Rozpoczął się 12 dzień wyprawy. Gdyby nie pewne wydarzenia, byłby to dzień powrotu do wioski Omaticaya. Tymczasem Jake i jego towarzysze znajdowali się gdzieś w okolicach Alamutya, około dwóch kilometrów od Kręgu -jednego z dwóch wyjść na powierzchnię z podziemnej wioski klanu Czarnej Zmory. Klanu, który nie ma prawa istnieć...
-Re'van! Schodź z tego drzewa! -Krzyczała Shaq'ti do swojej siostry siedzącej na czubku jednego z drzew. Nieopodal drzewa kręcił się mały Yerik. Jake, który wraz z resztą stał obok Shaq'ti westchnął głęboko.
-Kobieto, to tylko Yerik, Yerika nie widziałaś? -Jake zmarszczył czoło.
-Jakoś nie miałam okazji! -jęknęła, mocno trzymając się grubej gałęzi -Zabierzcie stąd to coś!
Zirytowany Tu'an wyciągnął swój łuk i strzałę. Jake zauważył, że chciał strzelić do Yerika, jednak jego ranna dłoń skutecznie mu przeszkadzała nawet w utrzymaniu łuku. Palce odmawiały mu posłuszeństwa. Neytiri widząc to, wyciągnęła swój łuk i szybko ustrzeliła Yerika, podbiegła do niego i szybkim ruchem dobiła swoim nożem. Re'van rozejrzała się kilka razy dookoła, po czym powoli zeszła z drzewa. Jake podszedł do Yerika i zarzucił go na plecy.
-No to mamy śniadanie -uśmiechnął się i ruszył w kierunku ich nowego obozu.
-Chyba mnie szlag trafi, jeśli ona będzie uciekać na drzewa przed każdym Yerikiem czy Żądłonietoperzem -dodał, zauważając zdezorientowaną w nowym świecie Re'van.
-Ja i siostra byłyśmy na powierzchni tylko raz, dawno temu. Ale wtedy to było co innego... -Shaq'ti powiedziała, patrząc na wszystko jak małe dziecko ciekawe świata -Tu jest cudownie.
Neytiri, która trzymała za rękę małego Talu, podeszła bliżej Jake'a.
-Powinieneś z nim jakoś porozmawiać -szepnęła mu do ucha, wskazując wzrokiem na Talu z opuszczoną głową -Drugi raz stracił najbliższego przyjaciela.
-Dlaczego ja? Co ja ojciec... -Jake nie dokończył, Neytiri szturchnęła nim lekko i potraktowała przenikliwym wzrokiem -No dobra, dobra... Później z nim pogadam.
Chwilę później Jake i pozostali dotarli do obozu, Suvey od razu zajął się Yerikiem. Notan rozpalił ogień i niedługo później cała dwunastka siedziała na gęstej trawie wokół ogniska z pieczeniami w rękach. Shaq'ti i Re'van wcinały, jakby pierwszy raz jadły mięso. I rzeczywiście. Wszyscy milczeli, wokół panowała nieciekawa atmosfera...
-Jest źle, mam rację? -odezwał się w końcu Norm. Re'van przełknęła jedzenie i spojrzała kolejno na każdego przy ognisku.
-Już pewnie wszyscy zabójcy z Gatur'em na czele wydostali się na powierzchnię -powiedziała lekko ochrypłym głosem -I nie tylko po to, aby nas zabić...
Shaq'ti skupiła wzrok na Jake'u.
-Zabiłeś jego córkę... -powiedziała cichym, pustym głosem -Przepowiednia...
-Dosyć tego! -Jake warknął przerywając jej -Chcę się wreszcie dowiedzieć, o co tu chodzi!
Shaq'ti szybko dokończyła jeść swoją pieczeń i usiadła na małym kamieniu obok.
-Dobrze... -zaczęła -Dawno temu, jeszcze za życia czwartego Toruk Macto, gdy klan Czarnej Zmory żył na powierzchni, stało się coś strasznego. Pewnego dnia Tsahik Argh'Nau została zaatakowana przez Palulukana. Została ciężko ranna i leżała w głębokim śnie przez kilka dni. Gdy się w końcu obudziła, wiedziano już, że nie zostało jej wiele czasu. Zanim odeszła, powiedziała, że spotkała we śnie samą Eywę. Przekazała ona jej coś bardzo ważnego -Shaq'ti zrobiła w tej chwili krótką przerwę -Według Argh'Nau zbliżał się wielki kataklizm. Eywa słabła z każdym dniem i nie mogła już dłużej utrzymywać równowagi. Pewnego dnia woda miała zalać wszystko co jest nam znane. Ale była nadzieja. Eywa powiedziała Argh'Nau, że istnieje miejsce, gdzie ludzie będą bezpieczni. Poprowadzić ich tam miał wybraniec, który skontaktuje się z Eywą i pozna położenie tego miejsca. Problem w tym, że bezpośredni kontakt z Eywą można było uzyskać tylko w jednym miejscu.
-O'kahret... -powiedział cicho Enukan. Shaq'ti przytaknęła.
-Mówią, że z Olo'eyktanem Ken'rutem po usłyszeniu tej przepowiedni stało się coś dziwnego. Wszystko utrzymano w tajemnicy przed innymi klanami. I tu zaczyna sie część, o której nie mówią tam na dole. Przynajmniej nie mówią prawdy. Ken'rut wierzył, że jego klan był wybrany. I że tylko ludzie Czarnej Zmory zasługują na życie. Nic innego dla niego się nie liczyło... Wkrótce doszło do tego, że Ken'rut kazał spalić wioskę i zszedł z całym klanem pod ziemię. Nie mógł pozwolić, aby jakakolwiek informacja rozeszła się po innych klanach. Jego ludzie zrobiliby dla niego wszystko, ale byli tacy, którzy się sprzeciwiali. Zginęli w tajemnicy przed resztą klanu...
-Skąd to wszystko wiesz? -rzucił nagle Suvey. Przez chwilę nastała zupełna cisza, słychać było tylko trzaski z ogniska.
-Tylko kilkoro członków Czarnej Zmowy wiedziało o tym wszystkim -odparła Shaq'ti -Tam na dole nie wolno było o tym mówić, ale prawda przetrwała do dziś. Po zejściu do podziemia klan miał czekać na dzień, w którym przepowiednia zacznie się spełniać. Wtedy to Olo'eyectan miał wyjść na powierzchnię i poprowadzić wojowników do O'kahret. I to w zasadzie koniec historii... -Shaq'ti wzięła kolejną pieczeń do ręki i cicho westchnęła. Jake pokręcił głową, traktując opowieść z dużym dystansem.
-A Talu? -spytał po chwili.
-Racja, Talu... -Shaq'ti spojrzała chwilowo na Talu, który kilka minut temu zasnął z głową opartą o kolana Neytiri -Przed jego narodzinami ojciec zginął próbując uciec na powierzchnię, matka zmarła podczas porodu. Gdy jeszcze był bardzo małym dzieckiem, wszyscy wiedzieli, że jest inny. Zaczęło się od tych snów... Przepowiedział śmierć 3 członków klanu. Potem były rysunki, rozmowy z Eywą w snach... Nie wiedzieć czemu, Gatur odczytał to jako zły omen i zagrożenie dla klanu. Kazał zabić Talu, ale Ka'ut, który sprawował nad nim opiekę, uciekł z nim na powierzchnię. Później już tylko słyszałam o tym, że wysłano za nimi zabójców.
-Kłamstwo -jęknął nagle Enukan -To wszystko kłamstwo! Ken'rut nie mógł spalić wioski... To nie mogło być tak... -Zrobił minę, jakby ktoś przed chwilą zrujnował mu całe życie. Nie tego się nasłuchał za młodu o wspaniałym, legendarnym klanie Czarnej Zmory, na który spadła wielka katastrofa. Jake spojrzał na Neytiri, jakby wzrokiem pytając, co na ten temat sądzi.
-Upadek Eywy...? Wielki kataklizm...? To brzmi jak... ekhm...
-To tylko legenda -dorzuciła Re'van -A przynajmniej mam taką nadzieję. Jake zrobił już nieco poważniejszą minę.
-OK... O ile dobrze zrozumiałem, to przepowiednia właśnie się spełnia, a Gatur i jego ludzie powinni teraz wyjść na powierzchnię i szukać O'kahret?
- Tak -Shaq'ti odparła -W przepowiedni było jeszcze coś o Toruk Macto, musimy działać i dotrzeć do O'kahret przed... -Jake nagle wstał i zaśmiał się pod nosem, odwrócił się i zrobił kilka kroków w kierunku lasu. Odwrócił się na chwilę.
-To jest chore. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Wracam do domu, do Omaticaya, do mojego cholernego hamaku -Uśmiechnął się na sekundę, odwrócił i już chciał ruszyć wgłąb lasu, kiedy usłyszał głośny ryk. Ryk thanatora. Rakun zerwał się na nogi.
-Tak! -wykrzyknął z entuzjazmem i pobiegł w stronę z której dobiegł ryk. Cała reszta pobiegła za nim, została tylko Neytiri z śpiącym Talu na kolanach. Jake westchnął i także ruszył za nimi. Gdzieś na skraju lasu zobaczył jak Rakun podbiega do stojącego w miejscu Palulukana i klepie go po łbie.
-Co to... jest? -Re'van popadła w przerażenie na widok ogromnego, czarnego potwora z najgorszych koszmarów.
-Nazywa się Oskey -Powiedział Rakun i pogłaskał go po grzbiecie. Wtedy Jake zobaczył jak z lasu wyłania się drugi thanator. Jego Max. Na śmierć o nim zapomniał. Gdy tylko zwierzak zobaczył Jake'a pobiegł w jego stronę, zatrzymał się metr przed nim i zaryczał najmocniej jak się tylko da -jakby miał pretensje, że musiał zostawić go samego w lesie...
-Cholera -przeklął Jake -I co ja z nim zrobię po powrocie do Drzewa Domowego...
Rakun wyciągnął kawałek surowego mięsa i zaczął wymachiwać nim przed paszczą Oskey'a, który po chwili omal nie odgryzł ręki swojego pana.
-Jake! -Nagle wszyscy usłyszeli wołanie Neytiri. Jake i pozostali pobiegł zobaczyć, co się stało i zobaczył, że Talu już nie śpi. Domyślił się, o co chodzi.
-Co się stało? Kolejny sen? -Jake podszedł do Neytiri trzymającej Talu na kolanach. Wszyscy zbiegli się dookoła niej. Neytiri zwróciła wzrok na Jake'a i tylko przytaknęła.
-Miałem... -Talu się odezwał -Miałem dziwny sen, nie wiem, co znaczy... Boję się, że znów się coś stanie...
-Co widziałeś? -Jake spytał poważnym tonem i złapał się za brodę.
-Widziałem wielką przepaść. Tak wielką, że w dole było widać tylko czerń... Potem zobaczyłem że na jej ścianie ktoś wisi. To chyba była dziewczyna. Trzymała się rękami skały, ale powoli zaczęła się ześlizgiwać. Krzyczała i płakała... W końcu spadła -powiedział Talu ze spuszczoną głową. Wszyscy byli cicho, Jake zebrał myśli.
-Nie wiesz kim była ta kobieta? -w końcu spytał.
-Nie widziałem...
-To nie wróży nic dobrego -Jake odwrócił się i spojrzał w dal. Kilka kilometrów dalej znajdowało się wielkie urwisko a zaraz obok niego ogromne drzewo. Najpewniej drzewo domowe jakiegoś klanu. Potwierdziło się to gdy Jake nagle zauważył że ktoś od strony drzewa się do nich zbliża. Po wytężeniu wzroku okazało się że był to wojownik na Pa'li.
-Norm, spakuj wszystkie rzeczy. Mamy gościa -Powiedział Jake do Norma i znowu odwrócił wzrok na drzewo. Obok Jake'a stanął Rakun.
-To drzewo domowe klanu Takxang -oznajmił również patrząc na drzewo -Moglibyśmy tam odpocząć i przenocować.
-Czytasz w moich myślach -Jake powiedział w języku angielskim i zrobił kilka kroków naprzód, wojownik na mrocznym koniu już się zbliżał. Gdy zeskoczył ze swojego Pa'li, Jake podszedł i zaczął.
-Widzę cię, jestem...
-Wiem kim jesteś -przerwał mu jeździec -Jestem Tas'mey, wojownik Takxang. Zapewne jesteście głodni i zmęczeni. Chodźcie, nasz Olo'eyktan czekał na was -wojownik z powrotem wskoczył na swojego Pa'li.
-Czekał? -Jake zmarszczył brwi.
-Nasza Tsahik jest bardzo znana w okolicy ze względu na swoją zdolność przepowiadania przyszłości. Od jakiegoś czasu się was spodziewaliśmy Toruk Macto -Uśmiechnął się wojownik. Nagle zza krzaków wyszedł Rakun na swoim Oskey'u. Także Palulukan Jake'a przybiegł. Wojownik spojrzał na Rakuna i Jake'a zasiadającego swojego thanatora z mieszaniną strachu i podziwu.
-To u was normalne ujeżdżać Palulukany? -spytał po chwili.
-Nie. Zdecydowanie wolimy Toruki... -odparł Jake lekko się uśmiechając. Tymczasem podał rękę Neytiri która także wspięła się na Palulukana wraz z Talu.
-Dobrze... Chodźmy -jeździec odwrócił się i powoli ruszył w kierunku swojego drzewa domowego. Zaraz za nim podążali Jake i Rakun na swoich thanatorach, reszta szła piechotą. Na samym końcu Norm ciągnąc swój plecak po ziemi zaczął z uśmiechem na twarzy drażnić Erian chwytając ją co chwilę za czubek ogona. Ta tylko wydawała z siebie głośny chichot i machał ogonem na wszystkie strony. Minęło pół godziny zanim wszyscy dotarli do wioski klanu Takxang. Jake i Rakun zanim weszli do wioski zeszli ze swoich Thanatorów i wypuścili ich tymczasowo do lasu, żeby nie straszyć klanu. Na miejscu, tuż przed wejściem do gigantycznego drzewa domowego, dzieci bawiły się małą gumowatą piłką o wielkości i kolorze pomarańczy. Tutejsza atmosfera przypominała Jake'owi wioskę Omaticaya. Jak w domu.
Jake, Neytiri i Talu zeszli z Palulukana. Wtem z wnętrza Hometree wyszedł lider klanu. Wysoki, o kwadratowej szczęce i w kilku miejscach pomalowany w czerwono-żółte wzory plemienne. W przeliczeniu na wiek ludzki miałby z 45 lat. Od razu podszedł do grupy. Jake wyszedł naprzód.
-Widzę cię, Toruk Macto. Jestem Osalo, Olo'eyktan klanu. To dla nas wielki zaszczyt...
-I ja cię widzę, ale wystarczy już tego Toruk Macto, jestem Jake -powiedział Jake lekko chyląc głowę.
-Tak. Jake... Widzę, że jesteście po długiej podróży. Co was tu sprowadza? -Spytał wódz klanu rozglądając się po całej ekipie, spoconej i ubrudzonej zaschniętym błotem.
-Ekhm... Podróż do dalekiego klanu, nic takiego -Jake starł z klatki piersiowej resztki zaschniętego błota -Właściwie to już wracamy, na zachód do naszego klanu Omaticaya. Maszerujemy kilka dni i potrzebujemy noclegu...
-Rozumiem -Osalo się uśmiechnął -Możecie zostać u nas na ile chcecie. Akurat dobrze trafiliście, dziś mój syn Mosyk został prawdziwym członkiem klanu i z tego powodu wieczorem organizujemy wielką ucztę. Cały klan będzie się bawił aż do świtu...
-Dziękuję, Olo'eyktan Osalo. Tego nam było trzeba -Jake uśmiechnął się szeroko i kolejno przedstawił wodzowi swoich towarzyszy. Następnie Jake i jego ekipa obejrzeli wnętrze Hometree. Było znacznie większe od drzewa Omaticaya. Prócz hamaków na wyższych piętrach znajdowały się niewielkie luki mieszkalne z zapierającym dech w piersiach widokiem na horyzont. Każdy z gości otrzymał swój "pokój".
Jake w swoim luku od razu rzucił się na swój hamak. Obok Neytiri próbowała ukryć uśmiech.
-O cholera, to jest to... -Jake jęknął leżąc na brzuchu z zamkniętymi oczami. Neytiri westchnęła głęboko.
-Ten hamak jest za mały dla nas dwoje, ma Jake -powiedziała zbliżając się do Jake'a i kładąc mu dłoń na plecach. Jake, nie ruszając się, szeroko się uśmiechnął.
-Dostałaś osobny pokój Neytiri. Wymasujesz mi plecy?
-Skxawng -Neytiri pokręciła głową i powoli wyszła z pomieszczenia. Jake leżał w hamaku jeszcze kilkanaście minut, po czym wyszedł z luku i zszedł na najniższy poziom drzewa domowego. Przy wyjściu na zewnątrz ujrzał Talu opartego o korzeń i wpatrującego się w grupkę bawiących się dzieci. Natychmiast podszedł do niego.
-Cześć, mały -powiedział kładąc mu rękę na ramieniu. Zaskoczony Talu nerwowo się odwrócił -Dlaczego nie bawisz się z nimi?
-Nie mam ochoty -odparł bez ogródek. Jake, zauważając, że coś jest nie tak, spojrzał mu głęboko w oczy.
-Co się stało?
Talu z powrotem odwrócił wzrok na inne dzieci, starając się uniknąć odpowiedzi. Jake zrobił kilka kroków w kierunku pustej polany tuż za Hometree, zasłaniając Talu widok.
-Chodź. Porozmawiajmy -powiedział Jake i ruszył dalej. Po chwili namysłu Talu poszedł za nim. Niewielka polana była otoczona z trzech stron lasem, niedaleko znajdował się strumień a przy nim stało kilka Pa'li. Jake wziął jedną z kilku małych piłek leżących pod korzeniem Drzewa Domowego. Taki jakimi bawiły się pozostałe dzieci. Jake stanął na środku polany podrzucając co chwila piłkę, Talu niechętnie usiadł obok niego na trawie.
-Wiedziałeś, że robią je z miąszu owocowego? -Jake usiadł naprzeciwko Talu i położył piłkę na ziemi.
-No, mów o co chodzi -rzucił z zachęcającym uśmiechem.
-To wszystko przeze mnie, prawda? -Talu uniósł głowę. Jake udał, że nie wie o czym mówi.
-To znaczy?
-Ka'ut poszedł do Eywa. I Akey. I to wszystko co się teraz dzieje, to z mojego powodu... -znowu spuścił głowę w dół. Jeśli Jake chciał być szczery, to nie mógł zaprzeczyć. Wszystko kręciło się wokół Talu.
-To nie twoja wina -położył mu rękę na ramieniu -Winni są tylko i wyłącznie ci ludzie spod ziemi, rozumiesz? Ale już jest po wszystkim. Jesteś bezpieczny. Wszyscy są bezpieczni.
-Oni i tak mnie znajdą... -odparł cichym i ochrypłym głosem.
-Nie znajdą. Wracamy do domu... Twojego nowego, prawdziwego domu -Jake lekko się uśmiechnął.
-Ale te sny... Jest ich coraz więcej. Widzę, jak ludzie cierpią... A potem to wszystko się dzieje naprawdę -Talu odwrócił wzrok na Pa'li pijące wodę ze strumienia.
-To minie. Poza tym, spójrz na to z innej strony. To dar. Dzięki twoim snom możemy przewidzieć przyszłość i uniknąć wielu nieszczęść.
-Tak? -Talu wydawał się być uspokojony. Jake uśmiechnął się szeroko.
-Tak. Przykładowo, od teraz każdemu zakazuję zbliżać się do urwiska -zaśmiał się cicho Jake, chwycił piłkę i wstał -Pokażę ci coś.
Jake podszedł do jednego z drzew i wyrwał jedną z mniejszych gałęzi. Wyjął swój nóż i zaczął wygładzać powierzchnię prawie idealnie prostego kija.
-Co robisz? -Talu przyglądał się z ciekawością. Gdy proporcje kija były już odpowiednie, Jake schował nóż.
-Baseball. Taka gra. Kiedyś, kiedy byłem bardzo młody, uwielbiałem spędzać przy tym czas... -na chwilę uśmiech zniknął Jake'owi z twarzy -...Z moim bratem. Nauczę cie zasad, zobaczysz, to świetna zabawa.
Jake wręczył Talu kij i oddalił się od niego o kilkadziesiąt metrów.
-Po powrocie chyba nauczę grać cały klan i sprawię sobie boisko pod Hometree -Jake zaśmiał się.
-Co mam robić? -Talu spytał trochę zdezorientowany.
-Na razie po prostu odbij piłkę kijem. Zobaczymy jak sobie radzisz, potem najwyżej pokażę ci jak prawidło trzymać kij i odbijać.
Talu skinął głową, ścisnął mocno pałkę obiema dłońmi.
-Ja rzucam, ty odbijasz. Staraj się obserwować piłkę od początku do końca, to nie jest trudne -Jake uśmiechnął się, zrobił niewielki rozkrok, zacisnął w dłoni piłkę i uniósł lewą nogę. Nie żałując sił, po chwili cisnął piłkę w stronę Talu. Ten w odpowiedniej chwili machnął z całej siły kijem i odbił piłkę, która przeleciała tuż nad głową Jake'a i zniknęła gdzieś za koronami drzew.
-Cholera! -Jake krzyknął, trochę zdumiony. Zręczność i wyostrzone zmysły Na'vi robiły swoje.
-Dobrze! Jeszcze raz! -Jake pobiegł po kilka kolejnych piłek. Przyjął pozycję do rzutu.
-Staraj się trafić piłką we mnie -powiedział głośno tuż przed kolejnym rzutem. Talu znowu trafił. Piłka przeleciała obok Jake'a i trafiła w pień drzewa.
-Coraz lepiej -Jake uśmiechnął się i pobiegł po piłkę. Minęły dwie godziny, jak Jake i Talu spędzali ze sobą czas. Po którymś rzucie z kolei Jake zauważył na twarzy Talu uśmiech. Poczuł się tak samo jak wtedy, gdy odbył swój pierwszy lot na Ikranie. W swoim umyśle oddał głośny okrzyk triumfu. Całej sytuacji z ukrycia przyglądała się Neytiri. Ciepły uśmiech malował się na jej twarzy. Wydała z siebie głośny chichot, gdy Jake dostał w twarz piłką. Wpatrywała się tak w nich jeszcze kilka minut, kiedy poczuła lekkie zmęczenie i postanowiła udać się do swojego luku w Hometree. Szybkim krokiem wdarła się na najwyższy poziom drzewa i już chciała wejść do swojego hamaku, kiedy usłyszała jakiś głos z sąsiedniego luku. Podeszła do jego wejścia i delikatnie rozsunęła wiszące koraliki. To był Norm. Stał przy "oknie" i wpatrywał się w lasy Pandory.
-Eriiiijaaaan... Eryjaaan... Eryyyjan... -Neytiri nie mogła powstrzymać się od śmiechu na widok Norma bezskutecznie próbującego poprawnie zaakcentować imię księżniczki Ken'trute. Norm natychmiast się odwrócił i złapał się za pierś.
-Chryste! Myślałem, że to ona... -Jego twarz poczerwieniała. Neytiri nadal chichocząc weszła do środka. Norm paląc się ze wstydu usiadł na hamaku.
-To nie tak, jak myślisz -powiedział po angielsku lekko się jąkając. Neytiri stanęła naprzeciwko jego.
-No to jak? -Powiedziała powstrzymując chichot, choć na jej twarzy nadal gościł szeroki uśmiech. Norm rozłożył się całkowicie na hamaku, zakrył obiema dłońmi twarz.
-No dobra... Masz mnie -oznajmił po dłuższej chwili -Nie wiem co się ze mną dzieje...
-Coraz więcej czasu spędzasz z nią. Może czas jej coś wyznać -Neytiri ramieniem oparła się o ścianę obok hamaku. Norm wzdrygnął się na te słowa.
-Niby co? Jak długo my się znamy? Czy my się w ogóle znamy...
-Przesadzasz. Kochasz ją. Ty to wiesz, ja to wiem... I ona też to wie -Neytiri lekko się uśmiechnęła. Norm natychmiast ułożył się do pozycji siedzącej.
-Co? Mówiła ci? -prawie wykrzyknął.
-Nie. Ale musiałaby być skxawng, żeby tego nie zauważyć -Neytiri zaśmiała się. Norm nieco się skrzywił. Po chwili podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Odwróciła się w stronę Norma.
-Podejdź.
Norm niechętnie zszedł z hamaku i podszedł do okna. Neytiri wskazała na drzewo przypominające Drzewo Dusz, stojące kilkaset metrów od nich otoczone ze wszystkich stron lasem.
-Widzisz? To ich połączenie z Eywą -Neytiri uśmiechnęła się do Norma. Ten popatrzył na nią krzywo.
-Ja nie... -zatrzymał się nagle, stanął na środku pokoju i westchnął.
-Ja już sam nie wiem co o tym myśleć. Wybacz, ale potrzebuję samotności -powiedział zdecydowanym głosem. Neytiri wyszła w ciszy, nadal z uśmiechem na ustach. Norm spokojnie położył się na hamaku i zaczął bawić się swoim tsahaylu.
Tymczasem Shaq'ti i Re'van siedziały w swoim luku naprzeciwko tego Norma. Shaq'ti siedziała w swoim hamaku a Re'van wpatrywała się w latające na niebie ikrany przez małe okienko.
-Jak myślisz, co teraz z nami będzie? -Re'van spytała przełamując ciszę.
-Nie wiem. Ten Jake może nam pomóc. Znajdziemy sobie miejsce w innym klanie -odparła Shaq'ti bujając się lekko w swoim hamaku.
-Nie siostro, to jeszcze nie koniec -Re'van odwróciła się do Shaq'ti -Gatur nie odpuści Talu, nie wiem czemu, ale czuję to. Naprawdę dzieje się coś złego.
-Na wszystko musisz patrzeć od złej strony...
Re'van usiadła na ziemi i położyła ręce na kolanach.
-Trzeba było zostać tam na dole -mruknęła -Znajdą nas i zabiją...
-Nie udawaj, że ci się tu nie podoba. Już wolę być martwa tutaj niż żyć tam pod ziemią -Dodała Shaq'ti po chwili. Re'van zamilkła. po dłuższej chwili zwróciła się do siostry.
-Nowe życie, powiadasz?
-Nowe życie -Shaq'ti się uśmiechnęła.
Jake siedział z Talu oparty o korzeń Hometree i opowiadał mu o swoich pierwszych misjach zwiadowczych na Ziemi. A raczej próbował. Nie było to proste używając tylko i wyłącznie języka Na'vi. Talu słuchał z wypiekami na twarzy. W pewnej chwili Jake zauważył jak zbliża się do nich Olo'eyktam klanu. Natychmiast wstał i spytał, o co chodzi.
-Mam prośbę Toruk Macto... To znaczy Jake -powiedział trochę speszony.
-Tak?
-Właśnie organizujemy duże polowanie. Idą wszyscy najlepsi myśliwi, nie mamy jeszcze mięsa na dzisiejszy wieczór. Każdemu myśliwemu przydzielony będzie młody, niedoświadczony jeszcze wojownik. Pomyślałem, że to dobra okazja na to, aby nabrali trochę doświadczenia pod okiem najlepszych. I właśnie chciałem się spytać... Czy nie poszedł byś z moim synem. Co prawda jest już taronyu, ale polowanie z samym Toruk Macto będzie dla niego z pewnością ciekawym i wartościowym doświadczeniem.
Jake zmarszczył czoło. Może i był Olo'eyktan'em Omaticaya, Toruk Macto i wybrańcem ludzkości, ale myśliwy z niego żaden. Zapewne każdy jeden z tych młodych wojowników radzi sobie sto razy lepiej... Pomyślał.
-Ekhm... To byłby... To byłby dla mnie zaszczyt, Olo'eyktan Osalo -Jake odpowiedział.
-Świetnie -Osalo się uśmiechnął i poklepał Jake'a po ramieniu -Myśliwi zebrali się przed wejściem. Mosyk już tam na ciebie czeka.
Osalo odszedł w ciszy do Hometree. Jake wzruszył ramionami przed Talu i pobiegł szybko do swojego luku po łuk i strzały. Wchodząc do niego zastał Neytiri śpiącą w jego hamaku, ale wolał jej już nie budzić. Zabrał co potrzebował i zszedł na dół. Zbiegając po schodkach na najniższy poziom Hometree nagle zza rogu wyskoczył młody wojownik. Zaskoczony Jake aż wywrócił się na ziemię.
-Nie powinieneś być tak nerwowy Toruk Macto -powiedział uśmiechając się od ucha do ucha -Jestem Mosyk. Syn Osalo.
Jake skinął głową i powoli wstał. Syn Olo'eyktana był dość wysoki jak na swój młody wiek. Zielony odcień oczu, szeroki nos, ostre rysy twarzy -bliźniaczo podobny do ojca. Jego ciało jeszcze było pokryte charakterystycznymi wzorami po rytuale przejścia.
-Nawet Toruk Macto musi sobie czasem poskakać -Jake głupkowato się uśmiechnął -Mów mi Jake.
-Dziwne imię. Ale będę pamiętał -Mosyk zarzucił sobie tubę z strzałami na plecy -Idziemy?
Jake znowu skinął głową i poszedł za Mosykiem w stronę wyjścia. Przed wejściem do Drzewa Domowego było niemałe zamieszanie. Wszyscy myśliwi i wojownicy organizowali swoje grupy i szukali swoich towarzyszy. Kilku taronyu odleciało już na swoich ikranach ze szczytu Hometree. Przedzierając się przez mały tłum Jake i Mosyk wkroczyli do lasu.
-Gdzie się kierujemy? -Jake spytał.
-Nie jestem najlepszym myśliwym. Może Toruk Macto coś zaproponuje -Mosyk odwrócił się do Jake'a. Jake chwilę się rozejrzał, zdjął łuk z pleców i wkroczył w gęste krzaki.
-Za mną... -mruknął. Przedzierając się powoli przez las Jake zauważył, jak Mosyk dziwnie na niego się patrzy. Nic dziwnego, pierwszy raz widział chodzącego we śnie. A raczej ciało chodzącego we śnie, bo Jake "mieszkał" w nim już na stałe. Z czasem natarczywy wzrok Mosyka stał się dla Jake'a zbyt irytujący. Zatrzymał się nagle pod pniem masywnego drzewa.
-Coś nie tak? -Jake spytał, udając że nie wie o co chodzi.
-Przepraszam, ale... Wyglądasz inaczej niż inni -przyznał, skupiając wzrok na jego pięciopalczastych dłoniach.
-Nie opowiadali ci, że nowy Toruk Macto był Tawtute?
-Opowiadali, ale nigdy wcześniej nie widziałem chodzącego we śnie -odparł Mosyk.
-No to teraz widzisz. Skupmy się na polowaniu, bo wrócimy ostatni do wioski -Jake przewrócił oczami i odwrócił się od Mosyka. Kilkadziesiąt metrów dalej, naprzeciw niego, przechadzał się dorodny Yerik. Jake ukląkł i wyciągnął swój łuk. Celując, ręce delikatnie mu się trzęsły. Ta rozmowa od razu przypomniała mu dawne życie na ziemi. Co by było, gdyby Tom nie zginął. Jego ukochany braciszek żyłby. Ale sam gniłby teraz w swoim małym mieszkanku w zasyfionym Kansas na zasyfionej Ziemi. A każde wyjście na zewnątrz byłoby mordęgą, z powodu braku władzy w nogach. Ale nic z tych strasznych rzeczy nie mogło się równać z brakiem Neytiri. Jake'a napadły dreszcze.
-Jake, dobrze się czujesz? -głos Mosyka zza pleców przywrócił mu kontakt z rzeczywistością. Wtedy Jake zorientował się, że Yerik zniknął za drzewem, a on jak głupi celował w krzaki.
-Uh, przepraszam, zamyśliłem się -Jake opuścił nerwowo łuk, pot spływał mu po twarzy.
-Co za myśliwy rozmyśla podczas polowania, i to w takim momencie? -Mosyk spytał, z wyraźnym zaniepokojeniem w głosie.
-Wybacz, w ostatnie dni nazbierało się tyle problemów i... -Jake zamilkł, rozmyślając nad dobrą wymówką.
-Rozumiem -Mosyk ukląkł naprzeciwko Jake'a -Jeśli chcesz, możesz zwrócić się o pomoc do naszej Tsahik. Nie znam mądrzejszej osoby od niej.
-Wątpię, aby to w czymś pomogło... -Jake znów podniósł łuk, widząc że Yerik powoli wyłania się zza drzewa.
-Warto. Z sąsiednich klanów przybywa wielu ludzi tylko po to, aby spotkać się z Tsahik Savin. Potrafi przewidywać przyszłość, niektórzy mówią, że czyta z ludzkich umysłów -powiedział Mosyk z lekką ekscytacją.
Jake pomyślał: Czemu nie. Nie bardzo wiedział co robić po ostatnich wydarzeniach, a ta Tsahik powinna znać się na rzeczy.
-Dobrze. Spotkam się z nią później -Jake przyjął pozycję do strzału, naciągnął strzałę na cięciwę i dokładnie wycelował w nic nie spodziewającego się Yerika. Strzał padł, a po chwili Jake biegł już z nożem w ręku aby dobić konającą zwierzynę.
Jakieś pół godziny później, gdy słońce powoli zachodziło, Mosyk i Jake z zdobyczą na barkach wrócili do Hometree. Tak jak się Jake domyślał, przyszli ostatni. Wszystko już było przygotowane, charakterystyczne okrągłe stoły stały przed wejściem do Drzewa Domowego, a wewnątrz nad ogromnym paleniskiem piekły się kawałki mięsa, głównie z Yerika. Większość członków klanu znajdowało się w Hometree, więc Jake porzucił swoją zdobycz pod małym ogniskiem obok stołów i wszedł do środka, mając nadzieję, że znajdzie sobie coś do roboty. Idąc w kierunku spirali prowadzącej na górę minął kilka naprawdę wielkich bębnów. Zapowiadała się przednia impreza... Gdy Jake chciał już wejść na następny poziom Hometree, zauważył Norma, Rakuna i jakiegoś wojownika stojących pod ścianą obok ogromnego kotła. Podszedł do nich.
-Co robicie? -Jake spytał podchodząc do kotła. Nagle jego nozdrza opanował intensywny zapach... Przypominający herbatę z miętą. Wojownik mieszał długim kijem złocistą substancję, a Rakun wpatrywał się w nią z ekscytacją w oczach.
-Co to do cholery jest? -Jake zwrócił się do Norma.
-Nalewka babuni -Norm się zaśmiał -Naprawdę mocne.
-Od kiedy to interesujesz się takimi trunkami? -Jake wziął z ziemi małą miskę i zanurzył w kotle -Dajcie spróbować.
Kiedy Jake zbliżył pełną już miskę do swoich ust, Norm podszedł i chwycił go za ramię.
-Hej! Życie ci nie miłe? -Norm wyrwał mu miskę z dłoni i wylał napój z powrotem do kotła -Musi się gotować jeszcze pół godziny.
Jake zastygł w tej pozycji, mlasnął cicho.
-A ja już wiem o co ci chodzi -zwrócił się do Norma -Dziewczyny są łatwiejsze, gdy się je odpowiednio napoi -Jake bezczelnie się uśmiechnął -Zwłaszcza ta, jak jej tam...
-Jake! -Norm zrobił wściekłą minę. Jake parsknął śmiechem i uciekł na górę. Wspinając się na sam szczyt Hometree zauważył jak wszyscy już opuszczają swoje luki i schodza na dół. Wkrótce zaczyna się uczta. Jake wbiegł do swojego luku. Neytiri akurat wstawała z hamaku.
-Co się stało? -zamrugała kilka razy zdezorientowana. Jake podał jej rękę i postawił na równe nogi.
-Chodź. Zaczynają.
Jake i Neytiri zbiegli na sam dół. Cały klan zajął już miejsca przy kilku ogniskach, gdzie także przygotowywano pieczenie. Jake i Neytiri zajęli wolne miejsca przy Normie, Rakunie i Erian. Po krótkiej przemowie Olo'eyktana Osali wszyscy zaczęli jeść.
-Pierwszy raz jestem na takiej uroczystości -powiedziała Erian ściągając z dzidy swoją pieczeń -Nie mogę się doczekać dalszej części.
-Jedz, bo nie będziesz miała sił -Norm złośliwie się uśmiechnął. Erian klepnęła go w ramię. Po zjedzeniu pierwszego posiłku wszyscy wstali i zaczęli się bawić. Dźwięki bębnów wypełniały całe drzewo domowe, a większość mężczyzn od razu skupiło się na stoiskach z alkoholem. Część osób wyszła na zewnątrz, gdzie na stołach znajdował się większy asortyment przekąsek. Było już całkiem ciemno. Tu'an, Suvey, Notan i Enukan stali oparci o ścianę pod wielkim jaskrawoniebieskim lampionem i wpatrywali się w tańcujące kobiety Takxang. W pewnej chwili do Tu'ana podeszła jakaś dziewczyna z tacą a na niej małe miski pełne "nalewki". Tu'an nie miał ochoty na mocne trunki, w końcu na ostatniej tego typu imprezie zdemolował pół Hometree pod wpływem upojenia alkoholowego. Mimo to pod wpływem zachęcającego uśmiechu kobiety chwycił jedną z misek zabandażowaną dłonią. Zanim zdążył ją podnieść wymsknęła mu się z rąk i spadła na ziemię. Warknął z wściekłością i podniósł ją drugą ręką. W pierwszej nadal miał bardzo ograniczoną władzę w palcach. Zanim się obejrzał jego trzej towarzysze wtopili się w tłumz jakimiś dziewczynami. Westchnął i powędrował w kierunku stoiska z alkoholem.
Jake, przechadzając się przez Hometree, był zaskoczony, jak w tej chwili Na'vi przypominają ludzi. Patrzył z uśmiechem na mały stolik, przy którym toczyła się bitwa alkoholowa. Rakun pochłaniając miska po misce kładł na ziemię kolejnych wojowników, jakby przez całe życie nic nie robił, tylko pił. Nagle w tłumie Jake'a odnalazła Neytiri. Chwyciła go mocno za rękę i zaczęła ciągnąć w mniej ciasne miejsce.
-Chodź! Zatańczymy! -Starała się przekrzyczeć dźwięki bębnów.
-Wiesz, że na trzeźwo to ja nie mogę! -Jake zaśmiał się. Pomyślał, że skoro ma już tańczyć, to po swojemu. Od razu przypomniały mu się te wszystkie taneczne programy telewizyjne, których puszczano multum na Ziemi i zaczął przelewać wszystko co z tego zapamiętał na ruchy swojego, teraz już niebieskiego, ciała. Wiedział, że wśród tych wszystkich Na'vi wyglądał jak idiota, ale w końcu liczy się tylko dobra zabawa... Nieco później rytm bębnów przyspieszył. Jake złapał Neytiri w ramiona i zaczął jak najszybciej okręcać się wokół własnej osi.
-Jake! -Neytiri wybuchła śmiechem. Jake postawił ją na nogi, widząc jak wszyscy się na nich gapią. Szybkim ruchem wyrwał miskę z alkoholem jednej z "kelnerek" i w kilka sekund wypił wszystko. Otarł ręką twarz z ściekającego mu po brodzie napoju. Neytiri, której trochę kręciło się w głowie, trzymała się mocno jego ramienia. Po chwili zauważyła, jak Jake'owi zrzedła mina i rozszerzyły się źrenice. Nagle złapał się za gardło.
-JASNA CHOLERA! -Wybiegł na zewnątrz krzycząc po angielsku. Neytiri przewróciła oczami i pobiegła za nim.
-Spokojnie, Jake, nic ci nie będzie -szeptała Neytiri z chichotem, podczas gdy Jake płukał głowę w źródle pod Hometree. Po jakimś czasie usiadł na ziemi i zaczął kaszleć.
-Lepiej?
-Tak -odparł ochrypłym głosem.
-W jednej chwili wypiłeś całą miskę najmocniejszego napoju. Skxawng! -uśmiechnęła się i uderzyła go delikatnie w tył głowy, jak to miała w zwyczaju podczas jego nauki. Chwyciła go za rękę i pomogła wstać.
-Chodź -uśmiechnęła się anielsko i zaczęła go ciągnąć wgłąb lasu.
Tymczasem wewnątrz Hometree, Norm i Erian nadal siedzieli przy małym ognisku i rozmawiali.
-Dlaczego cały czas nosisz te dziwne ubrania? -Erian nagle rzuciła w stronę Norma ubranego w swoje brązowe spodnie i ciemnozieloną koszulkę.
-Dla mnie są wygodne... -Norm odpowiedział zdziwiony pytaniem.
-Są głupie! Po co zakrywają całe ciało? Są zbędne, wystarczy przepaska -Erian uśmiechnęła się i podniosła z ziemi miskę pełną złocistego napoju. Wzięła dużego łyka.
-Dobrze się w nich czuję. No i... Trochę się wstydzę tak w samej przepasce... -mruknął nieśmiało. Erian wstała.
-Ja się tobą zajmę -zachichotała i gestem pokazała, aby Norm poszedł za nią. Wybiegła z Hometree. Zatrzymała się za ogromnym korzeniem i kazała tam Normowi zaczekać. Pobiegła z powrotem do Hometree. Norm czekał kilka minut, w końcu Erian zjawiła się z bogato zdobioną przepaską w ręku.
-Czy ona aby czasem nie jest damska? -Norm podrapał się w tył głowy. Erian rzuciła mu przepaskę do rąk.
-Nie marudź! Zakładaj! -uśmiech ani na chwilę nie znikał jej z twarzy.
-No dobrze... -Norm dał za wygraną. Powoli złapał rękami spodnie i już miał je zdjąć, kiedy przypomniał sobie że przecież nie jest tam sam.
-No, szybciej. Rozbieraj się! -zachichotała. W tej chwili zauważyła jak fluorescencyjne plamki na twarzy Norma zaczęły świecić mocno jak nigdy dotąd.
-Dobrze, odwracam się -znowu się uśmiechnęła i odwróciła się do niego tyłem. Norm szybko i nerwowo zdjął koszulkę, spodnie, buty i rzucił je na ziemię. Później jeszcze odwrócił się na wszelki wypadek, zdjął bieliznę i powoli założył przepaskę. Była dla niego strasznie niewygodna, uwierała go w tyłek.
-Już -mruknął. Erian odwróciła się i zachichotała na jego widok.
-Wreszcie wyglądasz jak prawdziwy mężczyzna -zrobiła nieco poważniejszą minę -A teraz chodź.
Erian skierowała się w stronę jednego ze stolików obok ogniska przy wejściu do Hometree.
-Przyzwyczaisz się -powiedziała do Norma gdy zauważyła go chodzącego jak Lucky Luke. Podniosła ze stołu miskę i zaczęła sączyć z niej mocny trunek.
-Ekhm, nie przesadzasz z tym piciem? -Norm delikatnie zwrócił jej uwagę. Erian przełknęła napój.
-Przestań -wypiła kolejną miskę -W końcu mamy się bawić, prawda?
Norm pokręcił głową. Erian położyła miskę na stół i pociągnęła Norma za rękę w stronę Hometree.
-Teraz pójdziemy trochę się poruszać. Wiem, że nie umiesz tańczyć, ale cię nauczę -powiedziała rozbawionym głosem. Norm wiedział, że nie ma nic do gadania, więc tylko skinął głową. To będzie długa noc -pomyślał.
Neytiri przyprowadziła Jake'a do małego stawu w gąszczu lasu. Jego dno emitowało niebiesko-zielone światło a gałęzie drzew dookoła prawie całkowicie zasłaniały niebo. Neytiri stanęła na krawędzi brzegu i odwróciła się do Jake'a.
-Wiem jak bardzo lubisz wodę. Jest ciepła -uśmiechnęła się. Jake podszedł do niej, złapał ja za rękę i wskoczył do wody ciągnąć ją ze sobą. Po chwili oboje wynurzyli głowy z wody.
-Jake! -parsknęła -Nie pozwoliłeś mi się nawet rozebrać! -szeroko otworzyła usta, chcąc coś dorzucić, gdy Jake podpłynął do niej bardzo blisko.
-Brakowało mi takich chwil -powiedział czułym, chropowatym głosem i namiętnie ją pocałował. Chwilę później chciał ponowić pocałunek, ale Neytiri położyła mu palec na ustach, po czym podpłynęła do brzegu. Jake zrobił to samo.
-Chciałabym o czymś z tobą porozmawiać -oparła się o kamień przy brzegu.
-Oczywiście -odparł Jake -Na jaki temat?
-Czy... Czy myślałeś kiedyś o dzieciach, ma Jake? -powiedziała z nieco poważniejszą miną patrząc mu głęboko w oczy.
-Dzieciach? Jakich dzieciach? -również oparł się o skałę.
-No, swoich -uśmiechnęła się. Jake zakaszlał i rozdziawił oczy.
-Ymmm... Dzieci, dzieci... N-nie wyobrażałem sobie jeszcze siebie jako ojca -odparł jąkając się. To był dla niego trochę kłopotliwy temat. Neytiri poszerzyła tylko uśmiech. Jake, widząc to, zamrugał nerwowo.
-Neytiri, ja nie wiem nawet, czy to możliwe. No wiesz... To ciało... -zaczął gestykulować rękami. Neytiri podpłynęła naprzeciwko niego i złapała go za ramiona.
-Spokojnie, Jake. Trzeba być dobrej wiary. Eywa o nas dba -znowu się uśmiechnęła. Jake pokręcił głową.
-Ale... Tu nawet nie o to chodzi...
-No to o co? -wzięła w dłonie jego ręce.
-Po prostu... Boję się. Boję się odpowiedzialności. Nie czuję się na to gotowy -odwrócił wzrok od niej.
-Widziałam ciebie i Talu -potrząsnęła jego dłońmi -Byłbyś wspaniałym ojcem, ma Jake. Wierzę w to.
Jake uśmiechnął się na chwilę. Nagle złapał się za głowę.
-Przepraszam, ale chciałbym już wracać. Strasznie mnie boli głowa.
Neytiri skinęła głową i pomogła mu wyjść na brzeg. Oboje zupełnie mokrzy zaczęli iść w kierunku Hometree.
Tu'an właśnie opróżniał kolejną miskę alkoholu. Nie wiedział, ile już misek wypił -ale wiedział, że z pewnością o kilka za dużo. Powoli dostawał omamów wzrokowych i poczuł lekki ból głowy. Postanowił położyć się spać zanim coś sobie zrobi. Zanim jednak odszedł od stoiska z alkoholem, wziął ostatnią miskę z napojem. Zanim jednak przyłożył ją sobie do ust wyrwała mu ją z ręki jedna z dziewczyn roznoszących alkohol.
-Tobie już wystarczy -uśmiechnęła się do niego i zniknęła w tłumie. Tu'an przewrócił oczami i chwiejnym krokiem zaczął kierować się w stronę wejścia na górę. Po jakimś czasie, mozolnie wspinając się na kolejne piętro, minął jakąś starszą kobietę Takxang. Mimo swojego stanu szybko zauważył, że była to ich Tsahik. Niska, o szerokim nosie i naprawdę dużych oczach, nawet jak na Na'vi. Jej warkocze były niekonwencjonalnie długie.
-Witaj -zwróciła się do niego swoim szorstkim głosem -Jesteś jednym z tych przybyszów, prawda?
-Tu'an lekko się ukłonił. Starał nie dać poznać po sobie żadnych oznak upojenia alkoholowego.
-Uh, tak. Widzę cię, Tsahik Takxang -powiedział, lekko kołysząc się w miejscu.
-Widzę, że dobrze się bawisz -uśmiechnęła się, dając mu do zrozumienia, że niezbyt dobrze idzie mu udawanie trzeźwego.
-Rozmawiałam z waszym małym towarzyszem -podeszła bliżej Tu'ana -Bardzo ciekawy chłopiec. Gdzie znajdę Toruk Macto? Chciałabym z nim porozmawiać.
-Chyba gdzieś wyszedł. Z Neytiri. Pewnie prędko nie wróci -Zamknął oczy i ziewnął, powoli ruszył z miejsca.
-Dobrze. Porozmawiam z nim jutro -Powiedziała Tsahik za jego plecami.
Godzinę później zabawa nadal trwała w najlepsze. Zdyszany Norm leżał przed Hometree na placach, Erian obok niego. Leżeli blisko ogniska więc było dość gorąco.
-Muszę ci powiedzieć -Norm mruknął -Jesteś świetna w tańcu -odwrócił głowę w jej kierunku -Naprawdę świetna.
Erian uśmiechnęła się i położyła się na brzuchu.
-Wyglądasz... Na trochę zmęczonego -dała mu kolejny cyniczny uśmiech. Ich oczy znowu się spotkały. Norm widział w jej oczach coś, czego nie mógł opisać. Mógłby się tak gapić godzinami.
-Norm -machnęła mu ręką przed twarzą -Śpisz? -zachichotała. Norm nie odpowiedział, tylko odwrócił głowę na bok. Erian westchnęła i po kilku chwilach wstała.
-Przejdźmy się. Dobrze ci to zrobi -dała mu kolejny zachęcający uśmiech. Norm wstał i poszedł za nią w głąb lasu. Oddalając się od ogniska i hałasu bębnów, rzeczywiście od razu zrobiło się lepiej. Szybkim krokiem podążał za Erian ciasną leśną ścieżką. Co chwilę odwracała się i raczyła go swoim pięknym uśmiechem. Cholera -pomyślał -Na Ziemi dawno nie ma już takich kobiet. To przykre.
Po jakimś czasie odgłosy bębnów całkowicie ucichły i Norm mógł rozkoszować się cichymi, kojącymi ucho dźwiękami lasu. Zauważył, że Erian zatrzymała się. Po chwili dowiedział się, dlaczego. Przed nimi szeroka, ale płytka rzeka tworzona przez ogromny wodospad. Każdy metr ziemi był gęsto porośnięty fluorescencyjną roślinnością, przez co woda wydawała się sama świecić. Widok jak wyrwany ze snu psychicznie chorego malarza. Po chwili Norm zauważył, że na dodatek zaraz po ich lewej stronie znajdowało się drzewo, które wcześniej pokazywała mu Neytiri. Przez głowę zaczęły mu przepływać głupie myśli. Gdy wreszcie wrócił do świata realnego, nawet nie zauważył, że Erian stała pod tegoż pniem drzewa. Nerwowym krokiem podszedł do niej. Gładziła w ręce jedną z świecących "lian" zwisających z gałęzi drzewa.
-To miejsce gdzie Takxang łączą się z Eywą. Każdy klan ma w pobliżu takie miejsce jak te -szepnęła. Norm skinął głową. Erian nagle zaśmiała się.
-Gdy byłam mała, pamiętam, jak pierwszy raz połączyłam się w takim miejscu, niedaleko wioski naszego klanu -spojrzała Normowi prosto w twarz -To było dla mnie straszne przeżycie. Przez kilka dni bałam się wychodzić z drzewa domowego -znowu się zaśmiała. Norm uwielbiał jej śmiech. W ogóle, wszystko. Był na siebie coraz bardziej zły. Jest z nią w takim miejscu, w takiej chwili, a on stoi jak wryty i tylko przytakuje co chwilę.
-Wiesz, Norm... -na chwilę uśmiech zniknął jej z ust. Norm gestem przerwał jej.
-Erian, przepraszam, ja... -rozpaczliwie szukał odpowiednich słów -Nie wiem, co się ze mną dzieje. Na niczym nie mogę się skupić. Niczego nie mogę zrobić dobrze. I chyba... To przez... -tutaj skończył swe zdanie. I nastała mordercza cisza. Minęła minuta, a Norm tylko przełknął ślinę. Już nawet nic nie myślał. Był przegrany.
-Na co czekasz? -Nagle cichy głos Erian przerwał ciszę. Uszy Norma drgnęły do tyłu.
-Co? O co ci chodzi? -Norm spytał. Erian delikatnie się uśmiechnęła i podeszła bliżej niego.
-Pocałuj mnie, Skxawng! -zachichotała. Norm dosłownie zesztywniał. Dobrze słyszał? Najpiękniejsza kobieta w jego życiu przed chwilą kazała mu się pocałować? Norm starał się odepchnąć natłok myśli. Brał pod uwagę, że przez alkohol mogła być mało świadoma swoich czynów. Ale nie musiała. Tak czy owak, pragnienie jej ust było zbyt silne. Jego lekko drżąca ręką dotknęła jej policzka, a twarz bardzo powoli kierowała się w jej kierunku. Zniecierpliwiona Erian połozyła mu swoją dłoń na jego karku i delikatnie dopchnęła jego usta do jej ust. I stało się. Ciepło jej warg wysłało mu dreszcze po kręgosłupie aż po czubek ogona. Powoli objął ją rękami w pasie i przybliżył ją do siebie. Pocałunek pogłębił się. Jej dłonie coraz szybciej zaczęły wędrować po jego ciele w górę i w dół. Jego ogon śmigał na lewo i prawo jak nigdy. Po jakimś czasie przerwali pocałunek, ale jej usta nadal nie traciły kontaktu z jego skórą. Zaczęła składać delikatnie pocałunki po linii jego szczęki i wkrótce po jego szyi. Norm objął ją jeszcze mocniej i delikatnie upadł plecami na ziemię pokrytą miękkim mchem. Obrócił się na bok i spojrzał jej głęboko w oczy. Takie duże, takie piękne -teraz były tylko jego. Pochylił się aby pocałować ją jeszcze raz. Ona uśmiechnęła się szeroko, a jej ręce powędrowały po jego plecach i Norm poczuł, jak chwyta końcówkę jego warkocza. Kolejna fala dreszczy przeszła przez jego ciało. Ona drugą ręką wyciągnęła swoją końcówkę warkocza i przybliżyła ją do jego tsahaylu. Znów spojrzała na niego a on tylko uśmiechnął się. I tak połączyła oba tsahaylu ze sobą. Nastąpiła więź. Norm nie wiedział, czego się spodziewać, ale teraz poczuł to. To było niesamowite. To tak, jakby zobaczył każdą scenę z jej życia w ciągu jednej sekundy. Poczuł jej obecność. Poczuł radość, ekscytację, troskę -i niewyobrażalne podniecenie. Teraz sam dotyk jej skóry sprawiał mu ogromną przyjemność. Znów zbliżyli się do siebie, aby połączyć ponownie swoje usta.
Ale nagle stało się coś nieoczekiwanego.
Cała roślinność dookoła i łącza drzewa na sekundę przestały emitować światło. Norm poczuł, jak obecność Erian zaczyna zanikać. I wtedy kątem oka zauważył, że ich połączenie tsahaylu samoczynnie się rozwiązało. Erian, zdezorientowana, przeniosła się do pozycji siedzącej. To mogło oznaczać tylko jedno. Norm poczuł zimną krew w żyłach. Powoli wstał. Erian spuściła wzrok na ziemię.
-Erian... -Norm szepnął po dłuższej chwili. Zauważył że jej oczy robią się coraz wilgotniejsze. Wstała i cichym krokiem pobiegła w stronę Hometree. Norm otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale usłyszał z jej strony tylko ledwie słyszalne "przepraszam". Stał teraz pod drzewem zupełnie sam i bezmyślnie wpatrywał się w krzaki. Poczuł wzbierająca w nim złość i upadł na kolana. Złapał dłonią jedno z świecących łączy.
-Dlaczego? -mruknął i zamknął oczy. Zacisnął pięść najmocniej jak potrafił.
-DLACZEGO?
