Betowała Jasmin Kain.
Rozdział 12
Czarny pies upadł na bok, dysząc ciężko. Jego sierść była mokra, przeszywające zimno sparaliżowało całe ciało. Przepłynięcie Morza Północnego wyczerpało go całkowicie. Przymknął oczy i wysunął język. Po chwili głośno zaskomlał.
Wiedział, że jest zdany sam na siebie. Leżał i nasłuchiwał. Potężne fale wznosiły się i z impetem uderzały w skały.
Pies uniósł łeb i wstał powoli. Był mocno osłabiony, z trudem utrzymywał równowagę. Jedno wiedział na pewno. Musiał się stąd wynieść i to jak najszybciej.
Otrząsnął się i ruszył przed siebie.
Syriusz uznał, że ptak był gotowy. Cofnął kij, który trzymał nad ogniskiem i zdjął jego zawartość. Nie wiedział, co za gatunek zabił, ale niewiele go to obchodziło.
Najważniejsze, że mógł coś zjeść. Ptak pachniał całkiem zachęcająco. Rozerwał mu brzuch i wydobył palcami trochę mięsa. Jadł szybko i nerwowo.
Znajdował się w głębi lasu, lecz mimo to czuł się niepewnie. Gdy już się posilił, ugasił ognisko i przemienił w psa. Miał niewiele czasu, ale wiedział, że musi to zrobić. Inaczej nie zazna spokoju.
Znał ten cmentarz. Wielu czystokrwistych decydowało się spocząć właśnie tutaj. Wybierali miejsca jeszcze za życia. On również to zrobił. Nie względem siebie – kawałek ziemi, który wykupił, przeznaczony był dla jego szwagra. Shelly, pogrążona w rozpaczy, nie była w stanie się niczym zająć. Wspólnie z Remusem załatwili potrzebne formalności i zajęli się organizacją pogrzebu.
Teraz znowu tu był. Tym razem jako pies. Grób był skromny – duża szara płyta pionowo wbita w ziemię. Żadnych kwiatów. Poczuł złość. Andromeda mogłaby tutaj częściej zaglądać. Przeniósł wzrok z usypanej ziemi na nagrobną inskrypcję:
„Shelly Durance 1961 – 1981"
To wszystko. Żadnego zdjęcia czy dedykacji, która wskazywałaby, że była komuś bliska. Syriusz podszedł do płyty i dotknął nosem miejsca, w którym widniało nazwisko jego siostry.
Durance. Pochowana pod nazwiskiem męża, które dało jej pewną ochronę. Nieliczni wiedzieli, kim była naprawdę. Wydziedziczoną arystokratką, której imię własna matka usunęła z rodzinnego gobelinu oraz siostrą tego, który doprowadził do śmierci Potterów.
Teraz to nazwisko ochraniało Savannah. Nikt nie mógł powiązać jej z Syriuszem, chyba że przetrząsnąłby archiwum „Proroka". Black zdawał sobie sprawę, że tajemnica dotycząca tego pokrewieństwa tylko z pozoru była bezpieczna. Ścigany listem gończym, znajdował się na celowniku. Wypatrywali go mugole i czarodzieje. Za jego głowę oferowano dziesięć tysięcy galeonów.
Jeszcze raz zerknął na inskrypcję. Śmierć Shelly. Nie znał żadnych szczegółów. Wiedział tylko to, co przekazał mu Knot. Że została zamordowana i że w chwili popełnienia przestępstwa w domu przebywało jej dziecko.
Poczuł palący go od środka ból. Znał go doskonale. Powracał do niego z przerwami od dwunastu lat. Przeżywał na nowo żałobę, której doświadczał w krótkich chwilach wolnych od szaleństwa. Była podwójna, rozdzielona między Shelly i Jamesa.
Podniósł do góry łeb i zawył cicho. Potem wycofał się w kierunku głównej alei i pobiegł przed siebie. Następnym przystankiem był dom Andromedy.
Nie było jej. Siedział przyczajony w krzakach i z ukrycia obserwował dom kuzynki. Liczył, że Savannah wyjdzie na zewnątrz, co dałoby możliwość zbliżenia się do niej. Kto nie przepadał za zwierzętami? Nawet jeśli wyglądały jak trzy ćwierci od śmierci.
Nie doczekał się jednak. Zrezygnowany podniósł się, mając teraz przed oczami twarz kogoś, kogo próbował sobie wyobrazić przez dwanaście lat: Harry'ego. Jego kolejnym celem było Little Whinging, gdzie ten prawdopodobnie mieszkał. Liczył, że ujrzy wierną kopię Jamesa. Potem mógł spokojnie wyruszyć na Hogwart.
— Knot zamierza cię przesłuchać? — Hermiona przyjrzała się uważnie Savannah. — Nieźle. To oznacza tylko jedno. Nie ufa Dumbledore'owi.
— Pewnie myśli, że ten mnie kryje — odparła Durance i pomachała nogami. Znajdowały się niedaleko biblioteki. Siedziały na parapecie i rozmawiały o tym, co McGonagall przekazała Savannah.
— Być może — Hermiona zmarszczyła czoło i pogładziła się po brodzie. — Albo kieruje się czymś osobistym.
— Na zasadzie nie lubię cię i spadaj? — spytała Savannah. — Przecież to idiotyczne. Nikt nie każe im się kochać, a postawa Knota jest zwyczajnie głupia. Jego obrażanie się na Dumbledore'a na pewno nie pomoże w śledztwie w sprawie Blacka. Tylko je utrudni.
— Zgadza się — Hermiona miała poważną minę. — Knot pewnie liczy na to, że się z czymś zdradzisz. No wiesz, zada ci jakieś pytanie, ty się zawahasz albo z nerwów palniesz coś, co wiesz tylko ty.
— Niczego nie ukryłam — Savannah zmarszczyła brwi. — Wszystko, co widziałam i słyszałam przekazałam dyrektorowi. Knot usłyszy to samo. Czemu miałabym coś przemilczeć?
— Knot lubi komplikować — powiedziała Hermiona. — Nie liczy się z nikim. Uważa, że zawsze ma rację.
— Zadufany w sobie kretyn — Savannah wydęła wargi. — Wiesz, trochę to przeżywam. Nie chcę się spotkać z tym facetem. Hagrid nie mówił o nim z sympatią.
— Trudno się dziwić — w głosie Hermiony słychać było gniew. — Knotu tak bardzo zależało na zachowaniu reputacji, że zamiast dokładnie wyjaśnić sprawę związaną z atakami w zeszłym roku, wolał umieścić Hagrida w Azkabanie. Potem praktycznie nie kiwnął palcem, aby to wszystko ruszyło jakoś do przodu. Śledztwo trwało, ale nie tak, jak powinno. Teraz mamy powtórkę.
— Wredny kurdupel — mruknęła Savannah i zgrzytnęła zębami. — Przypomnij sobie, w jakim stanie był Hagrid, kiedy o tym mówił. Ciężko zniósł pobyt w Azkabanie. Był przerażony samym faktem wymówienia nazwy tego miejsca. A kto do tego doprowadził? Knot.
— Nie musiałaś się godzić na to spotkanie — przypomniała jej Hermiona. — Wszystko zależało od ciebie i tego czy się zgodzisz.
— Wiem o tym — odparła Durance i skupiła wzrok na swoich pantoflach. — Ale z drugiej strony… Chcę się z nim zobaczyć. Niech przekona się, że nie mam nic do ukrycia.
— Brzmi poważnie — Granger uśmiechnęła się do koleżanki. Savannah to odwzajemniła i zamyśliła się.
Spotkanie miało się odbyć w gabinecie dyrektora za tydzień. Owszem, czuła związany z tym psychiczny dyskomfort, ale chciała to już mieć za sobą. Była ciekawa zarówno przebiegu spotkania, jak i poznania Ministra Magii.
Poznania… To za duże słowo. Raczej utwierdzenia się w przekonaniu, że w istocie to straszny dupek, jak twierdził Harry.
— Hej! — Silne trącenie łokciem przez Hermionę wyrwało ją z rozmyślań. Savannah potarła ramię i powiedziała:
— Tylko pamiętaj – ani słowa Harry'emu i Ronowi.
— Oczywiście — Granger skinęła głową i poklepała koleżankę po plecach. — Pamiętasz, że dzisiaj mamy mecz?
— Harry go ma — Savannah spojrzała w sufit. — A my będziemy go wiernie wspierać na drodze do zwycięstwa. Tak nam dopomóż, Merlinie!
— Właśnie — Hermiona przewróciła oczami. — Nie ma to jak wciągnięcie Merlina w nasze szlachetne intencje! Sądzę, że obejdziemy się jednak bez niego. Przygotowałam coś specjalnego na tę okazję.
— Pompony i chorągiewki? — Savannah jęknęła. — Czy może coś bardziej wyszukanego?
— Chodź, zobaczysz — Granger uśmiechnęła się złowieszczo i zeskoczyła z parapetu. — Musisz mi pomóc…
— W czym? — Durance zmrużyła oczy.
— Zobaczysz — Hermiona chwyciła ją za rękaw i zmusiła, by poszła za nią.
— Ty chyba upadłaś na głowę — Savannah postukała się w czoło. — Nie włożę tego! I skąd to wytrzasnęłaś?
Znajdowały się we wspólnej sypialni, gdzie Hermiona zaprezentowała koleżance kostium lwa. Cały w złocie i czerwieni.
— Rodzice mi go przysłali — odparła Granger, ignorując mordercze spojrzenie koleżanki. — Był nieco inny, więc go troszeczkę ulepszyłam.
— Ulepszyłaś! — prychnęła Savannah i skrzyżowała ramiona. Następnie usiadła na skraju łóżka Hermiony i powiedziała:
— Skoro twoje intencje były takie, jak mówisz, to uważam, że ty powinnaś go założyć!
— I założę — Granger była zdecydowana. — Tylko co ja wtedy zrobię z drugim kostiumem?
— CO? — Savannah opadła szczęka. — Obmyśliłaś to wszystko i nawet mi nie powiedziałaś?
— Wiedziałam, że będziesz mieć opory — wtrąciła szybko Hermiona, przytulając strój do siebie. — Wolałam zaczekać.
— Doszłaś do mądrego wniosku — w głosie Savannah słychać było ironię. — Skąd przypuszczenie, że w ogóle zmienię zdanie?
— Liczyłam na gryfońską jedność — Granger uśmiechnęła się szeroko. — Zresztą nadal w nią wierzę.
— Przebrzydła szyszymoro! — Savannah wyszczerzyła się i wyrwała jej kostium. Następnie założyła go i okręciła się w miejscu.
— Patrz, czy nikt nie idzie! — poleciła koleżance. Hermiona skinęła głową i ruszyła w kierunku drzwi, by je zamknąć. Gdy to zrobiła, Savannah wskoczyła na swoje łóżko i zmienionym głosem powiedziała:
— Szanowni państwo, bycie lwem ma same zalety. Szczególnie w takim miejscu jak to — wskazała ręką przed siebie.
— Znaczy, że zamierzasz się na mnie rzucić i pożreć mnie żywcem? — Hermiona puściła do niej oko. — Wtedy ty na tym stracisz!
— Zawsze znajdzie się ktoś na twoje miejsce — Savannah uśmiechnęła się szeroko. — Bez problemu pożyczy notatki czy pozwoli ściągnąć. Oczywiście może być z tym problem, ale od czego są eliksiry!
— Sądzisz, że ci się to uda? — Hermiona spojrzała na nią z udawanym politowaniem. — Beze mnie? To powiedz mi, jak dostaniesz się do kantorku Snape'a?
— Skoro mogę być lwem — Savannah zmrużyła oczy. — To mogę być również wężem. Wślizgnę się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Potrafię to zrobić.
Hermiona spoważniała. Savannah również udzielił się ten nastrój. Poprawiła strój i powiedziała:
— Merlinie, co ja gadam. Chciałam tylko, aby było śmiesznie.
— Było całkiem odwrotnie — Hermiona usiadła na brzegu łóżka. — Wiesz, doznałam dziwnego wrażenia. Oczywiście tak nie myślę, ale… Sposób, w jaki to powiedziałaś. Twój głos zdawał się ociekać mrokiem. Zabrzmiałaś to trochę ślizgońsko. Wiem, dziwne to skojarzenie.
Savannah przyjrzała się jej uważnie. Pragnęła doszukać się na twarzy koleżanki cienia uśmiechu, który wskazywałby, że żartuje. Niczego takiego nie znalazła.
— Tylko się wygłupiałam — Savannah poczuła się nieswojo. Ściągnęła kostium przez głowę i podała Hermionie. — Naprawdę pomyślałaś, że mam zadatki na Ślizgonkę?
— Nie — Hermiona pokręciła głową. — Miałam na myśli ton twojej wypowiedzi.
— Przesadzasz — Savannah zmarszczyła czoło. — Wolę, żebyś powiedziała, że dobrze udaję. Naprawdę.
Po chwili zeskoczyła z łóżka i podeszła do okna. Na zewnątrz było szaro i ponuro. Deszcz mocno zacinał i bębnił o szybę.
— Nie chciałabym być w Slytherinie — powiedziała cicho, odwrócona plecami do Hermiony. — Nigdy. Jak dobrze wiemy, wywodziło się z niego wielu śmierciożerców. Nie każdy Ślizgon musi być jednak zły. Mam tego dobry przykład. Moją ciotkę.
— Nie bierz tego siebie — Hemiona wstała i szybko do niej podeszła. Położyła Savannah dłoń na ramieniu. Przez chwilę sądziła, że dziewczyna ją strąci. Nie zrobiła tego jednak.
— Nie o to chodzi — brunetka zwróciła się twarzą ku koleżance. — Sama się nad tym zastanawiałam. Co by było, gdyby Tiara Przydziału umieściła mnie w Slytherinie. Jak zareagowałaby na to moja ciotka. I co najważniejsze, czy bym się tam odnalazła. Ale stało się inaczej — tu uśmiechnęła się leciutko. — Zostałam Gryfonką.
— Tak jak twoja mama — powiedziała ostrożnie Hermiona. — I…
— Tak, wiem, kogo masz na myśli — Savannah zmrużyła oczy. — On również trafił do Gryffindoru. Właśnie przez to podpadł moim dziadkom. Tak jak mama. Był straszny skandal, który skończył się tym, że uznano dwoje dzieci za niegodnych nazwiska i rodziny, do której przynależeli.
— To chore — Hermiona pokiwała smutno głową, a Durance westchnęła.
Nagle jej spojrzenie stało się czujne i zatrzymało się na drzwiach. Hermiona chwyciła kostium lwa i schowała go szybko pod poduszkę. Klamka w drzwiach przekręciła się i stanęła w nich Lavender Brown. Powiedziała koleżankom „Cześć" i przeszła obok nich. Zbliżyła się do półki, która stała po prawej stronie jej łóżka, kucnęła i otworzyła ją.
Nagle za oknem rozległ się potężny grzmot, który wystraszył Lavender. Dziewczyna wrzasnęła, straciła równowagę i upadła na plecy. Savannah i Hermiona zbliżyły się do niej i pomogły jej wstać.
— Nie zazdroszczę im gry w taką pogodę — Durance zerknęła w okno i zmarszczyła czoło.
— Dobrze wiesz, że mecz i tak nie zostanie odwołany — powiedziała Hermiona. — Zresztą nie tym martwi się teraz Wood. Uważa, że Cedrik Diggory stanowi poważne zagrożenie dla Harry'ego.
— Słyszałam, że jest niezły — odparła Savannah. — Ale pewnie nie tak dobry jak Harry. Dzisiaj okaże się, czy tyłek Diggory'ego jest wytrzymały. Harry z pewnością mu ostro dokopie!
Za oknem ponownie zagrzmiało, co spotkało się z piskiem Lavender.
— To tylko burza — Hermiona pogładziła ją uspokajająco po plecach.
— Wystrzegaj się piorunów huku, bo nie doczekasz swoich przyszłych wnuków — wyrecytowała przerażona Brown. Savannah i Hermiona spojrzały po sobie zszokowane.
— Co ty za bzdury opowiadasz — Granger zmarszczyła czoło. — Czy ty się dobrze czujesz?
— Profesor Trelawney tak mi powiedziała — wyszeptała Lavender łamiącym się głosem. Zakryła usta dłonią i z jej gardła wydobył się cichy szloch. Po policzkach popłynęły łzy.
— Nie no, tym razem to przesadziła — odparła Savannah ze złością i zacisnęła dłoń w pięść. — Posłuchaj, wiem, że ją uwielbiasz, ale musisz wiedzieć, że nie wszystko, co ci powie, jest prawdą. Powołuje się na swoje cudowne jasnowidzenie, ale tak naprawdę to zwykła oszustka. Hermiona miała w stosunku do niej słuszne przeczucie.
— Nieprawda! — Lavender cofnęła się i spojrzała na nią nieprzychylnie. — Ona wie, co mówi! Nigdy się nie myli.
Za oknem zagrzmiało i wzrok Brown powędrował w tamtym kierunku. Przez chwilę przyglądała się burzy. Potem spojrzała na Savannah i Hermionę i powiedziała:
— Ponurak. Wasz kolega powinien dzisiaj uważać.
— Gadasz jak potłuczona — Durance postukała się w czoło i szybko opuściła sypialnię. Hermiona przyjrzała się badawczo Lavender i po chwili ruszyła w ślad za Savannah.
— Zaczekaj! — zawołała. Durance była niespokojna. Widać było, że słowa Lavender bardzo ją zdenerwowały. Miała zaciśniętą szczękę i napięte mięśnie twarzy.
— Słyszałaś ją? — spytała, próbując się uspokoić. — Uważa, że Harry'emu może dzisiaj przytrafić się coś złego.
— Ona tak nie uważa — poprawiła ją Hermiona. — To Trelawney tak jej powiedziała.
— A może ta oszustka miała coś zupełnie innego na myśli — głos Savannah zabrzmiał złowieszczo. — Kto wie, może niedługo sama zobaczy ponuraka we własnym gabinecie.
— Przestań — Hermiona pociągnęła ją za rękaw. — Zamiast roztrząsać pozbawione ładu i składu słowa Lavender chodźmy lepiej wesprzeć Harry'ego.
Savannah, która miała wciąż zaciśnięte usta, skinęła głową. Koleżanka miała rację. Nie było sensu wchodzić w niejasne przekazy stukniętej czarownicy. Lepiej skupić się na czymś pożytecznym.
**
Burza rozszalała się na dobre. Zacinający deszcz i silny wiatr sprawił, że wszyscy przemokli i przemarzli.
Savannah siedziała na trybunach pomiędzy innymi Gryfonami, marząc o ciepłej czekoladzie. Najlepiej takiej, jaką zawsze robi Andromeda. Miała swój własny przepis i gdy czekolada była już gotowa, jej aromatowi nie sposób było się oprzeć. Ciepło, które czuło się po jej wypiciu, pozostawało w człowieku na długo.
Myśli Savannah przerwał ogłuszający grzmot błyskawicy. Zacisnęła mocniej palce na rączce parasola i zmrużyła oczy, usiłując dostrzec Harry'ego. W końcu go zobaczyła. Zrobił unik przed tłuczkiem i zanurkował pod Diggorym.
Savannah rozejrzała się na boki. Uczniowie, mimo niedogodności, zdawali się być pochłonięci meczem. Ostatecznie nie włożyła kostiumu. Posprzeczała się o to z Hermioną, która siedziała kilka metrów dalej, przyodziana w strój lwa. Kibicowała Gryfonom, głośno krzycząc i klaszcząc. Odniosła też pewien sukces. Udało przekonać się jej Neville'a do założenia kostiumu przeznaczonego dla Savannah.
Durance nachyliła bardziej parasol, wiedząc, że trudno będzie jej opuścić to miejsce tak, by nikt tego nie zauważył. Postanowiła jednak zaryzykować. Złapała się za usta i udała, że jest jej niedobrze. Siedząca obok Lavender odskoczyła ze wstrętem. Hermiona, która zauważyła dziwne zachowanie Savannah, wstała i podeszła do niej.
— Jest ci niedobrze? — spytała, a Durance skinęła głową.
— Poczekaj, zapytam profesor McGonagall, czy mogę zaprowadzić cię do pani Pomfrey — powiedziała i po chwili udała się na przód trybun. Wróciła z opiekunką, która przyjrzała się Savannah badawczo.
— Dowiedziałam się od Granger, że źle się czujesz, Durance — jej głos był rzeczowy. — Jesteś pewna, że to konieczne?
Savannah jęknęła i skinęła głową. McGonagall kazała wrócić Hermionie na swoje miejsce i ku zaskoczeniu Durance postanowiła, że sama ją zaprowadzi.
Gdy ruszyły w kierunku wyjścia, usłyszały głośny huk. Savannah stanęła w miejscu i nerwowo spojrzała w niebo. McGonagall położyła jej dłoń na ramieniu i powiedziała:
— To tylko burza. Zawodnicy grali w jeszcze bardziej fatalnych warunkach i nikomu nigdy nic się nie stało. Chodźmy już.
Błysnęło i usłyszały kolejny grzmot na równi z przerażonymi krzykami tłumu.
— O Boże — McGonagall przyłożyła dłoń do piersi.
— To Alicja Spinnet — wyszeptała Savannah, tak samo poruszona. — Chyba straciła przytomność…
— Wracamy — zarządziła McGonagall i pociągnęła dziewczynę za sobą.
— Ale pani profesor, ja muszę — Savannah udała, że robi się jej niedobrze. — Może jednak pójdę sama…
— Wykluczone — zaprotestowała McGonagall. — Jeszcze mi tutaj zasłabniesz!
— Ja ją zaprowadzę — za ich plecami rozległ się chłodny, lecz uprzejmie sztuczny głos. Savannah odwróciła się i zmarszczyła czoło.
Przed nimi stał Severus Snape. Zignorował niechętne spojrzenie dziewczyny i powiedział:
— Minerwo, twoja uczennica cię potrzebuje. O drugą nie musisz się martwić. Będzie pod doskonałą opieką.
Savannah myślała, że padnie, słysząc te słowa. Doskonałą? Chyba raczej zabójczą.
— Uważaj na nią — poleciła McGonagall i udała się w kierunku boiska. Snape tylko na to czekał. Uśmiechnął się wrednie do Savannah i warknął:
— Słyszałaś swoją opiekunkę. Idziemy.
Ruszył przodem, nie oglądając się za siebie. Savannah, choć niechętnie, poszła za nim. Nie spieszyła się jednak. Snape musiał się zorientować, że nie dotrzymuje mu kroku, bo po chwili zatrzymał się. Odwrócił się i szybko do niej podszedł.
— Masz iść przy mnie — powiedział zimno i chwycił ją za ramię.
— Jak będę miała ochotę — odpysknęła dziewczyna i wyrwała mu się. Twarz Snape'a wykrzywił grymas wściekłości.
— Nie igraj ze mną, smarkulo — syknął, pochylając się nad nią. — Wiesz, jak wykorzystać sytuację. Wszyscy się nad tobą roztkliwiają, ponieważ uważają cię za bezbronną ofiarę w całej tej aferze. Niewinna Durance, należy ją chronić przed nieobliczalnym wujem. Mało kto jednak wie, jaka jesteś naprawdę.
— A pan wie? — prychnęła Savannah, co rozjuszyło Mistrza Eliksirów. Chwycił ją ponownie za ramię i zbliżył twarz do jej twarzy:
— Tak. Widzę aroganckiego bachora, który jawnie okazuje swoją bezczelność i nieposłuszeństwo. Wiesz, co bym zrobił, gdybyś była moją córką? Przełożyłbym cię przez kolano i porządnie sprał.
Durance nie odpowiedziała. Zacięta mina wskazywała, że nie przejęła się jego słowami.
— Zrobiłbym to — Snape uśmiechnął się wrednie. — Najchętniej w tym momencie, ale to wiązałoby się z utratą stanowiska. Twój tyłek nie jest tego warty.
Po tych słowach ruszył przed siebie, sterując dziewczyną tak, by szła obok niego. Savannah była wściekła. Nienawidziła tego człowieka. Wzbudzał w niej tylko niechęć. Sądziła, że tak po prostu ma i specjalnie nie daje się lubić. Ale to była nieprawda. Ten człowiek nie miał w sobie niczego, czym mógłby zjednać innych. Był zepsuty do szpiku kości. Złośliwy, okrutny i niesprawiedliwy.
Savannah miotała w myślach najgorsze przekleństwa, jakimi raczyła Snape'a, gdy jej wzrok zatrzymał się na konkretnym celu. Szli przez błonia, gdy go dostrzegła. Ogromnego, czarnego psa. Siedział na trawie i przyglądał się im. Savannah ścisnęła mocniej swoją parasolkę i zerknęła na Snape'a. Ten zmarszczył czoło i powiedział:
— Nie ma się czego obawiać. Nie jest wściekły.
Dziewczyna spojrzała jeszcze raz na profesora. Był cały mokry, deszcz spływał obficie po jego haczykowatym nosie. Nie wiedzieć czemu, zapragnęła podejść do tego psa. Intrygował ją. Już od dłuższego czasu. Wykonała krok do przodu, gdy poczuła silne szarpnięcie za ramię. Parasolka wypadła jej z ręki. To rozjuszyło psa. Poderwał się z trawy i ruszył w ich kierunku.
Snape zasłonił sobą Savannah i wyciągnął różdżkę. Potraktował psa Drętwotą, ale chybił. Zwierzę zaatakowało go z drugiej strony i złapało za nogawkę spodni. Rozjuszony Mistrz Eliksirów odtrącił je nogą, a wtedy pies ponownie go zaatakował. Tym razem złapał go zębami za łydkę. Snape krzyknął z bólu i stracił równowagę. Upadł na plecy, różdżka wypadła mu z ręki. Savannah zdążyła ją złapać i po chwili wyjęła swoją. Wycelowała różdżką w psa i spróbowała go oszołomić. Znajda skutecznie zrobiła unik.
Zupełnie jakby wiedział, co należy zrobić.
Savannah była zszokowana. Albo ten pies był najinteligentniejszym przedstawicielem swojego gatunku albo było z nim coś nie tak. Stała tak przez chwilę, patrząc na niego. Zwierzę w końcu wycofało się i uciekło.
— Oddasz mi w końcu moją różdżkę? — spytał Snape ze złością, co wyrwało dziewczynę z odrętwienia. Podała mu jego własność, a ten przyłożył ją do swojej nogi. Błysnęło i po chwili mógł normalnie stanąć.
— Bierz parasol i idziemy — syknął. — Trzeba poinformować pana Filcha o niepotrzebnym plugastwie, które się tutaj błąka. Będzie wiedział, jak skutecznie je wyeliminować.
— To tylko pies — powiedziała Savannah. — Nic panu nie zrobił!
— Oczywiście, że nic — prychnął profesor. — Oprócz tego, że próbował odgryźć mi nogę! Naprawdę wielkie nic! Idzie…
Nagle przerwał.
— Schowaj się za mną! — Wyciągnął różdżkę. Savannah nie wiedziała, co się dzieje. Czyżby znowu zobaczył tego psa i uznał, że ten może go ponownie zaatakować?
— O co chodzi… — zaczęła, lecz Snape ponaglił ją:
— Rób, co ci każę!
Szybko ukryła się za nim. Za chwilę wysunęła się trochę, chcąc dostrzec potencjalne zagrożenie.
Wtedy ją ujrzała. Wysoką, zakapturzoną ciemną postać. Dementor.
Snape wystrzelił w niego czymś srebrnym, ale ten się tylko zawahał. Profesor powtórzył zaklęcie i wtedy dementor poszybował ku górze.
— Kurwa mać — zaklął Snape, zupełnie nie zwracając uwagi na Savannah. — Daj mi rękę, Durance i to szybko.
Dziewczyna, cała oszołomiona, wykonała polecenie. Mistrz Eliksirów wyczarował różdżką srebrną poświatę, która ich otoczyła.
— Teraz możemy bezpiecznie udać się do zamku — powiedział, trzymając rękę Savannah w żelaznym uścisku.
— Dlaczego pojawił się tutaj dementor? — spytała, a głos jej zadrżał. — Przecież dyrektor zabronił im wchodzić na teren szkoły.
— Emocje — odparł Snape. — I jeszcze raz emocje. Tym się żywią. Wyczuli silne podekscytowanie, jakie towarzyszyło uczniom podczas meczu. Nie mogli tego przepuścić. Ten, którego widziałaś, był pewnie jednym z wielu.
— Harry — jej usta zadrżały.
— Idziemy — Nietoperz zakończył tym samym ich rozmowę i skupił się na kontrolowaniu poświaty.
Myśli Savannah krążyły teraz wokół tylko jednego. Nie wiedziała, czy dementorzy weszli na stadion, czy nie. Modliła się w duchu, aby tak się nie stało. W końcu zostaliby zauważeni przez kogoś z nauczycieli. Ta myśl uspokoiła ją nieco.
Gdy wraz ze Snape'em wkroczyli do zamku, uczniowie i nauczyciele już tam byli. Panowało poruszenie i nerwowa atmosfera. Ze strzępów rozmów wywnioskowała, że zdarzył się wypadek. Snape porozmawiał przez chwilę z profesor McGonagall, która podeszła szybko do Savannah.
— Nic jej nie jest, Minerwo. Dementor nie zrobił jej krzywdy. Żadnemu z nas. Nie dopuściłem do tego — poinformował Mistrz Eliksirów.
Wicedyrektor spojrzała na Snape'a, a potem na uczennicę.
— Nie udało ci się dotrzeć do Skrzydła Szpitalnego na czas — powiedziała. — Ale i tak pewnie chciałabyś tam być.
Dziewczyna spojrzała na nią zaskoczona, a McGonagall westchnęła i odparła:
— Oprócz Alicji Spinnet została poszkodowana jeszcze jedna osoba. To Harry Potter.
Savannah poczuła, jak coś ją ściska w gardle. Nie mogła wykrztusić słowa. Zaczęła szybko oddychać, aż w końcu rozszlochała się. McGonagall wymieniła spojrzenie ze Snape'em, a następnie objęła dziewczynę i udała się z nią do Skrzydła Szpitalnego.
