Przestrzeń czasowa tej części: sierpień 1941 roku.
Lying in that Sound, Tonight - część 12
Było mgliście.
Alfred ledwo widział, co działo się wokół niego – czyli na pokładzie amerykańskiego okrętu flagowego Floty Atlantyku, Augusty. Spojrzał na otulony mgłą horyzont, wypatrując brytyjskiego pancernika, Prince of Wales, który miał stawić się na spotkanie z nimi w Placentia Bay. Nie pojawiła się jeszcze żadna oznaka statku, a Alfred powstrzymywał się od myślenia o scenariuszu, w którym okręt wojenny wraz z eskortą niszczycieli napotyka jakieś kłopoty, musi zaangażować się w bitwę morską i przegrywa. Był świadomy tego, że zachowuje się irracjonalnie, jednak i tak wciąż niepewnie stukał palcami o swoje skrzyżowane na piersi ramiona.
Prezydent stał gdzieś z tyłu i rozmawiał ze swoim synem o czymś związanym z polityką, ale nie z Brytyjczykami. Chyba coś o wewnętrzno krajowym zysku albo… Alfred odciął się od tego i słuchał tylko jednym uchem – jego myśli przez cały czas wybiegały do wojny, która toczyła się za tymi wodami. Opuścił ręce. Postukał palcami o udo; nie wiedział, co robić. Przełknął ciężko i przestąpił z nogi na nogę. Znów połknął ślinę. Wypuścił powietrze, usiłując zachować spokój.
Był w domu już dosyć długo i mógł przyznać przed sobą, iż nie może doczekać się zobaczenia Arthura – tak trochę. A może po prostu cieszył się, że będzie mieć coś do roboty. Siedzenie w domu i praca przy papierach nie podnosiła go zbytnio na duchu. Im więcej o tym myślał, tym bardziej był nieszczęśliwy, bo nie mógł zrelaksować się w swoim domu bez wrażenia, że czegoś mu brakuje. To nie tak miał się czuć – powinien bez względu na wszystko czuć się tu jak u siebie, bezpiecznie, wygodnie i potrzebnie. Nie jak cudzoziemiec, który tylko odwiedza obcy kraj.
Ucieszył się jednak na to spotkanie, kiedy prezydent zaproponował mu, aby w nim uczestniczył. Alfred miał przeczucie, że Arthur tu będzie – a nawet gdyby nie, wciąż miło było się w coś zaangażować. Chociaż nie wyczekiwał Churchilla aż tak bardzo, ale pocieszał się tym, iż premier pewnie będzie zbyt zajęty Rooseveltem, aby zwrócić na Alfreda uwagę. Naród nie miał ochoty na jego nalegania i ponaglenia.
Dało się tutaj jednak odczuć cień nerwowości. Roosevelt i Churchill byli primadonnami. Obaj byli charyzmatyczni i obaj chcieli być w centrum zainteresowania. Alfred martwił się, czy dojdą do porozumienia. Ponownie omiótł spojrzeniem zatokę i zamrugał. Chciał, żeby wszystko poszło dobrze…
Czemu cię to obchodzi…
- Pewnie myślą, że przystępujemy do wojny – powiedział Alfred cicho do siebie.
- Bez wątpienia – dobiegł go zza pleców głos Roosevelta i Alfred niemal podskoczył z zaskoczenia. Odwrócił się w stronę prezydenta, który teraz stał obok niego i, tak samo jak Alfred, spoglądał w kierunku zatoki, wyglądając brytyjskiego pancernika. Alfred nie mógł odczytać wyrazu jego twarzy.
- A przystępujemy? – spytał, czując jak serce naciska mu na klatkę piersiową w stabilnym, pulsującym rytmie.
- Ach, już są. – Roosevelt wskazał w stronę zatoki.
Alfred podniósł głowę i stwierdził, że Prince of Wales, pokryty bliznami po ostatnich starciach na oceanie, faktycznie płynie w ich kierunku. Alfred wyprostował się i podszedł bliżej krawędzi pokładu, przypatrując się statkowi. Nie odrywał od niego wzroku. Obserwował, jak okręt i jego eskorta niszczycieli kieruje się w stronę amerykańskiej floty. Alfred wypuścił powietrze – wyszło mu to odrobinę bardziej drżąco, niż zamierzał.
Orkiestra amerykańskiej marynarki zaczęła stroić instrumenty. Roosevelt odwrócił się i przespacerował się – przynajmniej na tyle, na ile był w stanie, dodał Alfred w myślach – do miejsca, w którym stał wcześniej. Trzymał swojego syna za ramię, jego ruchy były urywane i niepewne, ale szedł wyprostowany i ponury.
Alfred czekał. Spojrzeniem śledził brytyjski okręt.
Nie musiał czekać długo.
Orkiestra zaczęła grać „Boże, chroń króla", gdy Brytyjczycy wchodzili na pokład Augusty.
Roosevelt uśmiechnął się, gdy dostrzegł Churchilla.
Nastała chwila ciszy, kiedy to mężczyźni zmierzali w swoim kierunku, twarzą do siebie, na tym samym statku. Milczenie ciągnęło się, dopóki nie przerwał go premier.
- Nareszcie, panie prezydencie.
- Cieszę się, że jest pan na pokładzie, panie Churchill – odpowiedział Roosevelt. Wciąż radośnie się uśmiechał. – W końcu się spotkaliśmy.
Churchill również uśmiechnął się szeroko i kiwnął głową.
- Tak, istotnie.
Wtedy odczytał list od króla Jerzego VI. Ekipa dźwiękowa zbliżyła się do niego i starała się go nagrać. Urządzenie nie zapisało przemowy. Churchill ją powtórzył. Dźwiękowcy znów nie zdołali jej uchwycić.
Alfred oderwał oczy od przywódców i poszukał wzrokiem Arthura. Po Churchillu na pokład weszli jego ludzie, Harry Hopkins, kilka osób, których Alfred nie rozpoznał i wreszcie Arthur, chociaż nie bez odrobiny trudu. Jego ręka już się zrosła, ale wciąż była słabsza od drugiej i sprawiła mu trochę kłopotu, gdy wchodził na statek.
Arthur podniósł wzrok z podłogi, kiedy stanął już stabilnie, i zobaczył Alfreda. Nie uśmiechnął się, ale wyglądał, jakby odrobinę się rozluźnił. Delikatnie, tak, że można było tego nie zauważyć. Skinął głową w kierunku Alfreda i nagle wszystko wydawało się lepsze, cieplejsze. Alfred wiedział, że uśmiecha się szeroko, ale nie przejmował się tym. Podszedł do Arthura.
Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Arthur wyciągnął rękę. Odwrócił oczy od Alfreda, odrobinę marszczył brwi i oferował młodszemu krajowi dłoń. Alfred, dalej uśmiechając się szeroko, chwycił ją mocno i potrząsnął.
- Cześć, Arthurze.
- Alfredzie – przywitał się tamten cicho. Jego oczy zamigotały, kiedy znów spojrzał na Alfreda. – Zastanawiałem się, czy przyjedziesz tu ze swoim prezydentem.
- Nie przegapiłbym tego.
- Hm, rzeczywiście – mruknął Arthur i puścił rękę Alfreda, który zatęsknił za ciepłem dłoni drugiego mężczyzny.
- Jak minęła podróż?
- Tylko pięć dni – odparł Arthur i pokręcił głową. Nie patrzył na Alfreda, spojrzenie kierował bardziej na premiera i Roosevelta. Milczał przez chwilę, po czym westchnął. – Od dawna nie byłem już w Nowej Fundlandii.
- Nie mam pojęcia, czemu się tak uparłeś, żeby przyjechać, ale – rzekł Alfred ze śmiechem – w porządku.
- Idziemy? – spytał Arthur, gestem wskazując prezydenta, premiera oraz grupę Brytyjczyków i Amerykanów, którzy zmierzali do miejsca, gdzie został przygotowany obiad.
- Jasne – przytaknął Alfred i wyprzedził Arthura, aby go poprowadzić.
To było przyjemne, ale też jakoś nienaturalne. Brakowało mu rozmów z Arthurem – nawet nie próbował dochodzić czemu – i spędzania z nim czasu. Minął już w końcu ponad miesiąc. Ale wyglądało na to, że Arthur nic się nie zmienił. Alfred chciał upewnić się, że nic mu się nie stało; nie słyszał o żadnych większych bombardowaniach podczas tych nocy, kiedy zasypiał przy dźwięku radia BBC. I wiedział, jak to jest zostać oddzielonym od swojego kraju, a Arthur również z pewnością to czuł. To mogło być denerwujące, nawet jeśli podróż trwała tylko pięć dni, a konferencja miała zająć następne cztery. Jeśli Arthur czułby się nieswojo, Alfred mógłby mu pomóc.
Bawił się swoją koszulą, w kółko odpinając i zapinając guziki. Nerwowo przełykał ślinę.
Obiad poszedł dobrze. Pod koniec Churchill i Roosevelt mówili do siebie po imionach. W ogólnym rozrachunku ich mniemania o sobie nie przytłaczały konferencji. Obydwaj, jak myślał Alfred, trzymali swoje ega na smyczy. Pewnie było jeszcze za wcześnie, by wiedzieć coś na pewno, bo minęło dopiero kilka godzin wizyty, ale jak na razie wszystko szło dobrze. Churchill i Roosevelt rozmawiali ze sobą i śmiali się.
Już po obiedzie, Alfred niechcący usłyszał, jak premier szeptem pytał Averella Harrimana, czy ten uważa, że Roosevelt go lubi.
Alfred rzucił spojrzenie na swojego prezydenta, który wydawał się być w dobrym nastroju, odkąd tylko Churchill pojawił się na pokładzie.
Założyłby się, iż odpowiedź na pytanie premiera była jak najbardziej twierdząca.
Chyba nawet Arthur był w dobrym humorze. Nie uśmiechał się, ale w wyrazie jego twarzy dało się zobaczyć wesołość, podczas gdy on sam rozmawiał z ludźmi, którzy siedzieli obok niego.
Dwaj przywódcy śmiali się teraz razem, żartowali nieformalnie. Podążyli w kierunku sali obrad, aby zacząć właściwą część konferencji – omówienie celów lat walki i powojennego świata. Alfred postanowił nie brać udziału w spotkaniu, i, ku jego zadowoleniu, Arthur również nie poszedł za grupą, która udała się do sali obrad na okręcie flagowym.
- Mam coś dla ciebie – powiedział Alfred, gdy ludzie się rozeszli. Arthur spojrzał na niego niepewnie.
- Tak?
- Chodź – rzekł Alfred i bardzo lekko złapał Arthura za nadgarstek. Pociągnął go, a Arthur wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale ostatecznie ustąpił i pozwolił się poprowadzić.
Przemierzali wnętrze statku, szukając kabiny Alfreda. Młodszy kraj uśmiechnął się szeroko.
- Nigdy nie przyzwyczaję się do łodzi…
- Statków… – przerwał mu Arthur. Alfred go zignorował.
- …wszystkie te korytarze są naprawdę mylące. Mogliby dać mi samolot.
Znalazł właściwe drzwi, otworzył je i wciągnął Arthura do małego pomieszczenia.
Arthur rozejrzał się po pokoju, marszcząc brwi, a Alfred przekopywał się przez swoje rzeczy.
- Dziwne, że nie dali ci jakiegoś lepszej kajuty.
- Nie przeszkadza mi to, sam nalegałem. Myślę, że to wam przydzielili te wszystkie najlepsze pokoje – tak na wypadek, gdybyście nie chcieli wracać na swoją głupią łódź – powiedział Alfred, chowając twarz w ubraniach, które odrzucał na bok jak popadnie, by dostać się do czegoś, co było pod nimi. – Tutaj jest!
- Co? – zapytał Arthur, w mgnieniu oka porzucając kazanie, które miał zamiar prawić Alfredowi za nazwanie okrętu „łodzią" i sugestię, iż jego statek był głupi. Alfred wyprostował się, wyciągając torbę spod niewielkiej kupki ubrań.
Alfred uśmiechnął się, zaczął grzebać w torbie i wyciągnął z niej pomarańczę.
- Ta dam!
Arthur dalej na niego patrzył, a w jego obojętnym wyrazie twarzy pojawiły się maleńkie rysy.
- Och.
Alfred dał mu pomarańczę, a potem znów przeszukał torbę i wyciągnął kolejne dwie.
- Proszę. Nie chciałem dać ci za dużo, bo zepsułyby się i nie smakowałyby najlepiej.
Arthur spoglądał na owoce, a jego dłonie lekko drżały.
- Rozumiem.
- Mam też inne rzeczy.
- No cóż, ja nie mam rąk, w których mógłbym je utrzymać.
- W takim razie możesz wziąć też torbę – stwierdził Alfred, wzruszając ramionami. Zaczął pokazywać inne rzeczy, które przywiózł Arthurowi: więcej papierosów, kilka cebul, wędzone mięso. Alfred uśmiechnął się szerzej, kiedy zobaczył, jak drugi mężczyzna na widok prezentów szeroko otwiera oczy. Arthur trochę trzęsącymi się dłońmi włożył pomarańcze do torby i wziął ją od Alfreda.
- To naprawdę jest za wiele… – zaczął.
- Nieważne, zatrzymaj to. Wiem, że je chcesz. I nie mam nic przeciwko temu, żeby je tobie dać… Znaczy się, chcę ci je dać. – Alfred wciąż się uśmiechał i poczuł rumieniec na twarzy. – Potraktuj to jako zapłatę za te całe jedzenie, które ci zjadłem, kiedy cię odwiedzałem.
Arthur zamknął oczy, wypuścił powietrze i lekko skinął głową.
- Tak. No cóż.
Zapadła cisza. Arthur więcej się nie odezwał, a Alfred czuł się coraz bardziej niezręcznie. Przestąpił z nogi na nogę, podniósł rękę, by podrapać się po karku. Serce waliło mu w piersi. Był szczęśliwy – Arthur wyglądał na szczęśliwego, więc on też się cieszył.
Ciężko przełknął ślinę.
Czemu cię to obchodzi…
Znów połknął ślinę i odchrząknął. Arthur spojrzał na niego z ciekawością.
- Och, eee… – zająknął się, gdy doszło do niego, że odchrząknięcie mogło brzmieć jak próba zwrócenia na siebie uwagi. Przygryzł wnętrze policzka. – No to… podoba ci się to wszystko? Jest dobre?
Arthur przez długi moment na niego patrzył, a potem zarumienił się i opuścił głowę. Również odchrząknął.
- Tak. Ja… – zamilkł i poruszył się zakłopotany pod spojrzeniem Alfreda. – Dziękuję ci, chłopcze.
Alfred poczuł ciepło rozprzestrzeniające się w piersi i przytaknął.
- Proszę! Cieszę się!
Arthur ponownie skinął głową. Nie odezwał się ani nie spojrzał na Alfreda. Mocno przyciskał do siebie torbę.
Alfred, gdy popołudniu przechodził obok jednych z drzwi, usłyszał krzyk Churchilla.
- Musicie do nas dołączyć! Musisz wypowiedzieć wojnę bez czekania na to, że pierwsi uderzą po tym, jak pójdziemy na dno, bo inaczej ten cios będzie też ich ostatnim! Jeśli chcesz przetrwać, to musisz się do nas przyłączyć!
- Nie mogę, Winstonie – odparł spokojnie Roosevelt. Alfred przysunął się bliżej szczeliny między drzwiami a framugą, żeby lepiej słyszeć; drzwi były uchylone, aby wpuścić powietrze. – Kongres i Amerykanie nie chcą tego konfliktu.
- Ale musisz…
- Nie mogę – przerwał mu Roosevelt. – Waszyngton niemal nie dopuścił rocznego przedłużenia poboru do wojska. Przeszło jednym głosem. Kongres nie chce wojny.
- Miałem wrażenie, że wezwałeś nas tutaj, żeby poinformować nas, że wypowiesz im wojnę!
- Nie miałem na celu tak wprowadzić was w błąd.
- Ale po co zwołałeś tę konferencję?
- Z powodów, o których ci już powiedziałem. Sporządźmy oświadczenie, z którym obaj będziemy się zgadzać, ustalmy, jak według nas powinien wyglądać świat. Opiszmy cele tej wojny.
- Po co masz określać jej cele, skoro nawet do niej nie przystąpisz?
- Na Atlantyku zrobimy się bardziej prowokacyjni. – Ton Roosevelta złagodniał i zrobił się bardziej pocieszający, być może po to, by złagodzić odmowę.
Alfred słuchał uważnie.
- Zapewnimy zbrojne eskorty dla zarówno brytyjskich, jak i amerykańskich statków handlowych, o ile nie będą płynąć zbyt daleko od Islandii.
Premier był cicho przez moment.
- Nie mogę iść na wojnę, jeśli moi ludzie i kongres tego nie chcą – powiedział Roosevelt. – Nie mogę i tego nie zrobię. Ale… obiecuję ci, Winstonie, będę wyczekiwał zdarzenia, które uzasadni rozpoczęcie działań wojennych.
Premier wciąż milczał, a Alfred nie chciał nawet sobie wyobrażać, jak wyglądał wyraz jego twarzy.
- Ponadto poproszę kongres o kolejne pięć miliardów dolarów na Lend-Lease. Przyspieszę transport samolotów i czołgów do Wielkiej Brytanii.
Premier znów się nie odezwał.
- W zamian proszę, byś wraz ze mną głosił cele i zasady, które powinny rządzić powojennym światem, w tym tego, co uważam za najważniejsze, czyli prawo każdego narodu do samostanowienia.
- Zgoda – odparł w końcu Churchill. – Ale wiedz, Franklinie, że wolałbym deklarację walki i żadnego zaopatrzenia przez następne pół roku, niż dwa razy więcej zaopatrzenia bez żadnej deklaracji.
Alfred skulił się lekko, zamknął oczy i wypuścił powietrze. Odszedł.
Alfred znalazł Arthura na pokładzie; starszy kraj patrzył na ocean. Było cicho, słońce jeszcze nie zaszło. Woda zdawała się niemal nie poruszać i przypominała gładką taflę szkła. Gdzieniegdzie mgła wisiała jeszcze w powietrzu, lecz w większości dało się wyczuć jedynie ciepło letniego słońca.
Alfred podszedł do Arthura i tak jak on złożył ręce na poręczy. Wyspiarski naród nie spojrzał na niego, nie dał żadnego znaku, że go zauważył, lecz Alfred dostrzegł, jak jego ramiona delikatnie opadły. Patrzył, jak Arthur nieznacznie się rozluźnił, pozwalając swojej zawziętej gardzie na chwilę zniknąć.
Alfred nienawidził ciszy. Zawsze starał się znaleźć jakiś sposób, aby ją wypełnić.
Ale tym razem Arthur go prześcignął. Po kilku chwilach milczenia, to właśnie on przechylił głowę, aby rzucić na Alfreda okiem, po czym znów odwrócił spojrzenie w kierunku wody.
- Sądzisz, że to spotkanie zaowocuje tym, iż dołączysz do wojny?
Alfred zamrugał ze zdziwieniem, a potem powoli pokręcił głową.
- Nie.
Nie przeprosił, mimo że na końcu języka miał już słowo „wybacz". Arthur jedynie skinął głową i odwrócił się.
- Premier miał nadzieję, że tak by się stało. Ale ja nie byłem aż tak pewny.
Znów zapadło milczenie.
Arthur dalej patrzył na ocean. Miał niemal czuły wyraz twarzy, a wiatr nieznacznie poruszał jego włosami.
Alfred spojrzał na wodę, starając się dostrzec to, co widział Arthur, ale nic nie zobaczył.
- Naprawdę kochasz ocean, prawda? – spytał cicho. Wargi Arthura wykrzywiły się w uśmiechu. Wreszcie. Ten uśmiech był delikatny, jakby odległy, ale na pewno nie był wytworem wyobraźni Alfreda.
- Ciekawe, skąd też ten pomysł.
- Nie wiem. Zawsze po prostu na niego patrzysz. I za każdym razem wyglądasz wtedy tak spokojnie.
- A skąd wiesz, że nie myślę o niespokojnych rzeczach, kiedy patrzę na ocean? – spytał Arthur z opanowaniem.
- Nie wiem – przyznał Alfred.
Arthur zamruczał cicho. Na chwilę przechylił głowę i zdjął ręce z barierki, prostując się z westchnieniem.
- Tęsknię za tym – wyznał Arthur jakby od niechcenia. – Czasami.
- Och – mruknął Alfred, niepewny, co odpowiedzieć.
- Nie dlatego, że Niemcy panoszy się teraz na Atlantyku, oczywiście. Po prostu, to wszystko… Te lata minęły, a ja… – przerwał i westchnął. – Ja posunąłem się naprzód. Przeszłość już nie wróci. Tylko czasami ciągle zdarza mi się popadać w nostalgiczny nastrój. Kiedyś władałem morzami. Miesiącami byłem kapitanem statków i… to była taka wolność. Nie byłem tak związany polityką, jak jestem teraz.
- Ale…
Arthur kiwnął głową.
- Ale przeszłość już nie powróci. Nieważne, jak często będziesz patrzeć wstecz, pozostanie jedynie wspomnieniami. Tak to już jest.
- Arthurze…
Zamilkł, a Arthur westchnął po długiej chwili ciszy.
- To nie znaczy, że źle jest patrzeć w przeszłość. Ale jest różnica między spoglądaniem wstecz, pamiętaniem i tęsknieniem, a życiem przeszłością. Brakuje mi oceanu, owszem. Brakuje mi wielu rzeczy. Ale nie tęsknię za nimi na tyle, aby pragnąć cofnąć się w czasie.
Alfred nie odezwał się. Nie mógł nic powiedzieć.
Arthur znów skrzyżował ręce i oparł się o poręcz statku. Uśmiechał się lekko, niemal niewidocznie, niemniej Alfred to dostrzegł.
- Ach, coś mi się przypomniało.
Alfred przyglądał się, jak Arthur grzebie w swojej kieszeni i wyciąga z niej jedną z paczek papierosów, które dostał od młodszego narodu. Arthur otworzył ją i podsunął Alfredowi.
- Hę? – mruknął Alfred, lecz nie kłócił się. Pochylił się i chwycił ustami jednego papierosa. Trzymał go w wargach, tak, że ten zabawnie kołysał.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – rzekł Arthur niespodziewanie uroczystym tonem.
- Oddajesz mi coś, co ci dałem i nazywasz to prezentem urodzinowym? Naprawdę, straszny z ciebie pedant, Arthurze – odparł Alfred ze śmiechem. Śmiał się, bo nie wiedział, co innego może zrobić; poczuł otrzeźwienie skręcające się w trzewiach, mocno zaciskające się na sercu, aż nie mógł już normalnie oddychać. Słowa Arthura, jakże ciężkie i prawdziwe, wybijały się na pierwszy plan w umyśle Alfreda. Młodszy naród usiłował odpalić zapalniczkę, lecz letni wiatr powstrzymywał płomień przed zapaleniem papierosa.
Arthur się nie odezwał. Po chwili zbliżył się do Alfred i wziął od niego zapalniczkę, a wolną ręką zasłonił papierosa; po paru próbach udało mu się go zapalić. Alfred uśmiechnął się z wdzięcznością. Wziął oddech i go wypuścił, a mętny, szarawy dym go otoczył. Obaj przez dłuższy moment patrzyli prosto na siebie.
Alfredowi coś zwijało się w piersi. Słowa, które chciał wypowiedzieć – ale nie odezwał się, nie mógł się odezwać. Wszystko zalegało między nimi.
Arthur zamknął oczy i odwrócił głowę. Alfred wypuścił powietrze i również odwrócił wzrok. Znów oparli się o poręcz i spoglądali na ocean.
- Można niemal zapomnieć o wojnie, kiedy się tak na to patrzy – powiedział Arthur nagle.
Alfred, wdzięczny za przerwanie ciszy, uniósł spojrzenie znad swoich butów i spojrzał na Arthura.
- Naprawdę?
- Jest tu tak spokojnie. – Arthur opuścił powieki i wziął oddech. – Minęło dużo czasu, odkąd byłem po tej stronie oceanu.
- Och… no tak. Tak. – Alfred zadrżał mimo ciepłych promieni słońca, które padały na jego plecy.
Poruszył się niespokojnie. Patrzył na Arthura, który nie otwierał oczu i jedynie pozwalał wiatrowi dotykać swojej twarzy w powolnej, czułej pieszczocie. Alfred postąpił krok w jego stronę i uniósł dłoń. Sięgnął nią do policzka Arthura, żeby ten mógł się dowiedzieć…
Czemu cię to obchodzi…
…a wtedy przemyślał to trochę lepiej. Znów odwrócił się do oceanu.
- Spokojnie. Delikatnie. Pięknie. – Arthur wypuścił powietrze. – Ta część świata zawsze taka była. Nietknięta wojną. To pocieszające… że na świecie ciągle są miejsca, które naprawdę nie są w to uwikłane.
Alfred czuł, że zaczyna się rumienić. Jasne, technicznie rzecz biorąc byli w Kanadzie, ale… Cholera. I nie był niezaangażowany, nie był nietknięty. Chciał to powiedzieć, słowa nabrzmiewały mu w gardle…
Ale nie mógł tego zrobić…
- Jak myślisz, o czym rozmawiają? – spytał Alfred, by zmienić temat. Odwrócił swoją zarumienioną z zakłopotania i ze wstydu twarz.
- Nasi szefowie? – Arthur zabrzmiał, jakby był zaskoczony pytaniem, nagłym zwrotem w rozmowie.
- Tak – odparł cicho Alfred.
Arthur milczał przez moment.
- O drobnych szczegółach wojny. Przemocy. Słuszności ich sprawy – powiedział w końcu łagodnym i cichym tonem. Mówił gorzko, z dystansem – mówił, jakby wciąż ledwo się trzymał.
Alfred odwrócił się, aby na niego spojrzeć; nie mógł odwrócić wzroku. Dłonie mu się trzęsły. Chwycił się nimi poręczy, by chociaż trochę je ustabilizować, żeby Arthur nie zobaczył, jaki wpływ to wszystko miało na Alfreda.
Arthur spojrzał na niego, a ten po chwili pozwolił swoim oczom pochwycić jego wzrok – spoglądał prosto na niego i nie odwracał się. Arthur patrzył na niego przez długi i wypełniony ciszą moment. Badał go. Alfred czuł się, jakby był jakimś eksponatem. Nie wiedział, czemu Arthur przestał mówić.
- Wojna polega na tym, ile osób postrzega siebie jako ludzi – rzekł Arthur po chwili. – Tym razem nie jest inaczej.
- Ale…
- Każde pokolenie ludzi wierzy, iż ich wojna jest sprawiedliwą wojną. Iż ich wojna jest chwalebną wojną. Iż ich wojna jest największą wojną. Dostrzegają zmiany w walce, zmiany w społeczeństwie. Rozumieją różnice między sobą, a swoimi dziadkami i ich dziadkami. Lecz…
Przerwał.
- Arthurze? – spytał Alfred, a dzień nagle zrobił się zbyt chłodny jak na ciepły sierpień.
- Wojna nie polega już na walce jeden na jednego. A zarazem każda przecież jest taka sama. Szczególnie dla nas: patrzymy na wszystkie te wojny na przestrzeni lat i widzimy, że podstawowe rzeczy się nie zmieniają. Że tak naprawdę to w kółko to samo.
- No tak… – przytaknął Alfred, nie wiedząc, co powiedzieć.
Arthur westchnął, otworzył oczy i znów spojrzał na wodę.
- Mam nadzieję… To znaczy, chodzi mi o to, że…
- O co? – spytał Alfred cicho.
Arthur nie odpowiedział od razu.
- Mam nadzieję – rzekł powoli – że oni, to znaczy nasi szefowie, tym razem pomyślą o konsekwencjach, jakie niesie ze sobą przemoc. Mam nadzieję, że będą pamiętać, kto to zaczął, kto tym dowodzi i kto powinien zapłacić za to cenę. Wojny nie pojawiają się znikąd. Wojny nadciągają. Przez długi czas i, jak doskonale wiesz, wina zawsze leży po obu stronach, którym nie udało się zapobiec rozpoczęciu tych konfliktów.
Arthur zacisnął ręce na poręczy i jeszcze przez moment patrzył na wodę. Wiatr bawił się jego włosami, a kosmyki raz po raz zasłaniały mu oczy. Stanowczo patrzył na horyzont, w kierunku Londynu – walącego się, zniszczonego Londynu. Jego kraju. Alfred poczuł chłód sięgający aż do szpiku kości.
- Ale mam nadzieję, że… mimo to… wezmą pod uwagę, co tak naprawdę jest w ich życiach najważniejsze, a co jest zwykłym głupstwem, graniem pod publikę, udawaniem, egoizmem – rzekł cicho Arthur, po czym zamilkł i spuścił głowę. Alfred obserwował, jak jego ramiona delikatnie się opuszczają.
Patrzył, jak Arthur drży i odrobinę zwija się w sobie. Znów wypuścił powietrze.
- Arthurze… – zaczął.
Starszy kraj pokręcił głową i wyciągnął ramiona tak, że jego ręce zwisały teraz bezwładnie za barierką; sięgał do oceanu, ale nie mógł go dotknąć. Alfred przysunął się bliżej niego pod pozorem patrzenia na chmury, mgłę i słońce. Poniewczasie przypomniał sobie o papierosie i dalej palił go w ciszy. Przez parę minut nie wymielili między sobą ani słowa, lecz Alfred nie dał rady pozbyć się rumieńca ze swoich policzków. Przynajmniej Arthur tego nie zauważył, bo na niego nie patrzył.
- Wygląda na to, że ludzie zawsze mogą nauczyć się czegoś więcej – wymamrotał Arthur. – Kiedy tylko przychodzi wojna, kiedy przychodzi cokolwiek. Kiedy tylko jeszcze żyją.
Alfred skończył papierosa. Wyrzucił go za barierkę i patrzył, jak wpada do wody.
- Gadasz bez sensu – powiedział ze śmiechem.
- Tak – przytaknął poważnie Arthur. – Chyba tak.
Znów zapadło milczenie. Alfred zapragnął kolejnego papierosa.
Ale Arthur nagle na niego spojrzał, krzywiąc się i marszcząc brwi. Alfred drgnął z zaskoczenia, ale nie odwrócił oczu, kiedy spotkał wzrok Arthura. Czuł, że na policzki występuje mi coraz większy rumieniec. Nie mógł pojąć, czemu w ogóle…
- Chyba nie powinniśmy mówić, że nie zostało już nic, czego my moglibyśmy się nauczyć. Z tym, że my mamy czas.
- No tak – przytaknął Alfred, ale nie był pewien, czy się z tym zgadza.
Arthur skinął głową i znów ponuro odwrócił wzrok. Alfred przez chwilę się wahał, ale w końcu wyciągnął rękę i dotknął ramienia Arthura. Nie ścisnął go, bo bał się, że naruszy rany, które z pewnością wciąż kryły się pod ubraniem. Po prostu położył tam dłoń. Arthur nie odsunął się, więc Alfred miał nadzieję, iż była to jakaś pociecha.
Cztery dni minęły szybko. To, co zostało zdecydowane, mogło uchodzić za sukces.
Alfred patrzył, jak Roosevelt potrząsa najpierw dłonią premiera, a potem jego ochroniarza.
- Zaopiekuj się nim – powiedział poważnie. – Jeszcze trochę, a stanie się najwspanialszym człowiekiem na świecie. Tak naprawdę już może nim być.
Ochroniarz skinął głową, a Churchill rozpromienił się, po czym ponownie uścisnął dłoń prezydenta.
- Do zobaczenia, Franklinie – rzekł.
A Alfred patrzył, jak Brytyjczycy wchodzą na swój statek, by popłynąć z powrotem do Anglii. Alfred przygryzł wargę i spojrzał na Arthura, który, czekając na swoją kolej, przechodził obok niego.
Alfredowi zadrżały dłonie. Przełknął ślinę i, ignorując łomotanie w piersi, podniósł rękę, by dotknąć ramienia Arthura. Wyspiarski naród zatrzymał się i spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Nic ci nie będzie?
Arthur patrzył na niego sceptycznie i jakoś tak nienaturalnie.
- Słucham?
- Wiem, że Churchill pewnie nie jest teraz szczególnie zadowolony…
Arthur zamknął oczy i westchnął.
- Musisz zrozumieć, Alfredzie, że po naszej stronie oceanu takie wezwanie wyglądało jak pewny znak, iż przystąpisz do wojny. Dobre serce i intencje twojego prezydenta… on i tak woli kierować się opinią publiczną niż ją zmieniać.
- Tutaj jest inaczej – zaoponował Alfred, bo ponad wszystko inne chciał, żeby Arthur zrozumiał. – Prezydent nie przewodzi kongresem tak, jak twój premier parlamentem. To byłoby… niewłaściwe. Złamałoby równowagę.
- Prawdopodobnie tak – odparł cicho Arthur. Kiwnął głową. – Twój rząd został tak skonstruowany, że nie może szybko podejmować decyzji czy czegoś zmieniać. Tak jest stabilnie. Ale…
Wypuścił powietrze.
Alfred nie był pewien, czy jego słowa były komplementem czy obelgą.
- Szaleje powódź, Alfredzie – powiedział Arthur, patrząc na zatokę. Teraz była jego kolej, by zejść ze statku, ale się nie poruszył. Spojrzał na Alfreda. – A Ameryka da nam jedynie suche ubrania, ale tylko jeśli uda nam się dotrzeć do brzegu.
Alfred otworzył usta, żeby zaprotestować.
Arthur pokręcił głową.
- Nie. Ja… rozumiem. Zajęło mi to trochę czasu, ale rozumiem. Rozumiem tę postawę. Ale myślę, że zajęcie się tym trochę bardziej nie byłoby szczególnie dużym problemem dla twoich ludzi czy środków. Mówię to, bo… szczerze mówiąc, jestem rozczarowany wkładem w niesienie pomocy twoich ludzi. Ale rozumiem.
Arthurowi można śmiało zostawić popadanie w przenośnie. Alfred jednak zadrżał.
- Ja…
- Wiem – szepnął Arthur i podniósł dłoń, by bardzo lekko dotknąć policzka Alfreda. Ten chciał się wzdrygnąć, chciał jakoś zareagować, ale udało mu się jedynie wstrzymać oddech. Arthur nie zmienił wyrazu twarzy. – Wiem, Alfredzie.
Arthur w ciszy cofnął swoją rękę, ale Alfred nie pozwolił mu zabrać jej daleko; delikatnie chwycił go za nadgarstek i przytrzymał.
- Niedługo cię odwiedzę – obiecał. – Wrócę do Anglii.
Arthur zamrugał z zaskoczeniem i jego oblicze na moment złagodniało, jednak szybko znów pojawiła się na nim wyćwiczona neutralność.
- Rób, co zechcesz.
- Chcę przyjechać – odpowiedział Alfred skwapliwie. Mocno trzymał rękę drugiego mężczyzny.
Arthur kiwnął głową i powoli cofnął dłoń.
- Do zobaczenia, Alfredzie.
I odszedł.
- Zapewniam was wszystkich – mówił Roosevelt przez radio – że w wyniku spotkania w Nowej Fundlandii, Stany Zjednoczone nie są ani trochę bliżej przystąpienia do wojny, niż były wcześniej.
Alfred zmarszczył brwi i skrzyżował ramiona na piersi.
Tuż obok niego sekretarka wypisywała telegram, który miał zostać doręczony natychmiast, gdy konferencja się skończy.
- To od pana Churchilla – powiedziała.
- Co tam jest? – spytał Alfred, nie odwracając się od radia.
Kobieta zaczęła czytać. Alfred nie słuchał uważnie, bo zawiesił się po zdaniu: „Nie wiem, co może się stać, jeśli Anglia będzie zmuszona walczyć samotnie, kiedy przyjdzie następny rok."
- Mówią na to Karta Atlantycka – Alfred usłyszał, jak jeden z sekretarzy mówi do drugiego. – Churchill też nazwał to tak w parlamencie. Brzmi ładnie, prawda?
Alfred przejrzał dokumenty, całkowicie i kompletnie znudzony. W Stanach było za cicho.
To nie tak, że chciał wojny, ale zastój i sztywność zaczynały grać mu na nerwach.
Przejrzał inne papiery.
I kolejne.
I następne.
Wypił kawę.
Wypełnił więcej dokumentów.
I tak to się ciągnęło przez cały czas.
Winant przyjechał na lotnisko, żeby powitać Alfreda. Naród widział, jak ambasador uśmiecha się szeroko na jego widok i wiedział, że sam również to robi – uśmiecha się, jakby miało nie być jutra. Winant podszedł do niego i wyciągnął rękę, by wymienić się z nim uściskiem dłoni, lecz Alfred zignorował to i przytulił mężczyznę. Usłyszał ciche „auć" Winanta i przestał ściskać go aż tak mocno. Poczuł, że ambasador głaszcze go po plecach i cofnął się o krok.
- Cześć, ambasadorze.
- Dzień dobry, Alfredzie. Witaj z powrotem – odparł Winant z uśmiechem.
Alfred skinął głową i razem skierowali się w stronę samochodu.
To było… Czuł dziwną ulgę, że znów jest w Anglii. W jakiś sposób te tygodnie, które spędził w Anglii i te, podczas których go tu nie było, sprawiły, że ten krajobraz wyglądał dla niego znajomo. Znajome niebo, znajomy zapach powietrza, znajome odgłosy świata, które wydawała ta wyspa. Potrafił zrozumieć, nawet jeśli tylko trochę, dlaczego tak wielu ludzi usiłowało dostać się do Londynu z okupowanych terenów.
- Mam nadzieję, że nie zabraknie tu dla mnie pracy – powiedział Alfred z uśmiechem. – Dopóki tylko nie będzie to papierkowa robota.
- Zobaczę, co uda mi się zrobić – odparł Winant i wydawał się być zadowolony.
Alfred stał na placu, ambasada znajdowała się za jego plecami. Widok wciąż był przybijający. Sterty gruzy, wybite okna, zniszczone budynki – nikt tutaj nie miał materiałów potrzebnych na odbudowę. Ale to wszystko było jakoś boleśnie znajome.
Alfred włożył dłonie do kieszeni, uśmiechnął się i zakołysał się na piętach.
- Może powinienem pójść się z nim zobaczyć? – zapytał siebie. – Powiedzieć mu, że wróciłem.
Znów się zabujał; pomyślał o tym. Pamiętał, jak Arthur był na statku, ich rozmowy – to, jak z jakiegoś dziwnego powodu nie mógł odwrócić od niego wzroku ani przestać się rumienić.
Czemu cię to obchodzi…
Przestał się kołysać.
Obrócił się na pięcie i poszedł z powrotem do ambasady. Później przywita się z Arthurem – byle nie dzisiaj.
Odwiedził Arthura dopiero po tygodniu. Szedł do niego powoli. Gdy wchodził na schody, zobaczył, że w jednej ze ścian domu znajduje się ziejąca dziura, którą zakrywa tylko kawał płótna. Teraz to niczemu nie przeszkadzało, bo był sierpień i było ciepło, ale Alfred miał nadzieję, że ten idiota nie zostanie tutaj, kiedy przyjedzie zima – nieważne, czy w środku były jakieś zabytkowe dywany czy nie.
Zapukał. Nie wpadł do środka – miał wrażenie, iż od maja minęło za dużo czasu. Nie potrafił uzasadnić, czemu miałby samemu wchodzić do środka tylko dlatego, że miał na to ochotę. Zarumienił się na tę myśl i kilka razy odchrząknął.
Minęło już parę minut, ale drzwi w końcu się otworzyły. Brwi Arthura były zmarszczone, ale uniosły się ze zdziwienia, gdy zobaczył, kto stał na jego progu…
- Alfred? – spytał. – Wróciłeś.
- Tak, jakiś tydzień temu. – Alfred uśmiechnął się szeroko. – Dziwne, że twój szef ci nie powiedział. Albo coś takiego.
Arthur obruszył się i w milczeniu cofnął się o krok, szerzej otwierając drzwi. Alfred wszedł do środka i rozejrzał się – mieszkanie było czystsze niż ostatnim razem. Wciąż zakurzone, wciąż lekko zabałaganione, ale przynajmniej można było w tym chaosie dostrzec trochę porządku.
- Nie jestem zobowiązany do przebywania z premierem przez cały mój czas, dziękuję – powiedział Arthur, odwracając się plecami do Alfreda i wchodząc w głąb domu. Alfred poszedł za nim. – Masz dobre wyczucie chwili, chłopcze. Tym razem mam trochę herbaty – dopiero niedawno udało mi się jakąś dostać.
- Zostaw ją dla siebie – poradził Alfred. Kiedy szedł, patrzył na sufit, przyglądał się ścianom i rzucał spojrzenia na okna. – Nie ma sensu marnować jej na mnie.
Arthur wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale tylko odchrząknął. Alfred usiadł na krześle przy stole kuchennym i go obserwował.
- Wiesz, powinieneś błagać o herbatę – rzekł Arthur w stronę czajnika. – Masz szczęście, że mam gaz albo wodę.
- Ja mam szczęście? Chyba raczej ty.
- Gość zawsze ma więcej szczęścia – stwierdził wyszukanie Arthur. Woda na – przypuszczalnie – jego herbatę zaczęła się gotować. Alfred nie zamierzał pozwolić wcisnąć sobie filiżanki bez awantury.
- Tak, jasne, Arthurze. – Alfred oparł się na krześle i położył nogi na stole.
Arthur w mgnieniu oka do niego dopadł i uderzył go z taką siłą, że niewiele brakowało, by Alfred stracił równowagę i runął do tyłu.
- Co ty, do wszystkich diabłów, wyprawiasz! Zabierał nogi z mojego stołu. To…
- Antyk, antyk. Dobra, w porządku. Jezu.
- Nawet gdyby nie był zabytkowy, niegrzecznie jest robić coś takiego w cudzym domu!
- Dobrze, Jezu Chryste! – powiedział Alfred, a Arthur uderzał go, aż młodszy kraj siedział prosto na krześle. Alfred potarł głowę. – Cholera, Arthur.
- I lepiej to zapamiętaj, bo następnym razem odetnę ci stopy – rzekł Arthur z pogardliwym parsknięciem, ale Alfred odważył się sądzić, że w jego głosie dało się wyłapać odrobinę humoru…
Jakimś cudem zaczęli czuć się swobodnie w swoim towarzystwie.
Co się właśnie do cholery stało?
USS Augusta – amerykański krążownik ciężki typu Northampton. Okręt, zbudowany w 1930 roku, służył w latach 1931-1946 i brał udział w działaniach wojennych na Atlantyku i Morzu Śródziemnym podczas II wojny światowej.
Nazwę HMS "Prince of Wales" (pol. Książę Walii) nosiło 7 okrętów marynarki brytyjskiej Royal Navy; najbardziej znany z nich to pancernik z okresu II wojny światowej. Statek, o którym mowa w dzisiejszym rozdziale to siódmy „Książę".
Placentia Bay – zbiornik wodny na południowo-wschodnim wybrzeżu Nowej Fundlandii.
Karta Atlantycka – ośmiopunktowa deklaracja podpisana „podczas wydarzeń na statku". Określała cele polityki Wielkiej Brytanii i USA w okresie II wojny światowej i po jej zakończeniu oraz zasady powojennych stosunków międzynarodowych.
Notka: Rozdział niebetowany, przepraszam za błędy.
