Na początku maja Albus zmierzał do swojego gabinetu, gdy usłyszał podniesione głosy:

- Szlamy! Jak śmiecie się mienić prawdziwymi czarodziejami! Wracajcie do swoich mugolskich obór i jedzcie gnój!

- Zaraz ci pokażę, kto tu ma dość odwagi by być prawdziwym magiem! Expelliarmus!

To były głosy dziewcząt, co nieco zaskoczyło Albusa. Pomijając okropne słownictwo, nie wolno było rzucać na siebie zaklęć na korytarzach. Dlatego Albus poczuł się zmuszony interweniować.

Gdy wybiegł zza rogu, zobaczył grupę Ślizgonów, na czele z Walburgą Black, atakujących zaciekle kapitankę drużyny Gryfonów, Geraldine Grey. Zaklęcia odbijały się od kamiennych ścian.

- Dosyć! – Albus tylko trochę podniósł głos. Miał wystarczający autorytet, by wszyscy opuścili różdżki. No, prawie wszyscy.

- Jelliusus! – wykrzyknęła Walburga, celując w nogi Geraldine.

Niestety zaklęcie trafiło w Mulatkę, zanim Albus zdążył rozbroić Ślizgonkę. Nogi Geraldine rozjechały się, jakby zrobione z gumy. Dziewczyna krzyknęła z bólu, upadając na ręce.

- Odrażające! Minus pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu za rażący język, minus dziesięć za każdego Ślizgona biorącego udział w zajściu i minus sto dla panny Black za zniewagę, używanie zaklęć na korytarzach i atak na bezbronną, mimo wyraźnego polecenia nauczyciela. Poza tym, panna Black ma tygodniowy szlaban! – Albus trząsł się ze złości. W biały dzień! Na pustym korytarzu!

- Profesorze, musimy zabrać ją do skrzydła szpitalnego, ona usunęła jej kości z nóg! – ktoś pociągnął go za skraj szaty. Albus odwrócił się i zobaczył pannę Pomfrey, która musiała także widzieć to zajście. Albus machnął różdżką i panna Grey uniosła się w górę. Szybko przetransportował ją do skrzydła szpitalnego, panna Pomfrey szła za nim cały czas. Gdy weszli, dziewczynka zawołała:

- Pani Heale! Potrzebny będzie Szkiele-Wzro!

Albus przez chwile się zastanawiał, skąd pierwszoroczna dziewczynka mugolskiego pochodzenia wie takie rzeczy, ale wtedy usłyszał szept Geraldine:

- Profesorze… pokażemy im w kolejnym meczu, kto jest górą.

Albus chciał się uśmiechnąć w odpowiedzi, ale właśnie nadeszła pielęgniarka:

- Chyba nie zagrasz w najbliższych meczach, złotko. Panna Pomfrey ma rację, dostałaś zaklęciem ślimaka. Minie sporo czasu, zanim wyhodujemy ci kości w nogach.

- Nie! Na pewno można to przyśpieszyć! To ostatni mecz! Przeciwko Ślizgonom. Muszę na nim być. – Geraldine patrzyła błagalnie na pielęgniarkę.

- Ktoś będzie musiał cię zastąpić. – odpowiedziała lekko pani Heale.

- Przecież mamy tylko jedną ścigającą w rezerwie!

- Powiem Minerwie. – panna Pomfrey wybiegła ze skrzydła szpitalnego.

Albus życzył kapitance drużyny szybkiego powrotu do zdrowia. Jednocześnie martwił się o ,,lwiątko". Czy Minerwa da radę pogodzić wzmożone treningi z nauką? Czy wytrzyma presję pierwszego meczu?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Gdy Minerwa dowiedziała się, że będzie musiała zastąpić Geraldine, prawie spanikowała. Teraz, tydzień po wypadku i dwa dni przed meczem, czuła głównie obolałe mięśnie. Oczywiście nikt nie oczekiwał, że całkowicie zastąpi Geraldine, która była kapitanem i jedną z najlepszych ścigających w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Opaskę kapitana dostał Charlus Potter. On i reszta drużyny bardzo się starali, by Minerwa była pewna siebie. Poświęcali jej mnóstwo czasu na treningach, ucząc, jak wykorzystać swoje atuty – szybkość, brawurę i stosunkowo małe rozmiary. Minerwa kochała quidditch, ale gra przy pełnych trybunach, przeciwko Ślizgonom - trudno było nie być zdenerwowaną. Poppy i Pomona dzielnie ją wspierały, któraś z nich zawsze przychodziła na trening. Ich wsparcie wiele znaczyło dla Minerwy, szczególnie że Ślizgoni zaczęli rozpowiadać, że to ona sama kazała Walburdze wykluczyć Geraldine z meczu, by móc samej zagrać. Nie było tajemnicą, że Walburga była jej kuzynką, za to nikt nie wiedział, że obie uczennice serdecznie się nie znoszą.

Treningi były bardzo intensywne, odbywały się bez względu na pogodę. Minerwa dobrze radziła sobie w strugach deszczu, gorzej grało jej się w palącym słońcu, które potrafiło skutecznie oślepić. Jej miotła spisywała się znakomicie, Minerwa czasem sama była zdumiona w jakim stopniu ufa temu kawałkowi drewna. Miała głębokie pragnienie by wygrać ten mecz, by zrobić to dla Geraldine, by pokazać reszcie, że panna Grey nie pomyliła się co do jej umiejętności.

W dzień przed meczem, który miał odbyć się w sobotę, Minerwa jak zwykle udała się na piątkową lekcję z profesorem Dumbledore.

- Jutro wielki dzień, chyba nie powinienem cię przemęczać. – powiedział nauczyciel, gdy usiadła przed biurkiem.

- Quidditch wymaga więcej siły fizycznej niż mocy magicznej. Jeśli jednak uważa pan, że powinnam jeszcze poćwiczyć coś znanego, nie ma problemu. – Minerwa odpowiedziała uprzejmie, choć jej myśli krążyły wokół jutrzejszego meczu.

- Może dzisiaj więcej rozrywki niż wysiłku. Chodź.

Profesor Dumbledore wyprowadził ją z gabinetu i wspiął się schodami na drugie piętro. Minerwa szybko zrozumiała, że idą to sali z fortepianem. Odkąd profesor Dumbledore przekazał jej klucze do tej komnaty, Minerwa przynajmniej raz w tygodniu przychodziła tu poćwiczyć. Gdy weszli do środka, profesor uśmiechnął się na widok białej płachty narzuconej na instrument.

- Widzę, że dbasz o niego. – machnięciem różdżki ściągnął biały materiał, wzbijając tumany kurzu.

- To fortepian wspaniałej roboty. Szkoda, że nie jest już tak używany. – Minerwa czule pogłaskała białe klawisze.

- Chciałbym, żebyś się od niego odsunęła i zagrała coś, używając tylko myśli. – powiedział profesor. Dziewczynka posłusznie oddała mu różdżkę, ustawiła się pod drzwiami i skupiła się na klawiszach instrumentu. To tylko pozornie było łatwe zadanie. Jej myśli musiały być silne i precyzyjne. Spróbowała nadusić kilka klawiszy. Fortepian odpowiedział, emitując kilka dźwięków. Minerwa wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy, wyobrażając sobie klawiaturę przed oczami.

Po chwili z instrumentu popłynęła piękna melodia. Klawisze same się poruszały, w bardzo szybkim tempie. Minerwa grała na dwie ręce, a raczej na dwie równoczesne myśli w tym wypadku. Pusta komnata rozbrzmiewała bogatą, słodką muzyką. Minerwa nie chciała kończyć. To było równie dobre, co gra rękami. Powoływała coraz to nowe utwory, wydobywając z instrumentu coraz potężniejsze brzmienia. Po spektakularnym i imponującym finale, w komnacie zapadła cisza.

Minerwa otworzyła oczy. Profesor Dumbledore z melancholijnym uśmiechem wpatrywał się w fortepian. Gdy milczenie się przeciągało, Minerwa zapytała:

- Co pan o tym sądzi, profesorze?

Dumbledore uniósł głowę, patrząc jej w oczy.

- To był jeden z najpiękniejszych koncertów, jaki słyszałem. Zostałaś powołana do tworzenia piękna, panno McGonagall.

- Większość uważa, że zostałam powołana do siania chaosu i zniszczenia. Nie mówią tego, ale tak czują. – Minerwa pozwoliła sobie na szczerość. Niewiele osób szczerze ją chwaliło. Często miała wrażenie, że te punkty, te pochwały, te peany są sposobem zamaskowania strachu.

- To nieprawda. Wszystko zależy od ciebie. Od twoich wyborów, od twoich decyzji. To ty wybierasz drogę, którą pójdziesz.

Minerwa kiwnęła głową. Zagrała jeszcze kilka utworów, za każdym razem robiąc to coraz bardziej naturalnie. Czuła się coraz pewniej w magii bez użycia różdżki. Profesor Dumbledore przyglądał jej się z uśmiechem, wyraźnie dumny z jej osiągnięć. Cokolwiek miało wydarzyć się jutro, po raz pierwszy Minerwa miała pewność, że jej moc może tworzyć coś niezwykłego, coś pięknego.

Rankiem Minerwa obudziła się wcześniej niż zwykle. Na palcach podeszła do okna, by nie obudzić koleżanek. Nie padało, ale było dość pochmurno. Na szczęście bezwietrznie, silne podmuchy wiatru utrudniały utrzymanie się na miotle. Minerwa jak zwykle zeszła na śniadanie. Ku jej zdziwieniu przy prawie pustym stole Gryffindoru siedziała Geraldine Grey.

- Och, Gereldine, dobrze cię widzieć. – Minerwa poczuła się niezręcznie, ale starsza dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Minnie, udało mi się namówić panią Heale, żeby pozwoliła mi obejrzeć mecz. Muszę zobaczyć, jak uczysz tych Ślizgonów pokory!

- Nie wiem czy dam sobie radę… - Minerwa nerwowo sięgnęła po lekką sałatkę. Geraldine posłała jej kolejny krzepiący uśmiech i nałożyła jej jeszcze obfitą porcję jajecznicy.

- Oczywiście, że dasz. Nigdy nie widziałam dziewczyny, która tak lata na miotle. Wykorzystaj swoje atuty i nie daj się trafić tłuczkiem!

Przez następne kilkanaście minut omawiały taktykę drużyny: ,,Charlus to wymyślił? Nie myślałam, że taki z niego strateg." ,,Po prawdzie razem to wymyśliliśmy." ,,Wszystko jasne!". Omawiały właśnie pozycję pałkarzy, gdy dosiadły się do nich Poppy z Pomoną. Podobno cała szkoła chciała zobaczyć ,,lwiątko" w akcji. Na tę okoliczność nawet Puchoni i Krukoni wystroili się w czerwonozłote szaliki, by wyrazić dezaprobatę dla niesportowego zachowania Walburgi. Mieli być obecni wszyscy nauczyciele.

Minerwa z lekkim niepokojem udała się do szatni. Była już przebrana, gdy do środka wpadła reszta drużyny. Charlus powitał ją uśmiechem:

- Widzę, że ,,lwiątko" jest już gotowe. Przygotuj się na szok, profesor Dumbledore ubrał się w najdziwniejsze szaty jakie widziałem. Wyglądają jak futro czerwonozłotego lwa. – kapitan przewrócił oczami, ale Minerwa, która widziała oczyma wyobraźni opiekuna ich domu, zachichotała.

- Dobra, wszyscy gotowi? Słuchajcie, wiem, że nie jest najlepszym kapitanem, a większość taktyki wymyśliła Minerwa, ale po prostu musimy zwyciężyć. Jesteśmy to winni Geraldine.

- Dla Geraldine! – krzyknęli pałkarze, unosząc kije.

Wychodząc z szatni, Charlus jeszcze gorączkowo dawał ostatnie wskazówki.

- Uważajcie na Doreę Black, ma tendencję do zrzucania ludzi z miotły.

- Chyba raczej pewnego obrońcy… - zachichotali pałkarze.

Minerwa przestała ich słuchać, bo właśnie weszli na boisko. Powitał ją ogłuszający ryk tłumów, wiwatujących na widok drużyny Gryfonów. Większa część trybun błyszczała złotem i szkarłatem, takimi barwami jak jej szaty. Minerwa szybko dostrzegła Geraldine podrygującą nerwowo obok pani Heale, Poppy i Pomonę w centrum szkarłatnego szaleństwa i profesora Dumbledore w loży profesorów, ubranego w komiczne, włochate szaty. Minerwa posłała mu szeroki uśmiech. Sędzia, pan Campbell, stał na środku, z dezaprobatą kręcąc głową na widok powitania, jakie drużynie Gryfonów zgotowali kibice.

- Żadnego zrzucania z mioteł. Ma być bezpiecznie. Dosiądźcie mioteł.

Minerwa zgrabnie wskoczyła na swoją francuską Kometę. Oczywiście nogi pozostawiła na jednej stronie, lewą ręką trzymała mocno trzonek. Odepchnęła się mocno od ziemi na dźwięk dużego srebrnego gwizdka.

Jeden z pozostałych ścigających błyskawicznie rzucił kafla Minerwie. Ona złapała go jedną ręką, drugą wciąż trzymając miotłę. Wielki, prawie dorosły ścigający Ślizgonów wystartował w jej stronę. Minerwa nabrała prędkości, zwinęła się w kulkę i przeleciała tuż pod jego wyciągniętym ramieniem. Kibice ryknęli z uciechy. Minerwa zmierzała prosto do pętli, gdy jeden z pałkarzy odbił tłuczka w jej stronę. Dziewczynka przeniosła ciężar ciała na przód miotły, tak że zanurkowała w dół i siłą rozpędu wykonała pełny obrót w pionie. Tłuczek odbił się od tyłu jej miotły, powodując drgania, więc Minerwa podała kafla innemu ścigającemu, a sama ustabilizowała lot. Błyskawicznie przyczaiła się przy jednej z pętli, zgodnie z taktyką. Ścigający podał jej w ostatnim momencie, obrońca nie miał szans by rzucić się do lewej pętli. Minerwa swobodnie przerzuciła przez nią kafla.

10- 0 dla Gryffindoru!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus głośno wznosił wiwaty, gdy ,,lwiątko" zdobyło pierwsze punkty dla Gryffindoru. Nie peszyły go zdumione spojrzenia kolegów, ani cięte uwagi dotyczące jego szat, które dziś były jeszcze bardziej ekstrawaganckie niż zwykle. Po raz pierwszy czuł entuzjazm właściwy kibicom quiddtcha. Nie wyobrażał sobie, by jego drużyna nie miała wygrać.

Wszystko szło jak po maśle. Albus nie mógł uwierzyć, jak szybko poruszali się jego uczniowie. Oczywiście najbardziej dumny był z Minerwy. Albus widział wiele meczów, ale nigdy nie widział, by dziewczyna z taką wprawą i wdziękiem latała na miotle. W jego czasach quidditch był całkowicie męskim sportem, ale teraz to się zmieniało. Minerwa jak zwykle trzymała plecy prosto, bez względu na to, czy trzymała się miotły tylko siłą łydek. Tylko gdy musiała wykorzystać swoje małe rozmiary, jej drobna sylwetka zwijała się w kulkę wokół kafla. Latała też o wiele szybciej niż reszta, pewnie dzięki swojej brawurze, typowej dla drużyny domu lwa.

Minerwa i inni Gryfoni zdobywali punkt za punktem, a młody Potter wpuszczał niewiele goli. Po około godzinie intensywnych emocji na tablicy był wynik 160-40 dla Gryffindoru, a znicz nadal się nie pojawił. Gęste chmury nie ułatwiały zadania szukającym. Albus widział, że Minerwa wielokrotnie zerka w górę, na szukającego Gryfonów. Najwyraźniej nie spodziewała się, że ten mecz tyle potrwa. Jednakże Albus musiał przyznać, że jej zagrania nie traciły na oryginalności. Ślizgoni przegrywali przede wszystkim dzięki taktyce Gryfonów. Zbyt dużo sił tracili na rozpaczliwe próby odebrania przeciwnikom kafla. Jedynie ich tłuczki mogły zagrozić ,,lwiątku". Na szczęście jej miotła była dobrze zrobiona, wytrzymała kilka naprawdę mocnych ciosów. Dodatkowo Minerwa była bardzo zwinna w powietrzu, gotowa na spektakularne i zapierające dech w piersiach uniki.

Nagle Minerwa zawisła w powietrzu. Po prostu się zatrzymała, patrząc w górę. Potem wystartowała w górę bez uprzedzenia. W miejscu, gdzie przed chwilą była, Albus zobaczył ogromną, czarną łapę o zakrzywionych szponach. Wtem na trybunach rozległy się histeryczne krzyki. Albus zobaczył jak Galatea wstaje i wyczarowuje wiatr, przeganiający gęste chmury wiszące nad boiskiem. To co zobaczył, zmroziło go do szpiku kości.

Minerwa wirowała w szaleńczym tańcu, za wszelką cenę uciekając przed ogromnym smokiem. Albus widział dość dużo smoków w swoim życiu, ale tak wielkiego jak ten czarny hebrydzki nie widział nigdy. To był prawdziwy olbrzym. Jego szpony były wielkości miotły Minerwy. Jego błoniaste skrzydła mogłyby zakryć połowę profesorskiej loży. Jego łuski lśniły niczym obsydiany. Poruszał się w powietrzu płynnie, obracając się błyskawicznie, próbując dopaść małą figurkę. Wznosili się coraz wyżej, a Albus dopiero po paru sekundach zrozumiał, co stara się zrobić ta dzielna Gryfonka – odciągała smoka jak najdalej od stadionu.

Tymczasem na stadionie panowała panika. Gracze opadli na boisko, reszta uczniów krzyczała wniebogłosy i próbowała uciekać. Albus poczuł jak Galatea chwyta go za rękę:

- Albus, trzeba przeprowadzić ewakuację! – w jej oczach płonęły błyski strachu.

- Zrób to! Ja muszę ją ratować! – Albus wyrwał się z jej uścisku i rzucił się z wysokiej loży. Udało mu się wylądować na ziemi bez uszczerbku dzięki zaklęciu lewitującemu. Bez namysłu podbiegł do jakby będącego w transie Campbella. Bez ceregieli wyrwał mu miotłę z ręki i sam na nią wsiadł. Mógł lecieć za pomocą samej magii, ale to by go niepotrzebnie wyczerpało. Choć nigdy nie czuł się pewnie na miotle, teraz to był jedyny transport jaki miał.

Wystrzelił w górę, ignorując ogólne okrzyki. Ignorując wzmocniony głos dyrektora, który rozkazywał mu zawrócić. Teraz liczyło się tylko bezpieczeństwo Minerwy.

Albus był już dość blisko, gdy smok zahaczył ogonem o jej miotłę. Minerwa straciła rozpęd i to wystarczyło, by wielka łapa zacisnęła się wokół jej wątłej postaci jak klatka. Albus wrzeszczał głośno, gdy szczątki jej miotły minęły go w locie:

- NIEEEEEE! Nie! Minerwa!

Albus wreszcie znalazł się na tej wysokości co smok. Ale on już się obrócił i ruszył z pełną prędkością w północnym kierunku. Albus nadal widział szmaragdowe oczy lśniące między jego pazurami. Czarodziej całkowicie stracił nad sobą panowanie. Przyśpieszył i zaczął miotać w smoka wszystkie znana sobie zaklęcia i uroki. Jednak czary zdawały się odbijać od jego obsydianowych łusek, które musiały działać lepiej niż tarcza. Albus wreszcie uderzał w niego czystą energią, jednocześnie rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć wszystko, co wiedział o smokach. W tym momencie gorzko żałował, że wśród tysięcy przeczytanych książek nie było żadnej autorstwa lady McGonagall. Smoki były potężnymi i starożytnymi istotami, tak rozpoczął swoją lekcję jego profesor opieki nad magicznymi stworzeniami wiele lat temu. Słabe punkty? Prawie żadnych. U samic stosunkowo miękkie podbrzusze. Albus zniżył lot, tylko po to by z rozczarowaniem odkryć, że nawet jeśli to jest samica, co można było wywnioskować z kształtu jej łba, jej podbrzusze również jest pokryte ochronnymi łuskami. Może jego profesor mówił o innych gatunkach? Albus nie był pewien. Słabe strony smoka, niechronione miejsca… Tak! Oczy. ,,O ile smok nie ma rogowych powiek jak rogogon, stosunkowo wrażliwe są jego oczy, jednakże bardzo trudno jest podejść smoka oko w oko." Tak gdzieś było napisane. Albus miał pewność, że podlecieć do rozpędzonego smoka musi być jeszcze trudniej, ale musiał spróbować. Przyśpieszył, by znaleźć się na wysokości łba olbrzyma. Miał zielone ślepia, dziwnie podobne do koloru oczu Minerwy. Albus odrzucił tę myśl i starannie wycelował różdżką.

- Bombarda Maxima! – jasny strumień trafił smoka prosto w oko. Odrzut zaklęcia zachwiał miotłą Albusa. Gdy starał się ją ustabilizować, dobiegł go krzyk:

- Nie! Uciekaj! Uciekaj!

To był głos Minerwy. Blada jak śmierć twarz dziewczynki była widoczna miedzy dwoma szponami. O co jej chodzi?! – zastanawiał się Albus. Odpowiedź nadeszła, gdy spojrzał na smoka.

Ogromna bestia była teraz dokładnie przed nim. Jedno oko miała wypalone, ale drugie lśniło złowrogo. Zanim Albus zdołał zrobić unik, smok otworzył paszczę i Albusa pochłonął jęzor ognia. Zwyczajowa bariera przy skórze wzięła na siebie całe gorąco, ale nie rozciągała się na miotłę. Ta natychmiast zajęła się ogniem.

- Nie! Profesorze! Nieeeee! - usłyszał krzyki dziewczynki, którą tak bardzo chciał uratować.

Ostatnie co widział, spadając w dół, to pełne lęku szmaragdowe oczy, wyglądające za ogromnych szponów smoka.

Gdy się ocknął, przez chwilę miał wrażenie że umarł i tonie w bezmiernej, fioletowej przestrzeni. Zamrugał kilka razy i zdał sobie sprawę, że leży na wielkim wrzosowisku za Zakazanym Lasem. Niezbyt długo udało mu się gonić smoka. Szybko sprawdził swój stan. Nie miał nic złamanego, nie widział żadnych obrażeń. Jego bariery wzięły na siebie nie tylko ognisty oddech smoka, ale również impet upadku z kilkudziesięciu metrów. Nic dziwnego, że czuł się wyczerpany.

Zaraz jednak dotarła do niego straszliwa prawda – nie udało mi się uratować Minerwy. Smok poniósł ją nie wiadomo gdzie i nie było nawet żadnej pewności czy jeszcze… żyje. Nie, nawet nie waż się tak myśleć! – zganił się w myślach. Musiał odzyskać przytomność umysłu, musiał działać.

Co mówiła Minerwa, gdy dopadała ją panika? ,,Zamykam wszystkie emocje za kolejną barierą. Skupiam się tylko na zadaniu." Stary durniu, raz byś jej posłuchał!

Albus oddychał głęboko, starając się upchnąć szalejące emocje za oklumencyjnymi murami. Gdy rytm jego serca był już wyrównany, Albus zastanowił się.

Krok pierwszy: aportacja do Hogwartu.

Krok drugi: bezpieczeństwo zamku.

Krok trzeci: znaleźć lady McGonagall.

Albus był przekonany, że babka Minerwy zrobi wszystko, by uratować wnuczkę, była też prawdopodobnie jedyną osobą, która mogła mieć podejrzenia co do tego, gdzie poniósł ją smok.

Z gorącym postanowieniem uratowania Minerwy, Albus aportował się przed wielką bramę zamku. To dodatkowo nadwątliło jego siły, jednak był zbyt zdeterminowany by nagłe osłabienie go powstrzymało. Po kolei zdejmował zaklęcia ochronne, by móc wejść na teren zamku. Gdy wreszcie bramy uchyliły się nieco, Albus przecisnął się przez powstałą szparę i pobiegł w stronę szkoły. Gdy wpadł do gabinetu dyrektora, zastał tam wszystkich nauczycieli. Galatea poderwała się z krzesła na jego widok:

- Albusie!

Wszyscy patrzyli na niego z wyczekiwaniem. Wierzyli, że jakimś cudem bezpiecznie sprowadził dziecko z powrotem, ale on zmuszony był ze smutkiem pokręcić głową. Profesor Mowbray zaszlochała, pani Heale przytuliła ją niezgrabnie, reszta wydała z siebie zduszone okrzyki i zbladła wyraźnie. Dyrektor ukrył twarz w dłoniach.

Albus dokładnie opisał im całą sytuację, nie szczędząc goryczy przy opisie swojej głupoty. Profesor Kettleburn kręcił głową ze smutkiem, słysząc o atakowaniu smoka. Albus i bez tego wiedział, że to była typowa brawura Gryfona, machającego różdżką bez uprzedniego racjonalnego myślenia. Na koniec zapytał:

- Czy poinformowaliście lady McGonagall i rodziców Minerwy?

Nauczyciele uciekli wzrokiem. Albusowi odpowiedział portret Blacka:

- Zaraz tu będzie. Ja musiałem to zrobić, bo obecny dyrektor jest zbyt wielkim tchórzem, by stawić czoła lady McGonagall. – portret z wyraźnym niesmakiem wymówił szkockie nazwisko. W tym momencie płomienie w kominku zabarwiły się na zielono i do gabinetu weszła lady Theresa Victoria Adelajda McGonagall we własnej osobie.

- Nie bądź niegrzeczny braciszku. Choć nie da się ukryć, że masz rację. – spojrzenie posłane portretowi było niemal czułe. Albus od razu dostrzegł podobieństwo. Nieodrodna córa Blacków, obecnie wierna rodowi McGonagallów.