Od autorki: Dziękuję pięknie wspaniałej Ellenie, która poświęciła trochę swojego czasu na szukanie błędów również w tym rozdziale.


– No, dalej, Szczerbatku! Tym razem nam się uda. Zobaczysz – powiedział pewnym tonem Czkawka, klepiąc pocieszająco szyję przyjaciela.

– Mówisz to już setny raz – burknął zmęczony smok i poruszył lekko skrzydłami, żeby rozluźnić mięśnie. – Próbujemy już chyba trzecią godzinę. To nie ma sensu. Już nigdy nie będę latał.

Nocna Furia westchnęła ciężko, wypuszczając nosem mały obłoczek dymu, położyła się na skale i zapatrzyła w przestrzeń nieobecnym wzrokiem. Chłopak, nic więcej nie mówiąc, zsunął się z grzbietu przyjaciela i, przygryzając wargę, zaczął przyglądać się stworzonej przez siebie konstrukcji. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wszystko powinno działać – dźwignie były odpowiednio połączone, druty nie zachodziły na siebie i nie plątały się, a wszystkie zębatki zostały nasmarowane i poruszały się bez najdrobniejszych zgrzytów. Wiking miał ochotę zacząć tupać, krzyczeć i rozerwać niedziałającą maszynę na kawałki, a potem rzucić wszystko i pójść spać przy ciepłym ognisku. Powstrzymywał się jedynie ze względu na Szczerbatka, który wyglądał na zupełnie załamanego. Czkawka nie był tym ani trochę zdziwiony. Sam czuł się doszczętnie wyczerpany już po kilku pierwszych kąpielach w jeziorze, a przecież to nie on odbierał główne impety uderzeń. Oczywiście pełne współczucia spojrzenia obserwujących ich smoków również w niczym nie pomagały. Nastolatek ze złością kopnął kamień i patrzył, jak ten wpada do wody, tworząc małe zmarszczki na jej powierzchni. Jego wzrok spoczął na kołyszącym się na wodzie liściu. Chłopak zmarszczył brwi i rzucił kolejny kawałek skały, tym razem bliżej liścia, który zaczął poruszać się bardziej chaotycznie.

– Szczerbatku, proszę, spróbujmy jeszcze raz – powiedział cicho Czkawka. – Nie możemy się tak po prostu poddać.

– Dlaczego miałoby się udać tym razem? – zawarczał zmęczony smok.

– Bo poluzuję trochę linki napinające ogon. Może jest po prostu zbyt sztywny – odpowiedział powoli zielonooki.

– I wpadłeś na to po trzech godzinach skakania z klifu? – mruknęła powątpiewająco Nocna Furia i rzuciła jeźdźcowi lekko zmartwione spojrzenie. – Jesteś pewien, że nie uderzyłeś się w głowę?

– Nie jestem, bo wszystko mnie boli i mi zimno – burknął wiking, poprawiając kilka linek w sztucznej lotce czarnego gada. – Ale nie dowiemy się, czy mam rację odnośnie do ogona, jeśli nie spróbujemy. Proszę. Ostatni raz. Po prostu mi zaufaj – dodał, widząc zbolałą minę przyjaciela.

Szczerbatek odetchnął przeciągle, wstając. Czkawka sprawnie wskoczył na jego grzbiet i ostatni raz spojrzał na kartkę z wyrysowanymi pozycjami protezy, po czym zmiął ją i wyrzucił za siebie.

– Albo teraz, albo nigdy – wyjaśnił chłopak, widząc zdziwienie w oczach smoka. Przemknęło pomiędzy nimi milczące porozumienie i czarny gad spojrzał z determinacją na horyzont, rozkładając potężne skrzydła, a jego jeździec pochylił się w siodle, przylegając do smoczego grzbietu. Nocna Furia odbiła się od ziemi jednym silnym pchnięciem i wystrzeliła w powietrze. Przez chwilę czuła tylko wiatr i ciepło słońca na łuskach, ale potem do jej świadomości znów przebił się chłodny dotyk metalu i szorstkich skórzanych pasów oraz przerażająca pustka w miejscu, gdzie kiedyś była lotka. Już chciała znowu zacząć paniczne próby utrzymania równowagi, kiedy na granicy słuchu usłyszała ciche mamrotanie Czkawki, który w kółko powtarzał, że musi się udać. Z trudem powstrzymała się od poruszania ogonem więcej, niż to konieczne. Od wysiłku, którego wymagało zupełne zignorowanie instynktu i zaufanie człowiekowi, zrobiło się jej słabo, ale uparcie trwała w postanowieniu, że tym razem da radę. Nie myśląc o tym, złapała prąd powietrza, który unosił ich w powietrzu. Utrzymywała lotkę w jednej pozycji. I nie spadała. Świadomość tego faktu dotarła do niej wraz z pełnym radości okrzykiem siedzącego na jej grzbiecie wikinga.

– Udało się! – zaryczeli jednocześnie człowiek i smok. Czkawka w geście triumfu wyrzucił obie ręce w górę, a Szczerbatek wystrzelił plazmę.

– Okej, kolego – powiedział już spokojnie chłopak. – Teraz musimy zawrócić. Trzymaj tak dalej. Czuję, że nam się uda – dodał, spostrzegłszy niepewność przyjaciela. – Na trzy. Raz... Dwa...

– Trzy! – zakończyła Nocna Furia i zmieniła ułożenie lotki, usilnie ignorując brak drugiej. Czkawka spóźnił się ze zmianą ustawienia protez o pół sekundy i czarny gad przez chwilę był przekonany, że znów spadną i niewyobrażalnym wysiłkiem woli powstrzymał się od prób wyrównania lotu. Po kolejnej pół sekundzie sztuczna lotka złapała wiatr, a przyjaciele bezpiecznie wylądowali przy jeziorze.

Nocna Furia ledwo zdążyła dotknąć łapami ziemi, a już została otoczona przez głośny tłum rozentuzjazmowanych mieszkańców Smoczej Skały. Czarny gad rozłożył lekko skrzydła, żeby zapewnić jeźdźcowi trochę przestrzeni i ryknął głośno. Wszystkie smoki ucichły, chociaż część rzuciła Szczerbatkowi kilka mało przychylnych spojrzeń.

– Po pierwsze: protezę wymyślił Czkawka i to jemu powinniście gratulować – zawarczał przyjaciel człowieka. – A po drugie: jesteśmy zmęczeni, więc pytania musicie odłożyć na później.

– No, już. Koniec przedstawienia – dodał Stormcutter, któremu w końcu udało się dopchać do Nocnej Furii i jej jeźdźca.

Smoki rozeszły się raczej niechętnie. Do tej pory żaden z nich nie wierzył w działanie dziwnych wynalazków człowieka i uważano je za niedorzeczne. Kalekie gady nie dopuszczały do siebie nadziei na ewentualne odzyskanie sprawności, ale teraz zobaczyły na własne oczy, że to nie jest aż tak beznadziejne. Z kolei zdrowi mieszkańcy Smoczej Skały musieli po raz kolejny przemyśleć swoje poglądy na temat człowieka. Pomimo że zdecydowana większość akceptowała jego obecność, to nie wszyscy wierzyli, że można mu ufać. Godziny prób latania kończących się lądowaniem w zimnym jeziorze sprawiły, że smoki musiały przyznać same przed sobą, że wiking naprawdę troszczy się o jednego z nich i jest zdecydowanie zdeterminowany, żeby pomóc smoczej społeczności. Po latach wojen i tracenia bliskich nie było to wcale proste, ale olbrzymie gady zamierzały spróbować przełamać uprzedzenia wobec Czkawki.

Szczerbatek wraz ze swoim ludzkim przyjacielem udali się już pieszo do kuźni, którą uczynili tymczasową kwaterą. Kiedy już byli na miejscu, chłopak sprawnie uwolnił smoka z dość niewygodnej protezy, żeby mógł odpocząć. Nocna Furia ledwo zdążyła ułożyć się w kącie jaskini, kiedy wszedł do niej Stormcutter. Czarny gad westchnął cicho. Większy smok uśmiechnął się lekko.

– Śpij – mruknął. – Chciałem porozmawiać z Czkawką. I nie patrz tak na mnie. Tak, wiem jak on się nazywa – dodał, widząc zdziwienie na pysku drugiego gada. Wiking zachichotał, zasłaniając dłonią usta, a zaraz potem śmiał się już otwarcie z miny przyjaciela, która wyrażała skrajne ogłupienie. Przywódca Smoczej Skały pokręcił głową i zwrócił się do chłopaka. – Wytłumaczysz mi, jak to działa?

– Jasne – uśmiechnął się nastolatek, nie zwracając dłużej uwagi na zdziwionego Szczerbatka, rozłożył protezę na stole i zaczął opowiadać, wskazując poszczególne elementy. – Te linki napinają lotkę, a te dbają o jej ułożenie. Wszystkie są przymocowane do sześciu przekładni. Kiedy naciągam ten drut nogą, kręcą się te zębatki, zmienia się ustawienie przekładni i lotka przyjmuje inną pozycję.

– Eee... – zamruczał inteligentnie Stormcutter. – W porządku. A skąd wiesz, jakie musi być to naciągnięcie?

– Sprawdziliśmy to ze Szczerbatkiem. On wykonywał ruch lotką, jaki robi przy danym manewrze, a ja odtwarzałem go na tej sztucznej.

– Nie boli cię noga? Ta cała proteza wygląda na ciężką.

– Nie. Mam tu zapadki, które trzymają moją metalową nogę w miejscu. Szczerbo! Przestań się patrzeć na nas tak, jakbyśmy się nawdychali gazu Zębiroga. Czy aż tak trudno uwierzyć, że jesteśmy zdolni do prowadzenia normalnej konwersacji? – zapytał Czkawka ze śmiechem.

– No tak. Ale myślałem, że eee... się nie lubicie? – zamruczała Nocna Furia, wodząc wzrokiem od nastolatka do Stormcuttera, który również wyglądał na rozbawionego.

– To nie myśl, bo ci nie wychodzi – chłopak pokazał przyjacielowi język. Szczerbatek nie był najbardziej wygadanym smokiem na wyspie, ale miał broń i nie zawahał się jej użyć.

Czteroskrzydły gad patrzył tylko z pobłażaniem na wygłupy dwójki przyjaciół. Musiał przyznać, że Czkawka wytrzymał lizanie zaskakująco długo, ale i tak w końcu zaczął wykrzykiwać wylewne, choć urywane przeprosiny.

– Nie... Przepraszam! Przepraszam. O, najśliczniejsza Nocnaaaa. Furio. Hahaha. Przestań, Szczerbatek. Proszę. To łaskocze. Obiecuję, że będę grzeczny! No przestań, ty gadzie!

Nocna Furia zeszła w końcu ze swojego jeźdźca z zadowoloną miną, a Czkawka usiadł i narzekając, zaczął ścierać z siebie ślinę. Żaden z dwójki przyjaciół nie zwracał dłużej uwagi na Stormcuttera, który w końcu pokręcił głową i wyszedł cicho z jaskini.

Czkawce zdawało się, że czas stanął w miejscu pomimo regularnych wschodów i zachodów słońca. Minęły dwa tygodnie, odkąd wrócili ze Szczerbatkiem do Smoczej Skały i dowiedzieli się o zagrożeniu ze strony Czerwonej Śmierci, ale absolutnie nic się nie działo. Alfa nie dawała znaków życia, a i statków wikingów nie zauważono w okolicy. Na pozór wszystko wyglądało tak, jak dawniej. Smoki codziennie rano latały po ryby nad klify, a potem wracały do leża, żeby wygrzewać się w słońcu, prowadzić mruczane rozmowy i robić inne smocze rzeczy. Smoczątka uczyły się latać i ganiały się wokół jeziora. Pogoda była piękna. Słońce świeciło jasno na niemal bezchmurnym niebie i wiał lekki wiaterek. Gady prawie były w stanie zapomnieć o grożącym im niebezpieczeństwie. Prawie. Co jakiś czas któryś spoglądał z niepokojem na zachód na majaczący w oddali dymiący wulkan, ale zwykle szybko odwracał wzrok.

Jedną z widocznych zmian była obecność Zduśnych Zdechów. Czkawka doświadczył jej w szczególny sposób, ponieważ małe gady na początku z uporem wynosiły z kuźni jego rzeczy. Ich król starał się przemówić poddanym do rozsądku, ale niektóre metalowe narzędzia nadal miały tendencję do znikania. Mieszkańcy Smoczej Skały ledwie tolerowali nowych lokatorów, a to i tak tylko dzięki prośbie Stormcuttera. Sytuacja była opanowana, ale wciąż dość napięta.

Jednak wiking nie potrafił myśleć jedynie o negatywach sytuacji, w której wszyscy się znaleźli. Co prawda każdy wiele stracił i było ryzyko jeszcze większych strat, ale chłopak widział również możliwość otrzymania czegoś równie cennego. Jego więź ze Szczerbatkiem stała się jeszcze silniejsza. Przyjaciele codziennie latali po kilka godzin, a zaufanie, jakiego to wymagało, sprawiło, że zaczęli rozumieć się niemal bez słów. Oczywiście zaledwie dwa tygodnie nie były wystarczające, żeby nauczyć się rzeczy, które smok doskonalił przez całe życie, ale zarówno jeździec, jak i jego wierzchowiec robili duże postępy.

Czkawka, pomimo ostatnich wydarzeń i straty nogi, nigdy nie czuł się lepiej. Wszystko się zmieniało i wierzył, że będą to zmiany na lepsze. Kiedy Stormcutter w końcu przestał patrzeć na niego przez pryzmat stereotypu człowieka, zaczęli rozmawiać i obaj szybko to polubili. Pomarańczowy gad zaczął doceniać umiejętność chłopaka do myślenia poza schematami, a nastolatek cieszył się, że dumny smok dzieli się z nim swoją wiedzą i doświadczeniem. Szczerbatek był zachwycony, że jego przyjaciele zaczęli w końcu się ze sobą dogadywać. Dzięki ich wieczornym rozmowom Czkawka już niemal bezbłędnie mówił po smoczemu. Inne smoki również zaczęły dyskutować z człowiekiem. Pod presją wspólnych kłopotów wszyscy zaczęli się jednoczyć i pomimo lęku atmosfera w Smoczej Skale dawno nie była tak dobra. Wiking wymyślił plan treningowy, który miał pomóc smokom nauczyć się wspólnie walczyć. Na początku zdecydowana większość gadów wraz z Nocną Furią była temu przeciwna. O dziwo Stormcutter poparł pomysł chłopaka i od tygodnia każdego popołudnia smoki ćwiczyły latanie w zwartych formacjach i we współpracy między gatunkami. Już pierwsza lekcja okazała się sukcesem, choć przyleciało na nią jedynie dwadzieścia smoków.

Wiadro może nie był najmądrzejszym wikingiem, ale swoje wiedział. A ta wyprawa od początku mu się nie podobała. Nie dość, że już po dwóch dniach żeglugi dopadł ich sztorm i złamał maszty w dwóch statkach, to potem nie było w ogóle wiatru. Wiking myślał, że to w sumie sprawiedliwe, bo dzięki temu wiosłować musiały wszystkie załogi, a nie tylko te, których łodzie nie miały żagli. Tak więc wiosłowali przez kolejne trzy dni w pełnym słońcu. Było tak upalnie, że Gruby robił sobie jajecznicę na wiadrze Wiadra. Wszyscy byli zmęczeni i zniechęceni. Zaczęto przebąkiwać o powrocie na Berk, ale Stoick był nieugięty. Nikt nie wiedział, skąd wzięła się nagła determinacja wodza, żeby odnaleźć smocze leże. Dalsze wydarzenia tylko utwierdziły wikingów w przekonaniu, że bogowie nie sprzyjają ich wyprawie. Kiedy podpływali do jakiejś wyspy, żeby uzupełnić zapasy wody, wpadli na podwodne skały i niemal wszystkie statki potrzebowały po tym naprawy. Nastroje wilków morskich pogorszyły się jeszcze bardziej po tygodniu, który spędzili na bezludnej wyspie, łatając łodzie i przygotowując prowiant na dalszą żeglugę. Gdyby Stoick nie był powszechnie szanowany, prawdopodobnie doszłoby do buntu. Jednak lata doświadczenia zrobiły z niego wyśmienitego wodza i marynarze ufali mu zupełnie. Kiedy wszystkie naprawy zostały zakończone, wódz ponownie obrał kurs na kolejne przypuszczalne miejsce położenia smoczego leża ku milczącemu niezadowoleniu podróżników.

Płynęli już kolejny dzień, wiatr im sprzyjał, bez problemów znajdowali wysepki, na których mogli nabrać wody i coś upolować, ale Wiadro miał bardzo silne przeczucie, że to nie był koniec kłopotów. Na swoje nieszczęście nie pomylił się. Kolejny problem pojawił się pewnej bezchmurnej nocy, kiedy księżyc był w pełni. Większość załogi nie mogła spać. Światło rozpraszające mroki miało jeszcze jedno szczególne znaczenie, a mianowicie mówiło wikingom, że minął już prawie miesiąc, odkąd opuścili Berk. Można się więc domyślić, że niemal wszyscy byli rozkojarzeni, przygnębieni, a na dodatek niewyspani. Chociaż trudno stwierdzić, czy właśnie to było przyczyną ich spektakularnej porażki. Chociaż kraken, który był w to zamieszany, raczej nazwałby to zwycięstwem. W każdym razie zaczęło się od histerycznego wrzasku Sączyślina. Wszyscy wikingowie rzucili się do broni. Natomiast sam krzykacz zaczął się śmiać, każąc im wyluzować. Głupi żart wcale nie poprawił nikomu nastroju i żeglarze postanowili ignorować swojego towarzysza. Nikt więc nie zareagował na kolejny wrzask, aż było za późno na jakiekolwiek działanie. Potężna macka pojawiła się znikąd i uderzyła prosto w środek „Gronklowej maczugi". Stępka okrętu nie wytrzymała. Rozległ się suchy trzask i statek momentalnie zaczął tonąć. Stoick krzyczał coś o odwrocie, ratując się ucieczką na inną łódź. Na wycofanie się niestety było już zdecydowanie za późno. Mimo wszystko dwóch sterników postanowiło spróbować ucieczki, co skończyło się tym, że okręty splątały się żaglami, kiedy zaczęły wpadać na siebie. Panował chaos. Ludzie wpadali na siebie. Spadali ze statków w kipiel, która była już zabarwiona na czerwono. Potężne ramiona krakena niosły kolejne zniszczenia, a ostrza mieczy i toporów zdawały się ich nie imać. W końcu wśród krzyków wojowników rozległo się przerażające wycie. Wszyscy momentalnie rzucili broń, próbując bezskutecznie ochronić uszy przed przenikającym duszę krzykiem agonii. I jak szybko wszystko się zaczęło, tak się skończyło. Nagle ponownie zapanowała idealna cisza, której nie burzył nawet lekki powiew wiatru. Było to w pewien sposób nawet bardziej upiorne niż sama walka. Nienaturalne.

Pierwszy otrząsnął się Stoick, który miał szczęście być jednym z niewielu w pełni zdrowych wikingów. Natychmiast zaczął wydawać rozkazy ocalałym. Dla wilków morskich nie była to pierwsza taka sytuacja, więc wszystko zostało ogarnięte zaskakująco szybko. Bilans strat wynosił dwa zatopione statki, rozległe zniszczenia na pozostałych dwóch łodziach, śmierć dziesięciu dobrych wojowników, kolejnych pięciu ciężko rannych, nie mówiąc już o tych z mniejszymi zranieniami – a nawet nie dopłynęli do smoczego leża. Na dodatek zaczęła podnosić się mgła, która zupełnie zasłoniła gwiazdy, więc nikt nie wiedział, w jakim kierunku powinni płynąć, bo z tym, że wracają na Berk, nikt nie dyskutował. Żeglarze uznali, że skoro i tak są pozbawieni kotwic, powinni spróbować wypłynąć z tej mgły.

Nikt nie przerywał ciszy zakłócanej jedynie przez chlupot fal obijających się o burty i rytmicznego uderzania wioseł o powierzchnię wody. Wszyscy byli pogrążeni w swoich myślach, jedni opłakiwali zmarłych towarzyszy, inni zastanawiali się, czy kraken poniósł śmierć, a jeśli nie, to czemu ich zostawił, kilkoro z zaciśniętymi wargami próbowało się powstrzymać od głośnego oskarżania Stoicka. Podróż przez mgłę była więc powolna i ponura. Nastrój złamał się pod wpływem dźwięku ocierania się kadłuba o skałę. To natychmiast przywróciło wikingów do stanu gotowości. Statki nagle przedarły się przez ścianę mgły, a oczom żeglarzy ukazała się wyspa. Chociaż to nie sam ląd był powodem, dla którego dłonie i twarze większości wilków morskich pokryły się potem, a głos uwiązł w gardle.

– To niemożliwe! To nie może być... – cichy szept Stoicka zabrzmiał jak grzmot w pełnej grozy ciszy.