteś ze mną? – zapytał po prostu.
- Do końca. – odpowiedziała i mocno chwyciła jego rękę. Teleportowali się z głośnym hukiem.
Wylądowali w głównym holu Hogwartu. Było piątkowe popołudnie – zamek był jakby uśpiony, a większość uczniów przebywała w pokojach wspólnych. Wyglądało na to, że nikt w zamku nie spodziewał się nadchodzącego niebezpieczeństwa.
- Ty zajmiesz się ewakuacją uczniów, a ja obroną. Zarządzisz by wszyscy uczniowie byli gotowi w pokojach wspólnych. Opiekunowie domów sprowadzą ich na dziedziniec. Zaprowadzisz ich do rezydencji. Do pomocy możesz zabrać Mowbray, Trelawney i Slughorna. Resztę będę potrzebował do obrony. – mówił szybko Albus, patrząc jej w oczy.
- Wrócę, jak tylko upewnię się, że są tam bezpieczni. – odpowiedziała.
- Nie. Wolałbym, byś została z uczniami. – zaprotestował. W jego oczach Minerwa zobaczyła błaganie.
- Albusie… - zaczęła, ale on położył palec na jej ustach, uciszając ją.
- Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało. Bądź ostrożna, moja najdroższa Minnie. – wyszeptał i zniknął, zanim zdążyła odpowiedzieć.
Minerwa, mimo wzruszenia ściskającego ją za gardło, wycelowała w nie różdżką i rzekła:
- Sonorus.
Wzięła głęboki oddech, a potem odezwała się wzmocnionym magicznie głosem, doskonale słyszalnym w całym zamku i na jego błoniach.
- UWAGA! Wszyscy uczniowie mają niezwłocznie udać się do swoich pokojów wspólnych. Powtarzam, wszyscy uczniowie mają znaleźć się w pokojach wspólnych! Zarządzam ewakuację zamku – każdy uczeń ma przygotować różdżkę oraz komplet ubrań na trzy dni. Powtarzam, każdy uczeń zobowiązany jest do przygotowania się do ewakuacji – prefekci mają dopilnować, by każdy uczeń miał przy sobie różdżkę i komplet ubrań. Opiekunowie domów, proszę udać się do pokojów wspólnych i przeliczyć uczniów. Resztę nauczycieli i personelu proszę o udanie się do gabinetu dyrektora. Powtórzę: przygotowujemy się do ewakuacji zamku! Proszę nie wpadać w panikę i czekać na dalsze instrukcje.
Minerwa przerwała działanie zaklęcia, a potem wyczarowała pięć patronusów – po jednym do opiekunów domów i do profesor Trelawney i Mowbray. Następnie zmieniła się w swoją kocią formę i pobiegła do wieży Gryffindoru.
Gdy wpadła do pokoju wspólnego, wewnątrz panował chaos. Część uczniów ściskało w dłoniach ogromne naręcza ubrań, niektórzy trzymali klatki ze zwierzętami, inni biegali w amoku, szukając swoich różdżek, a jeszcze inni znieruchomieli, jakby sparaliżowani. Jedynym elementem wspólnym dla wszystkich był strach. Minerwa poczuła jak jej serce zamiera. Można było wiele rozprawiać o legendarnej gryfońskiej odwadze, ale oto przed sobą miała przede wszystkim dzieci zlęknione wojną, a nie nieustraszone lwy.
- Proszę o spokój! – krzyknęła, zaznaczając swoją obecność.
W pokoju wspólnym natychmiast zapanowała cisza. Teraz twarze wszystkich uczniów zwróciły się w jej stronę, pełne nadziei. Minerwa westchnęła. Musiała zaprowadzić tu porządek.
- Posłuchajcie mnie. Za chwilę, każdy z uczniów ma udać się do swojego dormitorium, zdjąć poszewkę ze swojej poduszki i zapakować do niej piżamę, komplet szat szkolnych i komplet mugolskich ubrań na zmianę, nic więcej. Potem macie zejść tutaj z tym pakunkiem w jednej ręce i różdżką w drugiej. Ustawicie się rocznikami, parami. Macie na to pięć minut od teraz. – zakomenderowała głośno. Jak pod dyktando, wszyscy uczniowie rzucili się z powrotem do swoich dormitoriów. Byli dość zdyscyplinowani – pierwsi zaczęli ustawiać się parami już po trzech minutach. Minerwa pilnowała by nikt nie wpadał w panikę i udzielała potrzebnych wskazówek i instrukcji. Po pięciu minutach zaczęła przeliczać ustawionych uczniów. Gdy dany rocznik się zgadzał, wysyłała go za portret, by czekali na nią na korytarzu. Po kolejnych pięciu minutach była już pewna, że wszyscy Gryfoni są ustawieni i gotowi do ewakuacji.
- Dobrze. Teraz udacie się za mną. Pod żadnym pozorem nie wolno wam się oddalać, ani łamać szyku. Macie natychmiast wykonywać wszystkie moje polecenia. Gdybyście zauważyli, że brakuje jakiegoś ucznia, macie natychmiast mi to zgłaszać. – rozkazała. Szła na przód dwuszeregu uczniów, gdy któryś z najstarszych uczniów zapytał:
- Pani profesor, co się dzieje? Atakują nas? Dokąd idziemy i czy możemy walczyć?
- Mamy informacje, że Hogwart może zostać zaatakowany. Zaprowadzę was w bezpieczne miejsce. Walczyć będziecie jedynie w wypadku, gdy wasza kryjówka zostanie znaleziona, co mało prawdopodobne. Gotowi? Dobrze, idziemy!
Minerwa nie mogła biec, ale wydłużyła krok. Tuż za nią szły najmłodsze dzieci – jakby przypominając Minerwie o błaganiu Albusa i odpowiedzialności, jaka na niej spoczywa.
Dostali się na dziedziniec transmutacji po pół godzinie od uzyskania patronusa Aberfortha. Tam czekali już zdyscyplinowani Krukoni z Filusem i Ślizgoni z Horacym. Minerwa podeszła do dwóch magów.
- Uczniowie zostali przeliczeni? Dopilnowaliście, by wzięli najpotrzebniejsze rzeczy? – zapytała.
- Tak. Minerwo, dokąd ich zabieramy? Co się tutaj dzieje? – zapytał Filius.
- Hogwart może zostać zaatakowany. Zabieram ich do rezydencji przez tajne przejście. – wyjaśniła szybko Minerwa. Z drugiej strony dziedzińca już biegła Pomona ze swoimi uczniami, a za nimi zdyszana profesor Trelawney i zaspana profesor Mowbray.
- Zatem wszyscy już są. Profesorowie Slughorn, Trelawney i Mowbray zostali przydzieleni do ochrony uczniów. Profesor Flitwick i Sprout mają udać się do gabinetu dyrektora po dalsze instrukcje. Uczniowie zostaną ewakuowani do rezydencji McGonagallów. Wszystko jest jasne? – Minerwa nie chciała tracić czasu.
- Będą tam bezpieczni? – zapytała Pomona.
- Nikt na razie nie wie o tajnym przejściu między Hogwartem a rezydencją. A czary ją chroniące są równie silne jak te tutaj. Dzieci będą tam bezpieczniejsze niż tu. – zapewniła ją Minerwa, pragnąc bez wahania uwierzyć we własne słowa.
Pomona skinęła głową – Filius pociągnął ją w stronę korytarza z gargulcem. Minerwa odwróciła się do trójki nauczycieli.
- Bezpieczeństwo uczniów jest najważniejsze. Oczekuję, że będziecie ich bronić, bez względu na ryzyko własnej śmierci. Na razie wykonujcie moje rozkazy.
Horacy wyglądał na zbyt przerażonego, by cokolwiek odpowiedzieć, a pozostałe nauczycielki pokiwały głowami.
Minerwa, nie tracąc już ani chwili, pobiegła pod wielkie drzewo. Udało jej się szybko znaleźć kostkę z orłem. Przyłożyła do niego sygnet – przejście stanęło otworem. Minerwa szybko transmutowała starą drabinę w rodzaj zjeżdżalni. Potem odwróciła się do uczniów:
- Proszę o uwagę! Tak jak stoicie, po kolei i bez przepychania, każdy z was podejdzie do tego otworu i zjedzie po pochylni. Następnie parami przejdziecie przez długi tunel. Na końcu dostaniecie następne instrukcję. Najpierw poproszę prefektów.
Minerwa zebrała dziesiątkę prefektów. Zjechała pierwsza. Na dole postawiła piątkę prefektów – mieli pilnować, by dzieci nie panikowały i wszystko szło sprawnie. Z pozostałą piątką ruszyła tunelem, po drodze wyczarowując płonące pochodnie. Gdy dotarli do podziemnego peronu, razem z prefektami połączyła górnicze wagoniki. Pozostało im tylko czekać i umieszczać uczniów w kolejnych wagonikach.
Pierwsi przychodzili Puchoni. Minerwie serce się krajało, gdy widziała wystraszone dzieci, mocno trzymające zwitki ubrań i swoje różdżki. Rozmieszczała je tak, by w każdym wagoniku był przynajmniej jeden starszy uczeń.
Wtem jedna z uczennic potknęła się na wilgotnej skale i runęła jak długa. Minerwa odruchowo podbiegła do niej. Pomogła wstać dziewczynce – była to Puchonka – Nimfadora Tonks.
- Dziękuję. Pani profesor, a co będzie, jak na końcu tamtego tunelu będzie Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać? – zapytała, z dziecinną naiwnością.
- Nie pozwolę, by zrobił wam krzywdę. – odpowiedziała Minerwa stanowczo. Nimfadora pokiwała głową.
- W takim razie już się nie boję, pani profesor. – odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. Minerwa poczuła, jak ciepło robi jej się na sercu. Pogłaskała małą po głowie.
- Wskakuj do wagonu. –mruknęła.
Rozmieszczanie uczniów w wagonach szło dość szybko. W ostatnim Minerwa posadziła dodatkowo profesor Mowbray i Horacego, a w środku pociągu stworzonego z wagonów umieściła profesor Trelawney. Gdy na końcu przyszli prefekci spod pochylni, donosząc, że przejście samo się zamknęło za ostatnim uczniem, Minerwa przeszła się wzdłuż wagoników, licząc wszystkich. Upewniwszy się, że nikt nie został w tunelu pod Hogwartem, wskoczyła do pierwszego wagonika. Był zajęty przez czwórkę Gryfonów, w tym małego Billa Weasley'a. Minerwa odwróciła się do tyłu – widziała rząd czterdziestu wagoników, pełnych uczniów. Wzmocniła swój głos i rzekła:
- Teraz pojedziemy do miejsca schronienia. Będziemy jechać szybko, więc proszę się nie wychylać. Może być wam zimno i wilgotno, ale wysuszymy was i ogrzejemy na miejscu. W razie jakichkolwiek problemów proszę o wystrzelenie w powietrze czerwonych iskier. Będziemy jechać w ciemności, zatem poproszę najstarszego ucznia z każdego wagonu o zapalenie różdżki zaklęciem Lumos. Proszę zachować spokój i ciszę.
Zaraz po tym komunikacie w każdym wagoniku zapaliło się małe białe światełko. Minerwa pokiwała głową, a potem odwróciła się i stanęła na dziobie. Zaświeciła własną różdżkę i śpiewnym głosem zaintonowała słowa czaru napędzającego.
Poczuła potężny spadek energii, gdy pociąg powoli drgnął. Nie przerwała jednak czaru. Wagonik pomału ruszył do przodu, ciągnąc za sobą kolejne. Po kilkunastu minutach udało jej się rozpędzić pociąg do prędkości sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Kosztowało ją to wiele mocy, ale było konieczne – musieli jak najszybciej dostać się do rezydencji.
Pociąg wielokrotnie wpadał w ogromne kałuże pełne wody – Minerwa była przemoczona do suchej nitki. Szata kleiła się do niej, mokre włosy wymykały się z koka, a krople ściekały po jej arystokratycznym, niewzruszonym profilu. Siedziała na samym przedzie, na wpół wychylona, podtrzymując zaklęcie. Reszta osób w wagoniku kuliła się na ziemi, by nie przemoknąć do cna – Minerwa czuła drżenie małego Billa, przyczajonego tuż pod jej nogami. Będący również w tym wagonie prefekt Gryffindoru wyglądał za tylnej ściany wagonika, wypatrując czy nikt nie wyczarował ostrzegawczych iskier.
W pewnym momencie Minerwa usłyszała jego krzyk:
- Pani profesor, iskry w środku składu!
Minerwa szybko rzuciła zaklęcie hamujące – koła piszczały niemiłosiernie, ale po kilkunastu metrach wagoniki zatrzymały się. Obejrzała się – ktoś właśnie po raz drugi wystrzelił snop iskier.
- Zostańcie tu. – mruknęła i wyskoczyła z wagonu. Zmieniła się w kotkę, by biec szybciej, choć ślizgała się po wilgotnych skałach. Wreszcie dotarła do wagonu, nad którym unosił się dym powstały po iskrach.
- Profesor McGonagall! Pani Trelawney straciła przytomność! – krzyknął Krukon z siódmego roku.
Minerwa szybko weszła do wagonu. Sybilla, opatulona mokrymi szalami, leżała nieprzytomna na podłodze wagonu. Minerwa wycelowała w nią różdżką i rzekła:
- Enervate.
Sybilla otworzyła oczy i wybełkotała:
- Ja chcę do mojej wieży. Gdzie mnie wieziesz, uparta wiedźmo. Mam dość, daj mi sherry.
Minerwa z irytacją zacisnęła dłoń na różdżce – zmarnowała tyle energii i czasu, bo Sybilla zemdlała, z czystego tchórzostwa. Że też Albus musiał do tego zadania przydzielić akurat ją. Ona nie dość, że nie przedstawiała żadnej wartości obronnej, to nie nadawała się nawet do podnoszenia morale!
Nauczycielka transmutacji przesunęła wpół nieprzytomną wiedźmę do ściany wagonu. Kiwnęła palcem na najstarszego w wagonie Krukona.
- Nic jej nie będzie, niech na razie tu leży. Jak dojedziemy na miejsce, obudzisz ją zaklęciem Enervate i pomożesz dojść do kryjówki, dobrze?
Chłopak kiwnął głową, choć trudno było mu ukryć niesmak na twarzy. Minerwa usiłowała się uśmiechnąć, ale była zbyt rozgniewana. Wyszła z wagonu i pobiegła do przodu. Bez zbędnych wyjaśnień znów zabrała się do rozpędzania składu.
Minerwa naprawdę rozpędziła pociąg do ogromnych prędkości – dotarli na stację po godzinie jazdy. Spychając troskę o Hogwart i Albusa na samo dno umysłu, czarownica wyskoczyła z wagonu i zarządziła spokojne opuszczenie prowizorycznego pociągu. W mig wydała instrukcje prefektom i reszcie nauczycieli. Po paru minutach prowadziła już imponujący szereg uczniów ku metalowej drabinie. Wiedziała, że wspinaczka na nią zajmie im najwięcej czasu, ale nie mogła nic na to poradzić. Weszła pierwsza, by otworzyć płytę.
Gdy znalazła się w mauzoleum, pozwoliła sobie na westchnienie ulgi. Zaraz potem wyszli prefekci.
- Dwójka zostaje tutaj i pilnuje, by spokój zmarłych nie został zakłócony. Reszta idzie ze mną. – rozkazała Minerwa.
Jak najszybciej wyprowadziła resztę prefektów z mauzoleum. Kolejną dwójkę postawiła przy wyjściu.
- Macie kierować uczniów tą ścieżką. Nikomu nie wolno zbaczać z ścieżki. Posiadłość jest obserwowana, zatem lepiej by żaden uczeń nie kręcił się koło ogrodzenia.
Minerwa była w połowie drogi do domu, gdy rozległ się charakterystyczny trzask i obok zmaterializował się szef jej skrzatów domowych, Drobin, nazwany tak ironicznie z powodu dużych jak na skrzata rozmiarów.
- Milady! – zaskrzeczał, składając się w ukłonie.
- Drobin, musimy znaleźć miejsce do spania dla czterystu osób. I trzeba uruchomić kuchnię. Jak najszybciej!
- Przygotujemy salę balową, bibliotekę, jadalnię i pokoje gościnne. – oświadczył skrzat.
- Materace i koce. Uprzątnijcie antyki- możecie wynieść je na strych i do piwnicy, powinny być w pokrowcach. Co mamy aktualnie w spiżarni? – Minerwa nie przerywała biegu w kierunku rezydencji.
- Marchew i jabłka. Trochę słoików, trochę mrożonych rzeczy. I dużo jajek.
- Jak przygotujecie pokoje, zabierzcie się do krojenia jabłek i marchwi. Każdy uczeń musi zjeść chociaż coś, nie jedli kolacji . Na śniadanie zrobicie ogromną jajecznicę. Do roboty!
Skrzat zniknął, Minerwa jeszcze przyśpieszyła. Wreszcie zobaczyła bryłę rezydencji. Tuż za sobą słyszała westchnienia prefektów – chyba dopiero uświadomili sobie, że to był jej dom. Stłumiła jednak przypływ dumy ze swojego pochodzenia. Wpadła do holu rezydencji.
Skrzatów było zaledwie kilkanaście, ale uwijały się błyskawicznie – jeden właśnie znosił ogromną zbroję po schodach, inny minął go z naręczem koców. Minerwa ustawiła przy drzwiach dwójkę prefektów naczelnych. – byli najrozsądniejsi i najbardziej przytomni.
- Puchonów kierujcie prosto i w prawo, do ogromnych drzwi z orłami – będą spali w sali balowej. Krukoni mają iść pierwsze drzwi w prawo , przejść przez salon, nie dotykając niczego i czekać w jadalni i bibliotece, nie dotykając niczego. Ślizgonów kierujecie do pokoi na pierwszym piętrze – maja wchodzić do tych, które będą otwarte. Gryfoni niech idą na piętro drugie i tak samo – tylko tam gdzie będzie otwarte. Wszyscy mają pomagać skrzatom w rozkładaniu posłań i przesuwaniu mebli.
- A my? – zapytała reszta prefektów.
- Skrzaty powiedzą wam jak możecie się przydać. Drobin! – krzyknęła, a skrzat zaraz pojawił się u jej boku.
- Sala balowa jest gotowa. Mamy trochę problemów z antykami w pokojach. – zameldował skrzat.
- Zaraz się tym zajmę. Tu masz prefektów – będą ci pomagać.
Minerwa rzuciła się do schodów. Pokoje gościnne rezydencji w zasadzie były apartamentami składającymi się z saloniku, sypialni i łazienki. Takich apartamentów gościnnych było sześć na pierwszym piętrze i osiem na drugim. Zajmowały główne skrzydło - w bocznym znajdowały się pokoje babki, rodziców i Minerwy. Czarownica udała się najpierw tam i zamknęła wejścia. Potem jeszcze przeszła się po pokojach – większość mebli i tak była pookrywana białymi płótnami, a teraz skrzaty przesuwały je do ścian lub wynosiły na strych czy do piwnic. Na miękkich, bogato zdobionych dywanach układały proste materace i koce w szkocką kratę. Powoli pojawiali się pierwsi uczniowie:
- Dziewczęta proszę do tych trzech pokoi, chłopców zaś na prawo. – kierowała Minerwa Ślizgonów. Ignorowała ich zachwycone miny – przerażające, że teraz patrzyli na nią z nowym szacunkiem, tylko dlatego, że zobaczyli jej dom, przesiąknięty dumą z czystej krwi.
- Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego! Nawet Malfoy'owie nie mają takiego bogactwa. – mruczała jedna Ślizgonka. Minerwa wyminęła ją z chmurną miną.
Sala balowa była przedzielona na pół bezcennymi, osiemnastowiecznymi, chińskimi parawanami by oddzielić dziewczęta od chłopców. Minerwa musiała przyznać, że dziwnie wyglądały dziesiątki materaców pod ogromnymi, kryształowymi żyrandolami. Dalej przeszła do jadali, skąd skrzaty wyniosły ogromny stół i umieściły materace dla chłopców z Ravenclawu. W bibliotece przygotowano posłania dla dziewcząt. Minerwa przestrzegła krukońskich prefektów:
- Wolałabym, byście nie ruszali księgozbioru, niektóre książki są wyjątkowo cenne. Musicie zrozumieć, to jest mój dom i oczekuję, że będziecie odpowiednio zachowywać się w tym miejscu.
- Oczywiście, pani profesor.
Zaraz pojawił się Horacy.
- Minerwa, co z nami?
- W kuchni na dole skrzaty przygotowują skromną kolację – możesz rozdawać jabłka i marchew. Muszę polecić profesor Mowbray by jutro wysłała wiadomość do wioski – powinniśmy dostać zapasy. Co z Sybillą?
- Leży na kanapie w salonie obok jadalni. – nawet Slughorn wydawał się być poirytowany postawą nauczycielki wróżbiarstwa.
- Może tam zostać. Ty i Mowbray możecie transmutować sobie fotele w łóżka i też tam przenocować.
Slughorn nie odważył się sprzeciwić – posłusznie udał się do kuchni. Minerwa wyszła na hol. Zobaczyła dwójkę prefektów, których postawiła w mauzoleum.
- Pani profesor, wszyscy uczniowie są już tutaj. Przejście samo się zamknęło.
- Dziękuję. – Minerwa skinęła głową.
- Minerwo!
Nauczycielka przymknęła oczy, a potem odwróciła się do wyraźnie niezadowolonego portretu babki.
- Co tu się dzieje? Co robi ta gromada dzieci w moim domu? – Theresa wyglądała tak groźnie, że uczniowie oglądali się na nią ze strachem.
- Musiałam ich ewakuować z Hogwartu. Nie narzekaj, bo twój dom właśnie stanowi schronienie dla całego pokolenia czarodziejów. – odparła Minerwa. Jej babka już się z nią nie kłóciła.
- Lepiej skontroluj ochronę zatem. – mruknęła starsza dama.
- Zrobię to zanim wrócę.
- Nie zostajesz tutaj? Kto będzie bronił te dzieci? No chyba nie Slughorn. – Theresa zmarszczyła brwi.
- Będą tu bezpieczne. Hogwart bardziej mnie teraz potrzebuje. – odpowiedziała Minerwa z determinacją.
- Hogwart? Czyżby? – jej babka posłała jej przenikliwe spojrzenie. Minerwa przewróciła oczami – dlaczego babcia znała ją tak dobrze?
Na schodach prowadzących do kuchni pojawił się Horacy z koszami pełnymi jabłek i obranych marchwi. Minerwa szybko odebrała od niego dwa kosze i pobiegła na drugie piętro, do swoich Gryfonów.
Uczniowie już rozlokowali się na cienkich materacach – teraz rozmawiali cicho. Na widok Minerwy na ich twarzach pojawiało się rozluźnienie – zaskakujące, jak bardzo na niej polegali. Rozdawała im po jabłku i marchwi.
- Przepraszam, ale nic innego nie było w spiżarni. – tłumaczyła się.
- Pani profesor, w tych okolicznościach i otoczeniu to i tak uczta godna królów. – odpowiedziała jedna ze starszych Gryfonek.
- Chciałabym, żebyście uważali tutaj. Rezydencja jest pełna czarów – musicie ostrożnie obchodzić się z wszystkimi meblami i artefaktami. – rzekła Minerwa.
- Oczywiście, madam. Doceniamy zaufanie, jakim pani nas obdarzyła, udostępniając nam własny dom.
Pokrzepiona tym zapewnieniem Minerwa przeszła do kolejnego pokoju – tym razem zajmowanego przez młodszych chłopców z Gryffindoru. Malcy z radością przyjęli owoce i warzywa. Minerwa zauważyła jednak pełną smutku twarz jednego z nich.
- Wszystko w porządku, panie Weasley? – zapytała Billa, schylając się, by spojrzeć mu w oczy.
- Ja chyba nie jestem prawdziwym Gryfonem, pani profesor. – odpowiedział ze wstydem Bill, jego oczy błyszczące.
- Co ty opowiadasz? Dlaczegóż to? – Minerwa wyciągnęła do niego dłoń z kolejnym jabłkiem.
- Bo tak bardzo się boję, proszę pani. A co jeśli pani i reszta nauczycieli zginiecie jak wujkowie Fabian i Gideon? – wyznał chłopiec.
- Bill. Ja też się boję. Boję się, że Hogwart może zostać podbity, że nie zdołamy was ochronić. Ale cały czas mam nadzieję. Że uda mi się tu wrócić i oznajmić, że niebezpieczeństwo minęło. Że będę mogła nie tylko nauczyć transmutacji ciebie, ale i twoje dzieci. Twoi wujowie walczyli o lepszą przyszłość i ich śmierć nie pójdzie na marne, o ile nie będziesz tracił nadziei. – wyjaśniła cicho, patrząc dziecku głęboko w oczy.
- Niech pani uważa. – po policzkach chłopca popłynęły łzy. Minerwa zrobiła coś, na co pozwalała sobie bardzo rzadko – przytuliła mocno chłopca. Otaczając ramionami wątłą postać małego Weasley'a, myślała o jego rodzicach, zamartwiających się o najstarszego syna i nadal pogrążonych w żalu po śmierci Prewettów.
Nadzieja. Minerwa musiała ją mieć. Musiała mieć nadzieję, że Hogwart jeszcze trzyma się w posadach, że żaden z nauczycieli i członków Zakonu nie zginął. Musiała wierzyć, że Albus jest cały i zdrowy. Przecież wyczułaby, gdyby coś mu się stało.
Ale czy on czuł cokolwiek, gdy ona straciła ich córkę, gdy chroniła go podczas tortur, gdy umierała w Nurmengardzie?
W jakże brutalnym świecie przyszło jej żyć!
