12. ODPOWIEDZI BEZ PYTAŃ
Magicznych chwil nie uraczył zbyt wielu, lecz ta zdecydowanie plasowała się najwyżej. Harry nie mógł opanować zachwytu. Całowanie Draco – i to chętnego Draco – wpisał jako numer jeden na swojej liście przyjemności życiowych. W tej chwili nie liczyło się nic.
Dłonie ułożył na ramionach Draco, delikatnie, aby go nie zniechęcić czy przestraszyć. Powoli, bardzo powoli, otwierał usta, zachęcając Malfoya do dalszych działań. Gdzieś na granicy świadomości paliła się lampka ostrzegawcza, że popełnił błąd, przyznając się bez słów do własnych uczuć. Zignorował ją, zbyt zajęty smakowaniem wnętrza ust drugiego chłopca.
Draco był nieszczególnie zdziwiony. Nie zniesmaczył się. Nie zmieszał. Oddawał pocałunek z ogromną chęcią, przekształcając go w coraz bardziej namiętny i żarliwy. Nawet nie wiedział, kiedy złapał ręce Harry'ego, aby przytrzymać mu je nad głową, przewróciwszy go na plecy. Usiadł Potterowi na biodrach, nie przerywając ani na moment całowania. Podobało mu się to, choć jeszcze nigdy nie całował się z drugim chłopakiem. Nowe doświadczenie przyjął bardzo entuzjastycznie.
Wreszcie się od siebie oderwali. Obaj mieli problem ze złapaniem oddechu, a Harry jeszcze uciekał wzrokiem, gdy tylko jego policzki przybrały różany odcień. Mocno się zawstydził. Draco, uśmiechając się, odmówił zejścia z niego i położenia się obok. Całkiem wygodnie mu się siedziało na Harrym.
– Nie masz mi czegoś do powiedzenia? – spytał lekkim tonem Draco, nie mogąc przestać się uśmiechać. Zawstydzanie Harry'ego właśnie zostawało jego rozrywką. – Harry? – wymruczał mu do ucha.
Potter jęknął, ukrywając twarz w dłoniach. Ale się wygłupił, cholera! Teraz Draco na pewno nie da mu żyć. Może nawet ich relacja ucierpi? Tego by nie zniósł. Wystarczyły mu dotychczasowe problemy. Przełknął ciężko, starając się opanować.
– Przepraszam – wymamrotał Harry, wciąż unikając wzroku Draco. – To było głupie. Nie powinienem... Byłem zaspany... A ty... – szeptał nieco bez ładu i składu.
Draco zaśmiał się, choć miał ochotę inaczej zmusić go do milczenia. Nie o to jednak chodziło.
– Czy ja się czepiam? – spytał retorycznie. – Nie masz się czym martwić – wzruszył ramionami.
– Nie?
– Nie. Jeśli tak ci to przeszkadza, możemy puścić całą sytuację w niepamięć. Taki jednorazowy wybryk, wytłumaczony twoim i moim stanem. – Puścił mu oczko. Sam się stresował, lecz nie chciał pokazać tego po sobie; a co, jeśli Harry zechce zapomnieć? Draco, przyznając się przed sobą, bał się. Nie chciał zapomnieć. Harry był pierwszym, któremu udało się otworzyć serce Draco. To nie mogło się tak skończyć. A nuż... ich relacja będzie lepsza?
Potter bił się z myślami. Z jednej strony pragnął jeszcze więcej dotyku, jeszcze więcej czułości, lecz zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien. Postanowił więc uciec od tematu, narzucając inny:
– Co było na spotkaniu?
Do Draco w pierwszej chwili nie dotarło, o co Harry zapytał. Po chwili jednak zbladł, zaciskając dłonie na pościeli. Przerażenie na jego twarzy było aż nazbyt czytelne. Kiedy Harry go delikatnie dotknął, spiął się.
– On jest wściekły – wyszeptał Malfoy, po czym spojrzał Gryfonowi w oczy. – Jest zły na mnie. On chce ciebie, Harry. Muszę... Muszę wymyślić jakiś sposób, aby dostarczyć mu ciebie lub jego sprowadzić tutaj.
Zamilkli. Harry postanowił później powiedzieć Draco o swoim szalonym pomyśle. Na razie chciał, żeby Ślizgon skończył.
– Potraktował mnie kilkoma paskudnymi klątwami – wznowił opowieść. – Kazał moim rodzicom stać i na to patrzeć. Matka prawie zeszła z rozpaczy. – Potrząsnął głową. Wspomnienie płonęło w jego umyśle, wypalając ogromną dziurę w sercu. To było koszmarne. – Dostałem jednak szansę porozmawiania z nimi. – Oblizał usta. – To przez to wszystko chodzę taki nieswój. Boję się – wyznał cichym głosem.
Harry, nie zastanawiając się, przytulił go. W prosty sposób chciał mu pokazać, że nie został w tym sam. Draco nie zasłużył na swoje cierpienie.
– Przepraszam za te wszystkie lata, Harry. Naprawdę. – Odsunął się nieco od chłopca, lecz dalej pozostawał w zasięgu jego rąk. Mętlik w jego głowie powoli narastał. – Chcę ci dużo opowiedzieć, więc proszę cię, żebyś mi nie przerywał. – Harry przystał na warunek, gorliwie kiwając głową. Draco odchrząknął. – Moja rodzina, jak wiesz, wcale nie była taka idealna. Rodzice trochę zmusili mnie do wstąpienia w szeregi Śmierciożercôw. Zastraszył ich Voldemort. Ukarał mojego ojca, przydzielając mi zadanie przyniesienia mu ciebie. – Oblizał nerwowo usta. – Na początku chciałem to zrobić nie tylko ze względu na rodziców, ale i żal... po tym, jak odrzuciłeś moją dłoń. – Spojrzał na sufit, z którego zwieszał się żeliwny żyrandol z zapalonymi świecami. – Wydarzenia z Zakazanego Lasu mnie dobiły, zacząłem mieć wątpliwości, które szybko zabiłem. Dlatego udawałem tak miłego, żeby potem cię szantażować. Wyszło, jak wyszło. Nie przewidziałem, że będę musiał się rozbierać – na samo wspomnienie obaj zaśmiali się. – Potem to była już kwestia czasu, aż uświadomię sobie, jak wiele krzywd ci wyrządziłem. – Zamknął oczy. – Harry, jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której musisz wiedzieć.
– Tak? – uniósł się na łokciu.
Draco spojrzał mu prosto w oczy.
– Idź z tym do kogoś, kogo uznasz za lojalnego wobec ciebie. Snape nie chce, żeby Dumbledore się dowiedział – wyszeptał, jakby ktokolwiek mógł ich podsłuchać.
– Mów wreszcie! – szepnął natarczywie Harry, chcąc już znać prawdę.
– Czarny Pan osobiście rzucił Imperiusa na Knota...
– Wiem o Knocie – wtrącił Harry.
– Minister poszedł do Departamentu Tajemnic. Wziął stamtąd jakieś eksperymentalne eliksiry, które przekazał Rookwoodowi. – Zadrżał. Augustus Rookwood był paskudnym, przerażającym Śmierciożercą. – Na terenie Zakazanego Lasu grasuje zmieniony na zawsze wilkołak.
Harry zmarszczył brwi. Draco mówił o eliksirze, Hermiona o roślinach. Tylko że Hermiona wspomniała, że bestia została zabita, z kolei z opowieści Draco wynikało, iż żył. O co tu chodziło?
– Draco, ja to wiem... Hermiona mi mówiła wcześniej... Ale przecież ten wilkołak został zabity.
Malfoy nagle wyglądał, jakby zobaczył śmierć we własnej osobie. Pustym wzrokiem spojrzał gdzieś ponad czuprynę Harry'ego.
– One... One żyją. Jest ich więcej. Czarny Pan nie spocznie do czasu, gdy wreszcie dostanie cię w swoje ręce.
Harry uśmiechnął się krzywo.
– Czas zacząć przygotowania, Draco – oznajmił – Powitamy tu Voldemorta w iście gryfońskim stylu. – Spojrzenie miał twarde, zdecydowane. Naprawdę chciał walczyć z najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w dziejach. – A teraz chodźmy spać, bo czekają nas dni pełne roboty.
Od rana Harry planował pójście do Dumbledore'a oraz Lupina w dwóch różnych sprawach. Dyrektor musiał zostać załatwiony pierwszy, to wiedział wręcz intuicyjnie. Dopiero wtedy miałby okazję przyjść do Lupina z pełnym pakietem informacji.
W łazience poprawił nieco wygląd, chcąc prezentować się chociaż przyzwoicie, a potem opuścił Pokój Życzeń, zostawiając Draco samemu sobie; woleli nie ryzykować wspólnym wyjściem. Nie potrzebowali zbędnych plotek na swój temat, które w najgorszym przypadku mogły trafić do Czarnego Pana. Logicznym był fakt, że nie zadowoliłaby go przyjaźń między Harrym a Draco. Zresztą Dumbledore był z nim w tym przypadku zgodny.
Przemknął korytarzami, sprawdziwszy, czy miał wszystko w torbie (szczególnie pelerynę–niewidkę). Zszedł na śniadanie, zachowując się jak gdyby nigdy nic. Usiadł między Ronem a Seamusem, witając się z najbliżej siedzącymi Gryfonami.
– Gdzieś ty był? – zapytała Hermiona, mrużąc oczy. Była zła.
– Tu i tam – wzruszył ramionami, nakładając sobie jajecznicę i parówki na talerz. – Podasz mi sól? – zapytał.
Dziewczyna mechanicznie spełniła prośbę, lecz jej spojrzenie dalej rzucało gromy w stronę Harry'ego.
– Hagrid ciągle o ciebie pyta! Dumbledore też! I McGonagall! – wyliczała Hermiona. – Ginny udaje złą, ale ciàgle szuka cię wzrokiem. Z nami praktycznie nie rozmawiasz!
Nawet nie raczył na nią spojrzeć, choć zrobił to ze strachu. Serce go zabolało. Nie zrozumiesz, Hermiono, a ja nie mam sił na tłumaczenia. Może kiedyś mi wybaczysz tę całą maskaradę.
Posiłek zjadł w milczeniu. Musiał jednak dodać do listy odwiedziny u Hagrida, żeby olbrzymowi nie było przykro. Z tą myślą poszedł na poranne zajęcia z Zielarstwa. Dwie godziny w szklarni miały szansę nieco go odprężyć, ale także pozwolić się skupić na czymś innym niż problemy.
Po lekcjach Zielarstwa z pulchną profesor Sprout Harry udał się do Hagrida. Miał zamiar posiedzieć u przyjaciela kilka chwil, a potem pojawić się na lunchu w Wielkiej Sali. Później przecież nie będzie miał czasu, jeśli chciał porozmawiać z dyrektorem, Lupinem, na koniec zostawiając sobie Draco.
Zbiegł bokiem ze wzniesienia, aby niemal od razu znaleźć się przed chatką. Wielki strach na wróble uśmiechał się szyderczo, jakby wniknął w jego serce oraz umysł. Harry skrzywił się, omijając go nieco szerokim łukiem. Kilka wron zakrakało, po czym wróciło do oskubywania poletka z dyniami. Zapukał do potężnych drzwi.
Rozległy się ciężkie kroki, a ciszę przerwało siąkanie nosem. Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.
– Harry – mruknął Hagrid, nieco dziwiąc się na jego widok. Przepuścił go w progu. – Wejdź.
Przeszedł obok olbrzyma, żeby zaraz usadowić się na krześle przy stole. Gajowy bez słowa zrobił mu herbaty.
Gryfon przyjrzał się swojemu rosłemu przyjacielowi. Wyglądał mizernie. Wcześniej jego włosy się nie układały, lecz teraz tworzyły jeden wielki kołtun. Schudł, bardzo wyraźnie schudł, przez co wyglądał, jakby się miał rozpaść przy najlżejszym dotknięciu. Z oczu zniknęły szczere, pogodne ogniki. Hagrid stał się cieniem dawnego siebie. Wszystko przez tego wilkołaka, który zamordował Kła.
Poczuł wyrzuty sumienia.
– Jak się czujesz, Hagridzie? – zapytał cicho Harry, patrząc na blat stołu. Wyrzuty sumienia go zabijały.
– Normalnie – padła lakoniczna odpowiedź, co ukuło Gryfona.
– Przepraszam. – Wziął głębszy oddech. – Nie chciałem, żeby tak wyszło, naprawdę – mówił. – Ostatnio mam tak dużo na głowie, że...
– Że zapomniałeś o mnie? – Pełen żalu wzrok gajowego wbity był prosto w Harry'ego.
Potter przełknął ciężko, po czym wstał i uciekł bez słowa, nie będąc w stanie znieść niemego oskarżenia ze strony Hagrida. Mimo wszystko wiedział, że zasłużył na takie traktowanie. W żadnym stopniu nie zachował się jak przyjaciel.
Biegł przez błonia do zamku, nawet nie myśląc o głodzie – z nerwów zacisnął mu się żołądek, więc nie byłby w stanie czegokolwiek przełknąć. Gula w gardle spowodowana wyrzutami sumienia, rosła. Kiedy stał przed gargulcem, przełykał co chwila, aby pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, lecz niewiele to dało.
Nagle gargulec odstąpił, pozwalając mu wejść. Zapewne Dumbledore spodziewał się gości. Skorzystał z okazji, po czym wszedł do gabinetu bez pukania. Dyrektor nie był zaskoczony jego obecnością – niebieskie oczy rzucały radosne iskierki w każdym kierunku, w jaki spojrzał, a dobrotliwy uśmiech dziadka zachęcał do rozmowy. Harry usiadł na wygodnym krześle przed biurkiem, splatając palce na kolanach. Chrząknął.
Dumbledore nie zaczął rozmowy, czekając na Harry'ego. Gdy wreszcie Potter był gotowy, spojrzał dyrektorowi w oczy. Jego spojrzenie mówiło wszystko.
– Dalej nie wypełniłeś mojej prośby, chłopcze. Dlaczego?
– Chcę wiedzieć, czemu miałbym trzymać się z dala od Malfoya – odparł. To był czas, gdy potrzebował odpowiedzi na niezadane pytania.
Dyrektor westchnął, masując skronie.
– Harry, mój chłopcze – zaczął poważnie – Draco Malfoy jest po stronie Lorda Voldemorta. Otrzymał rozkaz zabicia cię lub dostarczenia Voldemortowi. Nie chcę ryzykować. Draco był dobrym chłopcem, ale źle wybrał. Będzie dla ciebie bezpieczniej, jeśli się dostosujesz.
– Dobrze, powiedzmy, że będę go unikał – pokiwał głową, wcale nie zamierzając dostosować się do słów Dumbledore'a. – Czemu miałbym poślubić Ginny? Przecież to nielogiczne! Jest dla mnie jak siostra.
Uśmiech starszego czarodzieja sprawił, że miał ochotę go przekląć wyjątkowo paskudnie. Mimo to dalej siedział spokojnie, czekając na odpowiedź.
– W dniu siedemnastych urodzin wygasa ochrona Lily. Miłość Ginny do ciebie odnowi ją, a małżeństwo wciąż będzie cię chronić przed Voldemortem – wyjawił mu prawdę Dumbledore. Harry milczał. – Gdyby dało się to rozwiązać inaczej, z chęcią postąpiłbym inaczej, mój chłopcze. – Rozłożył bezradnie ramiona. – W tym wypadku jednak jestem bezsilny.
Potter poczuł złość. Zacisnął dłonie w pięści, starając się nie odreagować na dyrektorze. Choć jego argument brzmiał logicznie, było to powierzchowne; w głębi Harry wiedział, że to był tylko kolejny sposób na kontrolowanie jego działań. Zagryzł wargę.
– A jeśli zabiję Voldemorta do końca tego roku? – wycedził.
– Jak powiedziałem, to nie takie proste. Nie ma wyjścia. Voldemort stworzył horkruksy, czyli przedmioty, w których ukrył cząstki swojej duszy. Jeśli zniszczyć je wszystkie... – Dumbledore zwiesił głos. – Tylko to niemożliwe. Odnalezienie ich jest niesamowicie trudne. Jeden zniszczyłeś w drugiej klasie, to był dziennik. Kolejny zniszczyłem ja, był to pierścień.
– Ile ich jest?
– Zakładam, że siedem.
Zapadła cisza. Harry, przełknąwszy ciężko, potrzebował chwili, żeby pomyśleć. Nie chciał na razie mówić Draco o tym, czego się dowiedział. Jego przyjaciele również chwilowo nie potrzebowali tej wiedzy. Za to z chęcią pozna opinię Lupina o tej części, którą ukrywał Dumbledore.
– Jak je zniszczyć? – zapytał Gryfon, w myślach tworząc plan. Wiedział, że jeśli uda mu się zabić Voldemorta, Draco uwolni go od zaaranżowanego małżeństwa z Ginny. Taka była przecież umowa, jaką między sobą zawarli. Już pomijał fakt uczuć żywionych do Ślizgona.
– Kieł bazyliszka, Szatańska Pożoga oraz, w tym wypadku, miecz Gryffindora to trzy najskuteczniejsze i jedyne sposoby, jakie mamy na podorędziu. – Dyrektor napił się soku dyniowego ze złotego pucharu. Odstawił go na miejsce, po czym pochował pergaminy i kałamarze do szafki. – Jeśli uda ci się dowiedzieć czegokolwiek o miejscu pobytu jakiegokolwiek przedmiotu z cząstką duszy... przyjdź. Znajdziemy go we dwóch.
Harry pokiwał głową.
– Patrząc na moje umiejętności wchodzenia do głowy Voldemorta, poczuję je? – spytał.
Dumbledore uśmiechnął się... ze skruchą? Tak przynajmniej to wyglądało. A może to wina światła?
– Zapewne, Harry – przytaknął mu.
Potter wstał, podziękował cicho za rozmowę, a potem opuścił gabinet Dumbledore'a. Prawda, chociaż ciężka, umożliwiła mu dalsze planowanie. Postanowił do końca przerwy świątecznej darować sobie przejmowanie się problemami, lecz później musiał już mieć gotowy plan działania. Tylko jak skorzystać z wiedzy Draco i Snape'a, jednocześnie nie mówiąc nic?
Lupin wysłuchał Harry'ego uważnie. Uważał, że Dumbledore tym razem przegiął z wtrącaniem się w życie Gryfona, nawet jeśli intencje miał dobre. Sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby tylko dyrektor od razu zagrał z nim w otwarte karty, zapytał o zdanie, a nie knuł Merlin wie co. Mimo wszystko Remus uznał, że Harry przyjął rewelacje nad wyraz spokojnie. Uśmiechnął się. Powierzchownie był Jamesem, jednak jego reakcje bardziej przypominały Lily. Z matką miał bardzo wiele wspólnego. Szkoda, że żadnego z nich nie poznał.
– Co o tym sądzisz? – spytał Harry. Gdzieś w połowie opowieści zaczął mówić Lupinowi po imieniu. Wyciągnął się na krześle. – To będzie bardzo trudne, ale... Muszę to zrobić dla siebie. – Posłał mu poważne spojrzenie pełne determinacji.
Nauczyciel pokiwał głową.
– Wiesz, Harry, jeśli będziesz potrzebował rady, jestem tu dla ciebie.
– Wiem, pamiętam. – Podrapał się po karku, a potem wstał. – Myślę, że to już wszystko, co chciałem. – Zasunął krzesło. – Jest tylko jeszcze jedna rzecz, którą mógłbyś dla mnie zrobić – przypomniał sobie.
– Tak? – Lupin zamienił się w słuch, wstając zza biurka.
– Tak – potwierdził. Zagryzł wargę. – Chciałbym, żebyś znalazł dla mnie jedno zaklęcie... Nie wiem, czy w ogóle będzie je miała jakakolwiek księga w Hogwarcie – dodał, uprzedzając starszego czarodzieja o trudności swojej prośby.
– Mów – zachęcił go.
– Potrzebuję zaklęcia do likwidacji Mrocznego Znaku.
Lupin przyjrzał mu się badawczo, a potem, milcząc, skinął głową, przystając na prośbę. Zadowolony Harry opuścił jego gabinet, żeby skierować energiczne kroki ku Wieży Gryffindoru. Miał coś do zabrania z kufra.
