Nie mam nic wspólnego z osobnikiem, który psuje humor Sookie w tym rozdziale.


12. - Dzień dobry, panno Stackhouse. To jest Diantha, moja żyjąca bratanica.

Spojrzałam na stojącą obok prawnika niemożliwie szczupłą, szokująco przyodzianą dziewczynę i uśmiechnęłam się do niej nerwowo. Jeszcze nigdy nie zostałam w ten sposób nikomu przedstawiona.

- Cześć – powiedziała Diantha.

Wyobraziłam sobie, że podaję jej rękę i mówię: Cześć, mam na imię Sookie i też jeszcze żyję.

Biorąc pod uwagę mój życiorys byłoby to całkiem adekwatne.

- Miło cię poznać, Diantho. Proszę usiąść. Bardzo mi przykro z powodu Gladioli.

Pan Catalides skinął poważnie głową przyjmując kondolencje. Zaprowadziłam moich gość do salonu i usiedliśmy wszyscy przy stole.

- Szeryf Northman przekazał mi wszystkie informacje na temat śmierci Gladioli – przeszedł do rzeczy prawnik. – Chyba, że dziś dowiedziała się pani czegoś nowego?

- Niestety nie. Domyśla się pan, kto mógł to zrobić?

- Mam za mało danych, żeby kogoś podejrzewać. Myślę, że to nie było osobiste. Chodziło raczej o jej pozycję na dworze królowej i o uniemożliwienie przekazanie jej wiadomości dla pani.

- Wiadomość – podchwyciłam. – Wie pan, co to była za wiadomość?

Czułam się winna, że dziewczyna zginęła podczas dotyczącej mnie misji.

- Oczywiście – odparł. – Sam ją wysłałem.

Przeszedł mnie mimowolny dreszcz. To musiało być dla niego okropne uczucie.

- Co było w tej wiadomości?

- Wezwanie od królowej do Nowego Orleanu. Jej Wysokość nalega, by zajęła się pani mieszkaniem Hadley. To bardzo ważne. I pilne.

Och, z całą pewnością. Inaczej nikt nie kłopotałby się zabijaniem posłańca. Coś więcej kryło się za zaproszeniem królowej, ale miałam przeczucie, że nie dowiem się co, póki nie pojadę do Nowego Orleanu.

- List był zapieczętowany magią. Nikt oprócz pani nie mógł go otworzyć – dodał.

A zatem sprawa była bardzo poważna.

- Wobec zaistniałych okoliczności… – zaczęłam.

- Wobec zaistniałych okoliczności prosiłbym panią, aby spakowała się pani i pojechała razem ze mną dziś wieczorem – dokończył pan Catalides.

- Rozumiem. Potrzebuję trochę czasu, aby przygotować się do drogi.

- Oczywiście. Panno Stackhouse, Gladiola powinna była dotrzeć tu cztery dni temu, w środę w nocy. Czy może zauważyła pani tego dnia coś dziwnego?

Zastanowiłam się przez chwilę.

- Tej nocy coś słyszałam. Wydawało mi się, że ktoś jest na zewnątrz, ale nikt nie podszedł do drzwi. Nikt mnie nie zawołał. To było tylko przeczucie, że coś się rusza; że coś pojawiło się w okolicy, podczas gdy wszystkie inne stworzenia zamilkły.

Widziałam, że oboje zamyślili się głęboko. Do niczego jednak tego dnia nie doszliśmy. Poprosiłam ich, by poczekali na mnie i nie krępowali się korzystać z domu, podczas gdy sama zaczęłam przygotowywać się do drogi. Postanowiłam zwolnić Traya wcześniej ze służby – miałam silne przeczucie, że moi demoniczni znajomi będą w stanie obronić mnie równie dobrze co on przed ewentualnym niebezpieczeństwem. Zanim odjechał powiedział mi jeszcze, że Tanya jest lisołakiem, co tylko podsyciło moją niechęć do niej. Znałam do tej pory osobiście tylko jednego lisołaka i tak się jakoś złożyło, że był nim nie kto inny, tylko Debbie Pelt, z którą miałam tak mocno na pieńku, że podczas jednego z kolejnych jej nieudanych zamachów na moje życie w końcu ją zastrzeliłam. Zdecydowanie nie miałam dobrych skojarzeń z lisołakami.

Musiałam wykonać kilka telefonów. Zadzwoniłam do Sama i poprosiłam go o kilka dni wolnego. Zgodził się, chociaż niechętnie. Ostatnio tego typu niespodziewane wycieczki wypadały mi coraz częściej. Potem próbowałam dodzwonić się do Quinna, żeby odwołać naszą NieRandkę, ale nie mogłam go złapać, więc musiałam nagrać mu się na sekretarkę. Cóż, przypuszczam, że druga z rzędu odmowa definitywnie przesądzała dalsze losy naszej znajomości, a raczej ich brak.

Po krótkiej debacie z samą sobą zadzwoniłam też do Erica. Oczywiście nie odebrał, jako że był jeszcze dzień (co było jak dla mnie w porządku – w obecnym stanie ducha nie miałam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać), ale nagrałam mu wiadomość z informacją, że wyjeżdżam do Nowego Orleanu. Skrzywiłam się na myśl, że wygląda to, jakbym zdawała mu raport ze swoich poczynań, ale nie chciałam, żeby sam zauważył, że mnie nie ma i nie skręcił Tray'owi karku, zanim ten zdążyłby wytłumaczyć, że wyjechałam na własne (umówmy się, że tak można to nazwać) życzenie.

Wiedziałam, że podróż będzie dość długa, więc postanowiłam zjeść coś przed wyjazdem. Nie mogłam przeżyć całego dnia na kawie i kanapkach. W rezultacie zanim zdążyłam się spakować, zapadł zmrok.

Pan Catalides i Diantha robili coś przy samochodzie, a ja zbierałam ostatnie manatki, kiedy do drzwi zapukał Bill.

Poczułam, że strach ściska mi gardło. Nie wiedziałam, po co tu przyszedł – może dowiedział się skądś, że wyjeżdżam i postanowił zabrać się ze mną do Nowego Orleanu, albo może Eric kazał mu patrolować okolicę? – ale wiedziałam, że muszę podjąć decyzję: odsunąć naszą nieuniknioną rozmowę w czasie, albo zmierzyć się z nią teraz. Z jednej strony bardzo nie chciałam ruszać tej sprawy, a z drugiej czułam się, jakby świadomość, że będę musiała to w końcu zrobić, wisiała nade mną jak ostrze gilotyny i chciałam mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Zalękniona część mojej osoby próbowała przekonać resztę, że nie mam teraz czasu na zaczynanie tej rozmowy. Ostatecznie postanowiłam napomknąć, że mamy dużo do pomówienia, ale odłożyć samą debatę na później. Nie było mi to jednak dane.

- Sookie – powiedział Bill z takim wyrazem twarzy, jakbym to ja jemu złamała serce, a nie odwrotnie. Jakbym to ja była tą, która powinna okazać litość.

- Bill, musimy porozmawiać – powiedziałam.

Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Do momentu, kiedy Bill wszedł mi w słowo. Jednocześnie jego mina zmieniła się na grymas konającego.

- Sookie, cokolwiek Eric powiedział ci o mojej misji dla królowej…

Nie usłyszałam niczego więcej. Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami i nie rejestrowałam ani słowa z jego emocjonalnej tyrady. Usłyszałam dość, by poznać okrutną prawdę.

Bill wpadł w pułapkę, prawdopodobnie starannie zastawioną przez jego szeryfa. Przyznał się do winy nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Eric nie powiedział mi niczego o misji Billa. Sposób, w jaki mówił, kazał mi myśleć o całej sprawie raczej w kategoriach teorii i podejrzeń, nie niezbitych faktów. Powiedział, że nie ma dowodów. Dowód stał przede mną i zalewał się krokodylimi krwawymi łzami. Bill dał się podpuścić.

Zamknęłam oczy i przycisnęłam prawą rękę do serca, jakbym bała się, że wypadnie mi z piersi.

Uniosłam drugą rękę i wysunęłam ją przed siebie w geście powstrzymania.

- Dość – powiedziałam.

Bill zamilkł. Próbowałam uspokoić oddech, ale wydawało się to niemożliwe.

- Sookie? Sookie, proszę, pozwól mi…

- Jakie rozkazy dostałeś od królowej? – musiałam znać całą prawdę.

- Wiesz przecież…

- Jakie dokładnie dostałeś rozkazy? Mów! – mój głos zamienił się w krzyk.

- Chciała wykorzystać twój dar – zaczął powoli pokonanym tonem. – Miałem cię znaleźć, nawiązać z tobą kontakt i zdobyć twoje zaufanie, żeby upewnić się, że będziesz współpracować. Miałem cię zabezpieczyć, by nie ubiegł jej w tym kto inny…

- Czy miałeś – musiałam wziąć oddech w środku zdania, bo zdawało się, że nie starcza mi tchu, by je dokończyć – czy miałeś mnie uwieść?

- Tak – powiedział bardzo cicho.

Poczułam fizyczny ból. Jakby ktoś rozrywał moje wnętrzności. Mogłoby się wydawać, że powinnam być na to przygotowana po domysłach, które zrodziły się we mnie poprzedniej nocy, ale tak nie było. Okazało się, że zdrada uderzyła mnie jeszcze mocniej, niż sądziłam.

Nie tylko szpiegował mnie dla królowej. Cała nasza relacja była oparta na kłamstwie. Nigdy nie było niczego poza kłamstwem. Moja pierwsza miłość – nie istniała.

Ty s…synu, oddałam ci wszystko! – krzyczałam w myślach, podczas gdy na zewnątrz koncentrowałam się na przyciskaniu kurczowo mojego łomoczącego serca. – Byłeś moim pierwszym! Ryzykowałam dla ciebie życiem! Uratowałam cię! Zabiłam kogoś dla ciebie!

Nie mogłam oddychać. Nie ważne jak bardzo przyciskałam prawą rękę do piersi. Nie mogłam uspokoić mojego serca.

Chciałam krzyczeć. Chciałam zabić kogoś gołymi rękami.

- Wyjdź – powiedziałam z wysiłkiem.

- Sookie, pozwól mi skończyć…

Bez względu na to, co chciał powiedzieć, nie miało to dla mnie znaczenia.

- Powiedz mi, – zdołałam w jakiś sposób się odezwać – kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?

Jego milczenie było najgorszą z możliwych odpowiedzi.

- Dowiedziałabyś się, kiedy spotkałabyś królową… – powiedział w końcu. – Musiałem utrzymać to przed tobą w tajemnicy, bo nie zrozumiałabyś…

Do mojego bólu dołączyła się wściekłość. Gorąca, niszczycielska furia.

- …ale oczywiście Eric musiał…

Jego słowa jakimś cudem zdołały zamienić ogień mojego gniewu w mróz.

- Eric niczego mi nie powiedział – wycedziłam lodowatym tonem.
Ucichł w połowie kwestii. Obserwowanie jego twarzy w momencie, gdy spłynęło na niego zrozumienie, przyniosło mi chwilowy cień satysfakcji, jaką daje zemsta. Zawył jak pies, kiedy dał sobie sprawę, że sam wbił sobie nóż w plecy.

- Zabiję go – wymamrotał.

- Nie – powiedziałam. – To ja cię zabiję, jeśli nie zejdziesz mi z oczu w ciągu pół minuty.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Być może stało się tak dlatego, że stałam na progu własnego domu i to dało mojej złości jakąś tajemniczą przewagę nad rozpaczą. Powinnam była w tej chwili rozsypać się na kawałki. Zamiast tego sięgnęłam po ukrytą przy wejściu strzelbę, odbezpieczyłam ją i wymierzyłam ją prosto w Billa. Wiedziałam oczywiście, że kule go nie zabiją, ale zamierzałam strzelić do niego tak czy inaczej, jeśli natychmiast nie zniknie. Pomyślałam, że w zasadzie powinnam trzymać też w schowku kuszę – drewniane strzały byłyby skuteczniejsze w wypadku wampirów.

- Sookie! Zrozum. To był tylko początek. Kochałem cię! Kocham cię!…

- Odejdź – wyszeptałam. – Nie chcę cię nigdy więcej widzieć, nigdy więcej w moim życiu.

Jego wargi poruszyły się bezgłośnie jakby próbował sformułować jakieś wyjaśnienie, ale potrząsnęłam głową.

- Kocham cię – powtórzył tylko bezradnie, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie, które sprawi, że rzucę mu się na szyję i obsypię go pocałunkami. Jakby sam ten fakt był już tak niezwykły i godny podziwu, że powinnam mu wybaczyć i być wdzięczna.

Zatrzymałam dla siebie pytanie, kiedy dokładnie doszedł do wniosku, że żywi dla mnie jakieś uczucia – przed tym, jak mnie przeleciał, czy potem.

Poczułam podchodzące mi do oczu łzy. Nie mogłam pozwolić, żeby je zobaczył.

- Odejdź – powiedziałam raz jeszcze, głosem pełnym nienawiści i bólu.

Odwrócił się i odszedł.


Jeśli ktoś chce podzielić się swoimi wrażeniami z wykopania Billa, zamieniam się w słuch.