Szpital

- Panno Weasley, jeśli mi pani nie powie, co pani jest, to nie będę wiedziała, co pani dać.

Ginny wzruszyła ramionami. Wcale nie chciała tutaj przyjść, to Ron ją zmusił. Doskonale wiedziała, że nie było żadnej tabletki ani eliksiru na to, co jej dolegało.

- Chyba głowa mnie boli – powiedziała w końcu. Jeśli Ron był taki, jak Percy – a ostatnio wszystko na to wskazywało – to na pewno sprawdzi, czy naprawdę tutaj była. Wcześniej zastanawiała się, czy po prostu nie wyjść na spacer, ale nie byłoby zbyt dobrze, gdyby dała się przyłapać na kłamstwie, teraz, gdy Ron był tak blisko przerażającej prawdy. Poza tym naprawdę trochę ją bolała głowa, a Madam Pomfrey miała na to doskonały proszek.

- Jadła pani? – naciskała Madam Pomfrey. Nie wyglądała na usatysfakcjonowaną.

- Nie za bardzo.

- Spała?

- Trochę - Ginny przypomniała sobie, że potrzebowała usprawiedliwienia. – Od dwóch dni nie byłam na lekcjach, bo nie mogę się skupić. Czy mogłaby pani powiedzieć profesor McGonagall?

Madam Pomfrey przyłożyła grzbiet dłoni do czoła Ginny i mruknęła, niezadowolona.

- Tak – powiedziała. – Zostanie pani na noc.

- Ale...

- Żadnych 'ale', panno Weasley. Proszę wyskakiwać z szat i przebrać się w koszulę nocną. Tak jak zwykle.

Ginny wiedziała lepiej niż by chciała, jak wyglądało to 'jak zwykle'. W pierwszej klasie spędziła tu bardzo dużo czasu. Madam Pomfrey zadawała wtedy te same, bezużyteczne pytania: Jest pani chora? Jadła pani? Spała? Ubierała się pani ciepło przed wyjściem na deszcz i śnieg? Pani brat mówił, że ma pani zwyczaj wychodzenia bez czapki. Sprawdzimy temperaturę, dobrze? Nie było żadnych leków na prawdziwe przypadłości.

Ginny przebrała się i położyła do łóżka, o którym zaczęła myśleć jako o swoim. Stało tuż obok tego, którego używał Harry, gdy tutaj lądował. Pomyślała, że najwyższy czas wybrać inne, ale tak długo bawiła się w to głupie udawanie, że nie potrafiła teraz przestać. Tak jak nie potrafiła zapanować nad uczuciami.

Ginny westchnęła i zaciągnęła zasłony. Chciałaby umieć po prostu pozbyć się swoich uczuć, wywołały tyle zamieszania. Eliksir na to byłby niesamowicie przydatny.

Trzasnęły drzwi do szpitala.

- Wielkie nieba! – Madam Pomfrey wydawała się być zszokowana. – Co się panu stało?

- Zostałem – odpowiedział znany, choć zduszony głos, który sprawił, że Ginny przeszły ciarki – uderzony pięścią w twarz przez barbarzyńcę. Potrzebuję maści gojącej i środka przeciwbólowego...

- Doskonale zdaję sobie sprawę, czego pan potrzebuje, panie Malfoy – powiedziała cierpko Madam Pomfrey, a Ginny odniosła wrażenie, że pielęgniarka nie miała na myśli żadnego leku, a jedynie porządnego kopniaka wymierzonego w tylną część ciała. – Proszę iść się położyć. Jest pan następny w kolejce.

- Następny? Ja krwawię! A mój ojciec przyjeżdża w sobotę. Zapewniam, że nie chciałaby pani, żeby mnie zobaczył z wargą zwisająca mi z twarzy...

- Proszę się kłaść!

Ginny usłyszała głośne, zdegustowane sapnięcie, a potem odgłos kroków zbliżających się do jej łóżka. Wstrzymała oddech i zamknęła oczy, dziękując swojej szczęśliwej gwieździe za to, że zasunęła zasłony, zanim on tu wszedł. Nie chciała go widzieć. Zostawił ją wtedy na brzegu jeziora bez jednego miłego słowa. Jasne, powiedziała mu, żeby poszedł, ale mimo wszystko mógł coś powiedzieć. Pocałował ją. Jako pierwszy.

Był pierwszy, bo to ona tak zdecydowała.

Ginny usłyszała, jak zasłony obok zostały otwarte szarpnięciem. Usłyszała skrzypnięcie, po którym nastąpiły dwa głośne huknięcia butów upadających na podłogę. Usłyszała, jak sprężyny ustępują pod ciężarem ciała, a potem w ciszy rozległ się żałosny jęk.

Uderzony pięścią w twarz przez barbarzyńcę...

Ginny wpatrywała się w swoje zasłony, gdy w końcu to do niej dotarło. Jakiego barbarzyńcę? Miała nadzieję, że nie chodziło o Rona. Jeśli to Ron uderzył Draco, to być może wiedział coś więcej, coś, z czego Ginny nie byłaby w stanie się wyłgać. Może ktoś ją widział.

Usłyszała kroki pomiędzy ich łóżkami i miała nadzieję, że to Madam Pomfrey z ogromnym pucharem eliksiru nasennego. Albo ze zmieniaczem czasu.

- Czy mogę odsunąć zasłony, panno Weasley?

Ginny usłyszała gwałtowne zaczerpnięcie powietrza dochodzące z łóżka obok i poczuła ciepło w całym ciele. Wiedział, że tutaj była, a gdy odpowie, będzie wiedział, że nie śpi.

- Tak.

Madam Pomfrey odsunęła zasłony i wręczyła Ginny łyżkę z proszkiem i szklankę wody.

- Najpierw to. To na ból głowy. Posłałam na dół po zupę i kanapkę – żadnych min, dziękuję serdecznie! Nie poczuje się pani lepiej, jeśli nie będzie pani jadła. Jak pani coś zje, to dostanie eliksir nasenny, ale nie wcześniej.

Ginny przełknęła proszek i, kiedy nagle poczuła ulgę, uświadomiła sobie ze zdumieniem, że do tej pory głowa jej pulsowała. Nawet nie zauważała bólu.

- Proszę wypić wodę do końca.

Ginny udawała, że nie spostrzegła, jak zasłony przy łóżku obok rozsunęły się odrobinę. Odchyliła głowę do tyłu, zamknęła oczy i wypiła całą wodę. Oddała szklankę Madam Pomfrey.

- Dziękuję – powiedziała, kładąc się z powrotem na boku, przodem do sąsiedniego łóżka. Nie zaciągnęła zasłon, gdy Madam Pomfrey odwróciła się nie poprawiając ich.

- Coś na uśmierzenie bólu – powiedziała obojętnie do Draco, czekając aż ten odsunie zasłony.

Odsunął, ale tylko tyle, aby móc wysunąć bladą rękę i wziąć niewielką szklankę, którą pielęgniarka właśnie wyczarowała. Nawet w cieniu baldachimu Ginny widziała, jak się krzywił przełykając.

- A tu jest lód – Madam Pomfrey machnęła różdżką i w powietrzu pojawił się lód zawinięty w ręcznik. Draco oddał szklankę i złapał lód. Przycisnął go do wargi.

- To nie wyleczy mojego skaleczenia.

- Jak dobrze, że mnie pan poinformował – powiedziała oschle Madam Pomfrey. – Mogę to zagoić teraz, jeśli chce pan mieć śliczną, grubą wargę i porządnego siniaka przez następne dwa tygodnie albo poczekać, aż zejdzie opuchlizna i wtedy wyleczyć to porządnie. Pański wybór.

Draco milczał.

- No, więc proszę siedzieć spokojnie i przykładać lód – Madam Pomfrey wetknęła różdżkę za pasek swoich białych, wykrochmalonych szat i z szelestem oddaliła się do gabinetu na tyłach sali.

Cisza była nie do wytrzymania, ale Ginny nie miała zamiaru odzywać się pierwsza. Patrzyła przez szparę na Draco, którego zasłony były uchylone tak lekko, że ledwo było go widać. Dostrzegała dwie iskierki, które były jego oczami, a które były utkwione w niej. Chciała, żeby fakt, że patrzył na nią nie sprawiał, że czuła się tak miło. On nie był miły. Zachował się jak dupek wobec Madam Pomfrey. Uderzył Harry'ego i zrobił mnóstwo paskudnych rzeczy, o których Hermiona przypomniała jej po balu.

Jednak pocałowała go... i podobało jej się to. Zastanawiała się, co to o niej mówiło, jeśli bardzo chciała spróbować jeszcze raz. Starała się odepchnąć tę myśl, ale szybko się poddała. Zbyt dobrze siebie znała, żeby uwierzyć, że zwalczanie swoich uczuć miało jakiś sens. Gdy coś lubiła, lubiła to całą sobą. Nie potrafiła o tym nie myśleć. Jak długo zachowywała tę myśl dla siebie, tak długo nie było to problemem.

Odsunął ręcznik od ust.

- Czemu tu jesteś? – zapytał cicho.

Ginny była tak zaskoczona, że zadał jej normalne pytanie, że prawie wygadała całą prawdę. Bo jest mi smutno, nie wiem, co się ze mną dzieje. Było mi bardzo ciężko i byłam obolała od niedzieli i nic na to nie można poradzić. Czy ty też tak się czujesz? Ginny miała dziwne wrażenie, że tak. Zachowała to dla siebie.

- Źle się czułam – powiedziała zamiast tego – więc Ron zmusił mnie, żebym tu przyszła.

Draco roześmiał się – złośliwy, pozbawiony radości dźwięk.

- No, to jest nas dwoje.

Ginny uniosła się na łokciu i odrobinę bardziej odsunęła zasłony.

- Czemu? – zapytała – Co masz na myśli?

Draco także odsunął zasłony i światło padło na jego twarz. Odsunął lód od twarzy i wytarł usta ręką, tak że po raz pierwszy mogła je wyraźnie zobaczyć.

- Taaa, ciekawe co – syknął.

A więc Ron naprawdę go uderzył. Po raz pierwszy od dwóch dni Ginny poczuła przypływ energii. Złości. Usiadła na łóżku i przyjrzała się dolnej wardze Draco. Wyglądała koszmarnie – rozerwana, zakrwawiona i opuchnięta. Jej brat nieźle ją rozciął. Krew ciągle sączyła się z rany, znacząc szlaczek na grzbiecie dłoni Draco.

- On... Ron to zrobił? – zapytała słabo.

Draco odrzucił włosy.

- On i ci twoi dwaj bracia bliźniacy.

A więc mieli przewagę liczebną i uderzyli go. Ginny była zdegustowana. Chociaż... Draco zazwyczaj miał przy sobie Crabbe'a i Goyle'a… Może zbyt szybko obarczyła winą Rona?

- Kto zaczął?

- Nie ja.

Ginny zerknęła na Draco, spodziewając się, że zaraz odwróci wzrok, ale patrzył jej prosto w oczy bez wahania. Miała wrażenie, że powiedział prawdę.

Westchnęła. Kiwnęła głową i z powrotem opadła na poduszki. Jej bracia wyśledzili go i uderzyli. Ron rozciął mu wargę. Mimo że nawet nie wiedzieli, że go pocałowała. Przynajmniej tak jej się wydawało. Gdyby wiedzieli, prawdopodobnie nie skończyłoby się na rozciętej wardze, a ona z pewnością już by o tym wiedziała.

- Co im powiedziałaś?

Ginny tak zaskoczyło to pytanie, że otworzyła usta i wpatrywała się w Draco.

- Powiedziałam im? – powtórzyła.

Z powrotem przyłożył lód do wargi i przeczesał włosy zakrwawioną ręką.

- Tak, powiedziałaś. Co im powiedziałaś? – zapytał z sarkazmem.

Ginny nie mogła uwierzyć, że o to pytał.

- Masz na myśli o tym... kiedy byliśmy... Ja bym nigdy nie powiedziała! Myślisz, że zwariowałam, czy co? – znowu siedziała prosto, wpatrując się ze złością poprzez przepaść oddzielającą ich łóżka. – Nikomu nie powiedziałam i nigdy nie powiem!

- O, było aż tak źle? – zapytał z ironią, a po chwili twarz mu poróżowiała i uciekł wzrokiem. Mocniej przycisnął lód do ust.

Ginny też poczuła, że się rumieni, ale nie było czasu na zakłopotanie. Madam Pomfrey miała zaraz wrócić, a oni musieli wszystko ustalić, zanim to się stanie.

- Myślisz, że wiedzą? – wyszeptała. – Powiedzieli, że wiedzą?

Draco zerknął na nią.

- Powiedzieli, że ktoś nas widział nad jeziorem jak rozmawialiśmy – wymamrotał przez ręcznik.

- Tylko jak rozmawialiśmy?

- Tylko jak rozmawialiśmy.

Znowu jej się przyglądał z tą niesamowitą intensywnością. Nie wiedziała, jak mu się to udawało z zakrwawioną brodą, opuchniętą wargą i ręcznikiem przyciśniętym do twarzy, ale sposób, w jaki pochylił głowę i w jaki patrzył na nią sprawił, że czuła się bardzo widziana.

- A ty co powiedziałeś? – zmusiła się, żeby zapytać. Poczuła lekki zawrót głowy.

- Powiedziałem, że to plotka – odpowiedział Draco z wyższością. – Powiedziałem, że zostali źle poinformowani.

- Dobrze, ja powiem to samo.

Draco znowu odstawił lód od twarzy i Ginny mogła zobaczyć jego zmasakrowane usta w pełniej krasie. Te, które jako pierwsze ją pocałowały. Nie mogła oderwać wzroku, patrzyła jak zahipnotyzowana, gdy zaczęły się poruszać.

- No, więc mamy ustaloną wersję? – zapytał cicho.

Ginny zmusiła się, żeby spojrzeć wyżej, w jego oczy i skinęła głową. To było kompletnie pokręcone. Pokręcone – to była najlepsza definicja. A może raczej nierzeczywiste. To było pokręcone – siedzieć tutaj, ustalając alibi z Draco Malfoyem. To było nierzeczywiste, że mieli coś tak osobistego do ukrycia. Nie była pewna, jak do tego doszło, zastanawiała się dokąd to, do diabła, może doprowadzić i chciała, żeby to wszystko nie było takie skomplikowane.

Draco wydawał się rozdarty z jakiegoś powodu. Spojrzał na nią z pytaniem w oczach, z powrotem przyłożył lód i utkwił wzrok w swoich kolanach. Przez jakiś czas siedział ze zmarszczonymi brwiami, po czym spojrzał na nią, jakby miał zamiar coś powiedzieć. Otworzył usta... i zamknął je z powrotem.

- O co chodzi? – zaczęła Ginny, ale ciche kroki i szelest nakrochmalonych szat uciszył ich oboje. Ginny opadła na poduszki i wstrzymała oddech. Draco z powrotem zaciągnął zasłony. Kółka, na których były umocowane, zaskrzypiały, ujawniając, że były ruszane i Ginny skrzywiła się.

- Usiądź, moja droga – Madam Pomfrey uśmiechnęła się do niej. W rękach trzymała szpitalną tacę, na której stała obiecana zupa i kanapka. Ginny usiadła i pozwoliła Madam Pomfrey ustawić tacę na kolanach. – Proszę jeść. To jest bardzo lekkie. Potem damy coś na sen. Ma pani niewielką gorączkę i oznaki wyczerpania, ale rano będzie znacznie lepiej. Powiadomiłam profesor McGonagall, że była pani chora. Porozmawia z innymi nauczycielami w pani sprawie, ale następnym razem proszę od razu przyjść do mnie, jeśli chce pani dostać usprawiedliwienie.

Ginny skinęła głową.

- Świetnie.

Pielęgniarka odwróciła się w stronę łóżka Draco i wyprostowała się. Wyciągnęła różdżkę, machnęła nią i dziwna, płaska, mokra rzecz pojawiła się na jej dłoni.

- Poproszę lód, panie Malfoy – powiedziała energicznie i, jak poprzednio, wysunęła się blada ręka i oddała lód – Proszę rozsunąć zasłony.

Draco rozsunął, a Madam Pomfrey przymocowała tę dziwną rzecz do jego opuchniętej wargi, na samym środku szerokiej i zakrwawionej rany. Draco drgnął kilka razy, ale nie jęknął, ani nie narzekał tym razem. Ponad ramieniem pielęgniarki spojrzał na Ginny.

Ginny uśmiechnęła się do niego ze współczuciem. Może tylko jej się tak wydawało, ale chyba mu to pomogło. Wyprostował się i już więcej się nie wzdrygnął.

- Proszę zostawić ten plaster na piętnaście minut – powiedziała Madam Pomfrey. – Eliksir działa bardzo szybko, zapobiegnie powstaniu blizny. Potem zamknę ranę i będzie pan wolny.

Nie podziękował jej, a pielęgniarka odeszła. Ginny zastanowiła się, jak to jest być osobą, która nie dziękuje ludziom. Jej mama byłaby zbulwersowana... Ginny była zbulwersowana! Ale wyglądał tak żałośnie z wargą oblepioną czymś, co wyglądało jak gaza i błoto, a poza tym zachował się raczej dzielnie, przez parę sekund. Pochlebiała sobie, że to była jej zasługą. Bardzo miłe uczucie.

- Kanapkę? – zaoferowała cicho, chcąc jednocześnie być miłą i w nadziei, że zje za nią jej obiad.

Draco uniósł brwi i dotknął dolnej wargi.

- Chy'a nie 'ogę – wymamrotał.

- O, racja! – Ginny odłożyła kanapkę, czując się raczej głupio. – Przepraszam.

Draco uśmiechnął się złośliwie, potem zmarszczył brwi. Wykrzywił się i dźgnął plaster czubkiem palca.

- Nie ruszaj tego – upomniała go Ginny.

- Fcypie.

Ginny zachichotała i zaczęła jeść rosół. Był smaczny – może rzeczywiście była głodna. Czuła się o wiele lepiej, niż gdy tutaj przyszła. Spróbowała kanapki i okazało się, że ta też nie stanęła jej w gardle.

Siedzieli w zgodnej, prawie przyjacielskiej ciszy, gdy zza drzwi dobiegł tupot nóg i krzyki. Ginny zamarła. Wydawało jej się, że usłyszała Rona, ale było z nim więcej osób. Spojrzała na Draco, który przyglądał jej się przez chwilę, a potem obydwoje odwrócili się, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. Był tam Ron, Ginny dostrzegła Hermionę i Harry'ego na korytarzu za nim i serce jej przyspieszyło. Co oni tutaj wszyscy robili? Wiedziała, że Draco ich nie widział, jego zasłony były tylko odrobinę uchylone. Z ulgą zarejestrowała, że zasłonił je do końca.

- Ginny – wydyszał Ron wbiegając do sali. – Wszystko w porządku?

Ginny rozejrzała się na boki, niepewna, co miał na myśli.

- Chyba... tak... Co ci się stało? Dlaczego biegłeś? Ktoś jest ranny?

Ron spojrzał na łóżko, na którym leżał Draco i wskazał palcem zasłony.

- Kto tam jest?

Ginny spojrzała na niego dziwnie.

- Przed chwilą przyszedł tutaj Malfoy z rozwaloną wargą – powiedziała powoli i odłożyła łyżkę. – Czemu pytasz?

- Co się stało? – zapytał gorączkowo Ron. – Zrobił coś?

- Yyy... Tak, chyba sobie plaster przylepił.

Zza zasłon dobiegł stłumiony chichot. Ron odwrócił się na pięcie.

- Malfoy, coś cię rozśmieszyło?

Draco nie zdążył odpowiedzieć. Ktoś jeszcze wpadł do szpitalnego skrzydła, stukając obcasami, powiewając szatami, z rozwianymi włosami, z bardzo różową szminką. Pansy rzuciła Ronowi naprawdę paskudne spojrzenie - aż Ginny miała ochotę rzucić w nią kanapką – i bardzo zaborczym gestem odsunęła zasłony.

- Och, Draco! – zagruchała.

Ginny nigdy nie miała dobrego zdania o Pansy Parkinson, zwłaszcza po bożonarodzeniowym balu, który ta spędziła owinięta wokół Draco jak jakiś bardzo gadatliwy płaszcz, ale teraz, obserwując jak skakała wokół niego i starała się dotknąć jego ust, Ginny poczuła dziwne pulsowanie w skroniach, które nie miało nic wspólnego z bólem głowy. Miała ochotę zrobić coś więcej, niż tylko rzucić w nią kanapką. Miała ochotę kopnąć Pansy i to mocno.

- Dobrze się czujesz? – paplała dalej Pansy, jej głos aż ociekał najbardziej fałszywym współczuciem, jakie Ginny kiedykolwiek słyszała. – Milicenta powiedziała, że zostałeś zaatakowany – ponad ramieniem rzuciła gniewne spojrzenie na Rona. – Naprawdę, nie wiem, jak cię w ogóle mogli tutaj wpuścić po tym, co mu zrobiłeś - syknęła. – Jesteś niebezpieczny!

Hermiona i Harry weszli do sali, stanęli przy łóżku Ginny i utkwili w Pansy rozzłoszczone spojrzenia. Pansy nagle stwierdziła, że mądrzej będzie zająć się Draco.

Ginny starała się złowić jego spojrzenie, przekonać się, co o tym wszystkim sądził, ale kompletnie odwrócił głowę.

- Sprowadź Pomfrey – usłyszała. – Chcę stąd natychmiast wyjść.

Pansy skinęła głową i wśród trzepotu popędziła na tył sali. W ciągu sekundy była z powrotem z Madam Pomfrey depczącą jej po piętach.

Bez żadnych ceregieli pielęgniarka oderwała plaster z ust Draco. Ginny poczuła gniew na ten widok. Był nieuprzejmy, to prawda, ale ona była dorosła.

Madam Pomfrey przytknęła czubek różdżki do jego rozciętej wargi. Draco zacisnął zęby. Ginny przyglądała się, jak brzegi rany łączą się. Zobaczyła, jak jego oczy na sekundę spoczęły na niej. Zanim pomyślała, uniosła place do ust.

- Będziesz wymiotować? – zatroszczył się Ron.

Ginny od razu opuściła rękę, uderzając nią o tacę. Skrzywiła się.

- Nie, wszystko w porządku.

Gdy Pansy pomagała Draco wstać, Ginny na wszelki wypadek utkwiła spojrzenie w zupie. Obydwoje wyszli z sali, a drzwi zatrzasnęły się za nimi.

Ginny odetchnęła i opadła na poduszki.

- No i chwała bogu – powiedział Ron i z hukiem opadła na krzesło stojące przy głowie łóżka. – A teraz mów prawdę: zrobił ci coś? Naprzykrzał ci się?

Zmarszczka pomiędzy oczami Rona wyglądała na prawdziwe zmartwienie i Ginny stwierdziła, że zasługuje na prawdziwą odpowiedź. Nie mogła jednak powiedzieć całej prawdy.

- Nie sprawiał żadnych kłopotów – powiedział, ignorując baczne spojrzenie Hermiony. – Kiedy tutaj przyszedł, wrzeszczał, że ty i Fred, i George rozcięliście mu wargę. Co się stało?

Ron wzruszył ramionami.

- Martwiliśmy się o ciebie.

- Ron – westchnęła Ginny – przysięgam, że ci powiem, jeśli będzie jakiś powód, żeby się martwić, dobra? Nie ma żadnego.

- On sprawił, że zabrzmiało to inaczej – powiedział Ron i potrząsnął głową – Mówię ci, prosił się, żeby go mordę strzelić.

- Czemu? Co takiego powiedział? – Ginny prawie nie chciała wiedzieć. Nie chciała usłyszeć, że znowu ich obrażał, ich rodziców, dom, finanse. I nie chciała słyszeć, jak bardzo Ron go nienawidził. Wszystko to bardzo ją dręczyło, ale nie mogła tego powiedzieć Ronowi. Ani nikomu innemu. Nikt z jej przyjaciół i rodziny by nie zrozumiał.

- Powiedzieliśmy mu, że Katie Bell widziała was, jak rozmawialiście nad jeziorem. Czy to prawda? – Ron przyszpilił ją spojrzeniem.

Ginny roześmiała się.

- Co? – powiedziała tonem sugerującym, że już sama myśl o tym była śmiechu warta.

Zdumiało ją, jak dobrze potrafiła kłamać. Na twarzy Rona odmalowała się ulga.

- Tak myśleliśmy. Malfoy powiedział, że to plotka, ale przecież jemu nie mogliśmy uwierzyć. Zwłaszcza, że potem zaczął nawijać, że tak naprawdę byliście tam na randce.

- Co? – tym razem nie musiała się wysilać, żeby w jej głosie zabrzmiało niedowierzanie. Jej serce wykonało salto.

Ron kiwnął głową.

- I powiedział jeszcze, że walnął Harry'ego tylko dlatego, że poświęcasz mu tyle uwagi i to łamało mu serce-

- Ron! – Hermiona była wściekła.

Harry był bardzo, bardzo czerwony.

Ginny ledwie usłyszała kłopotliwą część.

- Dr... – zaczęła, ale w porę ugryzła się w język. – Malfoy tak powiedział? O mnie?

Ron oczywiście uznał, że Ginny poczuła się obrażona i kiwnął głową.

- Tak, wiem. On jest nienormalny.

- Ja łamię mu serce? – wezbrał w niej śmiech. – On tak powiedział?

Ron parsknął.

- Jakby w ogóle miał serce.

- I powiedział ci, że byliśmy na randce?

- Tak, powiedział, że tego dnia, kiedy rozmawialiście na schodach, umawialiście się na randkę – pamiętasz?

Ginny wyrwał się następny wybuch śmiechu. Nie mogła się powstrzymać. Draco stał tam i prosto w oczy powiedział im całą prawdę – albo coś, co było bliższe prawdy, niż jakakolwiek wersja, na którą mogliby sobie pozwolić w innych okolicznościach – i jeśli za ten żart zapłacił tylko rozciętą wargą, to mógł uważać się za szczęściarza. Ginny nigdy nie podejrzewała go o poczucie humoru. Poklepała Rona po ramieniu ciągle się śmiejąc.

- Nie dziwię się, że go uderzyłeś – powiedziała z czułością. – Chcesz zjeść resztę mojej kanapki? Madam Pomfrey powiedziała, że nie dostanę eliksiru nasennego dopóki nie zjem wszystkiego. Już się najadłam i jestem zmęczona.

Ron wpakował kanapkę do ust i przełknął niemal nie gryząc, dokładnie w momencie, gdy Madam Pomfrey odsunęła zasłony z drugiej strony. Ginny podskoczyła.

- Wszystko słyszałam, panno Weasley – powiedziała pielęgniarka – ale skoro była pani tak posłuszną pacjentką pod każdym innym względem – proszę.

Postawiła dymiący puchar na szafce nocnej i zabrała tacę.

Ginny wypiła wywar tak szybo, jak mogła. Ten dzień okazał się dużo lepszy niż mogłaby sobie wyobrazić i chciała go zakończyć w tej chwili, zanim coś się nie zepsuło. Nic nie zostało rozwiązane, ale z jakiegoś powodu kłopoty nie wydawały się już takie straszne, jak jeszcze dwie godziny temu. Umościła się na poduszkach i spojrzała do góry na Rona – nie chciała ryzykować spojrzenia na Hermionę. Albo Harry'ego. Mogłaby uznać, że to, że Harry przyszedł tu z Ronem, coś znaczyło. Kilka tygodni temu by tak było. Ale tak naprawdę to nic nie znaczyło, a Ginny była na tyle mądra, żeby nie czepiać się fałszywej nadziei. Nie przyszedł tu dla niej, tylko dla Rona. Ginny uśmiechnęła się do brata i oczy jej się zamknęły. Poczuła jeszcze, jak zmierzwił jej włosy.

- 'branoc – wymamrotała.

- Dobranoc – odpowiedział Ron.

Usłyszała trzy pary stóp wychodzące z sali szpitalnej. Drzwi się zamknęły, a Madam Pomfrey przygasiła światła.

Ginny zasnęła z ręką przyciśniętą do ust, śniąc, że czarnowłosy chłopiec bez okularów i z opuchniętą wargą oskarżał ją, że złamała mu serce.