Króciutki rozdzialik, przed właściwym opisem początków szkoły. Dla tych wszystkich, którzy wiernie komentują! ;) Następny rozdział w okolicach połowy marca, chyba że zadziwicie mnie ilością komentarzy, bo napisany już jest ;p ;)
ROZDZIAŁ 11
Co roku od pięciu lat o tej porze Harry stawiał się na peroni żeby zaraz wsiąść do pociągu jadącego do Hogwartu. W tym roku jednak wsiadał dopiero do samolotu zmierzającego do Anglii. Rosalie orzekła, że Syriusz nie powinien jeszcze nadużywać magii, gdyż jego organizm nie ustabilizował się po przejściu. Chłopak zgłosił się na ochotnika do towarzyszenia Syriuszowi w mugolskim sposobie podróży. W Anglii mieli wylądować po południu i od razu przesiąść się do prywatnego samolotu wynajętego przez Toma. Później jeszcze tylko lot do Hogsmeade i spacer już w towarzystwie Toma do zamku. Nic prostszego. A Syriusz wariował z wściekłości.
- To po prostu szczyt! Żebym musiał się taskać tym... Czymś! - marudził od kiedy przybyli dwie godziny wcześniej na lotnisko.
- To coś nazywa się samolotem i mów ciszej proszę. Mugole nas słyszą. – odparł chłopak popychając chrzestnego na właściwe miejsce.
- Nie mam nic do mugoli, tylko do ich diabelskich wynalazków. – odwarczał mężczyzna.
- Ciesz się, że nie musisz płynąć statkiem parę dni. Lepsze to. Możesz przespać cały lot. - Harry próbował uspokoić Blacka. Nieskutecznie.
- A jak się to... To... Zatrzyma w powietrzu i spadniemy?
- Wtedy awaryjnie się aportujemy. Może nie rozpadniesz się przy tym na cząsteczki. – zażartował Kserten, a Syriusz spiorunował go wzrokiem. - Syriuszu? Czy ty się boisz latać? - chłopak roześmiał się na widok skonsternowanej miny mężczyzny.
- Jak śmiesz! Byłem ścigającym! Oczywiście, że nie boję się latać. Ale nie ufam temu czemuś! - mężczyzna zamilkł wciskając się przerażony w fotel, kiedy samolot ruszył i zatrząsł się.
- Uspokój się. Dolecimy spokojnie na miejsce a wieczorem odpoczniesz w Hogwarcie.
Podróż minęła im w miarę spokojnie. Dolecieli bez problemu do Anglii a później lotem czarterowym do Hogsmeade, gdzie już czekał na nich Tom z Nagini.
- A to co tu robi? - odezwał się Syriusz a wężyca zareagowała gniewnym sykiem.
- To jest Nagini, nasza koleżanka. – odparł uśmiechnięty Harry witając się z olbrzymim wężem. - Ojcze nie wiem czy powinieneś się z nią pojawiać w szkole. Może wybuchnąć panika.
- Nie martw się. Mam plan. – uśmiech Toma zdecydowanie zwiastował kłopoty. - Zrobimy tak. Black zamienisz się w psa i razem z Nag będziecie robić za chowańce. - Na widok miny mężczyzny razem z synem roześmiali się. - Spokojnie, tylko do czasu aż dam ci znak. Wchodząc rzucę dosyć silny czar uspakajający na całą Wielką Salę, żeby nie wybuchła od razu panika. Nie powinni odczuć silnych skutków, ale nie zaczną uciekać ani nie rzucą się na nas. Ja będę mówił, wy starajcie się nie odzywać niepotrzebnie. - Rzekł to w kierunku syna, który skinął głową. - Tak jak planowaliśmy, wymuszę ponowny przydział dla Ksertena. Poza paroma nauczycielami nie powinien mnie tam nikt rozpoznać, a wątpię żeby ośmielili się mnie zaavadować na oczach setek dzieci i kiedy ich wybawca będzie kroczył u mojego boku. Jak tylko opuszczę salę, prawdopodobnie wybuchnie wrzawa, albo wręcz panika. Syriuszu prosiłbym cię żebyś w razie czego wstawił się za moim synem.
- Jasne, ale nie wziąłeś pod uwagę, że jest paru uczniów którzy cię znają.
- Znaczy się?
- Na przykład Ginny Wealsey, która miała wątpliwą przyjemność poznać twoje młodsze oblicze. – wtrącił się Harry.
- I dzieci śmierciożerców – dodał Syriusz.
- Dzieci śmierciożerców nie wiedzą jak wyglądam. Mają tylko doniesienia z gazet, o ile taki się pojawiają. Na ich rodziców są rzucone naprawdę potężne zaklęcia. A wątpię, żeby młoda Weasleyówna wyrwała się z krzykami. Chodźcie, co by nie było, poradzimy sobie.
Ojciec Harry'ego miał rację. Trafili akurat na moment kiedy Dumbledore chciał zakończyć powitalną ucztę i powitała ich idealna cisza. Kilka krzyków na widok ogromnego węża, nie było tym czego można by się spodziewać po zgrai nastolatków. W zasadzie Harry miał niezły ubaw. Kątem oka dostrzegł swoją ulubioną blond główkę wśród Gryfonów. Nie zdziwił go zbytnio ten przydział, ciekawy był jednak jak przyjmą go dawni przyjaciele. Był prawie pewny, że nie zaakceptują go jako syna Lorda Voldemorta, szczególnie po ostatnim roku, kiedy przez tegoż czarnoksiężnika wystawił ich wszystkich na niebezpieczeństwo. Teraz stał i próbował opanować śmiech uważnie słuchając przepychanek słownych Dumbledore'a i Toma. Stał przed Snapem, który najwyraźniej był bardzo bliski zawału, wczorajsze wieści wyraźnie podburzyły jego poukładany świat, a teraz jeszcze poinformowali go, że chłystek któremu od wczoraj był podległy jest najbardziej znienawidzonym dotychczas uczniem. Kiedy doszło do przydziału, Kserten mógł przez parę chwil rozejrzeć się po twarzach uczniów. Gryfoni byli w szoku, Krukoni ciekawie obserwowali wydarzenia, Puchoni starali się być jak najmniej widoczni i jak najdalej od Nagini. Ślizgoni natomiast dzielili się na tych zszokowanych i na tych rozbawionych. Potwierdziły się słowa jego ojca i najwyraźniej rzeczywiście żadne z dzieci śmierciożerców nie było świadome jego aktualnego statusu. Malfoy i paru jego przybocznych kojarzyło prawdopodobnie nazwisko Riddle, jako ród czarodziejski o średnim stopniu zamożności, czyli dla nich równoznaczne było, że Potter tylko stracił na tej adopcji. Natomiast bardzo rozbawiła Ksertena mina wszystkich hogwardczyków, zarówno starszych jak i młodszych na wykrzyczany przez Tiarę przydział do Slytherinu, nim nawet chłopak zdążył ją dobrze założyć. Takie przypadki były bardzo rzadkie i powszechnie wiadomym było, że takie osoby po prostu nigdzie indziej nie pasują. U Harry'ego było to spowodowane zwykłą obrazą Tiary, która chciała mu przytupnąć i powiedzieć „a nie mówiłam", jednak nie było jej to dane w tym żywocie.
Tak więc Harry powolnym, wyuczonym przez ojca krokiem, podszedł do stołu Slytherinu i niby ignorując wszystkich dookoła wpatrywał się w uśmiechniętego ojca. Równocześnie pilnował co się dzieje dookoła niego. Ku jego zdziwieniu Syriusz siedział szeroko uśmiechnięty, najwyraźniej pogodził się już z wydarzeniami. Snape prawdopodobnie zaraz znajdzie się pod pilną opieką Pomfrey, albo nawet Munga. Dumbledore i McGonnagall byli oburzeni, reszta nauczycieli zbyt zdziwieni by oczekiwać od nich jakiejkolwiek reakcji. Harry przeniósł wzrok na najbardziej interesujący go w tej chwili dom Lwów. Anabelle próbowała opanować śmiech, ale widział że również uważnie wypatruje możliwych ataków na Toma bądź Harry'ego. Hermiona z Ronem i Ginny byli w stanie podobnym do Snape'a, przy czym Ginny była raczej przerażona, a Ron raczej wkurzony. Delikatnie mówiąc. Hermiona chyba kalkulowała i Kserten był pewien, że ona ze wszystkim nic niewiedziących osób dojdzie do tego co, jak i dlaczego się właściwie stało.
Tymczasem za jego ojcem zamknęły się drzwi. Przez parę sekund panowała cisza, a potem gwar podniósł się do nieznośnego poziomu. Przy stole nauczycielskim Pomfrey próbowała doprowadzić Snape do stanu właściwego dla Postrachu Hogwartu, jednocześnie do tego samego Postrachu próbował coś bezskutecznie mówić dyrektor, a do tamtego opiekunka Gryfonów. Reszta nauczycieli plotkowała między sobą, widać że ci którzy kojarzyli Toma, przekazywali następnym kim on był i na twarzach pojawiały się uśmiechy bądź blady strach. Odpowiednio dla tych którzy znali go tylko jako najlepszego ucznia Hogwartu po Dumbledorze i dla tych, którzy znali go jako późniejszego Voldemorta. Kilku Puchonów w końcu zemdlało, jednak w ogólnym rozgardiaszu mało kto zwrócił na nich uwagę. Gryfoni siedzieli nadal w szoku, Krukoni powyjmowali podręczniki i zaczęli kuć na następny rok. Ślizgoni patrzyli się na niego podejrzliwie nie komentując niczego, w razie gdyby był to głupi żart dyrektora. Harry postanowił przerwać tą parodię, odnalazł wzrokiem Anabelle i mrugnął do niej, po czym wstał od stołu.
Cisza która powoli zapadała, była prawdopodobnie słyszalna w Londynie. Ślizgoni go jedynie obserwowali, Krukoni ciekawi wydarzeń odłożyli książki, Puchoni nadal leżeli pod stołami lub próbowali być niewidzialni. Gryfoni widząc, że Harry powoli kieruje się w ich stronę zamieniali się w obserwujące i gotowe zaatakować kobry, a nauczyciele patrzyli na to w ciszy, szturchając się wzajemnie i obstawiając zakłady. Wszyscy myśleli, że zmierza do Rona i Hermiony, jednak on powolnym krokiem ominął dawnych przyjaciół i podszedł do Any, która wstała na niewidzialny sygnał.
- Kochanie – przesłodzonym głosem odezwała się dziewczyna. Ustalili dzień wcześniej na szybko, że zrobią przedstawienie, nie mieli jedynie czasu dopracować szczegółów. Szkoła zamarła, a główni aktorzy mieli wrażenie, że oto otacza ich tłum posągów. - Jak ja za tobą tęskniłam – Ana rzuciła się w ramiona uśmiechniętemu Ksertenowi. - Od naszego wypadu do Paryża nie umiałam przestać o tobie myśleć.
- Skarbie! - chłopak uderzył we wzniosły, patetyczny ton – Ja również nie wiedziałem co ze sobą zrobić przez ten czas. Czekałem z niecierpliwością na ten dzień. - Harry zaczął całować Ane, a tłum posągów nadal trwał nieożywiony. Po chwili najwyraźniej, jedyny w pełni świadom Syriusz, postanowił przerwać tą farsę.
- Dzieciaki – powiedział cicho wpierw chrząkając znacząco. - Proszę was, nie w szkole. Może twój ojciec pozwala na takie błazenady Kserten, ale ja nie mam takiego zamiaru. Wątpię również żeby Bella była zadowolona z tego występku, kiedy już się o nim dowie.
- Och Syri, psujesz zabawę. - Kserten popatrzył się na niego i odezwał już normalnym tonem. - Dobra ludzie, zbieramy się do spania. Jutro szkoła, nie sądzi pan dyrektorze. – zwrócił się w kierunku oburzonego tym wszystkim Dumbledore'a.
- Dokładnie. - odezwał się starzec – Prefekci zaprowadźcie pierwszaków do dormitorium, resztę uczniów również proszę o udanie się tam. A ty panie Riddle – zmienił głos z dobrotliwego na zimny, rozkazujący – proszę abyś pojawił się w moim biurze za kwadrans.
- Dyrektorze, wszyscy jesteśmy zmęczeni podróżą i tym dniem pełnym przygód. Myślę, że daruję sobie dzisiaj tą przemiła pogawędkę. - Harry odparł ironicznym, kpiącym tonem i biorąc Anę za rękę udał się do wyjścia, nie czekając na odpowiedź dyrektora.
Powoli wszystko się uspakajało i ludzie rozchodzili się do pokojów wspólnych. Młodsi zostali odesłani do dormitoriów, a starsi plotkowali w pokojach wspólnych. Nauczyciel wraz z dyrektorem poszli na nadzwyczajne zebranie mające na celu dokładne przepytanie Blacka i Snape'a z tych nieprzewidzianych wydarzeń. Ślizgoni tymczasem czekali w napięciu na nowego domownika, lub jakiekolwiek wyjaśnienia od głowy domu. Niestety ani jeden z nich nie raczył się pokazać. Potter zniknął gdzieś z Lestrange zaraz po kolacji i nikt nie potrafił ich zlokalizować. Harry zaś wraz z Aną zaszyli się w jednej z komnat i zabezpieczyli taką ilością zaklęć, że nawet sam Merlin miałby problem się tam dostać.
- Chyba urządzę sobie tu awaryjne dormitorium – rzucił Kserten po kilkunastominutowym doprowadzaniu pomieszczenia do stanu w którym może korzystać z niego człowiek.
- Nie zgadzam się. Wybacz ale nie będę mieszkać w takim towarzystwie – Ana wskazała z wielkim zniesmaczeniem na rzucone przez nich w róg komnaty zdechłe pająki, gryzonie i dziwne zmutowane płazo-ptaki.
- Wiesz słońce – uśmiechnął się lekko ironicznie chłopak. - Nie żebym miał coś przeciwko twojemu spaniu w moich komnatach, ale w tym roku zdecydowanie mam zamiar się bawić. No, jak już uporam się z tym całym hałasem dookoła mnie i ojca.
- Brzmisz jak dupek – odparła Ana.
- Wiem jak to brzmi. Musisz mnie zrozumieć, nie jestem zakochany i nie mam zamiaru. Jesteś wspaniałą dziewczyna ale na dzień dzisiejszy nie myślę o ślubie.
- Och wiem wiem. Nie dramatyzujmy. Spanie, ale nie mieszkanie. Kumam. - dziewczyna uśmiechnęła się do Harry'ego. - Myślisz, że możemy już w miarę bezpiecznie wrócić?
- Może i możemy ale musimy dać podstawy do domysłów. – chłopak podszedł do niej i zaczął calowa. Wpierw delikatnie a każdą chwilą coraz namiętniej.
- Z każdą chwilą zaczynam sądzić, że te całe twoje wcześniejsze życie to wielka ściema. - wykrztusiła Ana kiedy się od siebie oderwali.
- To nie ja mieszkałem w druickich lasach, gdzie każde święto kończy się orgiami. - Kserten ruszył w stronę wyjścia z komnaty. Rozejrzał się z podziwem dla ich pracy. - Serio zastanawiam się nad tym miejscem jako azylem. Te dziwne stworzenia rzuciłbym przed próg jako odstraszacze.
- Jesteś niemożliwy. Chodźmy już.
