„Drzewo, z natury zagmatwane"
Część 12/14 – „O tej, która zrezygnowała z wielkości by nie dać się jej ponieść za daleko"
Gdy już pamięta, pamięta w sposób dziwny. Pofragmentowany i pozbawiony chronologii; pocięty na kawałki i wrzucony do worka, którym potrząśnięto zbyt mocno i zbyt gwałtownie i teraz nikt nie wie, gdzie jest początek a gdzie koniec i każdy fragment trzeba obejrzeć z osobna, by zorientować się, gdzie jest jego prawidłowe miejsce.
(– przeszłość, przyszłość, zaszłość, coś pomiędzy, tryb przypuszczający niedoszły, zapomniany, stracony, imiesłów zaprzeszły niedoszły i kłamliwy, imperatyw kategoryczny, nie uznający sprzeciwu. Teraz i potem i gdyby i jeśli, i była by, i byłby, gdyby, tylko, zamiast, pomimo – )
Nadal nie bardzo rozumiem, co właściwie się stało.
Artur zerka na Merlina (teraz), ale ten umyka mu wzrokiem, skupiając się na kropkach wiodących swoje miniaturowe życie na powierzchni stołu (gdyby, mimo, że - - - przeszłość).
A co tu rozumieć? Prawie umarłeś.
( … trawa jest – zielone, głęboka kolorem, świeża, mokra…ziemia jest – ciężka, bogata, klaustrofobiczna…on…on jest – …on… *światło*…on jest – ? jest – ? je..?)
(błękit)
Prawie.
Merlin nadal na niego nie patrzy. Wzrusza ramionami.
Może bardziej niż prawie. Kto się doliczy połowy oddechu.
Artur wzdycha. To nawet nie jest ta część, o którą chciał zapytać.
(pierwsze spotkanie, drugie, trzecie, przechylenie głowy, linia profilu, kształt uśmiechu, kolor oczu w świetle dnia i świetle świec)
Pamięć jest cenna, ale rozbrajająca emocjonalnie i Artur czuje, że odbiera mu dech i równowagę. Utrzymanie tej drugiej dużo go kosztuje. Z wysiłkiem sprowadza myśli na właściwy tor. Potrzeba mu jasność umysłu. Zbyt wiele mu umyka.
Ale przeżyłem, mówi. (*światło* i trawa i gleba i…*światło*) I potem umarłeś ty, ale… (konfuzja, zagubienie, ból) nie do końca?
I dopiero w tym momencie jego wzrok napotyka cudzy. Merlin przytakuje. Powoli, skinieniem, które ledwo da się zauważyć.
(błękit)
(– i ten pierwszy raz, gdy Arturowi wyrwało się to nieszczęsne „kocham cię", które potem usiłował odwołać jak idiota i ta awantura, która z tego wyniknęła i te dwa tygodnie wpatrywania się w ściany i niepatrzenia Merlinowi w oczy – )
(Po co akurat to wspomnienie akurat teraz?)
Artur czuje się nagle starszy o dekadę. Przeczesuje palcami włosy.
Co się tam właściwie dzieje?
Katastrofa. Brzmi to ostro, chyba niezamierzenie, bo Merlin sam się wzdryga. Nie wiem, co... Nieskoordynowany ruch ręką oznaczać ma chyba coś, co nie sposób ująć w słowa. To znaczy wiem, co się dzieje, ale nie umiem...
Kolejne zawieszenie głosu i kolejne esy-floresy kreślone w powietrzu dłonią. Artur docenia je pod względem estetycznym (zawsze lubił dłonie Merlina), ale niewiele mu one dają.
Musisz to sformułować jakoś jaśniej, mówi, starając się by zabrzmiało to w miarę łagodnie.
Merlin splata dłonie.
Miałem umrzeć.
Artur wzdryga się tylko nieznacznie.
Ale...?
Magia nie chciała pozwolić na moją śmierć, więc nastąpiło...najlepsze słowo to chyba zderzenie. Magia starła się z magią. Rozkłada ręce. Wzrusza lekko ramionami. Coś wybuchło. Jestem tu.
Jeśli to ma być całość wyjaśnienia, to Artur nie czuje się nią usatysfakcjonowany. Co wybuchło? Czemu dokładnie? Jakie były tego skutki? Jeśli wybuch jest przyczyną a obecność Artura i Merlina tu wśród chmur skutkiem, to jaki jest ciąg wydarzeń prowadzący od jednego do drugiego? Ale jeśli Artur ma być szczery to szczegóły nie są mu potrzebne. Chce innego rodzaju zapewnień.
Dotyka powierzchni stołu i przeciąga palcem wskazującym wzdłuż linii oznaczającej ścieżkę prowadzącą w głąb lasów.
Czy on jest w stanie cię znaleźć?
Kto?
Artur. Ja. Jak ma cię odnaleźć, gdy ty jesteś tutaj? To niezbyt sprawiedliwe.
Nie jestem tu cały.
Artur rzuca mu sceptyczne spojrzenie.
Wytłumacz.
Gdy to wszystko się stało, gdy nastąpił wybuch, coś we mnie pękło. Rozbiło mnie na kawałki. To zabrzmi dziwnie, ale ja jestem i tu i tam na dole.
Przez pamięć Artura przebiega cień wspomnienia z dzieciństwa (wazon spadający z gzymsu, kryształ roztrzaskujący się o posadzkę, czyjś krzyk i jego własny płacz, ktoś, kto karcąc go, mówiący, że tego nie uda się już naprawić), który od razu odrzuca, bo nie chce myśleć o tym w kategoriach rzeczy niewykonalnych. Człowiek to nie wazon (lęk zostaje, wrywa się mu pod skórę).
Czyli trzeba cię złożyć z powrotem? W jedną całość? I potem będzie już...?
Merlin przygryza wargę. Potrząsa głową.
Nie wiem. Chyba. Ja nie bardzo nad tym panuję.
Nad czym nie...? Zatrzymuje się, spogląda na Merlina. Patrzy na niego, jakby chciał się w nim czegoś doszukać. Wreszcie dochodzi do odpowiedzi. To dlatego tak się denerwujesz. Coś znowu zepsułeś.
Merlin wzdryga się. Jego ramiona opadają, cały zwija się w sobie, jakby pod wpływem ciosu. Artur znów żałuje swoich słów (jak zwykle zbyt szybkich i zbyt niefrasobliwych).
Przepraszam.
Nie, nie, to była racja, ale...nie wiem, jak to zatrzymać. Bogowie mi świadkiem, chciałem dobrze.
Zawsze chcesz. I nie ma w tym pretensji a jedynie fakty. Merlin zawsze chciał dobrze i często wychodziło inaczej. Tak po prostu było. Intencje niewiele zmieniały w ogólnym rozrachunku. Co właściwie się dzieje, tak dokładnie?
Gdy umarłem, pojechałeś mnie szukać i zginąłeś po drodze, a to nie wchodziło w rachubę. Zbyt wiele osób straciło życia pracując dla twojego sukcesu, zbyt wiele o tobie napisano w przepowiedniach, byś mógł umrzeć od tak po prostu, nim wykonasz swe zadanie. Więc magia zmusiła świat by grał według jej reguł i zmieniła twoje życie, dała ci jeszcze jedną szansę. I tak się stało. Tylko, że świat nie lubi takich zabaw.
Jego wzrok przenosi się na jedną ze spacerujących po miniaturowym świecie postaci i Artur domyśla się, na jaką. Jest jedna nauczka w temacie manipulowania magią i tego, jakie to ma skutki, której żaden z Pendragonów nigdy nie zapomni.
(Jego matka jest żywa i wspaniała w sposób, którego wcześniej nie był w stanie sobie wyobrazić, celując zawsze w coś bardziej kryształowo czystego. Patrzenie na nią go boli.)
Będą konsekwencje?
Owszem. Nie sądzę, by wiele osób było w stanie wyczuć niebezpieczeństwo na tym etapie, ale ono nadchodzi. Spójrz na krawędź stołu.
Artur robi, co mu kazano i zmrużywszy oczy dostrzega to, co wyłapał wcześniej Merlin. Im bliżej krawędzi stołu, tym bardziej przyszarzały i pochmurny jest świat. Przy samej krawędzi wszelkie szczegóły znikają, zanurzone w tę samą pustą czerń. Gdy Artur na nią patrzy, coemność spokojnie przesuwa się powoli w głąb powierzchni stołu. Tak właśnie zawsze wyobrażał sobie zepsucie – jako czerń stopniowo przejmującą coraz większe powierzchnie w swe władanie.
Co teraz się stanie?
Merlin odrywa wzrok od krawędzi.
W końcu coś będzie musiało się poddać. Magia musi wrócić do równowagi. Bez tego świat nie będzie w stanie funkcjonować normalnie i szkody mogą się zrobić na koniec jeszcze większe.
To wszystko jest doskonale rzeczowe (wolałby, żeby nie było), bardzo spokojne (ma ochotę krzyczeć).
Co to oznacza dla nas?
Tych tu, czy tych tam?
Którychkolwiek. Obu.
Tam wszystko jest już poza moim zasięgiem, ale nadal w twoich rękach, choć pewnie nie do końca zdajesz sobie z tego sprawę. A tutaj…
Nikt nie musi Arturowi dopowiadać tego zdania.
()
To już prawie koniec.
(NIE!)
Tak.
Artur nie odpowiada. Zawiesza głowę i zaciska palce na brzegu stołu. Po chwili milczenia wstaje i zabiera ze sobą krzesło. Stawia je po drugiej stronie, tuż obok Merlina. Siada może centymetr czy dwa od niego, a potem łapie go za dłoń. Ściska mocno, może odrobinę za mocno.
Nie ma sensu silić się na trzymanie osobnych stron, prawda? Głupio by było, gdyby w ostatnich chwilach życia dzielił nas jakiś głupi stół. Jego głos prawie się nie łamie. Jest z siebie nawet dumny. I tak nie ma tu nikogo, dla kogo moglibyśmy zachowywać pozory.
Serce Artura wybija kilka niespokojnych taktów nim Merlin rozluźnia się i pozwala sobie oprzeć się na ramieniu Artura. Gdy Artur zerka na niego z boku widzi, że jego oczy są zamknięte. Jak zwykle kilka sekund spędza zapatrzony w delikatny łuk jego rzęs.
(Jedno z jego ulubionych zajęć – przyjemność, którą odkrył pewnego wczesnego, zimowego ranka. Ale to wszystko było kiedyś tam, w momencie niespełnionym; dawno i nie prawda. Czas przeszły, który nigdy się nie wydarzy.)
A potem Artur poddaje się nieuniknionemu. Merlin otwiera oczy, wyczuwając oddech Artura na powierzchni swoich ust. Uśmiecha się lekko i bez kontekstu. Jego uśmiech zostaje ucięty w połowie, zduszony ciężarem cudzych ust.
*/*/*/*
Wzięła naczynie bez słowa, zerkając na niego spod rzęs może przez ułamek sekundy, nie dłużej. Całą jej uwagę zaprzątało obserwowanie wody kołyszącej się delikatnie wewnątrz szkła. Ten, który ją tu przyniósł wydawał się nie mieć dla niej znaczenia. Zacisnęła palce na naczyniu. Jej oczy rozbłysły złotem, a przez powietrze przetoczyła się fala gorąca, pulsujący krąg rozchodzący się na coraz dalsze tereny. Ciepłe powietrze uderzyło Artura w twarz z siłą siarczystego policzka.
Nimue uniosła ręce, uśmiechnęła się do tej wody i szkła, do złota magii i gorąca powietrza, może i do siebie samej. Z pewnością nie do Artura. Miał wrażenie, że w ogóle przestała go zauważać.
- Wystarczy? – zapytał. Trochę zbyt ostro, bo Freja wzdrygnęła się gwałtownie. Na Nimue jego zirytowany ton nie zrobił jednak wrażenia. Przytaknęła od niechcenia, nie odrywając wzroku od buteleczki z wodą. Artur złapał się na tym, że sam co chwilę nań zerka, jakby coś go do niej przyciągało.
- Nawet trochę za dużo – odezwała się w końcu Nimue, opuszczając wreszcie rękę i przenosząc wzrok na Artura. – Musiałeś zrobić na Morgause nie lada wrażenie.
Artur nie odpowiedział. Nic, co miał do powiedzenia i tak by jej pewnie nie zainteresowało. Jej zdziwienie i sposób w jaki wymówiła imię kobiety, którą spotkał przy fontannie, sugerowały, że wie o niej więcej niż on sam. I że nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Artur miał wrażenie, że choćby próby te miały trwać przez resztę jego życia, on i tak nie przyzwyczaiłby się nigdy do tego uczucia bezsilności, które opanowywało go za każdym razem, gdy po raz kolejny okazywało się, że jest ślepcem grającym w cudzą grę.
Nimue uśmiechnęła się drwiąco, jakby wiedziała dokładnie, o czym Artur myśli i jakby serdecznie ją to bawiło. Artur zacisnął dłonie w pięści. Nie należał do osób cierpliwych i pokornych. Miał zwyczaj przekuwać bezsilność w agresję, a ta kobieta dawała mu coraz więcej powodów, do tego, by się nie powstrzymywać. Przymknął na sekundę oczy, wziął głęboki oddech, pomyślał o tym, co go tu przywiodło, o tym, czego już dokonał. O Morganie, która dałaby wszystko by móc stanąć na jego miejscu, a która skazana była na czekanie, bo przeznaczenie miało inne plany. Poszukał w sobie resztek opanowania.
Idiota przefrunął na jego ramię, hamując w sposób nieskoordynowany i dając mu po głowie skrzydłem. Pazurami zahaczył o skórę ramienia, odrywając Artura od rozmyślań nad tym, jak to bardzo chciałby móc po prostu załatwić to wszystko jednym cięciem miecza.
- Uważaj trochę, co robisz, dobrze?
Idiota nie odwrócił się nawet w jego stronę. Wpatrywał się w Nimue, która uniosła brwi i przyglądała mu się z czymś na kształt ciekawości w oczach. Przechylił lekko łepek i nastroszył pióra. Wydał z siebie syczenie podobne do tych, które Artur słyszał wyłącznie od węży. Był pewien, że żaden ptak nie ma prawa tak brzmieć.
- Mógłbyś przynajmniej starać się udawać, że jesteś normalnym ptakiem – wymamrotał, ale i tak został zignorowany.
Idiota syknął raz jeszcze, mocno, wyraźnie ostrzegawczo i oczy Nimue zwężyły się w cienkie, gniewne szparki.
- Pamiętaj z kim rozmawiasz, dziecko, – rzuciła, a ptak zasyczał w odpowiedzi tak gwałtownie i ostro, że Artura przeszedł dreszcz. Ptak i czarownica przez chwilę zdawali się mierzyć wzrokiem, jakby gotowali się do jakiejś bitwy, a w przestrzeni pomiędzy nimi powoli narastało coś więcej niż czysto metaforyczne napięcie.
Artur spojrzał w górę. Nad ich głowami niebo pokrywało się nienaturalnie szybko burzowymi chmarami. Wiatr zerwał się i przebiegł przez wyspę, slalomem pomiędzy ruinami świątyni i nogami ludzi, uginając źdźbła traw nisko ku ziemi.
Freja złapała wzrok Artura i powoli pokręciła głową w zaprzeczeniu. Cisza miała najwyraźniej być właściwą reakcją. Artur milczał więc dalej.
Gdy zabrzmiał pierwszy grzmot i Artur zaczął się już spodziewać ulewy, Nimue odwróciła w końcu wzrok i rozluźniła napięte ramiona. Idiota złożył skrzydła. Napięcie opadło niemal natychmiast. Dwie sekundy później niebo znów było błękitne i nieskalane.
Nimue sięgnęła po kielich stojący na kamiennym ołtarzu i ostrożnie przelała do niego wodę. Na dnie naczynia zostały jednak jedna czy dwie krople płynu. Nimue zawahała się, a potem odwróciła się w stronę Artura.
- To dla ciebie – powiedziała, oddając mu buteleczkę. – Twoja zdobycz, twoja nadwyżka.
- Na co mi dwie krople wody?
- Nawet tyle wystarczy na cud – odparła Nimue. – Dziwne, że nie pytasz na przykład, na co synowi Pendragona magiczne dary.
Artur zmarszczył brwi.
- Może ty mi to powiesz skoro wiesz aż tyle.
Nimue milczała przez chwilę, a potem uniosła buteleczkę do góry, tak, że prześwietlające je słońce odbiło się w resztce znajdujące się tam wody. Artur zmrużył oczy. Światło było zbyt ostre. Jakby odbite zyskało nagle na sile.
- W przypadku tej wody nawet kropla czy dwie są prawie bezcenne. Nawet tyle wystarczy czasami by zawrócić człowieka spod progu śmierci, by zawrócić bieg niszczącego czasu, odczynić zniszczenia, uratować życie zwierzęcia czy rośliny.
- Nie człowieka?
- Nie. Nigdy nie człowieka. Cena za coś takiego byłaby zbyt droga.
Artur nie zapytał, co miała na myśli. Jej oczy zdawały się patrzeć gdzieś daleko w przeszłość. Artur przeniósł wzrok na Freję, której dłonie splecione były w tak mocnym uścisku, że musiał on chyba boleć. Jeszcze tylko jedno czy dwa pytania, pomyślał Artur, i już wracamy do ciebie.
- Dlaczego dajesz mi coś tak cennego?
- Sam to zdobyłeś, a Morgause jest drobiazgowa i bardzo dokładna. Nie dałaby ci ani kropli więcej niż to konieczne. Zresztą, – tu zatrzymała się na sekundę, rozciągając usta w uśmiechu. – Jeśli się nie mylę niedługo może ci się to przydać.
To Freja przerwała w końcu milczenie, które zapadło po tych słowach.
- Myślałam, że to już koniec prób. Czy on nie odbył wszystkich, które mu wyznaczyłaś?
Nimue zgromiła ją wzrokiem, a Artur zdążył pomyśleć, że to może znamienne, że w swojej sprawie Freja milczała jak zaklęta, a w cudzej umiała odnaleźć głos bez problemu.
- Moje próby się skończyły – przyznała w końcu, a Artur zamarł. – Ale nie tylko ja mam o co grać w tej grze. – Przeniosła wzrok z Frei na drzewo rosnące na wzgórzu. – To dawno wykroczyło poza nas dwoje.
Artur i Freja wymienili spojrzenia. Żadne z nich nie wiedziało, do kogo Nimue się zwraca.
*/*/*/*
Gdy w Ealdorze pewnego wieczoru zjawia się podstarzały kupiec w średnim wieku szukający gościny na drodze do stolicy, Hunith oferuje mu miejsce u siebie, nie robiąc sobie nic z lekkiej dezaprobaty sąsiadów i niepokoju [Merlina. Nie wydaje się przejmować zbytnio tym, że jest samotną kobietą w pustym domu, a kupiec jest obcy i potencjalnie niebezpieczny, a pewnych rzeczy po prostu robić nie wypada, gdy nie ma się męża czy syna do towarzystwa i ochrony. Hunith śmieje się, gdy słyszy te argumenty i zabiera się za gotowanie wieczornej strawy. [Merlin nie spuszcza jej z oka, czujny i gotowy bronić jej przed wszelkimi atakami.
Ale ataki nie następują.
Kupiec (Ibrahim, dziwne, egzotycznie brzmiące imię) jest uprzejmy i Hunith wydaje się go lubić. Rozmawiają najpierw o pogodzie i plonach, o handlu, trochę o podróżach. [Merlin słucha, jak jego matka opowiada o miejscach, w których kiedyś była, o wspaniałości nowo powstającego wtedy Camelotu, zastanawia się, czemu nigdy wcześniej nie usłyszał w jej głosie tej nuty tęsknoty, która jest w nim przecież taka wyraźna. Ibrahim opowiada jej o tym, dokąd jedzie, ile razy w roku pokonuje podobną trasę, w końcu o swoich dwóch zamężnych córkach i żonie, która umarła dawno temu w połogu. [Merlin ma wrażenie, że coś umyka mu w tym wszystkim i że pod tą niezobowiązującą rozmową zaczyna się toczyć coś innego. Hunith wspomina o nim samym – mówi, że jej syn pracuje na dworze, że znalazł tam przyjaciół, imię Artura pojawia się w tej historii bez tytułu i rangi. W głosie Hunith jest dużo dumy, od której [Merlinowi robi się ciepło gdzieś w środku. Ibrahim pyta ją, czy nie żałuje, że wysłała syna tak daleko i czy nie wolałaby mieć go przy sobie. Hunith potrząsa głową i mówi, że Merlin zawsze stworzony był do większych miejsc i możliwości, i że gdyby była młodsza sama poszłaby w daleki świat, bo czasami Ealdor jest dla niej za mały. Ibrahim, ostrożnie, [Merlin wyraźnie widzi tę ostrożność, odpowiada, że czasami podróże bywają bardzo samotne, on wie, o tym najlepiej; wspomina cos o tym, że gdy żyła jeszcze jego żona i zanim wyprowadziły się córki podróżowało mu się lżej. Hunith dolewa mu domowej nalewki i uśmiecha się lekko. Zawsze możesz się tu zatrzymywać, mówi, i [Merlin przez chwilę nie może zrozumieć, jaki to ma związek z wypowiedzią Ibrahima, a potem dociera do niego, że jest to subtelna obietnica i furtka do czegoś niesprecyzowanego.
Gdy dociera do tej konkluzji, powoli wstaje ze swojego spokojnego kąta przy ścianie i wychodzi na dwór. Siada na progu i wpatruje się w gwiazdy. Zza drzwi dobiega go ciche echo ciągnącej się dalej rozmowy i czasem, zaskakująco młody śmiech Hunith. A potem następuje cisza i [Merlin stara się sobie nic nie wyobrażać.
Następnego ranka, gdy Ibrahim żegna się z jego matką, [Merlin słyszy w ich rozmowie już więcej pewności i czasu przyszłego niż trybu przypuszczającego i półsłówek.
Nie wie, co sądzi, o tym, że jego matka może jeszcze związać się z kimkolwiek, ale potem patrzy jak Hunith zamyka za sobą drzwi, opiera się o nie, zamyka oczy i uśmiecha tak radośnie i swobodnie, jak jeszcze nigdy i dociera do niego, że to, co on o tym sądzi, nie ma większego znaczenia, bo nie o niego tu chodziło. On już dawno stąd odszedł i jego miejsce jest gdzie indziej.
Jeszcze tego wieczoru wyrusza przed siebie. Piechotą przez pola i lasy, wprost do zamku z bajki.
Imię Artur kołata mu się po głowie, odbijając się echem od wszystkich innych myśli.
*/*/*/*
Spada.
Spada przez długie, długie minuty, przez godziny, przez wieki, przez sekundę.
Wokół niej świat powoli traci blask, matowieje i zasuwa się mgłą. Grawitacja przestaje mieć znaczenie.
Freja zamiera. Zawisa pośrodku niczego, w połowie drogi ku niesprecyzowanemu końcowi.
Otacza ją spokój z gatunku tych, które potrafią wniknąć człowiekowi pod skórę i obrócić go na swoją modłę. Zdenerwowanie ginie gdzieś razem ze wszystkimi innymi niewartymi uwagi drobiazgami.
Tu, teraz, Freja jest z magią sam na sam.
Gdy oswaja się z otaczającą ją przestrzenią, dostrzega przy sobie źródło łagodnego światła. Bez zastanowienia wyciąga ku niemu dłonie. Po tej stronie rzeczywistości nie boi się niczego. Jej ręce są pewne i prędkie.
I to wszystko. Koniec.
Bo gdy dotyka światła, świat wraca na swoje miejsce, a ona leży na trawie i patrzy w niebo, błękitne i bezchmurne, i czuje się lżejsza, lekka jak puch. Artur nachyla się nad nią, chyba o coś pyta, ale sens i kształt zdań umykają Frei całkowicie; nie docierają do niej żadne dźwięki. Pod palcami czuje ziemię i coś jeszcze – delikatny puls, od którego przebiegają ją dreszcze. Magia, myśli, to magia.
Powoli, chwiejnie, podnosi się do pozycji siedzącej. Artur podpiera jej plecy, Nimue nadal stoi przy ołtarzu i przygląda jej się uważnie. Dopiero teraz Freja widzi, że Nimue zlewa się z magią w jedno niemal doskonale, że puls jej krwi bije dokładnie tym samym rytmem, który przenika cała okolicę. Przymyka oczy i odnajduje ten sam rytm w swoim wnętrzu. Rozpoznaje w nim źródło swojego spokoju.
Pozwala podnieść się do pionu i otwiera szeroko oczy. Rozgląda się po wyspie; wszystko jest inne, mniej obce, bardziej kochane, zdecydowanie o wiele bardziej znaczące. Spogląda na ptaka, na drzewo za ich plecami. Wszystko robi się jaśniejsze i bardziej zrozumiałe.
Obraca się w stronę Artura, który znów zadaje jej jakieś niezrozumiałe pytanie. Wydaje się być zaniepokojony. Pod tym wszystkim zmęczony i bliski rezygnacji. Dziwnie samotny. Freja spogląda mu w oczy i widzi go całego takim jakim jest, widzi wszystkie warstwy i niuanse. Widzi jak jego krew pulsuje w rytmie, który nie zgadza się z niczym. Ma ochotę go naprawić. Wygładzić.
Ale to nie jest jej zadanie.
Nie interweniuje więc, tylko uśmiecha się szeroko.
Wszystko będzie w porządku, mówi, bo jest tego pewna.
A potem traci przytomność.
Gdy ją odzyskuje, jest już mniej wszystkowiedząca i bliższa tej dziewczyny, którą była nim rzucono na nią klątwę. Ale jej serce nadal bije do wtóry o wiele potężniejszego rytmu. I bić tak będzie już do końca jej dni.
*/*/*/*
Problem z większością tych, którzy mieszkali na Wyspie Błogosławionych polegał na tym, że wyspa ta nigdy nie była po prostu fragmentem prawdziwego, przyziemnego świata zaludnionego przez normalnych ludzi. Wyspa od początku była środowiskiem sztucznym, pełnym jabłek i długich korytarzy, wykształconych kobiet, mądrych ksiąg i nieskłonnych do agresji mężczyzn. Wyspa nie dbała o rzeczy przyziemne, a pola i uprawy pojawiały się tam w rozmowach wyłącznie wtedy, gdy do kapłanek docierała prośba o pomoc związana z tą czy inną plagą szkodników lub zwykłą suszą. Na Wyspie tematy i cele były wzniosłe i często dość abstrakcyjne, a świadomość własnej omylności rzadko spotykana. Nie oznacza to, że mieszkający na niej ludzie byli źli lub szkodliwi, wręcz przeciwnie, zazwyczaj byli pełni dobrych intencji i dość pomocni, gdy wytłumaczyło się im dokładnie, co jest potrzebne i dlaczego, a sprawa była z tych słusznych i niekrzywdzących. Po prostu trzeba było pamiętać, że mieszkańcy Wyspy Błogosławionych mieli wbrew pozorom dość wąskie horyzonty. Gdy myśleli o przyszłości, myśleli o sprawach wielkich i osobach znaczących – o władcach, magach i wieszczkach, na resztę osób nie bardzo zwracali uwagę. I właśnie dlatego Arten nigdy nie znalazła rozwiązania, którego szukała. Patrzyła zupełnie nie w tę stronę i nie na ten poziom społeczny. Brenwen nie miewała takich problemów.
Gdy Brenwen śniła, nie otwierały się przed nią okna z widokiem na przyszłość, ani nic równie doniosłego; zazwyczaj jej sny nie miały większego sensu i trudno się było w nich doszukać jakiegoś nadzwyczajnego znaczenia. Nikt nie obdarzył Brenwen darem widzenia tego, co stanie się za dzień czy rok, więc jej sny były wolne do proroctw. Z drugiej strony, gdy Brenwen śniła, wtedy nie bała się sięgać po własną moc i nie było już dla niej żadnych granic. Dlatego czasami zdarzało jej się we śnie zdobywać rzeczy niezdobywalne, dokonywać czynów niemożliwych i budzić się potem w świecie, który dostosował się już do kształtów jej snów.
Kluczem do sukcesu było pamiętanie, że człowiek jest czymś więcej niż zestawem kości i mięśni. Jeśli wierzyło się w to wystarczająco głęboko, wtedy większość barier znikała bez śladu. Bo nawet jeśli ludzkie ciało było uwięzione w określonym czasie i miejscu, to nic tak naprawdę nie trzymało reszty w tych samych ramach. Może oprócz przyzwyczajenia. Bo ten, kto umie świadomie kroczyć przez swoje sny, może spotkać każdego i dowiedzieć się prawie wszystkiego. Brenwen potrafiła to od dziecka – kolejna rzecz, z którą jej rodzina postanowiła się nie obnosić w myśl zasady, że zbyt wielkie zdolności to już nie dar a początek wielkich kłopotów. Nie ma co kusić losu.
Gdy Arten zniknęła już za drzwiami, a noc zapadła na dobre, Brenwen pogrążyła się we śnie i wstąpiła na ścieżki, którymi chadza wielu, lecz niewielu świadomie. Na jednej z bocznych dróg, z daleka od istotnych traktów i szlaków, po których stąpali prorocy i wieszczki, znalazła młodą kobietę zajętą pielęgnowaniem ogrodu. Przez chwilę Brenwen przyglądała się jej pracy. Po pewnym czasie dziewczyna oderwała się od pielenia chwastów i uniosła głowę.
- Czy ja cię znam? – zapytała, mrużąc lekko oczy, jakby patrzyła pod światło. Może patrzyła. We śnie każdy miał pogodę pasującą mu do wyobrażeń.
- Nie sądzę – odpowiedziała Brenwen. – Przynajmniej ja jeszcze nigdy cię nie spotkałam. – Śniła czasem o niej, jako o wielu ludziach, ale to zostawiła dla siebie. – Chciałam ci zadać pytanie.
- Och, oczywiście – odpowiedziała dziewczyna, podnosząc się z kolan. Otrzepała brzeg sukienki. – Nie wiem, w czym mogłabym ci pomóc, Pani, ale…
- Nie jestem żadną panią.
Dziewczyna zamilkła i zmierzyła Brenwen uważnym spojrzeniem. Wyglądała, jakby tylko uprzejmość powstrzymywała ją przed zaprzeczeniem.
- Jak sobie życzysz – stwierdziła w końcu i usiadła obok Brenwen na prostej ławce, której nie było w jej grodzie nim Brenwen się w nim nie zjawiła. Dziewczyna nawet tego jednak nie zarejestrowała. – Co to za pytanie?
- Chciałabym zapytać cię, czy zgodziłabyś przyjąć ode mnie pewien dar.
- Dar? – Dziewczyna uniosła głowę. Pasmo włosów uciekło spod opieki chusty. – Z jakiej okazji?
Coś w jej oczach sugerowało, że nie jest aż tak naiwna, by wierzyć w dary wręczane przez obcych bezinteresownie.
- Bez okazji, ale z określonego powodu.
- Jakiego?
- Gdy po mojej śmierci minie wiele lat i pokoleń, gdy ty urodzisz się wreszcie i dorośniesz, Albion dostanie króla, jakiego nigdy wcześniej nie znał i o jakim nie śmiał nawet marzyć. Takiego, który zmieni definicję królowania, zmieni definicję rycerza, nawet definicje państwa i szlachetności. Zapoczątkuje rewolucję.
Dziewczyna milczała przez dłuższą chwilę. Krawędzią buta rysowała linie w brudno-burej ziemi.
- Królowie staną się lepsi? – zapytała w końcu, bez cienia ironii.
- Przestaną być niezbędni – odpowiedziała Brenwen, choć wiedziała, że jej słowa najprawdopodobniej nie zostaną w ogóle odpowiednio zrozumiane. – On stanie się ziarnem, z którego wyrośnie zupełnie nowa koncepcja świata.
W odpowiedzi dostała kolejną chwilę wypełnioną po brzegi ciszą. Brenwen czekała, cierpliwe przyglądając się otaczającemu ją ogrodowi. Mało tu było kwiatów, a dużo warzyw i ziół. Praktyczny ogród dla praktycznie myślącej osoby.
- Chyba nie umiem sobie tego wyobrazić. – Głos oderwał Brenwen od kontemplacji równych rzędów marchwi. Zerknęła na bok i zobaczyła jak dziewczyna marszczy brwi i uderza czubkiem lewego buta o ziemię. – Król istnieje zawsze. Czasami po prostu nie nazywa się królem. A jeśli król odchodzi… – Wzruszyła ramionami i uniosła oczy. – Prędzej czy później ktoś zajmie jego miejsce. Taka jest kolej rzeczy. Zawsze tak było.
Brenwen uśmiechnęła się do niej; łagodnie i niezbyt szeroko, by nie zostało to odczytane jako drwina.
- Czy chciałabyś zobaczyć inną wersję?
Dziewczyna zamarła. Brenwen nie zmieniła wyrazu twarzy.
- Ja… – zawahała się, wyraźnie rozdarta pomiędzy ciekawością a strachem. – Poproszę? To znaczy…tak. Zdecydowanie.
To ostatnie wypowiedziane było już całkiem mocno, więc Brenwen wyciągnęła do niej dłoń w zapraszającym geście. Dziewczyna chwyciła ją za rękę. Miała pewny uścisk.
Brenwen wezwała magię i pozwoliła jej płynąć bez przeszkód.
Cała sztuka w pokazywaniu komuś tego, czego sam nigdy by nie zobaczył, polegała na tym, że nie można było kazać komuś patrzeć cudzymi oczami i dlatego gdy dziewczyna oglądała przyszłość, której nie umiała sobie wyobrazić, Brenwen patrzyła na jej zamknięte powieki i wsłuchiwała się w echo szumiącej w jej żyłach magii. Nic więcej. Bo pójść za kimś na ścieżkę wizji, to ją zmienić. I ścieżkę i czasem też osobę. A na początku i końcu każdy musi być sam, znaleźć własną drogę i własne zakończenie. Inaczej to nie zadziała.
Dlatego Brenwen nigdy nie zobaczyła ani skrawka tej pięknej, świetlanej przyszłości, którą pokazała dziewczynie. Nie dowiedziała się nigdy, co ją przekonało do uwierzenia w zapewnienia o rewolucyjnych zmianach i lepszych krainach. Wiedziała tylko tyle, że gdy wizja się skończyła, w oczach dziewczyny zagościł blask, który daje tylko i wyłącznie wiara i nadzieja, i że od tego momentu dziewczyna skłonna była zrobić wszystko by jej pomóc.
- Co ja mam z tym wszystkim wspólnego? – zapytała. – Po co ten dar?
- W tę historię zaplątany jest ktoś jeszcze. Król sam niewiele zdziała. Jest przy nim…
- …czarodziej – dokończyła dziewczyna. – Merlin.
- Właśnie. – Brenwen zamyśliła się na sekundę, zastanawiając się jak opisać problem bez wnikania w szczegóły. – Dawno temu ktoś związał jego los z losem króla, nicią której nie sposób rozerwać. Przeznaczenie będzie sterować jego ruchami. Podporządkowywać jego życie życiu króla.
Dziewczyna zachmurzyła się.
- Jak można było coś takiego zrobić? To nie brzmi…
- Czarownica, która rzuciła to zaklęcie była wtedy młoda i chciała dobrze. Nie przemyślała sprawy i dopiero po fakcie zorientowała się, co zrobiła. I od tamtej pory próbuje to odczynić. Dlatego przyszła do mnie i dlatego ja przyszłam dziś do ciebie.
- Gdybym przyjęła twój dar, to mogłoby pomóc?
- Tak.
- Jak? Te historie o przepowiedniach, królach, magach, wróżbach i przeznaczeniu… Ja jestem zwyczajna. Gdzie ja w tym wszystkim?
- Historia to nie sami królowie i czarownice. Jeśli przyjmiesz mój dar, twój los potoczy się inaczej. Dorośniesz w innym miejscu, zaprzyjaźnisz się z innymi osobami, trafisz do innego domostwa. Poznasz prorokinię i czarodzieja i nawet króla, który stanie się legendą. Powiesz parę słów, wykonasz parę gestów, nie musisz nawet wiedzieć jakich, pojawią się, bo będą naturalne a nie zaplanowane. Będziesz ziarnkiem, które zmieni bieg rzeki.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Ziarnko nie może zmienić biegu rzeki. Może co najwyżej utonąć, porwane prądem.
- Owszem. Ale czasami za jednym ziarnkiem pojawia się drugie i za jakiś czas nie ma już tam śladu po rwący strumieniu.
Dziewczyna westchnęła ciężko i wyprostowała plecy.
- Od razu widać, żeś nie wychowała się na wsi, Pani.
Brenwen roześmiała się w dopowiedzi.
- Czy będę szczęśliwa? Jeśli przyjmę twój dar?
- Będziesz szczęśliwa, gdy go przyjmiesz i gdy go nie przyjmiesz – odpowiedziała jej Brenwen zgodnie z prawdą. – Tak jak i w obu przypadkach zdarzy ci się być głęboko nieszczęśliwą.
- Jaka jest więc pomiędzy tymi losami różnica?
- Jeśli przyjmiesz mój dar, twój ogród rozrośnie się poza granice tego, co teraz uważasz za swój świat.
- Więcej pracy? – Uśmiechnęła się. – Tym chcesz mnie, Pani, zachęcić?
Brenwen nie odpowiedziała. Nadal się uśmiechała.
- Dobrze – powiedziała w końcu dziewczyna. – Przyjmę z wdzięcznością, co zechcesz mi podarować.
- Nie chcesz wiedzieć, co to za dar?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Wkrótce i tak się dowiem.
I za to, pomyślała Brenwen, podaruję ci, Ginewro z Camelotu, moc patrzenia na rzeczy dokładnie takimi, jakimi są i nazywania wszystkiego po imieniu. Kto zada ci pytanie, ten zawsze i niezmiennie usłyszy od ciebie prawdę i nie zbłądzi, jeśli będzie się nią kierował. A za to, że wzięłaś to na swoje barki bezinteresownie, obiecuję ci, że będziesz kochana, bo nic cenniejszego nie mogę ci dać.
*/*/*/*
Każdy ma na świecie swoje miejsce. To miejsce otoczone jest linią, za którą jest to, co dla ciebie niedostępne i nieodpowiednie. Linia nie jest murem, płotem, ani specjalnie wielką przeszkodą, ale jeśli ją przekroczysz ktoś cię za to ukarze. W ten czy inny sposób. To rzecz pewna, ale rzadko sprawdzana. Wszyscy wiedzą, gdzie ich miejsce. Wychowani by je akceptować i kochać, nie pragną nawet niczego innego, a gdy los rzuci ich przez przypadek na drugą stronę linii, poza zarys ich przestrzeni, wtedy czym prędzej biegną z powrotem do siebie, poganiani bardziej przez własny niepokój i dyskomfort niż cokolwiek innego. Dlatego właśnie nie potrzebne są płoty i zasieki; bo tak naprawdę mało kto chce żyć gdzieś, gdzie wszystko jest nie takie i nie dla niego, gdzie nigdy nie jest się u siebie a zawsze uzurpatorem.
Gdy Gwen miała lat trzynaście Lady Morgana przeciągnęła ją na drugą stronę linii i nie pozwoliła jej odejść. Nie zapytała Gwen o zdanie, a Gwen nigdy nie pomyślała nawet, że należało to zrobić. Lady Morgana była Lady Morganą, czy dwunastoletnia, czy dwudziestoletnia, i po co sięgnęła, to było jej, a jej życzenie miało wagę rozkazu.
Miejsce Lady Morgany było na dworze, a gdy twoje miejsce jest na dworze, wtedy każdy twój ruch wywołuje reakcje wśród tych, którzy są ci poddani. Jeśli mieszkasz tam, wysoko, pośród chmur i ludzi o delikatnych dłoniach, wtedy jesteś gałęzią muskającą taflę wody i każde dwoje nonszalanckie dotknięcie sprawia, że po wodzie rozchodzą się kręgi, które mącą ścieżki wszystkich tych, których miejsce jest u twoich stóp.
Gwen spędziła pierwsze trzynaście lat swojego życia sądząc, że jej miejsce jest w kuźni, przy palenisku, z młotem w ręce i gorącem na twarzy, w towarzystwie żelaza, w zastępstwie za syna, który zawiódł i odszedł szukać szczęścia wśród obcych, zostawiając ich samych. Nie zastanawiała się, czy lubi żelazo, czy wystarczająco dobrze znosi gorąco, czy metal woła do niej jak przyjaciel. To było jej miejsce i tak miało być. Żadne zastanawianie się nic by tu nie zmieniło.
A potem była spocona i umorusana, w starej sukience, ze zmierzwionymi włosami, i Lady Morgna spojrzała na nią, wskazała na nią palcem, i Gwen nigdy już nie dotknęła młota. Poszła na dwór, uczesana i umyta, bo powiedziano jej, że ma tam pójść i że ma wyglądać schludnie, znalazła swoje miejsce pośród innych służek o wiecznie opuszczonym wzroku, bo powiedziano jej, że tak właśnie ma być i nie pytała o zbyt wiele. Robiła to, co wskazano jej jako jej zadanie i starała się robić to bez zarzutu. Nie pytała o zbyt wiele. Rozmawiała niezobowiązująco, konkretnie i krótko, ślizgając się po powierzchni spraw. Trzymała język za zębami. Nie słuchała cudzych pytań.
Jej ojciec uśmiechał się nerwowo, martwił o to, co może się stać, gdyby ktoś kiedyś zada jej jakieś niefortunne pytanie, ale nic się nie działo, a ona w końcu przekonała go, że nie ma się o co troszczyć. Nikt nie chciał znać jej zdania. Ludzie mieszkający na dworze nie mieli zwyczaju pytać o nic służek.
Minęły lata. Nie zdarzyło się nic niebezpiecznego, nikt też niczego się nie domyślił. Gwen wypowiedziała nieproszoną prawdę może trzy czy cztery razy, ale nikt nawet się nie zorientował. Minęły wiosny i jesienie, gorące dni lata i krótkie zimy, aż w końcu Gwen wrosła w Camelot na dobre, wierna służka swojej szlachetnej, szczodrej pani.
Aż w końcu miała lat dwadzieścia cztery i Morgana znów wyciągnęła po nią dłonie i Gwen poszła, bo nie znalazła w sobie powodu, by nie pójść, i coś się zmieniło, ale mniej, niż powinno. Morgana obrzucała ją pocałunkami i uśmiechami, małymi prezentami i miłymi słowami, i była szczęśliwa, zachwycona, a Gwen czuła się zadowolona, usatysfakconowana i nagle, zupełnie niespodziewanie, niepewna. Znów nie jej miejsce, nie jej wybór. Znów cudze ręce przeciągające ją przez linię, za którą było jej całkiem dobrze. I znów pytanie, które jest mniej pytaniem, a bardziej stwierdzeniem, bo czemuż miałaby odmawiać?
Tak naprawdę to wszystko zaczęło się od Merlina. Merlina, który chyba nie znał swego miejsca. Przynajmniej nie tego rozumianego jako coś, co wybrano za niego, co po prostu wyznaczył mu świat. Gdy Merlin chodził za Arturem jak wierny, ale krnąbrny i łatwo się gubiący szczeniak, gdy Gwen patrzyła na jego czyny i słuchała jego słów, to widziała wyraźnie, że Merlin sam wybrał sobie swoje miejsce. Że Uter mógł mu je wskazać, ale to Merlin je przyjął z pełną świadomością i gdyby teraz król zechciał go z niego usunąć, wtedy musiałby się liczyć ze ślepym i wściekłym oporem. Bo jeśli Merlin w ogóle miał jakieś swoje miejsce, jeśli udało mu się je znaleźć, to było ono u boku Artura, bliżej niż się komukolwiek mogło wydawać, może nawet bliżej niż sądził sam Merlin, i nic nie mogło tego zmienić.
Gdy Gwen patrzyła na Merlina, widziała kogoś, kto wie gdzie jest i czemu i kto nie zamieniłby swego losu na żaden inny. Widziała kogoś, kto wie, czego chce. Kogoś, kto nawykł do tego, że pyta się go o zdanie.
A potem patrzyła na swoje odbicie w wodzie i myślała nad tym, czy gdyby ktoś zaoferował jej spełnienie wszystkich marzeń, czy wtedy zostałaby i tak na tym dworze, przy tej kobiecie, która od ponad dekady była jej panią, jej towarzyszką i jej odpowiedzialnością. Czy gdyby Lancelot wrócił i obiecał jej wszystko, czego pragnie, czy odrzuciłaby go i została przy tej, której ramiona obejmują ją nocą? I czym właściwie było to, czego mogłaby pragnąć bardziej? Gwen zerkała na swoje odbicie, katalogowała swoje rysy, swoje nietwarzowe stroje, które miały ją uczynić niezauważalną, i myślała o swoich pragnieniach, ale te uciekały przed nią w popłochu. Patrzyła w oczy Morgany i zastanawiała się, czy ona, która nie zapytała jej o zdanie, gdy Gwen miała lat trzynaście i miała być kowalem, tak naprawdę ją w ogóle zna. I co w Gwen jej się spodobało. Gdy były młodsze Morgana wybrała ją, bo wiedziała, że ktoś taki jak Gwen zirytuje Uter. Nie było innych powodów. A teraz? Czy wybrała ją, bo była blisko? Dostępna i bezpieczna? Znajoma? Czy wybrała ją, taką pospolitą, by w jej oczach oglądać własny odpity blask?
Gwen nie pytała.
Rozmyślała dalej.
I dopiero, gdy umierała, gdy rozpacz z jaką Morgana patrzyła na jej śmierć rozwiała część jej wątpliwości, dopiero wtedy pomyślała, że powinna była coś powiedzieć. Że Morganie należała się od niej przynajmniej szczerość, bo bez szczerości nie było dla nich szans zupełnie, a ona w gruncie rzeczy chciała, żeby im się udało, żeby udało im się to nienazwane coś, co kazało im szukać swoich rąk w środku nocy. Pomyślała, że powinna była być odważniejsza i bardziej szczera. Usiąść przy Morganie i powiedzieć jej, że przeprasza, ale nie wie, czy kocha ją równie mocno jak ona zdaje się kochać ją, że nie wie nawet, czego tak naprawdę chce. Powinna jej była to powiedzieć.
I dlatego, że Gwen żałowała zbyt wielu rzeczy i że zmądrzała za późno, z opóźnieniem zdobyła się na odwagę, dlatego właśnie, gdy umierała, poprosiła Morganę o coś, o co nigdy nie spodziewała się jej prosić.
- Zapytaj mnie, czy nasza historia skończy się dobrze. – Słowa były ciężkie, nie chciały przesuwać się w zwyczajowym tempie. Morgan otworzyła szerzej oczy, jej wargi zadrżały. Gwen z trudem utrzymywała uniesione powieki. – Zapytaj mnie – powtórzyła. – Proszę.
Morgana zdusiła jęk zakrywając usta dłonią. Potrząsnęła głową w zaprzeczeniu.
- Proszę.
Złapała wzrok Morgany. Nie ustąpiła jej wzrokiem, jak to miała w zwyczaju.
Po chwili Morgana, ta zawsze pewna siebie i swej pozycji Morgana, ugięła się pod stanowczością Gwen i przymknęła na chwilę oczy. Gdy je otworzyła, były jakby jaśniejsze.
- Czy nasza historia dobrze się skończy? – zapytała, a głos zadrgał jej tylko minimalnie.
Gwen zamknęła oczy i po raz pierwszy poszukała w sobie odpowiedzi, nie czekając na to, aż jej dar zrobi to za nią i nie uciekając w popłochu przed tym, co jej dno, a czego nikt nie umiał wytłumaczyć.
Odpowiedź była na wyciągnięcie ręki.
- Tak – powiedziała, na granicy szeptu, bardzo cicho. Uśmiechnęła się do tej nagle zdobytej pewności. Do Morgany i jej zapłakanej twarzy. – To wszystko się jeszcze dobrze skończy.
c.d.n.
